Amsterdam, Gouda i mistrzostwa CX w Belgii

 

Ja, proszę Państwa, mam bardzo dobre połączenie na weekend.

 

Wstaję rano koło 7, dwadzieścia minut później wychodzę do pracy. Myję się wieczorem to już rano nie muszę. Śnieg leży, więc idę z buta, bo na rowerze się zabiję, a w tramwaju będę się tylko denerwował słuchając ludzi. W biurze melduję się 7:53 zastanawiając się czemu tam wcześnie i kalkulując ile życia tracę przez te gratisowe minutki. Potem festiwal jedzenia, picia kawy i restartowania rzeczy, aby o 17 zapolować na autobus do Pandy, w którym przemyślę, dlaczego wyszedłem godzinę za późno i dlaczego wydałem 4zł na bilet, skoro za Ubera zapłaciłbym pewnie 10zł. 17.20 wsiadamy z prawie 60kg bagażu do taksóweczki, która zawozi nas na lotnisko. 19:50 wylatujemy do Amsterdamu, tam 2 dni (lub 3 noce) zabawy i w poniedziałek o 7:05 wsiadamy do samolotu, aby wylądować o 9:05, a o 10:00 zameldować się znowu w pracy. To znaczy Panda wraca, bo ja w Holandii zostaję kolejne 3 dni, które w godzinach pracy przesiedzę w amsterdamskim World Trade Center obserwując przez okno jak mija mi życie, a wieczorami bedę się starał zachować godność.

 

 


Jeśli szukacie przewodnika „Jak spędzić weekend w Amsterdamie” to trafiliście bardzo źle… jak zwykle

 

Bo turyści z nas niestety jak z koziego zadka trąbka, choć nigdy tego porównania nie rozumiałem. Trąbka byłaby z niego całkiem niezła. To jest wpis o nieco alternatywnym spędzaniu czasu. Amsterdam miał pomóc w powrocie do szarej rzeczywistości po grudniowych wizytach w Stanach i Maroku.

 

Gdy ludzie w amsterdamskim biurze pytają, czy zobaczyłeś trochę miasta przez weekend, a Ty odpowiadasz, że nie bardzo bo w sobotę z niego wyjechałeś, a w niedziele pojechałeś do Belgii zobaczyć jak pijani i ubłoceni kibice krzyczą do zmęczonych i ubłoconych kolarzy to wiedz, że… nie jesteś zwykłym turystą. Ale oni nie wiedzą. Oni pewnie nie widzieli filmu: „Joe’s ok„, który jest najlepszym filmem w historii krótkich filmów kolarskich ;) i „Shhhh, be quiet ginger„, który pokazuje co w życiu się liczy.

 

Na lotnisku w Schiphol meldujemy się o 22:00. Do centrum dostać można się taksówką za 30-60euro w zależności od szczęścia i własnej potrzeby luksusu, bo wybrać można taniego Ubera albo np. taksówkarską Teslę model S. My wybieramy pociąg, bo to najłatwiejsza opcja. Bilet za ~15 minutową podróż z lotniska na dworzec główny w Amsterdamie (Amsterdam Centraal) to 4,50E jeśli kupujemy przez internet i 5,50E jeśli w biletomacie (bo papier kosztuje). Biletomaty w obsłudze są proste, pociągi jeżdżą co chwilę (nawet jeśli Google Maps twierdzi inaczej), a znalezienie peronu jest proste, bo wystarczy iść za strzałkami. Nawet jeśli jesteśmy turystycznie upośledzeni to miejscowi chętnie nam pomogą, bo Holendrzy narodem są bardzo miłym, a po angielsku mówi praktycznie każdy.

 

 

Wiesz, jak czuje się człowiek, wchodzący po raz pierwszy od lat na lodowisko na Stegnach? Tak jak my, po wyjściu z dworca w Amsterdamie, tylko zamiast łyżwiarzy są ludzie na rowerach. Pomimo tego, że jest godzina do północy. To jest wspaniały widok: samochodów praktycznie brak, ludzi na rowerach tylu, co ludzi w tramwaju numer 31 w poniedziałek o 8:47 w okolicach Wołoskiej.

