Sty '18 07

Garmin Fenix 5, czyli NA CO TO KOMU?!

Przyznaję się bez bicia – nie umiem napisać solidnej recenzji, czy też testu zegarka Garmin Fenix 5. Jeśli takiego szukacie, zapraszam na portale biegowe lub triathlonowe lub do niezastąpionego źródła nieskończonej wiedzy, czyli dcrainmakera, czy naszego rodzimego – el Kapitano. To ludzie, którzy wiedzą jakich funkcji potrzeba zawodowcom, mają porównanie do poprzednich modeli i potrafią wyrazić przekrojową opinię (lub powinni potrafić – nie umiem ocenić).

Ponad pół roku od premiery to wystarczający czas, aby myśleć o zakupie produktów firmy Garmin. Po miesiącu z Fenixem 5 mogę w pełni świadomie powiedzieć: Garmin nie ma w ofercie zegarka, który byłby dla mnie idealny. Fenix 5 jest topowym zegarkiem w ich drabince, przez recenzentów nazywanym odważnie: najlepszym w historii firmy i prawdopodobnie najlepszym na rynku. Czy się nim jaram? Bardzo. Czy ma wszystko, co mógłbym sobie wymarzyć: powiedzmy. Czy jest idealny? Absolutnie nie.

 

Kradziony mem z internetu

 

Piszę to z perspektywy amatora, tak zwanego casuala. Śmiertelnika, który nie potrafi sobie wyobrazić sytuacji, w której ktoś mówi: potrzebuję zegarka Garmin Fenix 5. To jednak nic dziwnego, zdecydowana większość ludzi powie tak samo o rowerach za 20k lub 40k, a wszyscy przecież wiemy, że są fajne i gdyby budżet pozwalał, kupowalibyśmy tylko takie. Ten tekst nie będzie więc profesjonalny, będzie za to prawdziwy dla większości z nas.

 

Garmin Fenix 5 jest jak Nokia Communicator w 2001r. Duży, nieporęczny, potrzebny 7 osobom, lecz pożądany przez tysiące. Wyciągany przy ludziach krzyczy… no właśnie, co krzyczy?

 

 

Czego chcę od zegarka?

Naprawdę niewiele. Chciałbym żeby mierzył dystans i puls podczas biegu. Dystans ma być dokładny, tętno może być mniej-więcej i zgadzać się w skali makro. Jeśli reakcja jest opóźniona o kilka-kilkanaście sekund, nie robi mi to.

Ma trzymać na baterii na tyle długo, abym nie musiał się tym stresować. Może to trochę OCD, może długie godziny w młodości nad Falloutem, ale jak coś ma poniżej 50%, zaczynam się martwić. Nawet jeśli 50% oznacza 3 dni. Lubię mieć odpowiedni zapas, nawet jeśli jest to nieuzasadnione.

Muzyka lub sterowanie muzyką. Może być kiepskiej jakości. W spoconym uchu podczas biegu to i tak nie ma dla mnie znaczenia.

Zliczanie ilości basenów. Nie potrafię liczyć powyżej 10. Na treningach myśli są tak rozbiegane, a głowa tak pochłonięta rzucaniem wyzwisk na tego gościa, co stoi na końcu toru i na mnie czeka, tylko po to, aby powolnym tempem ruszyć, gdy tylko się do niego zbliżę, że liczenie nie wchodzi w grę.

Obsługi ANT+, bo waty z trenażera.

…i w sumie tyle, niewiele.

 

 

A telefon?

Telefon jest ok, szczególnie z obsługą ANT+. Poza tym, że nieco niewygodnie się z nim biega, ma jeden poważny problem: jest telefonem. Ze względu na bogate życie internetowe, pierdzi mi cały czas. Zaczyna zazwyczaj gdzieś koło 5. minuty biegu. Biegnę mam świadomość, że coś tam na mnie czeka w kieszeni. Od razu wiem, że przegram tę walkę i prędzej czy później to sprawdzę. Nie ma sensu, patrzę od razu. Ktoś w internecie nie ma racji: trening przegrany. No bo jak to: mam czekać godzinę z moją celną ripostą? A może to jakaś wyjątkowa głupota i teraz 55 minut będę się denerwował jacy ludzie są toporni. Ćwiczenie z telefonem jest dla mnie gorsze. Odcięcie tej liny, do której przyspawany jestem przez 20 godzin dziennie ma swoje plusy.

