Proszę, nie opisujcie ziemi kłodzkiej. Tam jest pięknie i do tej pory cicho, spokojnie, tanio. I niech tak zostanie. 

Andrzej K. w facebookowym komentarzu do naszej wizyty tutaj.

Ten wpis wcale nie jest o Kotlinie Kłodzkiej. Moje braki w wiedzy geograficznej wychodzą już w pierwszym wyrazie tytułu, więc nie nastawiałbym się, że dalej poziom merytoryczny będzie szczególnie lepszy. Cóż poradzę, że w szkole uczyli mnie bardziej o Sumerach w Mezopotamii, przez co więcej wiem o międzyrzeczu Eufratu i Tygrysu, niż o tym dzyndzlu w południowo-zachodniej Polsce. Słyszę o nim w zasadzie tylko, gdy jesienią podaje się rekordzistów w zanieczyszczonym powietrzu, a na mapie wygląda trochę jak ziemia przypadkowo zabrana Czechom. Nieoficjalny podział podobno jest taki, że w te regiony przyjeżdżają Ślązacy, a prawdziwy Warszawiak (lub słoik) jeździ nieco dalej, do Jeleniej Góry. Jakby na to nie patrzeć, Karpacz brzmi jednak bardziej luksusowo niż Lądek Zdrój.

To jest wpis o ziemi kłodzkiej, która otacza Kotlinę Kłodzką. Bo wiecie – kotlina: to płaskie w środku; ziemia: to płaskie plus górki dookoła, a przecież lubimy górki. Dla tych, którzy czytać nie lubią napiszę od razu pogrubionymi literkami: ziemia kłodzka to jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce, ale nie są to Tatry – nie mogę jej uniwersalnie polecić każdemu. Ba, gdybym wysłał tu na weekend symbolicznego Krzysztofa na Szosie z 25mm oponami, straciłbym kolegę… a jak kolegów ma się siedmiu, to ryzykować nie można.

Cały ten wpis nie ma sensu. Zobacz zdjęcia i będziesz wszystko widział.

Tekst nie obejmuje Gór Sowich, gdyż był o nich w zeszłym roku cały tekst, choć z punktu widzenia szosowca. To wtedy moje postrzegania świata się zmieniło i zapragnąłem opon powyżej 30mm. Zapraszam tutaj: Góry Sowie – góry, dziury i klimat ponury. Weźmy taki przykład: oto zdjęcie drogi w Kątach Bystrzyckich (obok góry Siniak i noclegu o wdzięcznej nazwie Das Lux-Häusla), która zaczyna się na skrzyżowaniu, wyglądającym jak wjazd na posesję i kończy niespodziewaną zamianą w leśną ścieżkę:

Na ziemi kłodzkiej jest podobnie. Asfalty są dobre i złe, budynki wyglądają tak strasznie, że aż pięknie, kominy puszczają dym, który przypomina zapach peletonu hamującego na zjeździe z Bachledówki, a gdy pogoda jest kiepska, zaczynasz szukać zombi i nazistów. Tak, nie polecam wizyt w tych rejonach, gdy nie świeci słońce lub gdy sezon grzewczy jest w pełni. To skłania do zadania sobie jednego, bardzo ważnego pytania.

Czy jest ładnie? Nie wiem.
Jeśli Alpy to Daniel Craig, to ziemia kłodzka jest Mickiem Jaggerem.

Mamo, czy ja jestem brzydka? – spytała kotlina
Nie córciu, Ty jesteś specjalna.

Co do tego, że jest tu ładnie, nie ma wątpliwości. Przynajmniej jeśli chodzi o naturę. Drogi są puste, górki piękne, zalesione, kolorowe… i tylko działalność ludzka może tu nie każdemu przypaść do gustu. Czy ci spasuje? Odpowiedź jest prosta. Wyobraź sobie, że widzisz wielkie, lekko sypiące się gospodarstwo z XVIIIw. Dookoła kilka niezbyt urodziwych Jezusków w kapliczkach, gdzieś zapadł się dach, gdzieś kruszy ściana, a Twoim pierwszym skojarzeniem jest tamten horror w wiktoriańskim, zjadającym ludzi domu. Opcje są dwie: powiesz sobie „ale straszne” albo „ale straszne… super!”. Ja jestem chyba z tych drugich. Miejsca skrywają tu tak wiele tajemnic, że w każdej z mijanych wsi można byłoby stworzyć pełnoprawny album zdjęciowy. Nie ma to jednak nic wspólnego z tymi sterylnymi i wymuskanymi górskimi wioskami, znanymi z Alp czy Dolomitów.