 

Po kilku minutach spaceru docieramy do hotelu:

 

 Inntel Hotels Amsterdam Centre

 

Jeśli powiem, że Inntel Hotel to najbardziej przepłacony hotel w historii mojego życia, to chyba nie przesadzę. Może i ma 4 gwiazdki, ale jakościowo nie różni się od zwykłych moteli, które odwiedzaliśmy w Stanach – lokalizacja pewnie robi swoje. Pobyt weekendowy (od piątkowego wieczoru do poniedziałkowego poranku) to od 2300zł w opcji najtańszej do 3100zł jeśli ma być ze śniadaniem, płatnością na miejscu i jakąkolwiek możliwością rezygnacji. W tygodniu jest taniej – kolejne dwie noce kosztują pomiędzy 700, a 1000zł. Szybko uświadamiamy sobie, że centrum Amsterdamu tanie nie jest.

 

  • 70m^2 mieszkania w centrum to prawie 2000 euro miesięcznie.
  • Pizza od 7 do 15 euro w przeciętnej knajpce
  • Dobry hamburger to jakieś 15 euro
  • Kebab 6-10 euro.
  • Podziemny parking publiczny w centrum – 45 euro / doba.

 

 

Warszawa jest jednak wspaniała pod kątem ekonomicznym. Amsterdam to dla mnie cenowa Kalifornia, chociaż numbeo.com twierdzi, że aby mieć zbliżoną jakość życia w Amsterdamie co w San Francisco, należałoby zarabiać tylko 5300$ zamiast 7700$ tam. Z drugiej strony, w Warszawie wystarczy 9500zł, aby żyć jak w Amsterdamie za 20 000zł. Pytanie tylko, czy nie lepiej być biednym tam, niż bogatym tutaj:

 

Consumer Prices in Amsterdam are 87.88% higher than in Warsaw
Consumer Prices Including Rent in Amsterdam are 109.72% higher than in Warsaw
Rent Prices in Amsterdam are 159.01% higher than in Warsaw
Restaurant Prices in Amsterdam are 112.06% higher than in Warsaw
Groceries Prices in Amsterdam are 94.13% higher than in Warsaw
Local Purchasing Power in Amsterdam is 31.03% higher than in Warsaw

 

 


Tylko zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w środku Europy

 

Statystycznie w styczniu pada w Amsterdamie przez 12 dni (w Warszawie przez 8). To i tak lepiej niż w takim listopadzie, w którym pada co drugi dzień Jest też kilka stopni więcej niż u nas. Nikomu to jednak znaczącej różnicy nie robi: skoro zmokniesz tak czy siak – po co się przejmować. Obserwując przez hotelowe okno Holendrów, nie jesteśmy w stanie określić jaka jest pogoda. Niezależnie od tego czy leje, czy wieje, czy jest idealnie – jadą rowerami dokładnie tak samo. Bo, jak mawia mój szef, który mieszka w Amsterdamie od roku:

 

 


„Dutch just don’t give a shit”

 

I to jest prawda. Holendrzy mają całkowitą wylewką na to, czy mokną czy nie. Mają też całkowitą wylewkę na sto tysięcy innych rzeczy. Widać to dobrze przez ich wielkie okna bez zasłon. Wybierając się do miasta można sobie zaserwować „Big Brothera” na żywo siadając przed dowolnym oknem. Niezależnie od tego czy chodzą akurat w pidżamie po mieszkaniu, czy jedzą jajecznicę i gofra przed telewizorem – wszystko to widać z ulicy. Powiedziałbym, że ostatni raz coś takiego widziałem na Long Beach, ale zdaje się, że za takie porównaniu można byłoby tutaj zarobić w japę. To znaczy, można byłoby gdyby im ono nie powiewało.

 

 

 

Na stronie dutchreview jest kilka fajnych tekstów (niestety w lengłydżu):

„Dlaczego holendrzy nie mówią przepraszam”, „5 pytań, które zadadzą Ci Holendrzy„, „Dlaczego jeżdżą bez kasków” i tak dalej.