 

 

Jak działają zegarki?

Firm jest sporo, produkty pewnie wypuszczają podobne. Jest Polar, o którym to od dawna krąży powszechna opinia, że zatrzymał się kilkanaście lat temu. Jest Tom Tom znany z tego, że ich aplikacje powodują depresję, jest Suunto… który po prostu jest, no i tysiąc i 3 popularne teraz smartwatche.

 

Jak nazwać osobę, która zawsze wpada świadomie w tę samą pułapkę marketingową?

 

U każdego z producentów gama wygląda tak, że drabinkę rozpoczyna model najniższy, który w zupełności wystarcza do treningów, a każdy kolejny jest prawie taki sam, ale…. Tu pojawia się ślepe koło o nazwie: to może dołożę tę stówkę do. W taką właśnie pułapkę wpadłem. Zawsze w nią wpadam

 

 

Co kupić?

Panda pływa z zegarkiem Garmin Swim – działa super. Mogę do niego trochę dołożyć i jest już Tom Tom Spark 3, który ma wszystko czego potrzebuję, a w najlepszej wersji nawet tętno z nadgarstka i muzykę po BT. Potem to już równia pochyła, jakieś randomowe urządzenia, Garmin 735XT bo opinie super, potem 935XT, bo bateria i barometr, jakieś olbrzymy, bo fajne, Fenix 5, bo high-end, Fenix 5X, bo mapy… i jesteśmy na końcu łańcucha.

 

Garmin Swim działa bardzo dobrze, jeśli jesteś pływakiem. Garmin Fenix 5 działa bardzo dobrze, jeśli nie wiesz kim będziesz jutro – skoczkiem spadochronowym czy golfistą.

 

Idealnym wyborem byłby dla mnie 735XT. Problem w tym, że większość zegarków jest jak buty do biegania. Są super, ale jeśli chcesz je ubrać gdzieś poza bieganiem, to wyglądają jakbyś się wybierał z ziomkami na ławkę pod blokiem. To taki plastik-fantastik. Dzisiaj, z perspektywy czasu, wiem już czemu.

 

 

Rzeczy ładne są lepsze niż rzeczy przeciętne

Cały plan jak zwykle bierze w łeb, gdy tylko trafisz do sklepu. Patrzysz na takiego Fenixa, patrzysz na 735xt i inne trajlonowe wynalazki i czujesz, jakbyś porównywał plastikowego resoraka z kiosku z oryginalnym Matchboxem. Gdy tylko spadną ze stołu, jeden się rozleci, a drugi zrobi dziurę w podłodze. Cóż, pewnie tak nie jest, ale co poradzę, że tak wyglądają.

Fenix wygląda, jakby właśnie wrócić z Syberii z Bearem Gryllsem. Problem jest tylko taki, że Bear Grylls, ma w przeciwieństwie do nas rękę. Kolarski nadgarstek, podobnie jak nadgarstki większości sportowców wytrzymałościowych, nie ma na sobie zbędnego mięsa. Stoisz w tym sklepie, patrzysz na ekspedientkę i co jej powiesz? Że masz za małą rękę? O nie! Na pewno nie! Wychodzę ze sklepu z Fenixem 5X. Jestem właśnie w USA, jest weekend pomiędzy Black Friday, a Cyber Monday – zaoszczędziłem na tym zakupie tyle, że mogę teraz sobie kupić coś ładnego ;-)

Bo ile normalnie kosztuje Fenix 5x? O tyle:

 

 

Czy ja jestem jakiś mały?

Garmin Fenix dostępny jest w 3 rozmiarach. Wersja 5S dla dziewczyn, wersja duża oraz bardzo duża 5X z mapami. Pomyślałem, że może kupię sobie trzepacki uchwyt na kierownicę i ten 5X zastąpi mi mojego Wahoo Element. Przepraszam Elemnta za taką myśl. Do tego są też różne paski, różne szybki, różne zestawy i tak dalej.

