Wrz '19 10
kategoria: Felieton

Jak sprzedać rower, opowieść (niezbyt) krótka

 

W świecie idealnym, byłby to bardzo krótki wpis. Miałem rower, bardzo fajny – kupiony częściowo po to, aby go sprzedać. W mojej wyidealizowanej wizji świata wystawiałem go na sprzedaż na fejsbukowych grupach, na OLXie i ewentualnie na Allegro, tego samego dnia odbierałem wiadomość od kupującego, który po niego przybiegał z kwiatem w zębach, a ja ze łzami w oczach się z nim rozstawałem. No bo kurde blaszka, rower ładny, dobry, zadbany, tani i na nieco nietypowy wzrost, bo raczej 185cm+. OLX sprowadziło mnie na ziemię jak Hulk Hogan… a potem jeszcze dobiło.

 

Nieco ponad rok temu napisałem taki tekst: Moja pierwsza koza: Rower czasowy generuje wydatki. Uwaga, cytuję sam siebie: „Decyduję się więc na rozwiązanie rozsądne: używkę. Polowanie na używkę w dobrej cenie to świetna alternatywa dla wypożyczania rzeczy. Głównie z tego powodu, że wychodzi po prostu taniej. Istnieje poważna szansa, że uda się ją sprzedać w cenie zbliżonej do ceny zakupu.” Po dość długich poszukiwaniach i dodatkowo mocno zmotywowany byciem prześciganym przez ludzi na czasówkach podczas Karkonoszmana, znalazłem ideał. Na szczęście nie pamiętam ile za niego dałem, ale prawdopodobnie okolice 5-6k. Biały, karbonowy, Ultegrowy, Wojtek na Bikefittingu w Absolute Bikes był dumny, mimo że mostek dostałem jakbym właśnie wrócił z rehabilitacji w sanatorium.

 

 

Szybko odezwała się też do mnie firma RON, u której zakupiłem koła. Koła musiały być bardzo dobre, bo drogie. Tzn. jak na „koła do triathlonu” to tanie, ale jak na „koła do roweru” to drogie, bo podnosiły cenę roweru o grubo ponad połowę. To nie mogły być złe koła – pół triathlonowego, polskiego świata ich używa, a blogerzy chwalą na każdym zdjęciu. Do kół jednak jeszcze wrócimy.

 

Ludzie,
dlaczego?

 

Rower wystawiany był w różnych cenach – zacząłem wysoko, kończyłem nisko, bo zdrowie psychiczne mi się kończyło. Ostateczną ceną sprzedaży po 2 czy 3 miesiącach było 5000 (początkową chyba z 7k, ale to głównie dlatego, że nie miałem pojęcia o cenach). Postanowiłem, że to koniec, bo jak mam się z nim rozstawać za mniej, to może jednak wrócę do triathlonu. Zasady trzeba mieć, choćby były bezsensowne i finansowo niekorzystne.

Odpowiedzi i pytań dostałem BARDZO DUŻO – łącznie, przez te 3 miesiące, pisało około 50 osób. Przypomniało mi to jedną z niedawnych wizyt w sklepie rowerowym, gdzie miły pan wypytywał o szczegóły Garminów, a następnie opuścił sklep, informując sprzedawce, że bardzo dziękuje, sprawdzi, czy w innych sklepach jest taniej i jak nie będzie to wróci. Dziś wiem już, że nie chcę być sprzedawcą w sklepie.

 

Mam w życiu taką pasję,
sport i tradycję można powiedzieć
kupuję rzeczy drogo, sprzedaję tanio

 

Zdecydowanie najczęstszym pytaniem było: ILE ZA TEN ROWER. Nie że „dzień dobry”, nie że jaki stan, czy cokolwiek, tylko jeb prosto z dzidy – ile. Ja odpowiadam, że tyle co w ogłoszeniu, a konwersacja się urywa.

