Amerykańskie wakacje ostateczne: Zachodnie USA w 18 dni

 

Czemu USA?

Niewiele mamy w domu punktów niezgody. W zasadzie poza naszym skrajnie różnym stosunkiem do sznurowanych butów Giro nie ma takich tematów. Może poza jednym… Ameryka – najlepszy kraj świata.

 

W Stanach spędziłem kiedyś epickie wakacje z rodzicami. Potem wróciłem tam na kilka miesięcy między liceum a studiami w celach, o których nie mogę mówić w trosce o swoją wizę. Powiem tylko, że były to czasy, gdy za dzień czyszczenia tam kibli i mycia podłogi w supermarketach, można było kupić u nas ponad 150 cheesburgerów w McDonalds. W San Francisco (+Yosemite) byłem też rok temu na konferencji Salesforce’a, a miesiąc później w Vegas u Amazona (+Dolina Śmierci i Wielki Kanion). To był rok, w którym postanowiłem, że pewnego dnia przeprowadzę się na kalifornijskie wybrzeże.

 

Dlaczego? Bo ludzie w Stanach są mili i uśmiechnięci, słońce świeci, ocean jest fajny, a ogromne góry blisko. Do dopełnienia układanki brakowało tylko jednego ogniwa: moja dziewczyna musiała przestać żyć stereotypami i przekonać się do tego wspaniałego kraju.

Sposób był tylko jeden – epickie wakacje. Ponowna wizyta u Amazona w Vegas była doskonałym pretekstem, aby przedłużyć 5-dniowy wyjazd zawodowy o kilkanaście dni wakacji.

 

 

Organizacja?

 

Robienie czegokolwiek w Stanach jest bardzo proste – wszystko przygotowane jest tak, aby nie trzeba było myśleć zbyt wiele. Kilka dni przed wyjazdem zarezerwowaliśmy sobie auto i pierwszy nocleg. Kilka środkowych mieliśmy klepniętych w Vegas ze względu na konferencję, na którą tam jechałem. Reszta to spontan. Planowane miejsca do odwiedzenia przygotowaliśmy sobie wcześniej z grubsza w aplikacji Furkot (bardzo polecam), sprawdziliśmy też w niej którędy się jeździ, co warto zobaczyć w pobliżu oraz gdzie brakuje miejsc noclegowych (bo jednak jeździmy w dużej mierze po pustyniach). Okazało się, że moteli jest pod dostatkiem, a w każdym miasteczku jest visitor center, w którym miły przewodnik opowie nam o tym, co warto zobaczyć w okolicy. Podobnie z parkami narodowymi – dostaniemy „darmową” (za cenę wejściówki) mapkę, przewodnik, informację o stanie szlaków oraz opowieść o tym, gdzie przy aktualnych warunkach się udać. Wszystko oczywiście opatrzone jest dystansami, poziomami trudności, przewidywanym czasem przejścia itp. Raj leniuszka.

 

 

Dodatkowo nieco inspiracji podłapałem na blogach w internecie, na przykład niesmigielska.com (chyba jedyny, który czytam w całości), podpowiedzi kolegów (np. Piotrka) oraz przegenialnej stronie do wyszukiwania szlaków i atrakcji: Outdoor Project. Dodatkowo, aktualne informacje o dostępności tras, przejezdności dróg, komunikaty i mapy, zarówno małe, jak i duże, znajdziemy na stronie National Park Service.

 

 


 

Koszty, czyli ulubiony akapit czytelnika.

 

No tanio nie jest – szczególnie w Kalifornii.

Łącznych kosztów nie podaję w trosce o swoje własne zdrowie psychiczne. Poza tym, są one w znacznym stopniu uzależnione od długości pobytu, więc przedstawiam składowe:

 

 

 Samochód, bo Ameryka bez samochodu nie istnieje

 

Wypożyczenie:

W Stanach korzystam zawsze z portalu economycarrentals. Nie wiem, czy jest najlepszy lub najtańszy, ale nigdy mnie nie zawiódł. Co ciekawe, w 100% przypadków generuje mi on ofertę wypożyczalni Dollar, która również nie robiła nigdy problemów. Oddanie samochodu polega na tym, że podchodzi pracownik i sprawdza, czy są 4 koła i wszystkie drzwi. W sumie nie wiem co by się stało, gdyby którychś drzwi brakowało…

Samochód wypożyczamy na lotnisku w Los Angeles (technicznie to obok, wiezie nas tam darmowy bus). Za full-size (czyli największe sedany, które nie wpadają w klasę premium), z pełnym ubezpieczeniem płacimy około 30$ za dzień. Wybieramy sobie Chevroleta Malibu (czyli Opel Insignia).

 

 

Ważna uwaga: Jeśli człowiek w okienku proponuje Wam FasTraka za 12$ dziennie mówiąc, że inaczej dostaniecie mandaty, zignorujcie go. O ile nie planujecie robić samochodowego maratonu jeżdżąc codziennie po mostach SF, nie opłaca się.

 

 

Przemieszczanie się:

Za drogi płacimy w sumie 5$ (jednorazowo most w SF). To znaczy płacilibyśmy, gdybyśmy nie wtopili w FasTraka.

Auto zużywa średnio galon benzyny na 35 mil ;-) Dopiero dzisiaj doliczyłem się, że jest to 8l/100km. Wynik przeciętny, ale zdarzały się warunki mocno hardcore’owe, o czym później. Powiedziałbym też, że przemieszczamy się prędkościami emeryckimi, ale jeździmy po prostu jak wszyscy.

 

 

W ciągu 18 dni, mimo kilku, w których do samochodu nie wsiedliśmy, wpadło nam 3700 mil.
To jakieś 6000 km.

 

 

Przyjmując mocno zaokrągloną cenę benzyny w wysokości 3.20$ za galon (cena potrafiła się rożnić o dolara pomiędzy stacjami – np. w Kalifornii jest to 3.65$, podczas gdy średnia w US wynosi 2.85$) daje to jakieś 336$, czyli 21 groszy za kilometr.

 

 

 Noclegi.

 

 

Jeśli chodzi o nocowanie, przyjmujemy zasadę: oszczędnie, ale godnie.

 

Każdą noc spędzamy w hotelu lub motelu kierując się ceną oraz ocenami na Bookingu. Odrzucamy te, które mówią o szczurach, robakach, syfie i tak dalej. Średnia cena za nocleg oscyluje w granicach 50$ za dobę dla dwóch osób. W San Francisco oraz Los Angeles dwukrotnie więcej. Rezerwacji dokonujemy zazwyczaj godzinę lub trzy przed dotarciem do hotelu, korzystając z darmowego internetu w Walmartcie lub fast foodach. Dostajemy w ten sposób zniżki last minute, które w połączeniu z kontem Genius na Bookingu pozwalają zaoszczędzić do kilkadziesięciu USD każdego dnia. W grudniu z noclegami w ciemno problemu nie ma nigdzie, ale celujemy zawsze w małe miasteczka.

 

Żadnego z wybranych przez nas hoteli nie określiłbym gorszym słowem niż „dobry”. Sieciówki jak Motel 6, Ridgeway Inn, czy Super 8 trzymają zawsze ten sam, sensowny poziom. Z losowymi, przydrożnymi bywało różnie, szczególnie z tymi przy starej Route 66, ale może po prostu mieliśmy dużo szczęścia. Jeśli nie jesteśmy zatwardziałymi użytkownikami Bookingu to Hotels.com lub Expedia pewnie byłyby lepszym wyborem. Porównywarka typu Furkot również pozwoliłaby pewnie zaoszczędzić trochę dolarów.

 

Co ciekawe, najgorszym jakościowo hotelem był chyba „luksusowy” statek Queen Mary u wybrzeży Los Angeles, za który płaciliśmy blisko 150$ za noc. Więcej o nim w akapicie o Long Beach.

 

 

 Jedzenie.

Ciężko w to uwierzyć, ale w ciągu 18 dni nie trafiliśmy na nic, czego nie można byłoby określić mianem „bardzo dobre” lub „dużo”. Niezależnie od tego, czy jedliśmy chińszczyznę w China Town, pancake’i w sieciówkach, hot-dogi z budki, żeberka w zakopconych kasynach na uboczu, czy steki w luksusowych knajpach.

Średnia cena śniadania w jakiejś sieciówce w stylu Danny’s, czy IHOP to okolice minimum 10$/osobę. Cena obiadu w większości miejsc to przedział 10-25$.

 

 

 

Za dwuosobową pizzę gdzieś na wsi – 25$. Za dużego chińczyka – 13$. Za pełen obiad (przystawka+główne+drink) w dobrej restauracji w centrum Vegas – 200$/osobę (obiad na zaproszenie, sam bym nie poszedł).

 

Wszystko jest duże i smaczne
Prawie wszystko ma dodatkowe masełko
Prawie wszystko jest słodkie albo słone i jest podawane z serem Cheddar

 

Jeśli ktoś chce #cebula to można spokojnie i godnie przeżyć na ogromnym jedzeniu z Walmartu. Półkilogramowa kanapka, w której szynek jest więcej niż buły – niecałe 6$ i możliwość przeceny o 50%, jeśli jej termin ważności dobiega końca. Deserów tak dobrych jak z Walmartu (pół kilo prawdopodobnie najlepszego sernika na świecie – niecałe 6$).(przyp. Panda: Oesuuuuu jaki dobry !!!)

Naszemu gustowi kulinarnemu jednak nie ufajcie – zawsze wpadaliśmy wszędzie maksymalnie głodni.

 

 

 Loty

Dobra cena za loty do Kalifornii to około 2000zł. Da się taniej, da się drożej. Bezpośrednie połączenia z Berlina do San Francisco / Los Angeles da się znaleźć już 1200zł za lot z bagażem podręcznym.

My lecimy bezpośrednio z Okęcia do Los Angeles za 2700zł w dwie strony na głowę (z rowerami). Wylot w piątek po pracy, powrót wtorek wieczorem (odwołany przez LOT, więc wróciliśmy dzień później). Fajne jest to, że wylatujemy w Czarny Piątek koło 17, a na miejscu jesteśmy tego samego dnia przed 20 – można zdążyć na zakupy ;)

 

 

Wejściówki

Za większość rzeczy płacimy w sumie 80$ (to znaczy tyle powinniśmy zapłacić, gdybyśmy myśleli szybciej). Kupujemy po prostu roczną wejściówkę dla dwóch osób do wszystkich parków narodowych w Stanach.

Do tego wejście do Kanionu Antylopy (tego tańszego) jakieś chore 45$ za osobę i po kilka USD za niektóre Parki Stanowe, w których co prawda opłata nie jest nijak sprawdzana (wrzuca się kopertę z pieniędzmi), ale nie chcemy być burakami.

Standardową ceną za cokolwiek (muzeum, akwarium, galerię) jest 25$ za osobę.

 

 

Podsumowując

(dla 2 osób, ale cena noclegu pewnie dużo się nie różni dla 4):
optymistyczne loty – 2000zł + 50$dziennie do podziału za auto plus benzynę (jeżdżąc opór-max) + 50$ do podziału dziennie za nocleg + 25$ dziennie za godne jedzenie + losowe drobniaki na życie.

Drobniaki to na przykład komórka: dwukrotnie włącza mi się na moment internet i raz dzwonimy do LOTu zapytać co zrobić, skoro skasowali nam połączenie powrotne. W sumie, za 4.5MB danych i niecałe 5 minut rozmowy wychodzi 218,33zł. ŚREDNIOWIECZE WELCOME TO.

Generalnie wyjazd bardzo drogi i za niecałe 3 tygodnie w Stanach można sobie pewnie pół roku pomieszkać na Kanarach, ale ten wyjazd wart jest każdych pieniędzy. Serio. Teraz postaram się to udowodnić:

 

 

Zaczynamy lotem do:

 


Los Angeles


 

Pół godzinki spacerku po lotnisku pomiędzy urzędnikami pytającymi, czy na pewno nie jesteśmy terrorystami, pół godziny poszukiwania naszej wypożyczalni i prób dostania się do niej autobusem, 10 minut formalności, 20 minut krążenia po placu z samochodami, aby wybrać najlepszy/najładniejszy i możemy udać się na dzień dobry spać. I tak obudzimy się o 3 w nocy przez jet laga – cały tydzień będziemy się tak budzili i jesteśmy z tym pogodzeni.

 

Titta Inn: 70,01$ / noc (link)

 

Znalezienie (przyzwoitego) noclegu poniżej 100$ za noc w sensownej odległości od centrum nie jest proste, ale trafiamy do Titta Inn i to jest doskonały wybór: czysto, parking, mili ludzie, całodobowy dostęp do przekąsek i kawy. Cena? 70,01$ za dwie osoby – szał.

 

 

Ruszamy wcześnie rano, bo przecież i tak nie śpimy, przez Elysian Park, z którego podziwiamy poranną panoramę downtown oraz stadion baseballowy Los Angeles Dodgers. Parkujemy kawałek dalej, w China Town, w którym prywatne parkingi kosztują 5$ za dzień i dalej ruszamy naszymi składanymi rowerkami. Nasz parking wygląda bardzo dobrze, bo nie ma gościa pobierającego opłaty.