 

Łatwo wymienne paski są spoko, ale dla mnie to największy minus zegarka. Możliwość szybkiej wymiany paska nie wydaje mi się przydatka, a zrodziła ona największą według mnie wadę – styk paska z zegarkiem nie jest premium. Gdy naciskam go z dwóch stron słyszę jakieś odgłosy – luzy jakby.

 

 

garmin fenix 5

Garmin Fenix 5x – większy od mojej ręki

Odpakowuję zabawkę, zakładam na rękę i… O FURWA. Czuje się jak ten gość, co wymyślił klepsydrę, a potem wpadł na to, że jak ją sobie zamontuje na ręce, to będzie to super praktyczne. Damnnnnn, ten zegarek waży 100gr, a jak dodamy do tego metalowy pasek, ta waga rośnie dalej! Następnego dnia stoję w sklepie przed tą samą panią. Mówię, że mi się pomyliły modele. Fenix 5 jest niby tylko 13gr lżejszy, 4mm mniejszy i 2mm cieńszy, ale może dzięki temu moje dysproporcje lewej do prawej ręki nie zmienią się tak bardzo. Najchętniej wziąłbym 5s, ale jakoś tak damsko.

 

 

Fenix 5X z metalowym paskiem waży 196g (z silikonowym 98g). Iphone SE jest o 83g lżejszy. 83g to tyle co dwa zegarki Garmin 735XT i Tic Tac.

 

Problem w tym, że w sklepie Fenix 5 dostępny jest tylko w wersji bez szafirowej szybki, która to podobno przeżyłaby dłużej niż ja. Później okazuje się, że nie ma również WiFi.

Czy będzie mi brakowało map? Wątpię. Szybki? Jak najbardziej. Wifi? Niezbyt. Wifi pozwoliłoby mi na wrzucenie treningu o jakieś 45 sekund szybciej… albo nie. Bo i tak paruje mi się z telefonem i wrzuca jeszcze przed blokiem, a z WiFi czekałbym na wejście do mieszkania. No ale z drugiej strony moje OCD byłoby spokojniejsze, bo wyłączyłbym w końcu Bluetootha w telefonie.

 

Co to umie?

 

Tego punktu nie napiszę. Ten zegarek umie wszystko, a 86% tych funkcji nigdy nie użyję. To znaczy, mógłby móc oczywiście więcej.

 

Najpiękniejszą opcją Fenixa byłby wbudowany laser o mocy 100 kilowatów. Jednym strzałem z nadgarstka mógłby zamieniać w proch ludzi z psami na smyczy, rozciągniętej w poprzek chodnika, spacerowiczów ścieżkorowerowych, zamulaczy basenowych i kierowców-morderców.

 

Mógłby odtwarzać muzykę ze Spotify (lub z mp3, które wrzuciłbym tam raz i był na nie skazany do końca życia). Mógłby robić fotki. Mógłby być sterowany głosem z użyciem jakiejś Alexy: mówienie Garmin running start byłoby super. Mógłby transmitować dane HR po ANT+, żebym jadąc na trenażerze nie musiał ubierać paska (jak słusznie zauważył , no i mógłby być mniejszy! To jest jak noszenie Walkmana zamiast iPoda Nano!

 

 

A czego używam?

Zegarka praktycznie nie ściągam. Raz na kilka dni go podładuję, ale pewnie mógłbym rzadziej, gdyby nie ten niepokój, gdy pokazuje się mniej niż 40%. Obiektywnie mówią, jest za duży i za ciężki. Wygląd to rekompensuje. To jedna z tych rzeczy, na które miło się patrzy i miło się dotyka. Taka Beyonce. Przemieszczanie się z tym to kula u nogi, ale czego się nie robi, by być pięknym?

Ale może to po prostu moje wydajemisie. Mój ostatni w życiu zegarek był z komunii i ktoś mi go pod…wędził na WF-ie.

 

Wiecie po czym poznać triatlonistę? Po niczym, sam Wam to powie.