Kolarsko, dla mnie to takie Podkarpacie z gorszymi asfaltami, ale za to dużo wyższymi górkami.

Jedno jest pewne, ziemia kłodzka bez problemów spełnia jedno z moich głównych kryteriów, określania danego miejsca per prawdziwe góry. Da się tu bez problemu wyznaczać sensowne pętle, które na 100km mają minimum 2000m przewyższenia.

Kotlina Kłodzka dla czytających tylko tekst w punktach.

Nocleg:
Dowolne miejsce, bo i tak wszędzie dojedziesz rowerem. Z centrum wszędzie blisko, dookoła górki, więc widoki lepsze. Jeśli chcecie stracić kolarskiego przyjaciela polecam Wataszkę – piękne miejsce, piękny widok i jedyny sposób, aby się tam dostać to podjazd blisko 3km ze średnią ponad 10% (z Bystrzycy 9km/400m).

Jedzenie:
Nie wiem. Może pstrągi w pochowanych, przydrożnych smażalniach. Najczęściej wymienianą miejscówką jest Schronisko PTTK Jagodna. Poza tym chamska (pozytywnie) pizzeria Abakus w Lądku-Zdroju i fancy pizzeria/restauracja Restauracja La Salle w rynku Bystrzycy Kłodzkiej.

W poszukiwaniu lokalnych specjałów trafiliśmy na Roladę Bystrzycką, która potem okazała się Roladą Ustrzycką oraz na Kotlińskie Specjały, które okazały się nie z Kotliny Kłodzkiej, a z Kotlina pod Poznaniem.

Serwis roweru:
Kondycja.net w Kłodzku – polecam.

Drogi:
Trochę idealnych nawierzchni (główne drogi i jakieś losowo rozrzucone), olbrzymia ilość nawierzchni beznadziejnych, nieskończona ilość dróg leśnych (również autostrad leśnych)

Ruch na drogach:
Poza kilkoma głównymi drogami ruch nie przekracza 1 samochodu na kilka do kilkunastu minut. Lokalni kierowcy mają opinię niezbyt pochlebną, ale nie doświadczyliśmy problemów.

Kiedy:
Gdy rzepak zakwitnie w maju; późnym latem, gdy drzewa nabiorą wielu kolorów lub po prostu latem

Dla kogo:
Dla pasjonatów dziwnych i oryginalnych konstrukcji, wielbicieli historii (wszystko tu jest nadszarpniętym zębem czasu zabytkiem), osób poszukujących dróg nieoklepanych internetowo, eksploratorów leśno-wiejskich, fanów smogu, ludzi znudzonych Bieszczadami, romantyków, historyków-grzebaczy, początkujących spacerowiczów, kuracjuszy.

Czy warto?
Warto zdecydowanie, ale oponą szerszą niż 30mm. Na rowery szosowe są lepsze miejsca w kraju. Nie zawaham się użyć stwierdzenia: na rowery z oponą 30-40mm jedno z najlepszych miejsc w kraju.

Sprzęt, czyli: Kotlina Kłodzka – jakim rowerem?

Zacznijmy od najważniejszego: jaki rower tu zabrać i dlaczego?

Moja rekomendacja, a jestem człowiekiem stroniącym od czegokolwiek wymagającego odrywania się dwoma kołami od ziemi, jest bardzo prosta: cokolwiek na kołach 33mm-40mm i ciśnieniu w okolicach 2-4 bary. Generalnie zobaczysz tu głównie MTB/Enduro i od czasu do czasu jakiegoś zawodowca na szosie (szczególnie okolice Zieleńca).