 

Holendrzy zdają się nie dbać o konwenanse i są w tym brutalnie bezpośredni. Po co mówić „sorry” skoro i tak nikomu tak naprawdę nie jest „sorry”. Pytanie „skąd jesteś, po co przyjechałeś, co tu robisz i kiedy wyjeżdżasz” są na porządku dziennym. Niezależnie od tego, czy jesteś w sklepie czy właśnie ktoś zaczepił Cię w pubie, a o to też nietrudno. Niestety, prawie wszyscy spotkani przez nas ludzie po raz kolejny budzą bardzo proste pytanie: „dlaczego mieszkamy tam, gdzie mieszkamy, a nie tutaj?”.

 

 


A w sobotę padał deszcz

w niedzielę, poniedziałek, wtorek i środę też
…a potem pogoda miała się pogorszyć

 

 

Zaskoczenia brak. Rano jest ciemno, chłodno, pada deszcz i w ogóle czuję się jak w domu. Mieliśmy tego dnia jechać na wycieczkę do Rotterdamu składakami, które tu przywieźliśmy ze sobą… ale nie. To się nie uda.

Uderzamy w miasto. Amsterdam to takie miasto jak San Francisco – nie musisz ustalać trasy spaceru – gdziekolwiek nie pójdziesz w obrębie centrum, będzie dobrze. Kamienice, kanałki, łódki, muzea, sklepy, a wszystko to zawalone rowerami zamiast samochodów.

 

 

Liczbę rowerów w mieście szacuje się na 881 000, każdego roku, gdzieś pomiędzy 8 000 do 15 000 wyławianych jest z miejskich kanałów (a kolejne 25 000 w nich ląduje). Każdego dnia mieszkańcy Amsterdamu pokonują 2 miliony kilometrów podczas swoich 613 000 przejażdżek. Ciężko się dziwić, podobno każdego dnia 58% mieszkańców (powyżej 12 roku życia) przemieszcza się rowerem.

 

 

Po ostatniej wizycie w Stanach, Panda uzależniona jest od masełka, ziemniaczków i pancake’ów. Zaczynamy więc od podobno najlepszych pancake’ów w mieście (ziemniaki nadrobimy frytkami): Pancakes Amsterdam – ceny zaczynają się w okolicach 10E za jednego. Do wyboru są holenderskie i amerykańskie, które generalnie różnią się tylko grubością, bo i tak oba smakują jak racuchy. Są dobre, ale zdecydowanie inne niż oryginalne, amerykańskie – mniej maślane i paradoksalnie – w większości słodsze. To przez zalanie ich syropem klonowym. Jest nieźle, ale to jednak racuch.

 

 

Na pocieszanie kierujemy nasze kroki w kierunku klasyki: Rapha Amsterdam (taki sklep z drogimi ciuchami rowerowymi). Rapha w Amsterdamie jest najlepszą Raphą jaką odwiedziliśmy kiedykolwiek, a trochę ich widzieliśmy. Powód jest prosty: trafiamy właśnie na kolekcję „SALE” – to moje ulubione modele. W sklepie przecenione od 30% do 60% jest prawie wszystko, a jakby tego było mało – dostępne są prawie wszystkie rozmiary. Zrobiłem chyba największe zakupy ciuchowe w swoim życiu (choć głównie cywilne, bo jeśli chodzi o kolarskie – krój koszulek nas nie przekonuje). Sklep opuszczamy biegiem w obawie przed bankructwem ostatecznym.

 

 


Po co drewno do lasu

i nie mam na myśli Pandy w Amsterdamie

 

Dwie ulice dalej trafiamy (zupełnie przypadkiem, he he he) na Brompton Junction, gdzie niestety również są promocje. Są też do wypożyczenia Bromptony w cenach np. 9E za 8 godzin lub tydzień za 50E. Trafia do nas, że przywożenie ze sobą rowerów do miasta, w którym na każdym skrzyżowaniu jest wypożyczalnia mija się trochę z celem. Szczególnie, jeśli możesz wypożyczyć taki sam, jak masz….

