Lut '15 01
kategoria: Okołosportowo

 

Skiing combines outdoor fun with knocking down trees with your face.

~Dave Barry

 

Jak jest zima, to jest zimno i leży śnieg. Tak przynajmniej być powinno. W związku z tym, że nie chce mi się znowu marznąć na rowerze, a na dalekie podróże chwilowo nie mam czasu, szukam jakiejś alternatywy. Z opresji ratuje mnie, w czwartkowy wieczór, telefon z pytaniem czy jedziemy na weekend w Beskidy. Odpowiedź może być tylko jedna: Wisła jest jedną z moich ulubionych, kolarskich baz wypadowych. Tym razem jednak rower zostaje w domu. Rok temu, też w styczniu, byliśmy tam z przełajem.  Teraz sprawdzę sport, którego nigdy nie rozumiałem. Biegówki testowałem raz w życiu. Zapamiętałem z tego tyle, że wbrew oczekiwaniom, przemieszczanie się na nartach wcale nie jest szybsze niż w samych butach. W zasadzie jest sporo wolniejsze, ale to na pewno wina tras w Kampinosie. Po dobrze przygotowanych, górskich trasach, musi to wyglądać inaczej… Nie wygląda.

 

900km autem, żeby przebiec 37km

 

Wyjeżdżamy w sobotę przed 7 rano, na miejscu meldujemy się koło południa. Udajemy się na kwaterę, przebieramy i prosto na trasę. Zaczynamy od Kubalonki – jednej z najlepiej znanych tras biegowych w Polsce, z licencją FIS. Koszt wypożyczenia sprzętu na miejscu to 30zł / 3h (narty+buty+kijki, wszystko porządne). Decydujemy się wziąć na 2 doby, więc kosztuje to 60zł. Nie wiem, nie rozumiem, nie pytam. Trasa dość poplątana, ale niedługa – po godzinie mamy wszystko zwiedzone. Do robienia treningów: super. Sporo interwałów, podbiegi, zjazdy itp. Dla nas, narciarskich, turystycznych trzepaków, szału nie ma. Jeden punkt widokowy, trochę skrzyżowań, dzięki którym mamy uczucie, że można się zgubić. Robimy 13 kilometrów w ponad dwie godziny i każdy z nas ma dość. Jak przystało na młodych, pełnych życia młodzieńców, udajemy się na pizzę, a następnie zasiadamy przed dużym, płaskim telewizorem, oglądając Rocky III, w jednej ręce dzierżąc piwo, a w drugiej MilkyWay Magic Stars. W tej pozycji, czekamy od 18, do około 21, czekając aż pierwszy z nas rzuci propozycję, aby iść już spać. 

Cross country skiing is great if you live in a small country.

~Steven Wright

DCIM100GOPROG0191638.