 

Podobnie jak każdy inny sportowiec. Zegarek robi to zanim jeszcze zaczniecie nawet rozmowę. Wchodzisz do lekarza, widzisz, że ma na ręce Forerunnera, Fenixa, cokolwiek innego – wiesz, że rozmowa będzie się kleiła. Na spotkaniach firmowych to jak wspólne wyjście na fajkę. Od razu znajdujesz swoich ludzi do rozmowy. Garmin Fenix 5 jest za duży i za ciężki. Nie zamieniłbym go aktualnie na nic innego. Bezsens.

 

 

Basen

Garmin Fenix 5 liczy baseny poprawnie. Gdybym na torze pływał sam i odbijał się zawsze mocno od ścianki to powiedziałbym, że bardzo dobrze. Ale w życiu tak nie jest. Wszędzie czają się Ci goście co płyną na plecach na torze szybkim, co rozmawiają na końcu toru, co czekają aż do nich podpłyniesz żeby ruszyć. Przy nawrotce z przewrotką (jakkolwiek się to nazywa), czasem zdarzy się odbić w złą stronę… nie pytajcie. Czasem w połowie basenu trzeba zmienić styl, żeby kogoś nie zabić. To wszystko wpływa na dokładność. Można spokojnie założyć, że na basenie 25m zegarek pomyli się 2 razy na kilometr, na olimpijskim przynajmniej raz. Niby nic, ale jak ktoś rozlicza się czasowo w minutach na kilometr to różnica jest znacząca. Wątpię jednak, czy ktoś tak robi oprócz mnie.

 

 

Czujnik tętna z nadgarstka oczywiście pod wodą nie działa… bo wiecie, przecież żyjemy w XIX wieku.

*przemyślałem trochę sprawę – w sumie nie wiem, o ile ten zegarek przekłamuje, bo przecież przy własnym liczeniu dość szybko się gubię. Wiem jednak, że przy podobnym pływaniu potrafię mieć średnią z kilometra pomiędzy 18, a 21 minut – różnica duża. Muszę się chyba bardziej skupić albo wynająć swój osobny tor.

 

 

Bieganie

Przy bieganiu patrzę głównie na tętno, jako początkujący mam problem z utrzymaniem stałej prędkości. Nie jestem nawet zazwyczaj pewny czy biegnę 4:45 czy 4:30. Zegarek trochę pomaga, ale w patrzenie na aktualną prędkość w moim przypadku mija się nieco z celem. Wskazania mogę traktować jako +/-10sek. Co innego z podsumowaniami kilometra, te są super.

Takie wymagania spełniłby pewnie każdy sprzęt. Potrzebę mierzenia poczułem po raz pierwszy na zeszłorocznym Biegu Niepodległości, gdy okazało się, że poniżej 40 minut nie ma już zająców i jak przycelować w 38 minut? Postanowiłem ruszyć więc kawałek za zającem i potem go wyprzedzić, co było obrzydliwie złą decyzją biorąc pod uwagę, ile osób trzeba potem wyprzedzać.

 

 

W czasie biegu patrzę więc sobie na strzałeczkę, która pokazuje kolor wysiłku według tętna i co kilometr na podsumowanie. Biegam po ciemku, więc fakt, że gdy podnoszę rękę by spojrzeć na wyświetlacz, ten się podświetla, jest świetny i działa wzorowo.

Sterować Spofity’iem w telefonie się da, ale wymaga to przejścia na inny ekran, więc szybciej mi to zrobić z poziomu słuchawek. Piękny jest za to fakt, że te wszystkie połączenie nie wymagają specjalnego konfiguracji w zegarku i wszystko dzieje się samo.

 

garmin fenix 5

 

Danych o aktywności widzę w Garmin Connect jakoś niewiele. W zasadzie tyle samo co z telefonu z akcelerometrem. Z takim Wahoo Tickr nie ma się co równać. Ale to sensowne, do tego potrzebny jest pas na piesiach, na przykład HRM‍-‍Tri: wtedy dostaniemy info o jakości biegu (odchyleniach itp).