 

 

Szybko uświadamiamy sobie, że staliśmy się tymi ludźmi, którzy „skoczyli na weekend do Amsterdamu na zakupy”. Przeraża nas ta myśl, więc nie zważając na pogodę postanawiamy jednak opuścić miasto i wrócić do niego dopiero, gdy sklepy się zamkną.

 

 


Może i leje deszcz, ale przynajmniej wieje wiatr.

 

Jeżdżenie rowerem po Holandii to jest mokry sen każdego rowerzysty/kolarza/turysty. Sieć dobrych i mądrze poprowadzonych ścieżek (a w zasadzie dróg) rowerowych przytłacza. Świadomość kierowców również zachwyca, choć jako że rower jest tu traktowany jako normalny, pełnoprawny uczestnik ruchu, nie ma tu co liczyć na taryfę ulgową. Praktycznie każda trasa wyznaczona Stravą, czy Google Mapsami (w wersji rower) to specjalna droga dla rowerów. Nie wiem, czy chciałbym na niej robić grupowy trening kolarski, ale nie po to one tutaj są.

 

 

Wiecie ile energii potrzebuje Mariusz Pudzianowski żeby przerzucić oponę od traktora? Ja nie wiem, ale obstawiam, że to połowa tego, ile wkładamy w to, aby przemieszczać się 15km/h. O ile deszcze zbytnio nie przeszkadza, gdy jedzie się w pelerynie, o tyle wiatr jest dość znaczącą przeszkodą, szczególnie biorąc pod uwagę pozycję na składaku. Pogoda tego dnia działa bardzo prosto. Zakładamy pelerynę – zaczyna wiać, zdejmujemy – zaczyna lać. Nie dojeżdżamy jakoś specjalnie daleko, raptem do oddalonej o 65km miejscowości Gouda – tak, tej od serów. To wystarcza, aby zaczęło się ściemniać. No cóż, kto późno wyrusza – wcześnie kończy:

 

 

Niestety, okazuje się, że to nie jest tak, że Amsterdam jest ładny. Może to kwestia regionu, może naszego szczęścia, ale cała droga do Goudy jest doskonała. Nie chodzi tu tylko o jakość i siatkę dróg. Ładne domy są nie tylko Amsterdamie, ale i w innych miejscach. Takie naprawdę ładne. Czujemy się trochę jak w dzielnicy Naples w Long Beach (znowu), w której drogie domy z odsłoniętymi oknami znajdują się nad kanałkami – nawet jeśli to blokowisko (bardziej Wilanów niż Praga).

 






 

Zwieńczeniem jest Gouda, w której moglibyśmy się zatrzymać zamiast Amsterdamu. Wygląda jak klasyczne, porządne, bawarskie miasto, z taką zaletą, że zamiast Niemców są Holendrzy. Ba, myślę, że okolice Goudy to miejsce, w którym moglibyśmy nawet zamieszkać, dojeżdżając do pracy w Amsterdamie. Patrząc jak wygląda piętrowy parking rowerowy przed dworcem Gouda Centralna, wiele osób na ten pomysł.

 

 

Do Amsterdamu wracamy pociągiem za 13E od osoby.

 

 


Niedzielne dylematy.

 

W niedzielę niespodzianka – pada deszcz.

Opcje są dwie – chodzić po mieście albo gdzieś z niego uciec. Tylko dokąd skoro pada, przecież nie będziemy chodzić po muzeach. Cieszę się, że pytacie, bo pytanie to stresowało mnie przez cały poprzedni tydzień. Nasz pobyt pokrywa akurat termin krajowych czempionatach w kolarstwie przełajowym. Polski i światowy widzieliśmy w zeszłym roku, czas sprawdzić jak wygląda to lokalnie, ale za granicą.

Pozostaję rozdarty pomiędzy Belgią, a Holandią, bo to przecież blisko siebie.