 

 

Jedziemy przez ścisłe centrum – w sobotni poranek jest podejrzanie pusto. Stajemy na chwilę przy słynnej Walt Disney Concert Hall, która może i jest bardzo ładna, ale na nas nie robi większego wrażenia.

 

 

x. Zobaczyć Walt Disney Concert Hall

 

Potem przychodzą dzielnice wyglądające jak środek Meksyku (nie byłem, ale tak go sobie wyobrażam). Jak się później okazuje, większość LA wygląda jak środek Meksyku. Wpadamy przypadkiem na Baldwin Hills Scenic Overlook (prawie kilometr asfaltu ze średnią 12%), z którego po raz kolejny tego dnia widzimy panoramę miasta i okolic, ale tym razem w 360 stopniach. To moment, w którym Panda uświadamia sobie po raz pierwszy, że większość Amerykanów w dużych miastach to jednak nie grubasy w autach, a ludzie uprawiający sport na terenach zielonych.

 

 

x. Odwiedzić amerykański park w weekend

 

Zjeżdżamy na wybrzeże: klasyk największy z największych. Nieskończenie długa ścieżka rowerowa (jak się okazuje, nieskończenie długa jest jednak w przeciwną stronę niż my jedziemy) wzdłuż plaży Venice i Santa Monica. To z jednej strony dolina kiczu, tandety i generalnie Krupówki, z drugiej plaże, boiska z czarnoskórymi padawanami NBA, deskorolkarze, surferzy, spacerowicze, rowerzyści, biegacze i każda kolejna kombinacja łącznie z surferami wiozącymi swoje deski rowerem. Są też inne klasyki: bezdomni w namiotach, wszechobecny aromat marihuany od nieco podstarzałych już dzieci-kwiatów i wszystko co można sobie wyobrazić. Spędzamy pół godziny nie mogą wybrać pomiędzy chilli-frytkami, pizzą na kawałki oraz hot-dogiem na patyku.

 



 

x. Przejechać się promenadami Venice Beach i Santa Monica

 

Kierujemy się ku Getty Center, czyli miejscu wartym blisko 1,5 miliarda dolarów z van Goghami, Gauginami, rzeźbami, ogrodami, panoramami, 7-piętrowym garażem podziemnym i w ogóle wszystkim. W końcu najczęściej odwiedzane muzeum w Stanach nie może być słabe. Może to przez górki, a może po prostu uświadomiliśmy sobie, że nasze zamiłowanie do kultury jest nieco ograniczone – odpuszczamy w połowie drogi.

 

x. Odwiedzić Getty Center

 

Zamiast tego odwiedzamy Los Angeles National Cemetery. Nie wiem, czy to ładnie zwiedzać takie miejsce, ale cmentarze mówią według mnie wiele o narodzie, a ten konkretny, z weteranami wojennymi z Korei, Wietnamu, Afganistanu, Wojen Światowych itp. robi niesamowite wrażenie. Ciągnące się po horyzont rzędy identycznych, białych krzyży umiejscowionych na idealnie przyciętej trawie zdecydowanie lepiej pokazują ogrom wojen oraz przypominają, że po śmierci każdy jest równy.

 

 

x. Odwiedzić amerykański cmentarz wojskowy

 

Z tak nabytym, pozytywnym nastawieniem gotowi jesteśmy na clue programu: przez Sunset Boulevard kierujemy się na Rodeo Drive. To taka ulica znana z tego, że ma drogie sklepy i Julia Roberts kupowała tam ciuchy w Pretty Woman. Jeśli nie jesteśmy psychofanami filmu to powiem szczerze: lepiej sobie odwiedzić Vitkaca w Warszawie.

 

 

Dalej widzimy jeszcze kilka bardziej lub mniej ciekawych instalacji jak Petersen Automotive Museum, Muzeum Sztuki, jakiś kamień wiszący nad tunelem, jakieś parki i wiele innych miejsc, które w ogromie amerykanizmu nie robią już większego wrażenia, ale które dobrze znamy z youtubowych filmów blogerskich.

 

 

Kierujemy się na górki Hollywoodu, na Mullholland Drive, na Hollywood Bowl Overlook, czyli kolejną panoramę miasta – w skrócie: jeździmy po drogach, na których szosą mógłbym jeździć codziennie.

 

x. Przejechać rowerem Mullholland Drive

 

Z górek zjeżdżamy na najważniejszą atrakcję dnia: Aleję Sławy.

Aleja Sławy jest bardzo ważna z jednego, kluczowego powodu: nie ważne co jeszcze w życiu zobaczysz, nic już nigdy nie będzie takim zawodem. Wygląda to jakoś tak: weź tłok, smród, bezdomnych, kebabownie, szaleńców, sklepy z badziewiem i wszystko co najgorsze, ustaw to w jednej linii i pod nimi umieść gwiazdki z nazwiskami. Aleja Gwiazd Łódzkiej Drogi Sławy, którą odwiedzamy tydzień wcześniej (kto normalny jedzie specjalnie do Łodzi po wkładki do butów?) jest jakieś 18 razy lepsza.

 

 

To nawet nie tak, że Aleja Gwiazd zawodzi. Zawieść można się w drogiej restauracji kiepskim obiadem. Tutaj wygląda to tak, jakbyśmy w tejże restauracji dostali nieugotowanego ziemniaka, który obtoczony jest jeszcze w ziemi i łajnie. Bardziej niż zawód czujesz, że nie wiesz o co chodzi…

 

x. Zobaczyć aleję Gwiazd

 

Zniesmaczeni ruszamy więc do znaku Hollywood, na który wjeżdżamy rowerami. Po drodze Panda staje przy dzieciakach, które sprzedają lemoniadę. Myślałem, że takie rzeczy to tylko w filmach. Tak kwaśnego i jednocześnie dobrego napoju nie piłem od bardzo dawna. Sam podjazd pod znak jest delikatnie mówiąc – wymagający, ale też odpowiednio wynagradza.

 

 

x. Stanąć przy znaku Hollywood

 

Aby podtrzymać passę podjeżdżania, przemykamy szlakiem terenowo(nielegalnie)-asfaltowym do Griffith Observatory – mojego czarnego konia. Mamy nico szczęścia, bo trafiamy w okolicach zachodu słońca. O ile tłok pod znakiem jest spory, przy znaku nieco mniejszy, to to, co dzieje się przy oddalonym o parę kilometrów obserwatorium w sobotni wieczór, to jakaś sodoma, gomora i apokalipsa. Sznur samochodów ciągnie się po horyzont – droga dwukierunkowa przerobiona jest na jednokierunkową, prowadzącą sporym objazdem. Nie żałujemy, rowerem skutecznie wszystko omijamy, a widok miasta nocą jest niezapomniany.

Zdjęcia nie ma, bo mi karta w aparacie padła i ze wszystkich zdjęć, akurat tego uratować się nie udało. Jest za to zdjęcie z chwili wcześniej.

 

 

x. Zobaczyć Los Angeles nocą z Griffith Observatory

 

W Los Angeles uświadamiam sobie jedno. Jazda rowerem po Amerykańskim mieście to dla nas raj (potwierdzone potem w San Francisco). Naprawdę ciężko znaleźć drogę, na której nie jest wytyczona ścieżka rowerowa, a słynne czterostronne stopy na skrzyżowaniach sprawiają, że aby spowodować wypadek, trzeba się mocno postarać.

 

 

Tego dnia wpadają nam 123 kilometry i 1400m w pionie, pokonane w 9,5h (samej jazdy).

 

 

Wracamy do China Town, wsiadamy w auto i po niecałych trzech godzinach (z przerwą w Taco Bell i zapasy w Walmart) docieramy do Ridgecrest.

 

Los Angeles -> Ridgecrest

 

Motel 6: 36,28$ (link)

 

Ridgecrest to takie 30-tysięczne miasteczko pośrodku niczego. Śpimy tam w hotelu, wyjętym prosto z amerykańskiego thrillera – Motel 6: kształt litery „U”, pośrodku basen, rano interwencja policji, która eskortuje miłą panią do jej samochodu, a następnie zajmuje się jej czarnoskórym kompanem w obecności pastora – dozorcy obiektu. O takie wakacje walczyliśmy!

 

 

x. Być obudzony interwencją policyjną w podejrzanym hotelu, w miejscowości na uboczu.

 

W Ridgecrest trochę cierpię, bo leży ono pomiędzy Doliną Śmierci a Wielkimi Sekwojami oraz Yosemite. Oznacza to, że zaraz obok jest dolina, którą otaczają olbrzymie góry (takie po 4km wysokości). Jak to w Ameryce, spora część gór jest wyasfaltowana, aby łatwiej było się dostać na szlaki spacerowe. Omijamy więc największe podjazdy Kalifornii takie jak:

Onion Valley: 21km ze średnią 7,6% (wjeżdża się na 2800m)
Horseshoe Meadow: 30km ze średnią 6% (wjazd na 3037m)
9-Mile Canyon Rd.: 24,5km ze średnią 6%
czy
Whitney Portal: 19km ze średnią 7,4%

Patrzysz na te liczby i myślisz: WTF?! Przecież ja nawet nie słyszałem o tym rejonie.

 

x. Żałować, że coś się ominęło.

 

Ridgecrest -> Death Valley

 

Z Ridgecrest ruszamy w drogę przez nic, prosto do:

 

 

 


Dolina Śmierci


 

O Dolinie Śmierci przeczytać możecie również w zeszłorocznym wpisie o okolicach Las Vegas:

Już sama droga do Doliny Śmierci robi wrażenie. Jedzie się pustyniami, górami, przełęczami, a gdzieś w środku niczego mija się miasteczko składające się z wielkiej fabryki, rur oraz złomu i sypiących się domów. Przy odrobinie szczęścia trafić możemy do nieco hardcore’owych miejsc jak miasteczko Darwin o populacji 35 osób, z czego pracujących: 1 (tutaj dokument o nim: youtube).

 

W Dolinie Śmierci jest bardzo ciepło. Temperatura latem dochodzi do 50°C (zanotowany rekord to 56.7 °C).To dużo. Suma opadów wynosi jakieś 5cm rocznie. To mało.

 

Zwiedzanie Doliny Śmierci zaczynamy od Mesquite Flat Sand Dunes. Generalne to samo co w Łebie, tylko zamiast morza, w oddali są góry. No i bliżej parkingu, bo parkuje się praktycznie kilka metrów od wydm. Piasek w butach pozostanie z nami już do końca wycieczki. Fotka i jedziemy dalej, do zielonej oazy w Furnance Creek, w której zostawiamy auto na bezpłatnym parkingu i przesiadamy się na rowery.

 

 

x. Podeptać Mesquite Flat Sand Dunes

 

Zawsze chciałem to zrobić, choć pozornie nie ma to większego sensu. Lepszego momentu niż ten prawdopodobnie nigdy nie będzie. Przejechanie z Furnance Creek do Badwater Basin i powrót przez Artist’s Drive to jedynie 65km, ale zajęło nam to jakieś 4,5h (samej jazdy). O ile dojazd był super przyjemny, powrót okazał się nieco problematyczny. To tak, jak gdy wychodzisz wiosną na przejażdżkę i po 50km zaczynasz się zastanawiać, czy to Ty jesteś taki mocny, czy to po prostu wiatr. U nas był to ten drugi przypadek.

 

 

W drodze powrotnej piździło w twarz niemiłosiernie, a Artist’s Drive nie zapamiętałem jako dużego podjazdu – okazało się, że składa się on z blisko 5km ze średnią 7% i 1,5km ze średnią 8%. Ja wiem, że liczby wrażenia na kolarzu nie robią, ale warunki w dolinie są dalekie od doskonałych. Sklepów i cienia tu nie ma… w zasadzie nie ma niczego, co mogłoby jakkolwiek pomóc. Samo Artist’s Drive jest jednak warte każdego wysiłku. To jest sztos nad sztosy!

 

 

Może zabrzmi to Coelhowsko i jest nieco nawiedzone, ale zwiedzanie czegokolwiek rowerem lub z buta, to zupełnie inne doświadczenie niż z samochodu. Puszka jednak mocno ogranicza integrację z otoczniem. Przejechanie tego odcinka rowerem, było doskonałym pomysłem.

 

x. Przejechać się rowerem po Dolinie Śmierci i Artist’s Drive

 

Badwater Basin znany jest z tego, że leży 86 metrów pod poziomem morza. Co ciekawe, leży zaledwie 136km od wspomnianego wcześniej Mount Whitney, które ma 4,421 m. Podłoże składa się głownie z soli i heksagonalnych kształtów, co czyni go całkiem widowiskowym. Spacerujemy po fotkę i wracamy.