Alternatywą byli ludzie, którzy dokonywali dalszego zalewu pytań, niektórzy z nich przez 3 TYGODNIE. A że rozmiar na kogo, a czy z kołami, a czy bez, a korba jaka, a czy bez bidonu, a czy koła na szytkę, a że zdjęcie tego, czy tamtego, a że czy będzie na mnie dobry, a czy będzie szybciej niż na szosie, a czy da się butami MTB wpiąć, a z czego te koła, a że bym zobaczył, ale nie ma mnie w kraju, a że taki miałem albo takiego nie miałem, a dlaczego sprzedaje, a czy ja to ja, a jaki ma przebieg, a czy da się bez osprzętu albo bez ramy… I oczywiście te pytania sens mają, ale odpowiadanie na nie, nie prowadziło do niczego.

 

Po kilku tygodnia nabawiłem się choroby dwubiegunowej:
widząc dzwoniący, nieznany numer cieszyłem się, że dzwoni ktoś w sprawie roweru,
a następnie uświadamiałem sobie, że to ktoś w sprawie roweru i bałem się odebrać.

 

Moim ulubionym jednak typem, był ten sam, który dzwoni podpytać o to jak się lata dronem, gdy sprzedaję drona, jak się sprawdza aparat, gdy sprzedaję aparat i tak dalej. Niby pod pretekstem kupna, ale sam nie wiesz. To te pytania w stylu „wie pan, ja aktualnie jeżdżę taką szosą Krossa za 5 tysięcy, o ile szybciej będę jechał tym rowerem?”.

No i te pytania, których nigdy nie zrozumiem, bo pewnie grałem akurat w grę w czasie, gdy trzeba było uczyć się polskiego:

 

No również ci goście od przekrętu Nigeryjskiego

 

Rowery triathlonowe rządzą się swoimi prawami. Prawie każdy z „poważnie zainteresowanych” potrzebował rower na zaraz. Umawialiśmy się np. na czwartek na odbiór roweru, bo start już w niedzielę. Na pytanie, czy kiedykolwiek jeździli już na czasówce/lemondce/wysokich stożkach odpowiedź była jedna: nie, ale jeździłem już szosą, więc bez obaw. No cóż, ja przez swoje pierwsze 100km na lemondce spędziłem pewnie z 3 minuty, ale może po prostu jestem mało zdolny. Przypomina mi to tylko dlaczego nabawiłem się fobii do startów w masowych wyścigach.

Ale nic mnie nie dziwi, równolegle na OLX sprzedawałem też inne rzeczy i takie wiadomości były codziennością:

 

no i w sumie wszystkie schematy się powtarzają, bo umiejętność targowania się w narodzie chyba nieco umarła

 

Jednym z moich faworytów był miły Pan, który jechał podobno kilka godzin po rower, przejechał się nim dookoła bloku, po chodniku i stwierdził, że jednak nie – na czasówce jeździł nie będzie. Tu podpowiadam: im wolniej się jedzie, tym jest trudniej.

 

Po miesiącu zatrudniłem do odczytywania Pandę – w trakcie czytania wiadomości musieliśmy studzić jej głowę paczkami mrożącymi:

 

Ulubiony kupujący
przez którego w lustro nie spojrzałem przez tydzień

 

Był piątek, jechałem właśnie z Pandą na wesele do Ełku. Zadzwonił człowiek, podpytał trochę, powiedział, że jest chętny i da znać. Nauczony doświadczeniem wiedziałem już, że to rozmowy w stylu:

– Zadzwonimy do Pana
– Ale nie macie numeru
– Nie szkodzi

Nie tym razem jednak. Pan zadzwonił po 10 minutach, że zbyt wiele okazji w życiu już przegapił i że bierze… tylko że ani jego w Warszawie nie ma, ani mnie, a start przecież już za tydzień. Po chwili namysłu, pełen wiary jeszcze w ludzi, zaproponowałem, że mogę przecież wstawić rower do jakiegoś serwisu, oni dokładnie sprzęt obejrzą, dadzą mu znać i sobie odbierze wraz z zapłaceniem za serwis i uprzednio mi za rower. Zaproponowałem Airbike Ostrobramska, miły pan, kilka telefonów i ustaleń później stwierdził, że tam robią tylko tanie rowery i że koniecznie Airbike Wilanów, bo tam zna ludzi. Myślę spoko, ludzi z Airbike’a Wilanów to zna pewnie z Youtube’a i Instagrama każdy. Zgodziłem się, co się miałem nie zgodzić. Z Mazur wróciliśmy wcześniej, rower odstawiliśmy do Airbike’a już w sobotę, w poniedziałek miał być gotowy, gość miał odebrać do środy. Wcześniej potwierdziłem z gościem, że na pewno aktualne.

Wstępna wycena mówiła coś o łożyskach za stówkę i serwisie za 50zł, bo w sumie nie było nic więcej do roboty. Zadzwoniłem do człowieka, mówię jak jest – on na to, że to super, robimy wszystko i on wpada do mnie z pieniędzmi, a potem odbiera rower. W serwisie podałem numer do gościa, żeby dali mu znać jak będzie gotowy. Nadeszła środa, żadnej informacji nie ma. Tu znowu mi się przypomniało, że jestem głupi naiwny. Dzwonie do gościa, gość nie odbiera. Pełen obaw i jeszcze bardziej pełen wstydu naskrobałem szybko na fejsie do Ministry Kolarstwa, żeby dała znać w sklepie, aby roweru nie wydawać nikomu poza mną, bo to pewnie jakaś nowa forma nigeryjskiego przekrętu. Gość odbierze i tyle go będę widział.
…tak, jestem tym gościem, co pisze prywatnym Messengerem w sprawach „firmowych” i, co jeszcze gorsze, zaczyna rozmowę od „hej, przepraszam, że piszę prywatnym kanałem”, jakby to sprawiało, że rzeczy zabronione stają się niezabronione.

Potem naskrobałem jeszcze SMSa i wszystko było jasne.

 

 

Wieczorem wpadam z (wirtualnym) papierowym workiem zakrywającym zawstydzoną twarz do Airbike’a, płacę 350zł za serwis roweru i wracam z nim do domu. Może to Król Rowerów robi sobie takie dowcipy? ;-) Plus taki, że nie-kupujący faktycznie zwrócił potem 150zł za serwis (bo na tyle się z nim umawiałem, zgodnie z pierwszą wyceną).

 

Nieco zmęczony życiem zmieniam na olx i Allegro opis na coś w stylu „full wypas, idealny stan, świeżo po serwisie itp”, podnoszę cenę o 500zł i następnego dnia odzywa się do mnie gość, który chce go kupić na 100%. Szybkie negocjacje, opuszczam cenę o 250zł i 2 dni później człowiek jest u mnie i podpisujemy umowę (bo za 3 dni ma start).

 

Wspaniale, jako wygrywy jedziemy sobie na weekend świętowania na Suwalszczyznę, zasiadam sobie do wpisu o tym „jak sprzedawałem rower”… i go nie kończę. Nie kończę, gdyż gdy tylko na ekranie telefonu pojawia się informacja, że dzwoni człowiek, który rower kupił, wiem już, że będzie źle.

Podobno już na pierwszych kilometrach rozleciało mu się tylne koło. Dziury w obręczy są tak duże, że opony z nyplami wypadają – w serwisie diagnoza, że na śmietnik. Pech chciał, że nie stało się to podczas jazdy testowej pod domem, a dopiero u niego, na drugim końcu Polski. Ja wychodzę na oszusta, co ukrywa usterki, a gość zostaje bez roweru na zawody. Proponuję zwrot pieniędzy, anulowanie transakcji… aż przypomina mi się, że przecież koła są jeszcze na gwarancji. Tydzień później, gość ma koła nowe.