Oba mają bardzo mocne argumenty za sobą, bo holenderski odbywa się w HUJBERGEN (pisane: Huijbergen), a Belgijski w Krój Beke (pisane: Kruibeke). Do tematu podchodzimy profesjonalnie i rozpisujemy zalety obu rozwiązań:

 


Huijbergen

śmieszna nazwa

bezpłatne (czyli tańsze o 18E/osobę)

bliżej

łatwiej dojechać

wpis byłby tylko o Holandii

zobaczymy elitę kobiet i mężczyzn (bo tego samego dnia)

łatwiejsza organizacja (mniejsza impreza)

lepsza pogoda

piach zamiast błota po kostki

Mathieu van der Poel

Zawodniczka z grupy CCC Liv

Kruibeke

też śmieszna nazwa

belgijskie frytki

belgijskie wafle

belgijskie frytki

belgijskie wafle

belgijskie frytki

belgijskie wafle

belgijskie frytki

belgijskie wafle

belgijskie frytki

belgijskie wafle


 

Z powyższej analizy jasno wynika, że wybraliśmy Belgię.

Na tego typu imprezach są zazwyczaj strzeżone parkingi rowerowe, więc pomyśleliśmy, że może pociąg + dojazd ze stacji. Pechowo, trafiłem akurat w ichniejsze Pendolino, które za „tam i nazad” z Amsterdamu do Antwerpii (1:15h w jedną stronę) w drugiej klasie kosztuje 146E od osoby.

 

 

Cóż, pewnie są tańsze pociągi, ale w trosce o swoją psychikę temat porzuciłem i wzięliśmy auto z wypożyczalni Alamo (przez economycarrentals). Za prawie nowego Peugeota 2008 odbieranego z dworca centralnego płacimy 30euro za dobę +niecałego 20E za pełne ubezpieczenie.

 

<uwaga_cebulaka>

Pamiętacie jak mówiłem, że parking w centrum to jakieś 45E za dobę? To więcej niż wynajęcie auta za dobę. Sprytny człowiek zauważy, że lepiej codziennie wynajmować auto i oddawać je na parking wypożyczalni (zwrot możliwy całą dobę) niż płacić za parkowanie. Poza tym, jeżdżenie samochodem w tym mieście i tak mija się z celem.

</uwaga_cebulaka>

 

 


My, błoto, piwo i rowery

 

Wiecie na ile znam się na belgijskim kolarstwo przełajowym? Oto wszystko, co wiem: Wout van Aert, Toon Aerts, Koksijde, czarno-żółto-czerwone koszulki. Ja wiem – ignorancja. Problem w tym, że o zawodowym polskim kolarstwie przełajowym wiem mniej-więcej tyle samo. Jest to statystycznie nieskończenie razy więcej niż przeciętny Polak.

Ale to nie szkodzi. Tak jak curlingu nie trzeba rozumieć, aby dobrze się bawić oglądając krzyczących zawodników, tak na przełajach nie trzeba nawet patrzeć na kolarzy, aby mieć ubaw.

Dojeżdżamy na miejsce. Na parkingu ciężko nie trafić, bo oznaczenia rozpoczynają się wiele kilometrów wcześniej. Parkingowy wskazuje nam darmowe miejsce i kieruje do czekającego na nas rzędu darmowych autobusów, które dowożą kibiców prawie na miejsce startu. Jest tam dokładnie tak samo jak zwykle.

 

 

Średni wiek kibiców to jakieś 50lat. Jesteśmy nieco zawiedzeni, bo ilość śmiesznych i nietypowych przebrań jest znikoma… lub w zasadzie bliska zeru. Mistrzostwa Świata to jednak inna liga – nie wiem, może to wina pogody? Dominują kalosze i wodoodporne, niekolorowe dresy.

 

Gdybym nie wiedział gdzie jestem, pomyślałbym, że to ogólnokrajowy zlot wędkarzy.

 

Większość dużych impreza przełajowych dzieli się na kilka sektorów:

 

Jedzenie. Budki z jedzeniem i piwem są conajmniej tak samo ważne jak sami zawodnicy. Dominują frytki, bułka z kiełbaską, hot-dog i hamburger. Jeśli chodzi o picie, wyboru praktycznie nie ma – tylko złoty napój. Obowiązuje system festiwalowy. Bilety kupuje się w kasach za 2,5E/jeden i w budkach są wymieniane dla spożywkę. Zazwyczaj w konfiguracji: piwo – jeden bilet, jedzenie – dwa bilety.