 

 

x. Przejść się Badwater Basin

 

Czas nam się dość nieoczekiwanie skończył (a planowaliśmy rowerem ponad dwukrotnie dłuższą trasę he he he), więc z parkingu do Zabriskie Point ruszamy autem, by zdążyć zobaczyć zachodzące nad nim słońce. To po prostu takie ładnie uformowane skały.

 

x. Zobaczyć zachód słónća w Zabriskie Point

 

Dzień kończymy w jedynym prawilnym do tego miejscu – Dante’s View, z którego rozciąga się panorama na Badwater Basin i okolice. Jest już niestety zbyt późno, ciemno i zimno abyśmy spożyli tam zaplanowaną kolację (wyciągniętą z bagażnika). Jeśli chcecie odpowiednie zdjęcie, zapraszam do podlinkowanego już wcześniej, zeszłorocznego wpisu.

 

 

x. Zobaczyć (późniejszy) zachód słońca z Dante’s View

 

Dolinę Śmierci widzę 3. raz w życiu i niestety nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś. Może to przez to, że wciągane powietrze nie pali płuc… nie wiem.

 

Death Valley -> Las Vegas

 

Z Doliny Śmierci pozostają nam jakieś 2h jazdy do:

 

 


Las Vegas


 

Excalibur Hotel: 75$,00 / dobę (35$ hotel + 40$ podatek: resort fee) (link)

 

Las Vegas można kochać albo nienawidzić – ciężko wyobrazić mi sobie coś pośredniego. Spędzamy w nim jakieś 5 dni (choć nieco z przymusu, dobrowolnie zostalibyśmy tam pewnie na 2 do 3).

 

Las Vegas: kobiety, narkotyki, pieniądze i… pustynia

 

Nam Vegas podoba się bardzo. To doskonały przykład na to, do czego zdolny jest człowiek, mając dużo pieniędzy… a może po prostu dlatego, że wszystko świeci i kolorowo mruga.

To miasto, w którym taki widok w holu hotelowym nie jest niczym dziwnym:

 

 

Mieszkamy w Excalibur Hotel z kilku powodów:
– jest super tani, jak na hotel na głównej ulicy
– jakieś 5 minut od hotelu (czyli z 20 od pokoju ;) ), w Tropicanie, jest darmowy parking
– TO JEST ZAMEK

 

 

x. Zamieszkać w nietypowym hotelu

 

Co robić w Vegas jeśli nie jarają Was kasyna, imprezy, koncerty (podczas naszego pobytu gra trochę mniej lub bardziej znanych kapel jak np. Metallica lub Skrillex, na którego dostałem od Amazona wejściówkę)?

 

Przede wszystkim przejść się po hotelach na głównej ulicy: Las Vegas Strip, a potem dla kontrastu odwiedzić stary Strip, czyli Las Vegas Downtown.

Szkoda czasu na opisywanie hoteli, wszystko jest w zeszłorocznym wpisie. W dużym skrócie: hotele to mistrz. Bo jak inaczej nazwać drugie piętro w hotelu Venetian, w którym gondole pływają pomiędzy uliczkami wzorowanymi na Wenecję, a goście mogą zjeść obiad na placu wzorowanym na Plac św. Marka (również na 2. piętrze)? Takich przykładów są dziesiątki.

 

 

x. Obskoczyć hotele na Stripie. Wszystkie.

 

Drugim obowiązkowym punktem jest wspomniane Las Vegas Downtown, czyli Fremont Street Experience. To taki Strip tylko odarty z pieniędzy i godności ;) Ktoś gdzieś rzyga, ktoś gdzieś leży, gdzieś kłębi się dym marihuany, trochę jak dobrze znane nam z kraju skrzyżowanie mordowni z imprezownią, tylko na większą skalę.

 

 

x. Nie umrzeć na Freemont Street.

 

Poza tym, Vegas jest fajne, bo możesz wpisać w zasadzie dowolną pozycję na swoją „listę rzeczy do zrobienia” i możesz być pewny, że znajdzie się osoba, która Ci w tym pomoże, a ludzie nie będą krytykowali. My z rzeczy alternatywnych robimy dwie:

Postanawiamy zobaczyć panoramę miasta, ale z mniej oklepanego miejsca niż penthousy w hotelach, wielka wieża hotelu Stratos, High Roller, czyli wielkiego młynu oraz okolic słynnych skał i kanionów Red Rock. Wybór pada na: Frenchman Mountain i nie chwaląc się, jest bardzo dobry.

Wysoka na ponad 1200 metrów (z wybitnością ponad 600) składa się z dwóch pagórków, których pokonanie wymaga bardzo niewielkich zdolności technicznych ale za to całkiem pokaźnej formy fizycznej. Żałujemy tylko, że nie udało nam się na niej poczekać do zmroku, aby zobaczyć miasto nocą. Bo widok jest niezły, zarówno na miasto, jak i na góry po drugiej stronie. Dodatkową atrakcją jest huk odrzutowców startujących z sąsiedniej bazy wojskowej.

Widok ze szczytu w 360 wygląda jakoś: TAK.

 

 

x. Zobaczyć panoramę miasta w wersji #cebula

 

Jako że mam w domu psychofana rekinów i zabójczych orek, nie możemy opuścić wizyty w oceanarium jednego z hoteli (jak już wspomniałem, w hotelach jest wszystko). Nie wiem, czy jest dużo lepsze niż Wrocławskie oraz czy standardowa cena 25$ za osobę jest odpowiednia, ale jak ktoś lubi patrzeć na pływające nad nim rekiny, płaszczki i ryby-piły, pozycja nie do ominięcia. My wyjścia nie mieliśmy.

 

 

x. Odwiedzić Shark Reef w Mandalay Bay

 

Przyznaj się, Las Vegas to ostatnie miejsce, o którym pomyślałbyś: o, fajnie tam mieć szosę. Pewnie przyznałbym Ci rację – co fajnego jest w jechaniu nieskończenie długimi i przesadnie szerokimi drogami wiodącymi przez pustynie. Problem jest taki, że nie mogę tego zrobić. Trochę niechcący trafiliśmy do Henderson, które dla Las Vegas jest jak Piaseczno dla Warszawy. Henderson połączone jest z Vegas siecią ścieżek rowerowych, których długość liczona jest w skali amerykańskiej, a zaczyna się tam Lake Mead National Recreation Area. To jest kolejny szokujący sztos! Mapkę tras znajdziemy jak zwykle na: https://www.nps.gov/lake/planyourvisit/maps.htm

W skrócie: jeździmy idealnie gładkimi trasami rowerowymi, które wiodą przez pustynię i obok jeziora Mead. Mamy w planie dojechać nimi nad Zaporę Hoovera, ale niestety jeden z tuneli wydrążonych na trasie historycznej linii kolejowej niedomagał i nam się nie udało.

Spotkaliśmy zamaast tego trochę dziwnych zwierząt, jechaliśmy wyschniętym tunelem rzecznym i na 70km wpadło nam 800 metrów przewyższenia. To była bardzo dobra trasa.

 

 

 

x. Przejechać się ścieżką rowerową przez pustynię.

 

Tama Hoovera jest bardzo duża. Bardzo.

Nawet jeśli kogoś tamy nie kręcą, zobaczyć ją warto – zarówno z dołu, jak i z góry. Warto zaparkować przy Lake Mead Visitor Center i przejść się przez 3 tunele na dół tamy, a następnie wrócić do auta i pojechać na parking górny. Przy okazji, podczas spaceru, zmieni nam się strefa czasowa.

 

 

x. Zobaczyć Tamę Hoovera

 

Las Vegas -> Zion

 

Po kilku dniach degeneracji w Las Vegas uderzamy w blisko 4-godzinną trasę do:

 


Park Narodowy Zion


 

Ciężko powiedzieć, że coś podczas naszej wyprawy było najlepsze. Byliśmy wysoko, głęboko, tam gdzie zimno, tam gdzie ciepło… ale Zion był chyba jednak najlepszy – przynajmniej według Pandy.

 

 

To nie jest duży park – jedzie się asfaltówką, która okrążona jest przez skalne, poszarpane ściany. Główne szlaki są tak naprawdę dwa: Angel’s Landing (uważany za najbardziej unikalny i hardcore’owy szlak w Stanach – przynajmniej wśród tych dla zwyklaków) oraz Zion Observation Point.

Nauczony doświadczeniami ze Słowenii, gdzie na widok półek skalnych przyklejałem się do skały niczym Spider-man i zamieniałem w człowieka skałę, decydujemy się na ten drugi. Jest dłuższy, wyższy, bardziej zróżnicowany, trudniejszy kondycyjnie i o wiele łatwiejszy technicznie. Czy wybór był lepszy? Nie wiem – na pewno był bardzo dobry, a Angel’s Landing obserwujemy z góry – podobnie jak całą dolinę.
W 3,5 godziny robimy z buta nieco ponad 17 kilometrów. Gdyby zacząć rano, dalibyśmy pewnie radę (przynajmniej kondycyjnie) obskoczyć oba szlaki. Dojazd z Vegas i czekająca dalsza podróż nie pozwalają niestety na takie luksusy.

 

Czemu ZION > WSZYSTKO?

 

Bo idziemy kanionami, skałami, genialnymi widokami, tunelami i przede wszystkim: po raz pierwszy od dawna słyszymy absolutną ciszę. Tzn. słyszymy pisk w uszach, ale tak chyba wygląda absolutna cisza. Jest doskonale. Szkoda tylko, że ze względu na spadające skały zamknięty jest Hidden Canyon, który jest chwilowym odbiciem ze szlaku.

 

 

Jakby tego było mało, obok Zionu (Ziona?) mijamy wioski, z których po raz pierwszy słyszę z ust Pandy: „o, możemy się tu przeprowadzić”.

Jakby ktoś słyszał o tanim domku z ranczem na sprzedaż w okolicy to proszę o info ;-)

x. Przejść szlak w parku narodowym Zion

 

Kierujemy się do hotelu. Oto prawdziwa przygoda!

Zbieg różnego rodzaju przypadków i zwrotów akcji sprawił, że trasę pokonujemy w nocy, a jakby tego było mało – jedziemy trochę dookoła. Po drodze zaskakuje nas atak zimy. Po raz pierwszy na tym wyjeździe znajdujemy się zdecydowanie wyżej nad poziomem morza – nie wiadomo ile, ale czas, który spędzamy jadąc do góry wskazuje, że dość wysoko. Na tyle, iż zmiana klimatu sprawia, że zapala nam się lampka o niskim ciśnieniu w oponach. W środku nocy, na drodze zasypanej śniegiem, gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie.

 

x. Przejechać zamieć śnieżną

 

Pokonanie po polnych serpentynach ostatnich 20km zajmuje nam godzinę. Tylko po to, aby okazało się, że nie przenocujemy tam, gdzie planowaliśmy w drodze do:

 

  Zion -> Panguitch

 


Bryce Canyon National Park


 

Rodeway Inn Bryce: 38,24$ / noc (tak naprawdę: Quality Inn Bryce Canyon Western Resort) (link) (link do drugiego)

 

Nasz hotel stoi gdzieś na uboczu. Jesteśmy wykończeni trasą, a w recepcji nie ma nikogo. Szybko znajdujemy karteczkę, że przez załamanie pogody i brak wody, obiekt jest zamknięty – proszę udać się do Quality Inn Bryce Canyon Western Resort. Jeśli ma się internet w telefonie pewnie nie jest to trudne, dla nas szukanie hotelu po nazwie na pustkowiu zasypanym śniegiem po pas – jest , szczególnie w środku nocy.

 

x. Zmienić porę roku i strefę czasową

 

Zadanie okazuje się na szczęście prostsze niż nam się wydaje, a cała operacja jest zdecydowanie warta zachodu. Noc spędzamy w obiekcie ze dwie klasy wyższym:

 

 

Jakby tego było mało, poranny widok z parkingu rekompensuje wszystko. To jeden z tych przepięknych zimowych dni, gdy śnieg jest krystalicznie biały jak… nie wiem, amfetamina? Nasz nocleg wygląda jak wyjęty prosto z westernu. Zaczynamy naprawdę cieszyć się z warunków, które nas zastały – mimo mocno ujemnej temperatury. We wszystkich hotelach, w których nocujemy na wyjeździe znajduje się klima z opcją ogrzewania (oczywiście na prąd). Podejrzewam, że po naszych wizytach, kilka z obiektów dostanie solidny rachunek na koniec miesiąca.