 

Dygresja o kołach

 

I tu należy wstawić dygresję, której nigdzie w internecie nie widziałem. Coś, czym blogersko-triathlonowy świat zawiódł mnie doszczętnie. Wpiszcie sobie koła RON w Google i zobaczcie te peany. Otóż, każdego z kupujących informowałem, że to są złe koła. Dodawałem, że przednie ma delikatne bicie i minimalne pęknięcie karbonowej obudowy. Uczciwie zaznaczałem też, że mimo iż koła są wyraźnie złe, to jednak w triathlonie tak bardzo to nie przeszkadza – przecież się nie skręca, nie hamuje, nie wali po dziurach, a cała cena roweru z kołami jest więcej niż uczciwa – mają przecież może z 500km przebiegu.

Gdzie zmierzam? Jak często możecie powiedzieć o produkcie, że jest ZŁY. Plusy są przecież zawsze i na nich można się skupić. Z tymi kołami w serwisach byłem kilku i wszędzie słyszałem „ja tego nie ruszam”, „klauzula sumienia nie pozwala mi tego naprawiać” itp. Tam, gdzie klauzula sumienia była zabroniona przez szefa, mechanicy przekonywali mnie, że jak się kręcą i jadą prosto, to szkoda kombinować. W KAŻDYM z serwisów też słyszałem historie o ludziach, którzy z tymi kołami mieli problemy. Że nieokrągłe, że kilka kompletów zanim trafili na takie które sensownie jadą, że się gną, że badziew itp.

 

 

Plus jest taki, uczciwie trzeba przyznać, że gwarancja faktycznie działa przez te 2 lata i jak coś jest nie tak, można bez problemu je wymienić… ale czy to naprawdę jest plus? Jak często reklamujecie firmowe, drogie koła? Jeśli płacisz 3 tysie albo więcej. to jednak możesz oczekiwać, czegoś więcej niż po losowych chińczykach.

Zrozumiałem już skąd tak wiele pytań o możliwość kupna bez kół – lecz skąd oni wiedzieli?! Ja czuję się oszukany i miałem już dość miny serwisantów w mieście, gdy przychodzisz do nich z kołami RON.

Poczułem się boleśnie oszukany – produktem oraz blogerami.

 

Rower na szczęście sprzedałem, koniec historii.

 

Dlaczego sprzedawałem?

 

Bo dwa starty w triathlonie to mniej więcej tyle, ile potrzebowałem, aby coś sobie udowodnić. Po dość dobrym wyniku na połówce w Bydgoszczy (4:25) wiedziałem, że aby zauważalnie poprawić ten czas, musiałbym zacząć trenować i wydawać pieniądze – nie chce mi się. Mam jeszcze plany triatlonowe w życiu, ale nie jestem jeszcze do nich przygotowany. Do tego czasu czasówka nie będzie używana, a biorąc pod uwagę moją sportową samomotywację, mogłoby się okazać, że rower przejdzie już do kategorii vintage.

 

 

No i samo jeżdżenie i treningi na czasówce to patologia jakaś (choć patrząc na zdjęcie, nie jestem pewny, czy używałem jej poprawnie). Ani to bezpieczne na Gassach (jak widzę ludzi na lemondce jadących naprzeciwko, to zastanawiam się, kiedy ostatnio byłem w kościele), ani przyjemne.

 

Wnioski?

To tak nie działa, że jak zrobisz dobrą cenę to możesz sprzedawać w stanie nieidealnym. Rower ma być picuś-glancuś i koniec. Nie ma też co zbyt szczerze opowiadać o wadach (których jesteś świadomy i dlatego cenę robisz niską i uczciwą). Kupujący ma się sam znać, a jak się nie zna, to niech się pozna.

 

Sprzedaż czasówki sprawiła, że na ścianie w pokoju zwolniło się miejsce, a to oznaczać może tylko jedno…
ale to już zupełnie inna historia.

 

*zdjęcie na miniaturce ukradzione z profilu: Enea Bydgoszcz Triathlon

*cover photo – Piotrek.

o autorze:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X