 

 

Rower

Jeżdżenie z zegarkiem na rowerze jest spoko – nic nie widzę. Szczególnie, gdy zakładam długi rękaw i zimowe rękawiczki, wtedy nie widzę nawet zegarka. Mogę go nosić oczywiście na rękawie, ale wtedy pomiar HR nie zadziała. Poza tym jest bardzo spoko. Mógłbym go zamontować na kierownicy, ale wtedy śmiałbym się sam z siebie. Jak się kiedyś wywrócę na zakręcie to czuję, że połowa zegarka zostanie na asfalcie. A tak generalnie to jaram się myślą, jak odcisk zegarka wpasowałby się w kolarską opaleniznę w lecie.

 

garmin fenix 5

 

Uprawianie kolarstwa ze sportowym zegarkiem na ręce jest jak przyznanie się do czegoś… tylko nie jestem pewny do czego.

 

W trybie Ultratrac (czyli m.in. rzadszego zapisywania współrzędnych GPS) bateria wytrzymuje podobno 75h, w trybie zwykłym+tętno podobno dobę. Dla ultrasów super, ale czemu gniazdo ładowania umieszczone jest tak, że ni cholerki nie da rady go podładować, gdy jest na ręce? No i co to za nowe gniazdo (podobno standard dla Garminów od teraz). Mam takich kabelków w domu sztuk jeden, a coś czuję, że niedługo będzie ich sztuk zero, bo z kablami jak ze skarpetkami.

 

garmin fenix 5
garmin fenix 5

 

Kabelek sam w sobie jest bardzo fajny, trzyma się mocno i kosztuje… stówkę.

Aha… no i mamy oczywiście live segmenty ze Stravy! (jeśli jesteśmy premium ;) )

Po kilkuset kilometrach na rowerze rozumiem za to, czemu w takim zegarku niezbędny jest duży ekran. Albo powiększyła mi się wada wzroku, albo odczytanie jakichkolwiek wartości z mniejszego, przypominałoby trochę powrót do 21” telewizorów i 14” monitorów.

 

 

Wykresy

Lubię sobie posiedzieć w pracy i popatrzeć na jakieś swoje wykresy i cyferki. Mogę je przejrzeć, przeanalizować, wyciągnąć wnioski i nie wprowadzić planu naprawczego w życie. Na przykład takie o spaniu, czy nawet ogólnie… o życiu. Bo Fenix 5 mierzy tętno cały czas. Gdy śpię, gdy jem, gdy idę – mogę z czystym sumieniem powiedzieć na przykład to była ciężka wizyta w łazience.

 

 

Na co mi to – nie wiem. Może gdybym stosował dietę, którą zawsze zaczynam od jutra, przydałaby mi się w miarę rzeczywista ilość kalorii, którą spaliłem w ciągu dnia. W połączniu z MyFitnessPal mógłbym sobie dokładnie sterować bilansem… gdyby mi się chciało.

 

Mogę prześledzić ile śpię i jakim snem i odpowiednio sobie uciąć niepotrzebną nadwyżkę snu płytkiego. Okazuje się, że gdybym budził się godzinę wcześniej, byłbym tak samo wyspany – teoretycznie. Ale to nic, najfajniejsze jest obserwowanie, o której godzinie obudziłem się na siku. Poniżej widzimy klasyczny schemat: pobudka o 4 rano na moment, zaśnięcie na moment, stwierdzenie, że nie wytrzymam do 7, wizyta w łazience. I tak każdego dnia!

 

 

Zegarek wie, że się obudziliśmy oczywiście tylko wtedy, gdy się ruszamy. Jeśli o 4 nad ranem patrzysz w sufit przez 30 minut rozmyślając, czy udać się do łazienki, czy wytrzymasz jeszcze te 3 godziny – nie zauważy tego, chyba, że będziesz się kurczowo chwytał za pęcherz.

Mogę też sprawdzić, na podstawie tętna spoczynkowego w nocy, czy jestem zmęczony. Wiecie – tak jakbym sam tego nie rozpoznawał:

 

 

No i oczywiście kluczowa rzecz każdego zegarka sportowego i smartwatcha – liczenie kroków i pokonanych pięter. Nigdy mnie to nie jarało i nigdy tego nie zrozumiem. Szczególnie, że przecież im mniej się chodzi, tym więcej siły zostaje na inne sporty. Od dnia kiedy mam Fenixa 5 chodzę dwa razy więcej.