 

 

 

Panguitch -> Bryce Canyon

 

Z naszego noclegu do kanionu Bryce jest około godziny drogi w tych warunkach. Śnieg niewątpliwie nadaje uroku całej okolicy, ale też nieco mnie martwi. Rainbow Point, który jest ostatnim punktem widokowym w Bryce leży na prawie 2800m.n.p.m – zgodnie z moimi przewidywaniami, droga do niego jest zamknięta. Nie przeszkadza nam to. O samym dojeździe powiedziałbym normalnie „o kurde, ale sztos”, ale jesteśmy już trochę przyzwyczajeni do jeleni, które podchodzą do naszego samochodu oraz tuneli skalnych. Droga jak każda w okolicy:

 

 

Cały Bryce wydaje się również pod kątem zwiedzania jednym z najmniejszych obiektów w naszej podróży. Ze 3 godziny, które tam spędzamy w zupełności nam wystarczają i nie pozostawiają tak często towarzyszącego nam uczucia niedosytu. Może gdyby było lato i moglibyśmy przystanąć na wieczornym Rodeo, odbywającym się w okoli, byłoby inaczej…

 

Czym jest Bryce? Jak zwykle: asfaltowa droga, przy której znajdują się parkingi, połączone siecią ścieżek spacerowych, które wędrują naprzemiennie w dół i górę klifów.

 

To, co wyróżnia go spośród innych miejsc to ilość pieszych serpentyn i ciekawych formacji skalnych utworzoną powolnie postępująca erozją. Ciężko mi to opisać, popatrzcie na zdjęcia.

Robimy pętlę przez: Queens Garden Trail, Navajo Loop Trail i Rim Trail – czyli taki największy klasyk. Navajo Loop niestety musimy nieco skrócić, bo ze względu na spadające kamienie, jest tymczasowo zamknięty.

 

 

Ciężko mi ocenić Bryce, bo po Zionie nic już w życiu takie samo nie będzie. Niewątpliwie sporą wartością dodaną był śnieg. Jako że Bryce’a mieliśmy po drodze, nie żałujemy wizyty. To kolejne miejsce, którego poziom abstrakcji oraz rozmiar sprawiają, że ciężko to wszystko zrozumieć i podziwiać. Czujemy się jakbyśmy obserwowali wielki obraz. Z drugiej strony, patrząc teraz na zdjęcia zastanawiam się, jak to możliwe, że wróciłem z taką opinią. Przecież to jest coś niesamowitego:

 

 

x. Przejść szlakiem w parku narodowym Bryce

 

Po spacerku czas na kolejną abstrakcję, nieco nieoczekiwaną. Przed nami:

 

Bryce Canyon -> Moab

 

 


Route 12


 

Do Moab kierujemy się za namową kolegi Piotra nieco dookoła… może nawet nie tyle dookoła, co drogą krótszą, ale dwie godziny dłuższą niż pokazuje nam nawigacja. Przed nami droga numer 12, w Wikipedii określana jako: Highway 12 — A Journey Through Time Scenic Byway. No jak coś się tak w Ameryce nazywa, to to nie może być złe. 200km drogi, która rzuca na podłogę, a potem depcze. Jest na niej wszystko: jedziemy płaskowyżami, mijamy miasteczka, które wyglądają jak ze skansenu, jedziemy zboczami, krętymi górskimi zakrętami, mijamy panoramy, które pewnie są na okładkach książek, wznosimy się na okolice 3000m.n.p.m i w ogóle robimy rzeczy, które nie są wyobrażalne naszymi prostymi, europejskimi myślami. A… no i sama droga kończy się w Parku Narodowym Capital Reef, więc gdy z niej zjeżdżamy wcale nie jest dużo gorzej. Dobrze, że zapada noc.

 

To jest bardzo dobra droga. Bardzo.

…a w Stanach wszystko ma swoją stronę internetową, nawet droga -> link

 

Złamaniem tradycji byłoby oczywiście nie osiągnięcie momentu, w którym zaczynamy bać się o własne życie, bo gdy słońce zaczyna chować się za górami ostatnie auto, które minęliśmy, było sam nie wiem kiedy, temperatura spada do jakichś nieprzyzwoitych wartości (wtedy jeszcze nie umieliśmy przeliczać Fahrenheitów, ale gluty w nosie zamarzały), droga robi się biała, a my mijamy właśnie tabliczkę określającą naszą wysokość na ponad 2700m.n.p.m to robi się nieco nerwowo. W ramach rozrywki pobiegłem sobie na parkingu zrobić zdjęcie, ale bieganie w śniegu na tej wysokości i z brzuchem pełnym kanapek wymieszanych z sernikiem przypomina trochę bieganie pod wodą.

 

Jeden z parkingów widokowych leży na 2865m.n.p.m

 

Gdyby ktoś mi powiedział: „ej, weź auto i idź się przejedź kilkaset kilometrów drogą” pomyślałbym, że głupi jakiś i ograniczony. Tak Wam jednak mówię – tej drogi pominąć nie można.

…i uwierzcie mi na słowo – zdjęcia nie oddają tego ani trochę.

 

x. Przejechać całą Highway 12 — A Journey Through Time Scenic Byway

 

 

Inca Inn: 52,62$ (link)

 

W Moab śpimy w Inca Inn. Może nie jest jakoś super, ale ciężko oczekiwać magii po hotelu, który reklamuje się jako najtańszy w okolicy ;-) Jest czysto, ludzie są mili, łazienka dobra, śniadanie standardowe, pościel nieskazitelna – czego chcieć więcej. Moab to chyba jakiś odpowiednik Jeleniej Góry – kolebka kolarstwa górskiego. Wszystko jest tu rowerowe, a kto śledzi na Instagramie Emily Batty ten wie… Tutejsze szlaki są podobno mega sztosami i dzień później dowiadujemy się dlaczego. Szczególnie polecany jest Slickrock Bike Trail – polecam sprawdzić na youtube’ie.

Poza tym standard – wszyscy uśmiechnięci i wieczorem trafiamy na paradę świętych mikołajów przejeżdżających przez miasto – więc całe miasto zadowolone, dzieci przebrane, dorośli sprzedają domowe ciasta. Wpadamy w depresję, idziemy do Pizzy Hut. Tam też ludzie się uśmiechają, a tania zupa jest wielka i przepyszna. Powoli zaczyna nas to wszystko denerwować.

 

x. Trafić na paradę Mikołajów

x. Odwiedzić kolarskie miasto

 

Moab -> Arches National Park

 


Arches National Park


 

Z Moab do Arches jest rzut kamieniem i prawdę mówiąc, nie planowaliśmy go odwiedzać. Skoro jednak mijamy wjazd do niego i słynne łuki znajdują się pół godziny od nas, grzechem byłoby nie wjechać.

Arches jest doskonałe, bo w końcu możemy powiedzieć o czymś, że jest takie sobie. To nie jest tak, że jest zły. Wydaje mi się, że w Stanach nie ma czegoś takiego jak „zły park narodowy”. Arches ma dokładnie to, czego powinno się od niego oczekiwać – łuki. W czasach, w których człowiek drąży tunele o długości wielu kilometrów, zwykłe łuki nie robią już takiego wrażenie. Trzeba się nieco wysilić, aby docenić, że zostały one stworzone przez naturę. Przechodzimy prawie połowę Primitive Loop i zawracamy, bo szkoda nam czasu. Jesteśmy też pewnie pierwszymi turystami w historii, którzy parokrotnie gubią ten szlak i chodzą po losowych skałach, czekając tylko, kiedy złapie nas lokalny ranger. Po drodze widzimy kilka łuków, ale bardziej nieziemska wydaje nam się sama asfaltówka, którą do nich dojechaliśmy samochodem.

 

 

Poza tym odkrywamy, o co chodzi z epickością tutejszych tras rowerowych. Przyczepność tutejszych skał sprawia, że można się poczuć jak spiderman. But się na nich nie chce ześlizgnąć. Pozwala to pokonywać stromizny, na które człowiek nie próbowałby dostać się nawet na czworaka.

 

 

x. Zobaczyć łuki w Arches

 

Miejsce opuszczamy szybko, bo tuż obok, po drugiej stronie głównej drogi, którą to wjechaliśmy, znajduje się coś, co wydaje się być niezłe:

 

Arches National Park -> Canyonlands National Park

 


Canyonlands National Park


 

Tak, Canyonlandsy to coś niezłego i dowiadujemy się o tym już na „dzień dobry”, gdy stajemy na pierwszym parkingu i podchodzimy do wielkiej dziury. No przecież tak nie można…

 

 

Idziemy kawałek dalej, aby zajrzeć wgłąb i zobaczyć drogę polecaną dla samochodów z 4×4 i dla rowerów – ma coś koło 100 mil. Nie jest słaba:

 

 

Nie wiem, jak to opisać słowami, a jak się później okazuje – to dopiero wstęp.

Park dzieli się na 3 „regiony”, ale decydujemy się odwiedzić tylko jeden z nich – ten „naj”. Zaczynamy od północy – chcemy przejść szlak określany jako bardzo trudny: Syncline Loop. Okrąża on ogromny krater, który nie do końca wiadomo jak powstał. Dość szybko rezygnujemy jednak z pomysłu. Okolica, mimo że niezła, nie przypada nam jakoś szczególnie do gustu. Jest świetnie, ale nie rzuca nas to na kolana – jesteśmy już mocno rozpieszczonymi turystami. Wpadamy na kilka overlooków i kierujemy się na losowe overlooki kawałek dalej na południe.

I ja wiem, że mówienie o czymś takim „przeciętne” to jakaś patologia, ale poczekajcie:

 

 

Bo dalej jest coś nieco innego. Taka „dziura z polaną” powiedział prosty człowiek. Dalej jest po prostu mistrzostwo świata, ogrom, szok, niedowierzanie i wiele krótkich spacerniaków. Takich typowo amerykańskich – podjeżdżasz pod sam skraj urwiska, a godzinny szlak prowadzi Cię dalej jego brzegiem i zastanawiasz się tylko, kiedy spadniesz, próbując zrobić sobie śmieszną fotkę. Moje zdolności literackie są zbyt słabe, aby to opisać, może po prostu popatrzcie:

 

 

 

x. Zobaczyć Canyonlands

 

Canyonlands -> Blanding

Z Canyonlands ruszamy prosto do Blanding, gdzie znaleźliśmy hotel. Jedziemy generalnie przez pustynię, nocą. Oznacza to tyle, że nie widać kompletnie nic. To super, bo zazwyczaj budzimy się rano, przeżywamy zaskoczenie. Okazuje się zazwyczaj, że okolica wygląda zupełnie inaczej, niż ją sobie wyobrażaliśmy. Przed te 3 godziny jazdy (z przerwą na jedzenie w Moab) temperatura nieco spada, ale nie na tyle, aby przygotować nas na to, co zastanie nas rano w hotelu.

 

Hotelu bardzo przyzwoitym, bo sieciówce Super 8 by Wyndham Moab. Dzisiaj widzę, że miał nawet basen na zewnątrz. Tamtego poranka, byłoby to trudne. Dlaczego? Dlatego:

 

Super 8 by Wyndham Moab: 49,35$

 

 

W porannej telewizji mówią coś o załamaniu pogody i że kiedyś ma być lepiej. Nasz plan wycieczki nie zakłada czekania, ruszamy w drogę. Nasze Malibu nie było na to gotowe – szczególnie ze swoimi letnimi oponami.

Może o tym wcześniej nie wspominałem. W Stanach wszyscy jeżdżą z prędkościami podobnymi do maksymalnych ograniczeń. Co ciekawe, ciężarówki jeżdżą dokładnie tak samo. Z Blanding wyjeżdżamy jednopasmową drogą, na której ograniczenie wynosi około 60mil/h. To trochę za dużo jak na moje samochodowe umiejętności. Gdybym tak jak wszyscy dookoła miał auto, którego zderzak jest na wysokości mojej głowy w Malibu, pewnie byłoby to prostsze. Jedziemy około 40mil/h i po raz pierwszy podczas tego wyjazdu coś nas wyprzedza. W ogóle, przez całe 3700 mil, które zrobiliśmy, manewr wyprzedzania na jednopasmowej drodze widziałem maksymalnie 5 razy. Bycie wyprzedzanym przez amerykańskiego TIRa w czasie śnieżycy to jednak przeżycie niezapomniane… i miałem nieodparte wrażenie, że moje ostatnie:

 

x. Przeżyć

 

 

Blanding -> Page

 

Droga z Blanding do Page to kolejne niezapomniane przeżycie. Droga jest jak zwykle niesamowicie malownicza, a tereny zamieszkałe przez Indian Navajo mają swój specyficzny klimat. Co chwilę mijamy zamknięte budki z indiańską biżuterią lub inne, lokalne biznesy. Taki kraj w kraju.