Jeśli planujecie zapuszczać się w teren lub eksplorować naprawdę boczne asfalty, szczerze polecam też przełożenie ze stosunkiem przynajmniej 1:1.

Pokusiłbym się o stwierdzenie, że idealna (dla mnie) wycieczka składa się tu z: 10% idealnego asfaltu, 65% asfaltu beznadziejnego, 25% opcji terenowej.

Całkowicie komfortowe 18% gdzieś w okolicach Rogóżki

Cały ten region to tak naprawdę stolica rowerów, na których się nie znam, bo jak mówisz: Kotlina Kłodzka, słyszysz singletracki Glacensis. Słyszysz singletracki, bierzesz enduro. Jeśli interesuje Was ten temat, odsyłam do ludzi, którzy się na tym znają, bo na pewno nie jestem to ja, to jest na przykład 1enduro: https://www.1enduro.pl/miejsca-singletrack-glacensis-klodzko/. Są tam mapki, opisy, krytyka i wszystko co potrzeba.

Okolica składa się z ograniczonej sieci losowo porozrzucanych idealnych asfaltów, bardzo dużej ilość tragicznych asfaltów i nieskończonej sieci dróg przez las. Przez tragiczne asfalty na myśli mam najgorszą nawierzchnię, jaką widziałeś w życiu. Nawierzchnię tak złą, że gdyby z samolotu zrzucić na nie bruki Flandrii, to sytuacja by się poprawiła. Asfalty przy których odległe bezdroża Albanii i Czarnogóry to luksus. Dlatego 35mm z niskim ciśnieniem wydaje się tu optymalne. Wjedziesz wszędzie, połączysz wszystko, zobaczysz najwięcej.

Gdzie jeździć? Nie wiem.

Głupio, nie?

Napisanie tego punktu odwlekam tygodniami i z każdym dniem, bałem się go jeszcze bardziej. Każdego dnia, niezależnie od tego jak bardzo YOLO była trasa, wracałem ze stwierdzeniem: „o, to trzeba dodać do listy”. I tak lista sobie rosła. O ile życie szosowca jest tu raczej proste, bo pętli jest kilka, to dla „nieograniczonych możliwości” nieco szerszej opony jest tu poważny problem. Dla człowieka takiego jak ja, z chronicznym syndromem kolarskiego FOMO (strach przed ominięciem), jest tu dramat. Wyobraź sobie, że ktoś Ci mówi: masz w tym roku tylko dwa tygodnie wakacji, nieograniczony budżet i jedź gdzie chcesz. Myślisz: super, a po chwili: o nie.

I tak tu jest, wpis o trasach nie ma sensu. Pamiętam jak pytałem Wojtka S. o to, co poleca i wysłał mi mapkę. Pomyślałem sobie, że jaja sobie robi i mnie olewa. Po kilkunastu dniach jazdy zarzucić mu mogłem tylko jedno: zapomniał zaznaczyć tej północno-wschodniej części na mapie, która też jest dobra. Po pierwszych dwóch tygodniach jazdy tutaj moja heatmapa wyglądała jak na obrazku poniżej, a ilość dróg, których jeszcze nie przejechałem przyprawiała o zawrót głowy:

po lewej mapa tras od Wojtka, po prawej moja heatmapa po 2 tygodniach jazdy

I teraz, zapytacie które drogi szczególnie warto odwiedzić, a ja Wam powiem… każda z nich jest fajna. No i fajnie, no i kaplica. Bo co to za informacja? Potem pomyślałem, że może zrobię taki wpis, gdzie są dwie najlepsze trasy i że je szczególnie polecam, ale to też nie wyszło. Potem siadłem rozrysować mapkę, co wyszło – widać na końcu wpisu. Spać po nocach nie mogłem, martwiąc się, że polecę komuś trasę, a on ją przejedzie i przez to ominie cośtam.

Dlatego nie podam Wam niestety gotowych tras. Zrobię po prostu listę charakterystycznych miejsc, które możecie połączyć w całkowicie dowolny sposób i gwarantuję, że będziecie zadowoleni. 

Warto też dodać inną ważną kwestię – stacjonujemy w Nowym Waliszowie, w regionie w którym nigdy nie byłem, ale patrząc na historię moich jazd w okolicy – jest to chyba nieświadome centrum dróg wartych przejechania. No i obok są niezawodne Jesioniki!