 

 

Hale. Takie skrzyżowanie techno-party i Oktoberfestu. Ludzie skaczą, śpiewają, machają i starają się przenieść piwo do znajomych. Sprowadza się to zazwyczaj do spaceru z sześcio…kartonem (?) kubków niesionych nad głową, z których połowa trafi do ludzi, a połowa trafi na ludzi po drodze.

 

 

Strefa VIP. Dokładne przeciwieństwo hal opisywanych przed chwilą. Też hala, ale zamiast tłoku błotniaków są eleganciaki z brylantyną we włosach, a zamiast parkietu poruszającego się w rytmie umc-umc, elegancko nakryte stoły. Całość pasuje tam, jak człowiek w koszuli w paski zamiast kratki na zajęciach z analizy matematycznej.

 

Błotne górki. Wywrotki kolarzy cieszą – nic na to nie poradzę. Bardziej cieszą jednak wywrotki kibiców, którzy w przeciwieństwie do kolarzy, nie zawsze są do nich przygotowani. Może to wyjątkowo śliskie błoto, może piwo, a może po prostu złe obuwie lub brak techniki, ale poślizgi kibiców starających się ominąć bokiem tłum lub poszukujących swojego idealnego miejsca są regularne. O nadchodzącej wywrotce wie się sporo wcześniej. Człowiek zastyga w bezruchu, wie że każdy krok spowoduje efektowny uślizg. Możliwości są dwie: albo zjedzie na małysza, albo na pośladkach – innej opcji nie ma. Cały tłum zwraca się wtedy w stronę nieszczęśnika, telefony nagrywają, wszyscy czekają. Siatki ogradzające trasę wcale nie wytyczają toru jazdy, one są tam niczym siatki na stokach narciarskich – łapią kibiców.

 

 

Trasa. Trasa to trasa – wiadomo. Im więcej podbiegów, błota, przeszkód, zjazdów, kałuż, tym lepiej. Nic tak nie relaksuje jak oglądanie wysiłku z piwem/frytkami w ręce. W Kruibeke błoto było inne niż Valkenburgu. Nie zasysało, ono działało jak lód. Nie zrozumie przełajów, kto nigdy nie stanął w holenderskim/belgijskim błocie.

 

Plac dekoracji. Nie mam o nim nic do powiedzenia ;-)

 

Pozwólcie, że zamiast słów, posłużę się zdjęciami:

 

 

Tego dnia zjechać miało się 35 000 belgijskich kibiców kolarstwa. Przez pogodę, zjawiło się tylko 15 000.

 

Dla porównania, na zeszłorocznych Mistrzostwach Światach CX w Valkenburgu staliśmy w tłumie 25736 osób. Na najlepiej obstawione wyścigi, ale w Belgii, potrafi przyjść ich ponad 60 000.

 

 

W momencie, gdy Toon Aerts przejeżdża przez metę i nieco niespodziewanie zostaje zwycięzcą krajowego czempionatu tłum rusza do wyjścia z parku. W mojej kieszeni znajdują się jeszcze dwa kupony jedzeniowe – nie daję rady się ich już pozbyć. Fala zmierzająca po Crocsy w Lidlu to jest nic przy fali, która niesie nas w stronę autobusu. Na parkingu przypomina mi się po raz kolejny, dlaczego tak bardzo podobało mi się w Stanach. Tłum oblega każdy nadjeżdżający autobus z każdej strony – po kilku minutach nie mają już miejsca, aby zawracać na placu. Na pewno sprawę ułatwiłoby, gdyby każdy autobus stawał w tym samym miejscu i otwierał tylko przednie drzwi. Szczęśliwie dla nas, tłum wpycha nas już do trzeciego, który podjechał. Wracamy na parkingu, a potem do Amsterdamu.