 

Za każdym razem jak osiągam określoną ilość kroków lub pięter, na zegarku pojawiają się fajerwerki i gratulacje. Zegarek jest szczęśliwy. Ja też jestem wtedy szczęścliwy. Świat staje się lepszy.

 

Teraz nawet śmieci z domu chyba częściej wynoszę ( chyba jednak nie!- przyp. Panda)

 

 

 

Rzeczy

Oprócz tego, Garmin Fenix 5 ma oczywiście sto milionów funkcji, których użyję raz w życiu albo dwa, jeśli akurat komuś będę chciał je pokazać. Konfiguracja wszystkich pól dla osobnych aktywności, konfiguracja głównego ekranu (wskazówki, cyferki, dużo cyferek, wykresiki itp). Jakaś latarka (w sensie: ekran na biało), kompas, barometr, wysokościomierz, termometr, żyroskop, powiadomienia z telefonu (również z Messengera), powiadomienia o powiadomieniach konfigurowalne w zależności od stanu zegarka, ostrzeżenie o burzy – jest co klikać. Do tego pewnie bazylion rzeczy, o których wspomnieć zapomniałem i których użyję jeszcze mniej razy (czyli zero).

 

garmin fenix 5

 

Dokładność GPS (szczególnie, gdy wspomożemy go GLONASSem) jest bardzo dobra w kontekście sprzętu dostępnego na rynku i bardzo zła w kontekście XXI wieku i faktu, że ludzie od dawna latają w kosmos, a auta same jeżdżą. Dużo moich biegów (ślady powinny się praktycznie pokrywać) wygląda tak:

 

 

 

Dokładność pulsometru z nadgarstka, na którą wielu ludzi się uskarża, jest według mnie bardzo dobra – nawet na mojej owłosionej i chudej ręce – co najwyżej trochę opóźniona. Przed aktywnościami pasek jednak trochę dopinam, aby wszystko trzymało się sztywno i do czujnika nie docierało światło zewnętrzne. Problem pojawia się czasem na rowerze lub na orbitrekach, kiedy to ręce latają we wszystkie strony. Zdarzają się wtedy chwilowe przekłamania – dla mnie całkowicie akceptowalne, ale pewnie nie każdy tak ma.

Jeśli chodzi o barometr, kompas i tego typu pierdółki, nie mam zastrzeżeń (ale też nie używam w innym celu niż sprawdzenie, czy działają).

 

 

*Rzeczy wirtualne

Ważną kwestią od kilku lat jest Garmin IQ, czyli możliwość wgrywania dodatkowych aplikacji. Z jednej strony super, a z drugiej, gdy patrzę na te wszystkie aplikacje, przypomina mi się moment, w którym szukam jakiegokolwiek oprogramowania open source. To jest jak GIMP – niby umie to samo co Photoshop, a jednak po otworzeniu go masz odruch ucieczki – chcesz to jak najszybciej zamknąć. W zalewie badziewia i ekranów, które prezentują 100 tysięcy wartości jednocześnie, jest też trochę perełek. Takich, których nigdy nie użyję, ale są. Za ile przyjedzie Uber, gdzie zostawiłem auto, zaawansowana pogoda, a nawet gry w stylu Flappy Bird. Jak już jakąś znajdzie, to potem okazuje się, że albo trzeba zapłacić dolara, albo znajduje się ukryty w opisie disclaimer: *** Warning: there’s a known issue with some watches that’s preventing this (and many other) apps from working. Mogę sobie nawet ustawić własne tło w zegarku dzięki aplikacji Face IT, ale jest to na dłuższą metę równie praktyczne, co posiadanie swojego zdjęcia z psem na wyświetlaczu telefonu – fajne, ale kosztem czytelności.

Tak – to jest odpowiednik świata open source. Możesz wiele, ale w zasadzie to jednak nie chcesz.