Karkonosze, Jesioniki, Ziemia Kłodzka, Morawy…. żyć, jeździć, nie umierać.


Singletrack Glacensis

Niby single, a jednak gravelowe ścieżki

Nie można zacząć od niczego innego: Glacensis – system 260km tras składających się głównie z singli (takich pojedynczych ścieżek). Gdybym miał rower z dużym amortyzatorem, potrafił nim jeździć i golił się siekierą ubierając uprzednio koszulkę w kratę, byłbym pewnie zawiedziony. Ale nie mam. Przyjechaliśmy tu na cienkich, 35-milimetrowych oponach i większość singli jest taka w-sam-raz. Jasne, nie ma co mówić o jakimś wielkim flow, bo jak tylko puścisz się w dół, to na pierwszym napotkanym kamieniu lub korzeniu stracisz zęby. Single (przynajmniej te o skali trudności 1-2 na 4) to po prostu fajnie przygotowane pod rower ścieżki leśne. Miły dodatek do lasów, przez które rozciąga się niepoliczalna ilość szutrowych autostrad.

Szczególnie polecam trasy Ostoja, Pod Śnieżnikiem, Stronie, Złoty Stok, Orłowiec. Single nie są tak fajne, aby wybierać się specjalnie na nie (dla gravelowca), ale stanowią doskonały dodatek do pokonywanych tras i czasem warto wpleść choćby ich kawałek do planowanej trasy. Z racji tego, że biegną głównie przez lasy, widoków zbyt wielu nie ma. Mało tego, są zazwyczaj puszczone obok głównych dróg leśnych (co logiczne z punktu widzenia utrzymania), przez co poczuć się można, jak osoba lubiąca utrudniać sobie życie. Serpentyny występujące w grupach, których nie powstydziłoby się Stelvio są tak ciasne, że przejechanie ich rowerem z barankiem wymaga trochę gimnastyki.

Ale generalnie super, szczególnie jako urozmaicenie. Z resztą popatrzcie:



Marcinków / Góra Skowronia

Prawdopodobnie najładniej położona droga terenowa

Jeśli miałbym wybrać najbardziej urokliwy odcinek w okolicy, Góra Skowronia wygrywa. Jest to raptem kilkaset metrów terenowej, rolniczej drogi, ale za to z doskonałą panoramą rozciągającą się w każdą ze stron. Wjechać można z 3 stron i każda jest trudna, od Kamiennej mamy ponad 2,5km ze średnim nachyleniem ponad 10%, z południa terenowa przebitka praktycznie ze szczytu Puchaczówki, z północy kamienista wyrypa, po której musiałem wykonać spacer hańby, prowadząc rower. Aby zobrazować sobie, co widać dookoła i ile jest tu gór, przytoczę fragment Wikipedii:

„Bezleśny wierzchołek stanowi doskonały punkt widokowy na Kotlinę Kłodzką (a właściwie Rów Górnej Nysy) oraz otaczające ją pasma górskie: Góry Sowie, Góry Bardzkie, Góry Złote, Góry Bialskie, Masyw Śnieżnika, Góry Bystrzyckie oraz Góry Stołowe. Zza Gór Bialskich wyłania się Wysoki Jesionik.”



Autostrada Sudecka

Jedna z najwyżej położonych dróg asfaltowych w Polsce

Autostrada to jedna z tych dróg, które przejechać wypada. W dużej mierze składa się z bardzo dobrego asfaltu, lecz ma również odcinki asfaltu tak złego, że gorzej być nie może. Naprawdę. Z rzeczy wartych wspomnienia, po drodze znajduje się duża stacja narciarska w Zieleńcu i punkt widokowy nad Gniewoszowem (na zdjęciu obok). Ja się tam nie znam, ale Destination Lycra pisał, że okolice Zieleńca super, zarówno na szosę, jak i grejwla.
Jeśli miałbym bardzo ograniczony czas, Autostradę Sudecką bym olał, a skupił się na drodze, która przez spory jej fragment biegnie równolegle:



Dolina Orlicy

Zwycięzca kategorii: najprzyjemniejsza droga szosowa

W dużej mierze alternatywą dla Autostrady Sudeckiej jest niewielka przygraniczna droga.
Droga, którą musisz przejechać, kropka. Szczególnie jeśli jesteś w okolicy z rowerem szosowym, gdyż nawierzchnia godna jest nawet rolkarza z plastykowymi kółeczkami. Zaczyna się kawałek za Zieleńcem i biegnie wzdłuż granicy (oraz rzeki Orlica) na południe. Jakieś 30 kilometrów pustej, idealnie równej i opadającej (jeśli jedziesz na południe) drogi. Na końcu albo lądujesz w Międzylesiu, albo kawałek wcześniej odbijasz na terenową przebitkę do miejscowości:



Kamieńczyk

Prawdopodobnie najlepszy widok na kotlinę… kolejny, terenowy

Najczęściej pojawiającą się informacją, którą dostawałem po zaanonsowaniu, że mieszkamy w kotlinie jest: wjechałeś już na Kamieńczyk? Super widok jest! Podjazd od Smreczyny do granicy to jakieś 3,7km i 250m w pionie. Faktycznie jest ładnie, choć nie powiedziałbym, że jakoś szczególnie lepiej niż w innych miejscach… ale!

Kawałek za wspomnianą miejscowością Kamieńczyk znajduje się przebitka terenowa do drogi Lesica – Międzylesie i muszę przyznać, że owa przebitka ma jedną z najlepszych panoram na całą kotlinę jaką widzieliśmy. Trochę podobna do tej na punkcie widokowym nad Gniewoszowem, ale jakaś taka lepsza. Polecam.



Przełęcz Spalona

Klasyk z racuchem.

Prawdopodobnie najbardziej znana przełęcz w okolicy – mekka szosowców. Przygotuj się na powtarzające się pytanie: „a Spalona wjechana?!„. Od strony Bystrzycy jest to przyjemne 9km / 436m z niezłymi widokami i schroniskiem Jagodna na szczycie, w którym czeka jedzenie. Idealna droga na szybką pętlę, gdy do powrotu wykorzysta się Autostradę Sudecką, Dolinę Orlicy lub po prostu sąsiednią (nieco bardziej zniszczoną) drogę. Tak po prostu, asfalt bez zbytniej filozofii – szybki, równy, idealny. Na górze dorzucić można 12km fajnych singli z gratisem w postaci wieży widokowej po drodze. W zasadzie to nie – trzeba dorzucić, przynajmniej ten po wschodniej stronie… jak tylko dokończą go budować.



Kopalnia Uranu

Ale jak to?

Tak naprawdę wcale nie chodzi tu o samą kopalnię uranu, która bez wątpienia jest dużą atrakcją, a o odbudowaną drogę, która do niej prowadzi. To jedna z tych dróg, których zdecydowanie nie spodziewasz się w tym miejscu. Idealny asfalt, który w połączeniu z przejazdem przez miejscowość Janowa Góra aż do Siennej (dowolną stroną, choć zachodnia dłuższa, więc lepsza) daje doskonały, szosowy przejazd.



Góry Stołowe i Droga Stu Zakrętów

Klasyk: wypada i nie warto

Góry Stołowe to słynna Droga Stu Zakrętów. Już sama nazwa mówi, że musisz tam pojechać. No i nie wiem… może musisz, ale raz w życiu i wystarczy. Problemem jest to, że całe Góry Stołowe dużo lepsze są chyba terenem – kiedyś powstał nawet wpis na blogu o tym, jak jeździliśmy po nich fatbike’ami. W wersji szosowej, ładniejsze są widziane z daleka. Owszem, są ciekawe formacje skalne, troche zakrętów i bardzo dobry asfalt (od strony wschodniej), ale czy aż tak, aby tam jechać? Niekoniecznie, szczególnie, że wstrzelenie się w moment, w którym ruch na drodze jest przyjemny, graniczy z cudem. Ludzie po prostu wiedzą, że lepiej przyjechać tam samochodem i iść na spacer niż przebijać się rowerem.
Z Radkowa do Kudowy-Zdroju jest ze 23km i 500 metrów w pionie, droga powrotna jest tak samo długa (wow, szok) i podobnie wysoka. Bardzo fajna jest za to ścieżka rowerowa z Wambierzyc (zwanych śląskim Jeruzalem – nie bez powodu) do Radkowa (w Googlach wygląda tak).