 

Kierujemy się w stronę Page, ciesząc się na kilka efektownych przystanków po drodze. Pierwszym z nich ma być Valley of Gods, czyli droga prowadząca przez ciekawe formacje skalne. Okazuje się niestety, że droga ta jest szutrowa i już na początku oznaczona wielkim znakiem, że gdy jest mokro, nie da się nią przejechać. Stwierdzamy, że śnieg na pewno nie jest mokry i próbujemy nią przejechać… po 100 metrach zawracamy rozumiejąc swój błąd. Malibu przez rzekę nie przejedzie ;)

 

x. Zobaczyć Valley of Gods

 

Liczba efektownych miejsc musi się zgadzać. Trochę fartem, a trochę nie, zauważam znak na Goosenecks State Park. Z parkami stanowymi jest nieco inaczej niż z narodowymi – nie wszystkie są obligatoryjne do odwiedzenie. W tym przypadku coś mi jednak świtało i odbijamy jakieś 10km od naszej głównej trasy. Przyznam szczerze – spotkała nas niezła niespodzianka. Takie Horseshoe Bend (który zaplanowany był na wieczór), ale zwielokrotniony. Wydrążone przed nami koryto, ma według Wikipedii do 300 metrów głębokości. Trzeba przyznać – mają w tym kraju rozmach skurczybyki:

 

 

x. Zobaczyć Goosenecks State Park

 

A nie jest to wcale najlepsza rzecz, jaką widzimy tego dnia. Kawałek dalej, czeka na nas miejscowość Mexican Hat. Jeśli ciężko Wam wymyślić, skąd wzięła swoją nazwę, mam pewną wskazówkę. Próbujemy spaceru do tej skały, ale okazuje się, że jak to w Ameryce bywa – skoro nie ma przy niej parkingu, oznacza to, że najlepiej oglądać ją z drogi:

 

 

x. Zobaczyć Mexican Hat

 

 


Monument Valley


 

 

Dojeżdżamy do miejsca, na które tego dnia cieszę się najbardziej: Monument Valley. Jeśli napiszę, że jest to znowu idealnie równa asfaltowa droga, puszczona pomiędzy niesamowitymi formacjami skalnymi, otoczonymi pustynią, wydawać się będzie to nudne. Ile można patrzeć na podobne rzeczy.

 

Jeśli zastanawiacie się gdzie John Ford i inni znani reżyserzy kręcili swoje westerny, odpowiedź jest prosta: właśnie tutaj.

 

Monument Valley nudne nie jest, niezależnie od tego, co widziało się wcześniej. Nie ono samo cieszy mnie jednak najbardziej. Jako hardcore’owy fan Forresta Gumpa, nie mogę nie stanąć w miejscu, w którym zakończył on swój legendarny bieg w 1980r. Szanuję takie turystyczne inicjatywy:

 

 

x. Przejechać przez Monument Valley

x. Zrobić sobie fotkę na Forrest Gump Point

 

Jedziemy dalej – to jest bardzo długi dzień. Pod względem atrakcji powiedziałbym, że rekordowy. W dalszym ciągu mijamy indiańskie lokale jak na zdjęciu poniżej. Powiem wprost – wyglądają jak chatka zboczeńca, który wpadł na pomysł, aby wywiesić szyld „biżuteria” zamiast „darmowe cukierki”. W ten sposób przyciąga dziewczęta zamiast małych dzieci. Miejsca zazwyczaj są bardzo dobre, bo oddalone o jakiejkolwiek cywilizacji o kilkanaście do kilkudziesięciu kilometrów. Raz jednak nie wytrzymujemy. Nagrodzone zostaje to prawdopodobnie najlepszymi żeberkami jakie jedliśmy w życiu. Dajemy się skusić starszej indiance, która stoi przy drodze z dużym napisem BBQ z ogromnym grillem. Dowiadujemy się potem, że wcale jej nie dziwi nasze polskie pochodzenie. Ona zna Janusza, który z Phoenix przywozi jej mięso.

 

 

x. Dać się zgwałcić w indiańskiej budce

x. Zjeść przydrożne żeberka

 

I jedziemy dalej, do głównego tego dnia celu wycieczki… a w zasadzie dwóch

 


Page: Horseshoe Bend


 

Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie słyszał nigdy o Kanionie Antylopy.

Okazuje się, że są dwa – górny i dolny. Internet mówi, że do obu należy zrobić rezerwacje odpowiednio wcześniej. My jedziemy na YOLO i zdajemy się na los. Okazuje się, że z odrobiną szczęścia załapujemy się na ruszającą za 20 minut, ostatnią grupę.

Górny to taki, gdzie kanion wyrasta w górę, dolny to zejście drabinkami pod ziemię. W górnych podobno lepsze fotki (bo słynne promienie świetlne), dolny podobno nieco ciekawszy. Odważnie zakładam, że ostatnia tego dnia grupa, idąca na początku grudnia i tak na dobre światło się nie załapie. Decydujemy się na dolny bo jest tańszy o połowę, bo te drabinki zastanawiają no i nie będzie dzieci. Cena boli – tutaj już nie działa nasza przepustka parkowa – to w końcu Indianie. Bilet wynosi jakieś 35$ od osoby, ale po doliczeniu indiańskich podatków, robie się z tego jakieś 45$. Jestem pełen obaw przed wydaniem takich pieniędzy na półgodzinny spacer w tłumie ludzi. Czy słusznie… niestety nie.

Kanion Antylopy jest dokładnie taki, jak można go sobie wyobrażać po zdjęciach w internecie. I tu ciekawostka: większość zdjęć jest równie dobra, co podobna do siebie. Idzie z nami przewodnik, który nie pozwala używać GoPro. Ma za ta inną ważną funkcję – dokładnie informuje co i jak fotografować, aby efekty były jak najlepsze. Ba, podpowiada nawet dokładnie jaki kadry wybrać i których filtrów na Instagramie użyć, aby było dobrze. Ci mniej wprawieni fotografowie mogą mu nawet oddać aparat lub telefon, aby zrobił zdjęcie za nich. To jest szok i geniusz.

Przewodnik ma jeszcze jedną przydatną funkcję. Widać, że chodząc tam wielokrotnie każdego dnia lekko mu się nudzi i doszukuje się ciekawych kształtów tam, gdzie normalnie byśmy ich nie widzieli. Gdzieś jest kobieta, gdzieś Indianin, gdzieś jakiś ptak. Znamy tą grę – bawiliśmy się w nią niejednokrotnie podczas wizyt w kanionach (w szczególności w Arches). Problem był tylko taki, że ja wszędzie widziałem siurki, a Panda zadki.

Jeśli chodzi o zdjęcia to cóż – niczego nowego nie wymyślę. Powiedzieć Wam mogę jedynie, że zdjęcia nie kłamią i jest tam dokładnie tak:

 

x. Odwiedzić Kanion Antylopy

 

 


Page:  Horseshoe Bend


 

 

Wspominałem już, że to jest bardzo długi dzień. Odwiedzinami w Kanionie Antylopy dalej się nie kończy. Zbliża się koniec dnia, a to idealny moment, aby udać się do oddalonego o jakieś 10 minut Horseshoe Bend.

Horseshoe, podobnie jak Kanion Antylopy, jest dokładnie taki, jaki widzieliśmy w internecie. To nie jest wada. Zazwyczaj efektowność rzeczy, które widzimy na ulotkach dzielimy przez 3. Na zdjęciach wygląda to zawsze lepiej. Tu jest inaczej. W Ameryce rzeczy duże są naprawdę duże, a rzeczy imponujące naprawdę imponują. Prawie zawsze (a prawie dodaję tylko dlatego, że nie udało nam się znaleźć zaprzeczenia, ale nie wierzę, że faktycznie tak jest).

No więc Horseshoe Bend to jest SZTOS. Naprawdę, nie wiem jak jeden zakręt rzeki może robić takie wrażenie, ale robi. Stoisz z tym tłumem ludzi, jak w Antylopie, patrzysz w to samo miejsce, robisz to samo zdjęcie, czujesz się jak prymitywny turysta, ale kurde – czujesz dokładnie to samo co oni. Nasza turystyczna pogarda dla ludzi upadła wraz z naszą godnością i przekonaniem o byciu lepszymi turystami.

Mówię to z ogromnym bólem serca, ale ten cholerny zakręt rzeki o zachodzie słońca jest jedną z lepszych rzeczy, jakie widzieliśmy w życiu:

 

Wrzucę więc drugie takie samo zdjęcie, tylko o nieco późniejszej godzinie. Warun też nam się trafił odpowiedni. Nic innego tam nie ma – tylko ten jeden zakręt, tej jeden rzeki, widziany z jednego punktu.

 

 

Nie można tak…

 

x. Zobaczyć zachód słońca nad Horseshoe Bend

 

To był niesamowity dzień. Wyruszyliśmy w zamieci śnieżnej z niewielkiego, indiańskiego miasteczka i zobaczyliśmy więcej rzeczy niż czasem podczas tygodniowych wakacji. Kończymy go najtańszym noclegiem podczas całego naszego wyjazdu – w hotelu Page Boy Motel. Określenie luksusowy byłoby tutaj bardzo nie na miejscu, ale jest położony w centrum Page, ma czystą pościel, jest schludny, a zasłonka przyklejająca się do ciała pod prysznicem nie jest wcale obleśna. No i oczywiście, jest skromne, ale sensowne śniadanie. W zupełności nam to wystarcza. Wieczorem wpadamy jeszcze na tradycyjne amerykańskie jedzenie, czyli meksykańskie burrito w knajpie, w której nikt nie mówi po angielsku.

Dostajemy swoje porcje i… jesteśmy nieco zawiedzeni. Zarówno rozmiarem, jak i jakością. Od razu przepraszam cały naród amerykański za moje chwile zwątpienia. Zawód pryska 3 minuty później, gdy zjawiają się kolejne talerze, a my uświadamiamy sobie, że rzeczy przed nami były tylko dodatkami. W ramach wzmocnienia efektu, danie zostaje podpalone przed podaniem.

W knajpie spędzamy nieco dłużej niż planowaliśmy. Głównie za sprawą Pandy, która natknęła się w swojej kolacji na papryczkę nieco ostrzejszą niż przewidywała. Zdążyłem się więc zastanowić jaki jest numer na pogotowie i jak po hiszpańsku będzie „proszę dużo zimnego mleka”. Myślę, że będzie to dla niej najbardziej niezapomniany posiłek w życiu. Cena? Koło 30$ za 2 os.

 

 

x. Zjeść „ostre meksykańskie, które pali conajmniej dwa razy”

 

Page Boy Motel: 34,89$

 

Rano wyruszamy w miejsce z założenia najbardziej epickie w całym kraju:

 

Page -> Wielki Kanion Kolorado

 

 


Wielki Kanion Kolorado


 

Co powiedzieć można o Wielkim Kanionie Kolorado? Wiele. Co do wielu kwestii można się też kłócić – jedno jest jednak pewne. Wielki Kanion Kolorado jest naprawdę wielki. Pisałem już o tym w zeszłym roku – jak dla mnie, jest on chyba nawet za duży. Nie da się złapać jakiegokolwiek punktu odniesienia oraz wytworzyć sensownego połączenia z nim. Przyznam szczerze, trzecia w życiu wizyta nad nim jest sporym zawodem.

Zwiedzanie wyjątkowo zaczynamy od strony wschodniej. Stajemy na pierwszym parkingu z panoramą, patrzymy… dziura. Patrzymy dalej… dalej dziura. Może i byłaby super imponująca, ale widzieliśmy już podczas wyjazdu tyle miejsca, że ciężko nas skałami i przepaścią zachwycić. Nie tak to zapamiętałem, mówię Pandzie, że z kolejnych parkingów widok będzie lepszy.

Udajemy się do Visitor Center, czyli środka każdej amerykańskiej atrakcji turystycznej. Rozchodzą się z niego szlaki po krawędzi w obie strony. Idziemy nimi kawałek, ale w dalszym ciągu coś jest nie tak. Postanawiamy zaryzykować i podjechać darmowym autobusem do szlaku schodzącego w dół. Po drodze napotykamy tak na oko z dziesięć razy znak, że próba zejścia nim do samej rzeki Kolorado jest bardzo niebezpieczna, ludzie od tego umierają, a przed jej podjęciem należy się skontaktować z rangerem. Ostrzeżenie widzimy tyle razy, że postanawiamy wziąć pod uwagę, iż na szlakach leży śnieg, a my zaczynamy spacer w południe. Postanawiamy więc udać się szlakiem South Kaibab Trail jedynie do Skeleton Point (czyli ostatniego punktu przed dojściem do rzeki). Okazuje się to strzałem w dziesiątkę.

 

Krawędzie i dno Wielkiego Kanionu to inne strefy klimatyczne – na dole jest zazwyczaj kilkanaście stopni więcej. Schodząc w dół mija się jakieś 40 warstw skalnych liczących od 270mln do 1,75mld lat. 

 

Zamiast tłumu ludzi przy parkingach, mijamy średnio jedną osobę na pół godziny. Sam Kanion z dołu oraz ze ściany wygląda również zupełnie inaczej. Jestem pewny, że gdy będę tam kolejny raz, pokusimy się o całodniową wycieczkę do rzeki lub nawet taką uwzględniającą nocleg na dole. To zupełnie inne przeżycie niż chodzenie z tłumem po krawędzi pomiędzy parkingami.

Po drodze spotykamy też ekipę z kilofami i łopatami, która utwierdza nas w przekonaniu, że takie rzeczy nie mają prawa powstawać jedynie dzięki naturze.