 

 

Sam Garmin Connect, mimo że lepszy niż kiedyś, to także powrót do poprzedniego stulecia. Fakt, że większość aplikacji treningowych ma UX taki, że na dzień dobry odstrasza każdego, kto chciałby zacząć przygodę z ustrukturyzowaniem aktywności. Dlatego poza oglądaniem swojego snu, praktycznie tam nie wchodzę. Robi to za mnie zegarek. Nie ufam mu, ale fajnie sobie popatrzeć. Algorytmy są oparte na FirstBeat – sofcie używanym przez drużyny zawodowe.

 

garmin fenix 5

 

Bo jeśli chodzi o kontrolę treningu i zmęczenia, jest tu z pozoru skromnie, ale diabeł tkwi w szczegółach. Szacowanie wartości VO2 max, testy progu mleczanowego, podsumowanie każdego treningu i jego wpływ na zmęczenie oraz formę, czas potrzebny na odpoczynek itp. Bardziej jara mnie oczywiście próba wejścia na czerwone pole z napisem przetrenowany niż robienie optymalnych treningów, ale to ja….

 

garmin fenix 5

 

I to wszystko jest spoko, tylko obciążenie i zmęczenie bazują głównie na stanie ciała, a nie nóg. Nie wiem jak Wam, ale jeśli coś przeszkadza mi w treningu, to właśnie nogi. Gdy o 7:37 próbuję podjechać podjazd* na Moście Świętokrzyskim i moja prędkość, zbliża mnie do utraty równowagi, a mimo to nogi pieką – wiem, że wczoraj trening był dobry (*na MŚ nie ma praktycznie podjazdu).

 

garmin fenix 5Jeśli szukacie czegoś, co pomoże w treningu, bez konieczności patrzenia na wykresiki, tabelki i dokładne planowanie, zegarki mogą dość solidnie w tym pomóc. Tak samo jak większość aplikacji w internecie. I tańsze odpowiedniki tych zegarków. I liczniki rowerowe. I w sumie wszędzie już jest chyba coś zbliżonego… A jak do tego dodamy fakt, że pływanie nie wlicza mi się w obciążenie, bo przecież nie będę pływał z paskiem na klacie oraz, że nie wliczają się treningi z innych urządzeń, a jeżdżę rowerem z Wahoo Elemntem – traci to wszystko sens.

 

 

 

Ten moment, w którym polecam… albo nie polecam

garmin fenix 5Nie wiem, naprawdę. Są zegarki dużo tańsze niż ten, które potrafią praktycznie to samo. Są też lżejsze i mniejsze. Jest konkurencja, która także potrafi wiele i wygląda jak katowicki Spodek, ułożony na ręce. Garmin Fenix 5, mimo swoich kolosalnych rozmiarów, wygląda cholernie dobrze. To jeden z tych zegarków, które wyglądają jak świeżo zdjęte z nadgarstka bogatych kolesi, co właśnie skończyli zjadać dzieci (czy co tam bogaci kolesie robią). Nie wyobrażam sobie, kto mógłby powiedzieć, że potrzebuje ten zegarek. Wiem za, to kto mógłby powiedzieć, że go chce – prawie wszyscy.

 

Dla mnie nie ma w tej chwili nic lepszego, ale znowu – porównania funkcjonalne znam tylko z internetu, zdecydowanej większości funkcji nie użyję, wystarczyłby mi wielokrotnie tańszy odpowiednik i w ogóle ciężko mi się przyzwyczaić, do noszenia takiego kowadła na ręce. Ale kurde – jest ładny i solidny. Patrzę sobie na niego i jestem Bearem Grillsem w miejskiej dżungli, jestem Tommy Lee Jonesem w Ściganym… Tylko szkoda, że na pewno nie jestem ani Froomem, ani Eliudem Kipchoge’iem – na ich ręce Fenix wyglądałby śmiesznie w przeciwieństwie do jego mniejszych braci jak Forerunnery. Nawet Jan Frodeno używa Forerunnera i patrząc po zdjęciach, chyba tylko na treningach… a przecież to właśnie nimi wolałbym być.

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X