 

 

Jak zwykle po przełajach – nie jestem pewny, czy mi się podobało. Traktuję to bardziej jako obowiązkowe, ale jednorazowe przeżycie. Jak to się dzieje, że ląduje na nim już kolejny raz – nie wiem. Jedno jest pewne, dużo lepiej ogląda się wyścig, w którym jest komu kibicować. Nawet jeśli kibicuje się człowiekowi, który walczy, by nie dostać dubla… bo w sumie jaka różnica?

 

 


Normalnie o tej porze – wożę się po mieście
Normalnie o tej porze – wożę się w łódeczce

 

Amsterdam, podobnie jak większość innych miast, najlepiej według mnie zwiedzać w nocy. Ścisłe centrum żyje tutaj do późnych godzin nocnych, a może nawet wczesnych godzin porannych. Ciężko się dziwić – szacuje się, że jakieś 30% turystów przyjeżdża tu głównie po to, aby odwiedzić coffeeshop. To jest ciekawy temat, bo technicznie marihuana nie jest tu legalna – nie jest ona po prostu zabroniona, a mówiąc dokładnie – proceder nie jest ścigany. To taka szara strefa, bo maksymalna transakcja trawą może dotyczyć jedynie 5 gramów (również w formule B2B ;) ), a „kawiarnia” może przechowywać maksymalnie 0,5kg. Nikt więc do końca nie wie, jak to działa i skąd się bierze, poza tym, że kurierów po mieście krąży wielu. Zadawanie zbyt wielu pytań, może doprowadzić do sytuacji z jaką spotkał się właściciel coffeeshopu Checkpoint, gdy okazało się, że trzyma w nim 200kg marihuany – kara? 10 milionów euro.

 

Do tego jest jeszcze dzielnica czerwonych latarni, która wygląda tak, jak pozostała część centrum, ale z witryn uśmiechają się do nas prawie nagie panie, a czerwone neony wypalają oczy. Jeśli ktoś lubi tłok, bandy bardziej lub mniej pijanych facetów śmiejących się głupkowato przy „wystawach” i sklepy, w których wszystko jest, delikatnie mówiąc, falliczne – bardzo polecam.  Każdy inne może po prostu przejść (bo jednak warto) i zapomnieć. Dzielnica mimo, że początkowo wydaje się czerwonym pryszczem na środku czoła, ma jednak zasadniczą zaletę. Zgarnia z miasta całą specyficzną klientelę (np. brytyjską z krakowskiego rynku w letnie, weekendowe wieczory), a co za tym idzie – ziomki nie krążą po innych, urokliwych zakątkach.

 

A krążyć jest gdzie. To jedno z tych miast jak San Francisco, gdzie spokojnie można udać się na spontaniczny spacer i każde miejsce będzie ładne. Czuję się trochę jak w Disneylandzie.

1515 barów i kawiarni, 165 kanałów o długości 100km, 11 000 000 drewnianych pali podtrzymujących amsterdamskie budynki, 1218 mostów i mostków, 2500 mieszkalnych łódek/barek, 20 000 000 turystów rocznie.

 

Najlepsza atrakcja poza skręcaniem w losowe uliczki?

Wycieczka łódką po kanałach. Koszt 2 godzinnej wycieczki połączonej z barbecue (kurczaki, stejki, burgery) płacimy około 650 euro (dzielone na 10 osób – nawet nie wiedziałem, że tyle znam). Bonusem jest fakt, że w grudniu i styczniu odbywa się Amsterdam Light Festival, dzięki czemu zarówno mosty, jak i budynki rozświetlone dziełami artystów z całego świata. Jest nieźle – zdecydowanie polecam, nawet jeśli wszystko to widzieliście już z poziomu chodnika.

 

Weekend w Holandii to jedno z tym nieprzyjemnych przeżyć, po których wracasz do domu i czujesz, że mieszkasz w Marrakeszu Europy.

 

 

Gratulacje, jeśli dotarliście aż tutaj (albo po prostu scrollowaliście zdjęcia i postanowiliście przeczytać ostatni akapit) i do zobaczenia w następnym wpisie – skąd i kiedy? Nie mam pojęcia, ale jakbyście jechali w jakieś fajne miejsce i szukali towarzystwa to piszcie :-)

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X