Dzień kończymy z wynikiem 19km i poczuciem, że spokojnie dalibyśmy radę zejść do samej rzeki, choć w głębi duszy dumni jesteśmy z siebie, że nie próbowaliśmy. No jak nie my! Zostało nam też trochę czasu, aby zachód słońca obejrzeć z Rim Trail.

 

W Wielkim Kanionie po raz pierwszy pojawia się w naszych głowach bardzo smutna i zarazem przerażająca myśl: a co jeśli jesteśmy już zblazowani i znudzeni. Co jeśli natłok imponujących krajobrazów uodpornił nas na wszystko i teraz zamiast cieszyć się widokami będziemy już tylko je „odklepywać”. Cóż, moje zwątpienie w Amerykę po raz kolejny okazało się nieuzasadnione… szybciej niż myślałem.

 

x. Zejść w dół Wielkiego Kanionu Kolorado

 

Wielki Kanion Kolorado -> Needles

 

Kolejnym celem naszej wycieczki są Wielkie Sekwoje oddalone o… jakieś 10 godzin jazdy autem. Bez noclegu nie ma na to szans. Jedziemy więc tyle, ile jesteśmy w stanie bez powodowania zagrożenia i szukamy hotelu. Darmowe WiFi znajdujemy w Walmart w miejscowości Kingman. Tam też wpadamy na hambuksy do In-N-Out burger, którego bardzo cenię za menu. Sprowadza się ono do wyboru rozmiaru i informacji, czy buła ma być z serem czy bez.

Nocleg znajdujemy w Needles. To jedna z tych miejscowości położona przy starej i legendarnej Route 66. Obiekty położone przy Route 66 to taka Łódź Fabryczna. Większość zabudowań określiłbym jako „nieco podejrzane” oraz „mające lata świetności za sobą”. Z czego znane jest leżące przy pustyni Mojave Needles? Chyba tyklo z tego, że z tych okolic pochodził Spike, brat Snoopiego z doskonałej bajki „Fistaszki”.

Nasz hotel jest rodem wyjęty z filmu – nie wiem tylko z jakiego gatunku. To River Valley Inn. Dzwonimy dzwoneczkiem, przychodzi niezbyt trzeźwy pan, który szybko okazuje się panią. Po chwili przychodzi także jego jej mąż. Oboje myślami są gdzieś daleko stąd, w krainie tęczy i jednorożców. Dzielnie próbują trzymać pion, choć nie bardzo im to wychodzi. Wyglądają trochę, jakby przez ostatnie 13lat siedzieli na imprezie, na której głównym gościem była metaamfetamina. Pan z wielką lupą stara się doczytać z mojego telefonu ile zapłaciliśmy na bookingu, pani znika próbując zlokalizować jakiś komputer. Trwa to dobre 15 minut i kończy się głośnym „oh, you must be kidding me!”, gdy znajduje w moim polskim mailu ostateczną kwotę. Potem zgarnia moją kartę kredytową i przez 10 minut próbuje zrobić z niej na zapleczu użytek. Panda w tym czasie stara się nie umrzeć ze śmiechu… albo strachu, sam nie wiem. Nie pomagają w tym włosy uprzejmego pana, które czesał i ułożył na żel jakieś 22 lata wcześniej. Jednego nie można im odmówić, mimo ogromnych trudności są niesamowicie mili, a pokój który otrzymaliśmy był ładny i czysty. Może i waliło z niego nieco petami, a próba chwycenia papieru toaletowego powodowała, że ręka również waliła petami przez dwa dni, ale generalnie było nieźle. Z perspektywy czasu, było to super śmieszne.

 

River Valley Inn: 42,33$ (link)

 

Needles -> Sequoia National Park

 

Rano wyruszamy w prawdopodobnie najdłuższą podróż tego wyjazdu. Jedziemy przez Kalifornię: przez pustynię Mojave, mijamy ośrodek badawczy NASA, pola, łąki, pagórki, generalnie wszystko. Krajobraz zmienia nam się diametralnie średnio co 2 godziny. Spotyka nas też wichura, która sprawia, że miasto Bakersfield wygląda jak Detroit na filmach (więcej śmieci niż miasta). Droga dzięki temu nie dłuży się: czasem jedziemy wyschniętą pustynią, a chwilę później zielonymi polami upraw, reklamowanymi znakami o „najsłodszych pomarańczach na świecie”. Wszystko oczywiście w wydaniu amerykańskim – nawet głupia farma wiatraków jest jakaś „dużo bardziej” niż te, które znamy:

 

 


Sequoia National Park


 

Parku Sekwoi bałem się bardzo. To w końcu tylko duże drzewa. Mało tego, prognozy pogody nie nastrajały optymistycznie. W nocy temperatura potrafiła spaść do minus 20 stopni. Nie ma się co dziwić, to znowu teren położony ponad 2km nad poziomem morza. Tutaj też popełniamy największy logistycznie błąd. O ostrzeżeniach „łańcuchy mogą być wymagane w samochodzie” czytałem od dawna. Nie przewidziałem, że chodzi tu o to, że łańcuchy w samochodzie będą wymagane, a ich użycie jest możliwe. Pani ranger zawraca nas więc na wjeździe, a my rozpoczynamy poszukiwania łańcuchów.

Okoliczne sklepy z pamiątkami są na to aż zbyt dobrze przygotowane. Wypożyczenie łańcuchów do naszego samochodu to 100$ oraz dodatkowe 40$ depozytu, gdybyśmy planowali ich już nie oddawać. A przecież w planie mieliśmy powrót zupełnie inną drogą. Odpowiednią metodą zachowania jest tutaj „na Kuźniara”, czyli kupić w Walmart, nie użyć, zwrócić. Szybko okazuje się jednak, że łańcuchy faktycznie mogą się przydać, bo jeśli tylko z nieba zacznie kropić cokolwiek, umarlibyśmy tam próbując wyjechać. Śniegu jest naprawdę dużo. Sam ból wydania tych 100$ tylko po to, aby przez 2 godziny patrzeć na drzewa, mija dość szybko. Ja wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale sekwoje warte są każdych pieniędzy. Naprawdę.

 

Sekwoje to po prostu duże drzewa.
Nie wiedziałem, że duże drzewa mogą robić większe wrażenie niż kanion o rozmiarach: 446km x 29km x 1,85km
Ale mogą… i robią

 

Nawet mimo ponad półgodzinnego postoju 5km przed parkingiem (trafiamy akurat na remont drogi i ruch wahadłowy). Stoimy w poważnym korku 3 lub 4 samochodów, bo ku naszemu szczęściu, liczba zwiedzających zimą jest nieporównywalnie mniejsza niż latem. Myślę, że mało kto może powiedzieć, iż trafił na momenty, gdy w Sekwojach nie widział żadnego innego człowieka.

Ach! No i po drodze trafiamy na domek jak z bajki, w którym ręcznie robione są lody, ciasteczka, chleby i czekoladki. Spędzamy w nim obrzydliwie dużo czasu, tłumacząc to oczywiście tym, że samochód musi być odpowiednio dociążony w takich warunkach. Zostawiamy tam też zbyt dużo pieniędzy, ale miła pani powstrzymuje nas przed wyjściem darmowym testowaniem ciastek. Przez chwilę przypomina mi się pewna bajka braci Grimm.

 

x. Najeść się czekoladkami i nie dać się zjeść

 

 

Wracając do drzew, bo przecież one były najważniejsze (he he) – nie myślałem, że kawał drewna może zrobić takie wrażenie. Taki General Sherman, który stoi pośrodku i jest podobno największym drzewem świata. Jego wysokość to prawie 84 metry, a obwód na wysokości naszych głów – ponad 30 metrów. Jako że to Ameryka, Sherman rośnie w Wielkim Lesie, w którym znajduje się pięć z dziesięciu największych drzew świata. Patrzysz sobie i myślisz, że to nie jest możliwe.

Na nas, Park Sekwoi robi dużo większe wrażenie niż Wielki Kanion Kolorado.

 

Wracamy niestety tą samą drogą, którą przyjechaliśmy, bo przecież szkoda nam tych 40$ za łańcuchy. W głowie kołacze się jeszcze myśl, że co jeśli przydadzą się kolejnego dnia w drodze do Yosemite?

 

 

x. Zobaczyć Wielkie Sekwoje

 

Sequoia National Park -> Fresno

 

Śpimy we Fresno, gdzie po raz pierwszy uświadamiamy sobie, że Kalifornia rządzi się swoimi, osobnymi prawami – zarówno jeśli chodzi o koszt benzyny, jak i noclegów. To prawdopodobnie też najlepszy nocleg (poza Vegas) na jaki trafiamy. Trzygwiazdkowy: Days Inn by Wyndham Yosemite Area. Nic bardziej optymalnego na naszej drodze do Yosemite nie znajdujemy, a po całym dniu w samochodzie, nasze ciała wymagają odrobiny odpoczynku.

 

Days Inn by Wyndham Yosemite Area: 58,02$ (link)

 

Do Yosemite mamy jakieś dwie godziny, które ze względu na okoliczności przyrody – zajmują nam 3. Znowu jedziemy przez uprawne pola, przez winnice, przez region nie bez powodu nazwany: Madera, przez lasy, które dość mocno ucierpiały w niedawnych pożarach i w końcu, przez samo Yosemite, aby dojechać do Yosemite Valley.

 

 

Fresno -> Yosemite National Park

 

 


Yosemite National Park


 

Z Yosemite jest pewien problem. Wiem jak wyglądało tego dnia, a wiem jak powinno wyglądać w piękny, zimowy dzień. Możecie to zobaczyć w relacji (na końcu posta) z najlepszego szlaku według mnie w parku (4-Mile Trail, który wytrenowani spryciarze mogą połączyć z Panorama Trail i John Muir Trail): w zeszłorocznym wpisie. Tego dnia Yosemite wygląda nieco groźniej, a co gorsze, na początku grudnia większość wysokich szlaków, w tym Glacier Point oraz Sentinel Dome są już zamknięte… a w zasadzie przerobione na trasy dla narciarzy biegowych.

 

 

Po krótkiej konsultacji z panią w Visitor Center decydujemy się skierować w stronę wodospadu Yosemite Falls, a może nawet na Yosemite Point. Byliśmy mocno naiwni wierząc w to, że taka operacja może się udać przy tak wysokiej pokrywie śnieżnej oraz mocno nieodpowiedzialni, mimo wszystko próbując.

Początek jest całkiem niezły, powiedziałbym nawet, że bez śniegu. Od momentu, gdy przed nami otwiera się widok na wodospad, na który zmierzamy, z każdą serpentyną (a tych jest z milion) śniegu sukcesywnie przybywa, aż do momentu, gdy zaczynamy wątpić, czy w ogóle da się iść dalej. Pewnie byłoby mi nieco łatwiej, gdybym nie miał na sobie letnich butów górskich, które służyły mi za narzędzie do pokonania w maju Karkonoszmana. Tu należą się solidne gratulacje dla wodoodpornych skarpetek Dexshell, które trochę na próbę, kupiliśmy sobie rok temu. Mimo że moje buty były doszczętnie przemoczone (no bo w końcu letnie i niskie) to stopa pozostała sucha i stosunkowo ciepła – głęboki szacun.

 

To piękne uczucie, gdy przez 10 kilometrów powolnie wspinasz się w górę (pod koniec w tempie kilku metrów na minutę) i patrzysz jak Twój szczyt powolnie pokrywa się chmurami. Odsłoni się dopiero, gdy zawrócisz. Tak właśnie było – widok ze szczytu oceniam na podobny do widoku z naszego okna w Warszawie, gdy poranna mgła spowija wszystko. My, jak to my, idziemy czasowo na styk. Zgodnie z naszymi obliczeniami powinniśmy zdążyć do auta dokładnie o zachodzie słońca. Nie przewidzieliśmy jednak, że schodzenie po wyślizganym śniegu i kamieniach będzie sporo trudniejsze od wchodzenia po nim. Sporą część tras schodzimy na kucaka lub zjeżdżając „na Małysza”. Tego dnia wpadają nam 23 kilometry w nieco ponad 5 godzin spaceru (licząc tylko czas, gdy się poruszamy), bez postojów. Dawno nie byliśmy tak zmęczeni i tak zadowoleni, że kolejny głupi pomysł udało się ukończyć. Ten mógł mieć finał trochę gorszy niż zwykle…

 

Yosemite wygląda jak miejsce stworzone do przyciągania wspinaczy
…a potem eliminowania ich

 

Tak czy siak, trasa ta była prawdopodobnie najlepszą rzeczą, jaką mogliśmy zrobić w tych warunkach pogodowych. Nawet jeśli Yosemite nie pozostawiło w Pandzie odpowiedniego wrażenia „WOW”, to pionowym ścianom, które po drodze mijamy, a nawet i wodospadowi, który na wiosnę jest z 5x większy, nie można odmówić klasycznego, amerykańskiego gigantyzmu.