Partyzancki punkt widokowy na Kubalonce

Drugiego dnia budzimy się chwilę po 7 – wczesne zasypianie ma swoje zalety. Decydujemy się zaatakować Czechy – tam przecież, jak już się niejednokrotnie okazywało, wszystko jest prawie takie samo, ale lepsze. Nie mylimy się. 20 kilometrów autem (czyli jakiś 40 minut jazdy, dzięki bardzo luźnemu, czeskiemu podejściu do kwestii odśnieżania dróg) i jesteśmy w miejscowości Mosty u Jablonkova – lokalnym ośrodku narciarskim. Parkujemy jakieś 15 minut spacerem od początku trasy, bo jak prawdziwi Janusze, boimy się znowu zapłacić 5zł parkingowemu. Stoimy tak bardzo w mieście, że chłopaki idą na policję zapytać jak trafić na najbliższą trasę biegową – na szczęście jest niedziela i policja w Czechach chyba nie pracuje, bo komisariat zamknięty. Kierujemy się więc za znalezionymi chwilę później znakami, przedstawiającymi ludzika z nartami biegowymi. W przeciwieństwie do narciarstwa zjazdowego, plusem jest to, że trasy są wszędzie bezpłatne, buty bardzo wygodne, a sprzęt lekki. Mam wrażenie, że szybciej bym się przemieszczał nosząc narty pod pachą. Ruszamy przetartymi szynami w głąb lasu. Potem już tylko podbiegi, zjazdy, punkty widokowe, lasy, pola i wszystko co najlepsze. Opracowaliśmy idealną technikę zjazdową – dzida w dół i na pierwszym zakręcie się wywracamy, żeby nie trafić w drzewo. Biegówki nie skręcają, z tego co widziałem w TV, nawet zawodowcy zakręty pokonują pokracznie. Jako wyznawcy kolarskiej stylówy, wolimy się wywalić, niż tak drętwo skręcać. Metodę dopracowujemy wielokrotnie – w zasadzie, na każdym zjeździe. Czasem też na podjeździe, a pod koniec, nawet stojąc w miejscu. Martwi mnie trochę to, że narty nie wypinają się przy wywrotkach – oczami wyobraźni widzę Maćka z powyłamywanymi kolanami. Wychodzi łącznie 24 kilometry i trochę ponad 4 godziny jazdy. Paweł zapewniał rano, że trasa będzie łatwa i przyjemna. Esencją tego był podjazd zajmujący nam 45 minut, czyli jakieś 4km ze wzniesieniami sięgającymi >25%. Szczęśliwie, nie wziąłem ze sobą batonów, ani picia – nie rozpraszają mnie myśli, o tym kiedy za nie chwycić. Ostatnie kilometry są ciężkie – im bardziej człowiek zmęczony, tym bardziej narta się ślizga. Im bardziej narta się ślizga, tym bardziej człowiek się nie porusza, a im bardziej się nie porusza, tym bardziej jedzie do tyłu zamiast do przodu. Dodatkowo, zapomnieliśmy, że narty trzeba oddać do 16.30 – nie możemy sobie przez to pozwolić na zbyt długie przerwy. Cierpimy w ciszy, przemieszczając się wolno, ale jednolicie.

 

DCIM102GOPROGOPR3559.

Czechy – tak po prostu

 

Pozostaje jeszcze najmilszy moment dnia, czyli obiad. Pizza, potem lody, potem znowu lody, potem batony i lody. Ze swojej strony polecić mogę pizzerię Colorata w Wiśle. Może nie jest to klasyczny, włoski placek, ale jest duża i uczciwa. Pozostałe dania również wyglądają dobrze, mimo iż budynek, w którym się znajduje, sugeruje coś odwrotnego. Problemem jest tylko wybor rozmiaru – dobre 10 minut zajmuje nam opracowanie optymalnego zamówienia. Liczymy koszt metra kwadratowego pizzy w stosunku do ceny (dostępne 20-50cm średnicy) i optymalne wychodzą 2 duże na 3 głodnych. Liczenie w stanie powysiłkowym nie jest proste.

Powrót mimo, że jest to ostatni weekend ferii mazowieckich bez większych problemów. Korek, podobnie jak przy wjeździe, łapie nas jedynie w Wiśle.

 

DCIM102GOPROGOPR3707.

Tak kończy się większość naszych sportowych weekendów…

Dwa dni to chyba idealna długość na taki wypad, jeśli lubimy intensywne i aktywne spędzanie czasu. Tania benzyna (tankujemy w Tychach za 4.08), dość dobra droga, przyzwoite ceny noclegów (ok. 40zł/dobę) zachęcają do częstszych odwiedzin. Mam jednak cichą nadzieję, że kolejna wizyta będzie już na dwóch kółkach.

*tekst piszę, z perspektywy osoby, która o bieganiu na nartach nie ma pojęcia i próbowała tego raz w życiu. Wszelkie spostrzeżenia są subiektywne, a stwierdzenia mogą okazać się błędne ;-)

Trochę fotek (z których wynika, że naszym głównym hobby jest leżenie na śniegu):

 

Invalid Displayed Gallery

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


Sorry, the comment form is closed at this time.

X