Przed wizytą w Yosemite koniecznie należy obejrzeć filmy o wspinaczach, którzy zdobywają te ściany bez zabezpieczeń lub na czas. Jednym z najlepszych do tego jest Buntownicy na Krawędzi, dostępny na Netflixie. To jeden z tych hardcore’ów, gdy na filmie stwierdzasz, że to niemożliwe, a potem na żywo okazuje się, że to nie tyle niemożliwe, co nawet niewyobrażalne. Jakkolwiek głupie by to nie było – szacun dla chłopaków. Po tym dokumencie już nawet samo zostawienie samochodu na słynnym Camp 4 było przeżyciem.

Yosemite opuszczamy przy bardzo mrocznej aurze. Dwa dni później wychodzi tam idealne słońce i niebieskie niebo, zmieniając go w zupełnie inny park.

 

 

x. Przejść szlak w Yosemite

 

Yosemite National Park -> Sonora

 

Nie jest łatwo znaleźć nocleg (rozsądny cenowo) blisko Yosemite. Stajemy w pierwszej knajpce za parkiem (genialny burger i jeszcze genialniejsza zupa w Hungry Bear Cafe w miejscowości Groveland) i korzystając z darmowego WiFi, znajdujemy sobie metę w miejscowości Sonora, która leży niedaleko naszej trasy. Musimy się pogodzić z faktem, że znalezienie taniego noclegu w Kalifornii jest bardzo trudne. Trafiamy do Heritage Inn – Yosemite/Sonora.

 

Heritage Inn – Yosemite/Sonora: 65,22$ (!) (link)

 

Sonora > San Francisco

 

Z Sonory do San Francisco mamy około 3 godzin jazdy, bo po raz pierwszy widzimy na drogach duży tłok – niezależnie od tego, czy mają 1 pas, czy 5, jest tak samo ciasno.

Po drodze robimy sobie przerwę, co jest bardzo mądre, bo dzięki temu wpadamy do miasta w godzinach szczytu i utykamy w korkach na moście. Zatrzymujemy się bowiem przy:

 

 


Mount Diablo


 

Mount Diablo leży w Mount Diablo State Park i znane nam jest z Tour of California. Nie możemy sobie darować wjechania na nie naszymi składakami. To w końcu ponad 17km podjazdu ze średnią bliską 6%. To jeden z wielkiej trójki tzw. Bay Area obok nieco niższego Mt. Tamaplais (na którym byłem w zeszłym roku) oraz nieco wyższego Mt. Hamilton, które wciąż na nas czeka.

Byłoby poważnym faux pas, gdyby tak znany podjazd nie był w czymś NAJ w tym kraju. Otóż, proszę państwa, mówi się, że Mt Diablo pod względem obszaru, który widać ze szczytu ustępuje tylko… Mt. Kilimanjaro. Tak, temu Kilimanjaro. Sam podjazd jest dość ciężki i bardzo ładny widokowo – nie jest jednak łatwo trafić na dzień z widocznością dobrą na tyle, aby zobaczyć tereny zarówno za Golden Gate, jak i… Half Dome w Yosemite. Po drodze widzimy szyszki duże jak głowa Pandy i kasztany duże jak… nie powiem co.

Ruch jest niewielki – w czwartkowe południe zdecydowanie więcej jest tu kolarzy niż samochodów. Co chwilę mijamy też znaki ostrzegawcze o kolarzach, prośby o „share the road” oraz informacje, że kolarze mogą poruszać się pełną szerokością jezdni.

 

Mount Diablo – niby nic, ale jak się tak człowiek zastanowi to
zaledwie 1% i 4km mniej niż Stelvio od Bormio

 

To także pierwsze miejsce, w którym Panda przeżywa kalifornijski szok. Ciężko go nie przeżyć. Samochód zostawiamy na jakimś bocznym parkingu, gdzie zaczynają się szlaki piesze oraz MTB. Standardowo czeka na nas koperta, skrzyneczka i prośba o zostawienie 5$. Robimy to bez problemu. Obok stoi szafka, w której znajdziemy wszystkie rowerowe narzędzia, pompkę stacjonarną, smary na mokre i suche, a nawet dętki w różnych rozmiarach. Tak, to high-life. Pokonywanie losowych podmiejskich uliczek tylko nas w tym utwierdza. Domy, pod którymi zaparkowane są zazwyczaj 3 auta: zabytkowe, sportowe i rodzinna Tesla, piękne ogródki, palmy, a wszystko to z jakimś takim umiarkowaniem. Nie ma wielkich betonowych orłów, kilometrowych podjazdów, rzymskich kolumn – jest jakoś tak pięknie, ale zwyczajnie. Tak, to miejsce w którym mógłbym zamieszkać. Sprawdzamy ceny nieruchomości – większość domków to okolice 2-5 milionów dolarów. Fajnie.

 

 

x. Wjechać na Mount Diablo

 

Lekko zmęczeni ruszamy w stronę San Francisco. Utykamy w jednym z tych potwornych korków w okolicach godziny 17 na moście pomiędzy Oakland a SF. Pełne 6 pasów zawalone samochodami. Osobne światła dla każdego pasa, które zmieniają się w losowej kolejności, wpuszczając po jednym aucie z pasa na most. Wszystko idzie wolno, ale grzecznie – zupełnie bez nerwów, bez gości zmieniających stale pas, mrugających światłami itp. W tle głowy kołacze mi się jednak słynna scena z Michaelem Douglasem z filmu „Upadek”. W takim miejscu można nie wytrzymać…

 


San Francisco


 

Dojeżdżamy do hotelu w San Francisco, w którym zostaniemy 3 noce. Znalezienie sensownego noclegu poniżej 100$ jest tu również wyzwaniem. Zatrzymujemy się w takim standardowym hotelu, położonym jednak w doskonałym miejscu – przy słynnej Lombard Street – Lombard Plaza Motel – kilka minut od zatoki i kilkanaście minut od prawdopodobnie najsłynniejszego deptaku w mieście (przynajmniej z tych położonych przy wodzie).

 

Lombard Plaza Motel: 307,78$ (102,5$ za dobę) (link)

 

Spokojnie mogę polecić to miejsce.

O samym San Francisco szkoda mi się rozpisywać – to jedno z najlepszym miejsc świata. Tekst o nim, wraz z listą rzeczy do odwiedzenia, znalazł się na blogu w zeszłym roku:

 

San Francisco: co zobaczyć, gdzie bywać, jak żyć?

Pierwszy wieczór spędzamy chodząc przez kilkanaście kilometrów po ulicach śródmieścia.

 

 

Pierwszy dzień to najbardziej oklepana trasa rowerowa w mieście. Jedziemy nabrzeżem, a następnie mostem na Hawk Hill, z którego zjeżdżamy do latarni morskiej Point Bonita. Jak to w Kalifornii bywa, drogi równe, kierowcy dla kolarzy mili, a ścieżki rowerowe prawie wszędzie. Problemem jest tylko czas, który potrzebujemy na pokonanie kolejnych kilometrów. Poruszanie się rowerem po okolicach San Francisco jest naprawdę ciężkie. Tego dnia przejechanie 78km zajmuje nam 7,5h (samej jazdy).

 

x. Zdobyć Hawk Hill

 

 

Jest przepięknie – przejeżdżamy np. przez Golden Gate Park, czyli długi na 5km park miejski, w którym spotkać można bizona, albo dzieciaki na sankach zjeżdżające ze śniegowej górki obok wyletnionych siatkarzy. Odwiedzamy też Twin Peaks, które jest jedną z wielu okolicznych górek. Idealne miejsce do spojrzenia na zachód słońca.

 

Drugi dzień spędzamy bez większego planu. Przemieszczamy się losowo po mieście odwiedzając ciekawe dzielnice. 60 kilometrów zajmuje nam grubo ponad 6h jazdy, a kolejne 3 pewnie spędzamy stojąc i patrząc.

 

 

Bo z San Francisco jest jeden, bardzo poważny problem. Praktycznie każda z ulic wygląda tutaj tak, że spokojnie można byłoby w każdym innym mieście zrobić z niej główną atrakcję turystyczną. Wszystkie domy mają zbliżoną stylistykę i w połączeniu z nieprawdopodobnie stromymi ulicami robią piorunujące wrażenie. Niezależnie od tego czy jest to latynowsko-hipsterska dzielnica Mission pełna murali, czy gejowska dzielnica Castro pełna kolorowych flag i manifestów. Tak, w San Fracisco prawie każda ulica obsiana jest takimi domkami (i takim systemem kabli z prądem):

 

 

x. Zmęczyć się na miejskich górkach

 

Odwiedzamy też oczywiście kultowy, ostrokołowy sklep MASH, który okazuje się być otwarty tylko w środy i czwartki od 12 do 19. Na pocieszenie udajemy się do Raphy, w której przeżywamy zawód. Po pierwsze, nie ma już przed nią charakterystycznego samochodu-patio, po drugie nie ma mojej ulubionej kolekcji SALE, po trzecie – nie ma czapeczki z napisem San Francisco. Mimo usilnych prób, nie kupujemy tam niczego.

 

x. Kupić fajny ciuch

 

Odwiedzamy za to dużo lepsze miejsce niż sklepy: Church of 8 Wheels. Reklama mówi, że jest to kościół przerobiony na rolkowisko. Nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Faktycznie, jest to kościół – taki zwykły, zupełnie standardowy kościół. Jesteśmy tam za wcześnie, piątkowa impreza jeszcze się nie zaczęła. Wita nas gość w wielkim kapeluszu i z kolorowymi pomponami. Jest też muzyka, lasery, balony i w ogóle głośno i kolorowo. Kiedyś tam wrócimy pojeździć.

 

x. Odwiedzić kościół, w którym jeżdżą na rolkach

 

Na koniec dnia doznajemy szoku. Widzimy ze stu Mikołajów i Śnieżynek zgromadzonych przy pubie. Jakaś impreza tematyczna – myślimy. Okazuje się, że to wcale nie jest impreza tematyczna w tym lokalu. Ciąg świątecznych przebrań ciągnie się jeszcze kilometrami. Ludzie w czerwieni widoczni są po horyzont i stłumieni przy każdym możliwym pubie. To prawdopodobnie największa świąteczna impreza jaką widziałem i zobaczę w swoim życiu. Zdjęcie nie wychodzi, bo wszystko mruga i się kręci, a muzyka sprawia, że ręka bezwładnie podskakuje.

 

 

Z San Francisco wyjeżdżamy zniesmaczeni. To miasto jest zbyt dobre. Ocean, plaże, pagórki, wysokie góry – wszystko to jest w zasięgu ręki. Szkoda tylko, że średnia cena wynajmu „1-sypialnianego” mieszkania wynosi jakieś 3300$ miesięcznie.

Dosadniej mówiąc: uciekamy z tego miasta. Przed nami już tylko droga do Los Angeles i dzień na miejscu. Mamy cichą nadzieję, że LA jest tak złe, że nasze wspomnienia przestaną być tak pozytywne, a sama droga nas znudzi, dzięki czemu stracimy ewentualną chęć do przedłużania wakacji. Ameryko – przepraszam, że znowu w Ciebie zwątpiłem.

 

San Francisco -> Big Sur -> Morro Bay

 


Big Sur


 

O CIE JASNY (W)UJ…

 

Czeka nas ponad 700km drogą, która praktycznie cały czas ciągnie się wzdłuż wybrzeża. Jedziemy klifami i z każdym kolejnym kilometrem szczęka opada coraz bardziej. Pierwszy postój robimy w kolebce surferów – Santa Cruz. Zimą to miasto praktycznie nie istnieje. Jest raczej pusto i raczej smutno. Zamknięte wesołe miasteczko wygląda trochę jak z The Walking Dead. Plusem jest to, że po raz kolejny spotykamy lwy morskie, z którymi Panda może sobie w spokoju porozmawiać.

 

 

Dojeżdżamy wybrzeżem do słynnego Big Sur. To jest dla nas cios ostateczny (wcale nie, potem okazuje się, że jednak można jeszcze kopać leżącego). To jak połączenie wszystkich najlepszych, nadmorskich dróg jakie widzieliśmy. Takie GC-200 na Gran Canarii, połączona z Cap Formentor na Majorce i Anagą na Teneryfie. Ta droga to jest sztos ostateczny i nawet fakt, że wszystkie szlaki turystyczne są zamknięte, w niczym nam nie przeszkadza. Jesteśmy znowu tymi upośledzonymi turystami, którzy podziwiają wszystko z samochodu, wychodząc tylko na parkingach na fotkę. Na każdym z tych parkingów można byłoby się rozsiąść i patrzeć w siną dal przez cały dzień.

 

 

Jedynym miejsce, do którego musimy przespacerować poważne 500 metrów jest super-podobno-słynny McWay Falls, czyli wodospad spadający wprost na plażę. Ponad 2 tygodnie czekałem, aby to powiedzieć: JEST TAKI SOBIE. Z drugiej strony, mam nieodparte poczucie, że równie dobrze mógłby się on znajdować na Cyprze i być jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych na wyspie.

 

 

Cabrillo Hwy, czyli droga numer „1” jest miażdżąca, ale jazda nią mocno męczy. Zakrętów jest dużo, a punkty widokowo porozrzucane są za każdym zakrętem jeszcze więcej. Trochę jedziemy, trochę stajemy, potem znowu jedziemy i znowu stajemy. Z każdego punktu widok jest podobny, ale przez pierwsze kilkadziesiąt kilometrów nie możemy pominąć żadnego z nich.

 

 

x. Przejechać się wzdłuż zachodniego wybrzeża

Wszystko co dobre kiedyś się kończy, Big Sur mijamy i wracamy znowu na „zwykłą drogę wzdłuż wybrzeża”. Stajemy sobie na parkingu oznaczonym jako „Vista Point”, ale nie po to żeby coś oglądać, lecz po to, aby siknąć. Kibelka nie ma, ale jest za to inna niespodzianka:

 

 

Oficjalnie mamy dość. Przesyt, za dużo, za dobrze. Teraz musi być już źle, abyśmy mogli szczęśliwi wrócić do domu.

 

x. Mieć już dość piękna

 

Czekamy tylko, aby dojechać do noclegu w miejscowości Morro Bay (bo nazwa śmieszna – wyobrażamy sobie beja w moro). Brzmi kiepsko.

Ja przepraszam za ten zwrot i swój język, ale jakby to napisał pewien inny kolarski bloger: „JA JEBIE” (cytat).

Morro Bay to takie Calpe, tylko amerykańskie. Lwy morskie krzyczą, ptaszki śpiewają, ludzie jedzą morskie żarcie w tanich i drogich knajpach, wielka skała wyrasta z oceanu, ludzie uśmiechnięci, a my spacerujemy promenadą, na której znowu są sklepy z genialnymi rzeczami. Śmieszne (ale mądre) książki, śmieszne (ale ładne) ciuchy i tak dalej. Wpadamy do pizzerii, w której obsługuje nas lokales w czapce wyglądający jak rodem wyciągnięty z amerykańskiej komedii.

Mieszkamy w Morro Bay Sandpiper Inn.

 

Morro Bay Sandpiper Inn: 50,83$ (link)

 

Morro Bay -> Long Beach

 

 

Morro Bay opuszczamy rano. Czeka nas długa przeprawa do Los Angeles, którego zadaniem jest nieco zepsuć nam wspomnienia z wakacji. W końcu kogo nie zapytacie – Los Angeles jest zawsze największym zawodem. Nasz pierwszy dzień wakacji również nie wskazywał, abyśmy mieli zapamiętać je szczególnie dobrze.

Jedziemy znowu przez jakieś parki, trochę nad wodą, czasem jest punkt widokowy, czasem tama, czasem plaża – to wszystko już było. Nie to, że jest brzydkie więc stale się zatrzymujemy. Taki przejazd przez Los Padres National Forest albo postój nad jeziorem Cachuma to dalej rzeczy warte polecenia, ale nie mogę o tym tutaj pisać. Gdybym zaczął się tak rozdrabniać, wpis stałby się długi ;-)

 

W Malibu mieszkają na przykład: Leonardo DiCaprio, Miley Cyrus, Jack Nicholson, Ellen DeGeneres, Jennifer Aniston, Paris Hilton, Britney Spears, Angelina Jolie, John Travola i wieeelu, wieeeelu innych… (tutaj zdjęcia ich domów… i wielu innych)

 

Z miejsc wartych odnotowania – przejeżdżamy przez Malibu. Dzielnicę, w której plaże może i nie są najlepsze, ale zabudowania już tak. Takich domków jak w Malibu, ze świecą szukać gdziekolwiek indziej. W końcu jak często widzi się rządek niewielkich zabudowań z prywatną plażą, a niewiele dalej, na górce – wielkie i nowoczesne (lub nieco już nadgryzione zębem czasu) wille.

 

Na Wikipedii jest osobny rozdział opisujący katastrofy naturalne, które dotknęły Malibu

 

Naszą perspektywę zaburzają oczywiście nieco efekty niedawnych wielkich pożarów w Kalifornii, które wyraźnie odcisnęły swoje piętno na okolicy. Zamiast przez zielone łąki i lasy, jedziemy przez spalone zgliszcza, które od czasu do czasu poprzecinane są nienaruszonymi domami i zielonymi trawnikami. Ciężko ocenić, czy zostały w jakiś magiczny sposób ominięte przez ogień, czy po prostu właściciele tak szybko przywrócili je do pierwotnego stanu.

Wtedy wydaje nam się jeszcze, że to wszystko to niezły luksus. Kilka godzin później zmieniamy zdanie, bo docieramy do:

 

Po plaży przejść się nam nie udaje, bo wszystkie prywatne.

x. Być tym creepy gościem co ogląda drogie domy innych

 


Long Beach


 

Nie wiem, czy Long Beach to jeszcze Los Angeles, tak samo jak nie wiem, czy Pasadena, przy której spaliśmy pierwszego dnia, również zalicza się do tego miasta. Podejrzewam, że nie, ale jest to pewnie tak samo jak z aglomeracją śląską – nikt w sumie nie wie gdzie, co się kończy, a gdzie zaczyna.

W każdym razie wylądowaliśmy w Long Beach i niestety – było to najlepsze i najgorsze co mogło nas tego dnia spotkać. Plan był przecież prosty – zobaczyć to straszne LA i zatrzeć nieco zbyt pozytywne wspomnienia z wakacji. Nie udało się bardziej niż mogłem to sobie wyobrażać. Dzień wcześniej sprawdziłem na szybko, gdzie w okolicy najlepiej popatrzeć sobie na świąteczne świecidełka – jakaś anonimowa strona napisała, że jednym z takich miejsc jest wysepka Naples. Tak się jakoś złożyło, że to z 15 minut składakami od naszego noclegu. Wycieczka na wysepkę, której promień wynosi może z 500 metrów zniszczyła nas ostatecznie.

Powody były dwa. Pierwszy z nich to dojazd wybrzeżem. Okazuje się bowiem, że wzdłuż wybrzeża poprowadzona jest ścieżka rowerowa. Nie jest to niestety ścieżka przy ulicy – ona jest poprowadzona idealnym asfaltem przecinającym plażę i ciągnie się tak dziesiątki kilometrów. Od dalekiego południa za miastem, aż ponad plażę w Santa Monica. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, po co powstał rower typu beach cruiser, mam dla Was odpowiedź.

Na ścieżce napotykamy abstrakcję, prawdopodobnie najbardziej czerwono-pomarańczowy zachód słońca jaki widzieliśmy w życiu. W połączeniu z plażą, oceanem, portami, domkami i blokami, z których wychodzi się bezpośrednio na piasek, zrobiło nam się przykro. Aż mi głupio wrzucać zdjęcia, bo wyglądają jakbym trochę przesadził z suwakami koloru. Ale to nic, bo najgorsze miało dopiero nadejść.

 

 

Naples – nigdy w życiu o czymś takim nie słyszałem. To taka mini-wysepka połączona z lądem 3 mostami i mająca w swoim środku małą rzeczkę. Powiedziałbym, że wygląda jak miniaturka Wenecji. Gdybym na mapie nie sprawdził, że to wysepka, pewnie nigdy bym tego sam nie zauważył. Co więc jest w niej takiego niezwykłego?

Zacznijmy od tego, że każdy z domków wygląda jakby właściciel powiedział „ej, masz tu 3 miliony dolarów, postaw mi małą i skromną, ale elegancką chatkę”. Sprawdziłem, tyle właśnie wynoszą tam ceny domów, które są relatywnie małe: 200 do 400 metrów kwadratowych. Ze względu na ograniczone miejsce, nie istnieje tam coś takiego jak płot. Każda posesja jest całkowicie otwarta, a przechodząc chodnikiem czujemy się, jakbyśmy szli komuś przez ogródek. Omijamy wielkie grille do steków i stoły ogrodowe. Nie ma też takiego wynalazku jak zasłony lub rolety, ale nikomu to nie przeszkadza. Czuję się trochę jak w Simsach, gdzie jako niewidzialny twór mogłem bez wzbudzania podejrzeń, podglądać codzienne życie innych. Tak, Naples to raj dla podglądaczy. Chodnik puszczony jest tak blisko ganków, że każda z mijanych tam osób wita się z nami jakbyśmy byli sąsiadami. Nie to jest oczywiście najgorsze.

Oglądaliście kiedyś Griswoldów, a dokładniej: National Lampoon’s Christmas Vacation? Pamiętacie Clarka strojącego swój dom? To było nic. Uwierzcie mi, że Królewski Ogród Światła w Wilanowie jest za mało świecący by tam stanąć. Naples wygląda jak świąteczny wyścig zbrojeń ludzi, których budżet jest całkowicie nieograniczony. Wszystko się rusza, wszystko się świeci, wszędzie gra muzyka, wszystko mruga, wszędzie są Mikołaje, a dwa dni wcześniej odbyła się tutaj parada świecacych łódek. No tak, zapomniałem wspomnieć, że każdy z domków ma swój prywatny dok na jacht.

 

 

x. Zobaczyć najlepsze w życiu ozdoby świąteczne

 

Czarę goryczy przelewają dzieci przy jednym z domków (na chodniku dokładnie),ćwiczące śpiewanie Feliz Navidad wraz z gościem z gitarą. Mamy oficjalnie dość tego kraju. Idziemy do naszego ostatniego noclegu. Nie byle jakiego, bo statku Queen Mary.

Tak, to ten sam liniowiec, który w połowie 20. wieku kursował pomiędzy Southampton w Anglii i Nowym Jorkiem, wożąc takie osoby jak królowa Wielkiej Brytanii, Marlena Dietrich, Eleanor Roosevelt, Dwight Eisenhower, czy Winston Churchill. Kawał historii.

 

The Queen Mary: 146,77$/noc (!!!) (link)

 

Pominę zbędne rozpisywanie się: nocleg na Queen Mary jest według mnie najbardziej przepłaconym i prawdopodobnie najgorszym w jakim byliśmy. Nasza „kajuta” to przerobiony pokój byłej 1. klasy. Może i kiedyś ona była pierwsza. Teraz brak okna i klimatyzacja sterowana werbalnie w recepcji, oddalonej o jakieś 100 metrów, z dwoma stanami: zimno/ciepło, odbiera nieco luksusu. W połączeniu z pustymi korytarzami czujemy się trochę jak w horrorze lub scenie Titanica, w której za nami zaraz pojawi się ściana wody. Nie wliczamy jednak noclegu do „straconych”, bo inaczej na pewno nie znaleźlibyśmy się na Long Beach, a to co tam widzieliśmy, było warte każdych pieniędzy.

 

x. Przespać się na Queen Mary

 

W ten sposób spędziliśmy ostatnią noc na tych wakacjach. Rano oczywiście pancake’i w IHOP, obserwowanie surferów na Manhattan Beach i powrót z LAX do domu… na tydzień, bo potem ruszamy do Maroka.

 

 

 


Koniec


 

Nie jestem dumny z tego tekstu. Tak samo jak nie jestem dumny, że gdy szczątkowo opowiadam o tych wakacjach, muszę kłamać. Inaczej ludzie pomyśleliby, że jestem niezłym ciulem. Nie chcę być tym gościem co „a w Ameryce to…”. Nie będę ukrywał – jestem psychofanem amerykańskiego stylu życia i wydaje mi się, że udało mi się nieco wciągnąć w to moją dziewczyną. Nie chodzi tu o posiadanie wszystkiego NAJ, a po prostu o to, że wszyscy (generalnie) są mili. Ludzie się uśmiechają, pozdrawiają, nie łamią bezsensownie przepisów. Jak jest wyraźnie napisane, że „zakaz wyprzedzania rowerzysty”, gość będzie za Tobą jechał, aż do odwołania tego znaku. Nawet jeśli droga jest pusta. Ba, wystarczy nawet napis „zakaz wyprzedzania na zakrętach”. Podobne spostrzeżenia dotyczą wszelkich dziedzin życia. Że to życie bezmyślne, odgórnie sterowane, sztuczne? Nie wiem, dla mnie nie ma to znaczenia. Przeprowadzka na zachodnie wybrzeże dalej pozostaje w przestrzeni „realne, niezbyt odległe plany na życie”.

 

 

Ja nikomu nie polecam takich wakacji. To były wakacje, w których nie było czasu na nic. Była poranna pobudka, 2 godziny jazdy autem, kilka godzin zwiedzania, 3 godziny jazdy autem – tak średnio. W każdym z miejsc, które odwiedziliśmy, spokojnie można było spędzić tydzień bez nudy. Nie mieliśmy niestety tyle czasu. Jeśli jednak jesteś hardkorem z ograniczonym urlopem gwarantuję, że o lepsze wakacje ciężko.

…boję się tylko pomyśleć, jak wiele rzeczy pominęliśmy.

 

x. Przeżyć wakacje życia

 

 

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X