Nie zrozumcie mnie źle – Stołowe też są piękne i świetne na rower, po prostu my nie trafiliśmy tam na urzekające widoki (poza MTB i pieszymi), a ilość ludzi trochę zniechęciła do głównych atrakcji asfaltowych. W okolicy jest za dużo atrakcji, aby dawać tu komuś drugą (lub trzecią) szansę.



Stolec

Stolca tłumaczyć nie trzeba, każdy rozumie sam z siebie.

Ani to specjalnie w kotlinie, ani szczególnie warte odwiedzenia miejsce. Wątpie, aby ktoś normalny miał po co jechać do miejscowości o wdzięcznej nazwie: Stolec. Nas cieszy możliwość internetowego zameldowania w miejscu o nazwie: Ruiny Zamku w Stolcu. Bo wiecie – stolec = kupa, nawet jeśli wszyscy twierdzą, że to jednak taboret.

Chętni mogą odwiedzić przy okazji Laski i Dzbanów. Mnie śmieszy.



Sanktuarium Matki Bożej Przyczyny Naszej Radości „Maria Śnieżna”

Nawierzchnia: 100% SZOSA; Marianówka – Góra Igliczna: 3,7km/250m; Bystrzyca Kłodzka – Góra Igliczna: 12,6km/460m

Jak można byłoby opuścić coś, co nazywa się „Sanktuarium Matki Bożej Przyczyny Naszej Radości”? Nie wiem.
O samym sanktuarium krąży bardzo wiele opowieści, głównie za sprawą nietypowego księdza. Internetowi szperacze znajdą na przykład historię turysty, który na taras widokowy wszedł z pieskiem (yorkiem), a nie wolno i dostał strzał z paralizatora. My strategicznie nie przekraczamy więc ogrodzenia, ale mimo wszystko warto. Widok na kotlinę – sztos. Samo sanktuarium też sztos, gdy obserwuje się je z dołu. Internet mówi, że da się z sanktuarium dostać trasą terenową na Marcinków.



HC Bystrzyca Kłodzka – Czarna Góra

Segment kategorii HC, którego nie ma na Stravie… prawie cały w asfalcie: 19,7km / 816m

Podjazd kategorii HC, nieco podkoloryzowany na potrzeby wpisu ;-)

Strava Ci o tym nie powie (a może już powie, mi nie powiedziała), ale ukrywa się tutaj segment, który według moich obliczeń zaliczany jest do elitarnej grupy Hors Catégorie. Ruszając z Bystrzycy Kłodzkiej, idealnym asfaltem kierujemy się na szczyt przełęczy Puchaczówka… a następnie odbijamy w bok, na widoczny przez większość wizyty w tej okolicy maszt – to Czarna Góra. Dodatkowy fragment składa się z nawierzchni, którą nazwałbym „szosą się nie da, ale jak się bardzo chce to się da”. Podjazd jest z mojego punktu widzenia dla typowych onanistów kolarskich, bo nie dość, że nie ma go na Stravie to na szczycie jest… maszt i brak jakiegokolwiek widoku. Mam jednak nieodparte wrażenie, że szczyt wcale nie jest tam, gdzie byłem, a kawałek dalej, w miejscu, o którym Google Maps mówią „wieża widokowa” i sugerują, że wygląda o tak. Jeszcze to sprawdzę, bo obok przebiega singiel „Milky Way”.



Przełęcz Puchaczówka

Zafunduj sobie odrobinę Podhala

Podjazd dramatyczny z obydwu stron: Jakieś 7,5km i 400m od wschodu i 12,5km i 550m od zachodu. Asfalt idealny, czasem jakaś miejscowość, czasem las – fajne na trening dla szosowców, dla wszystkich innych niekoniecznie. Nie ma to znaczenia, bo i tak nie wyobrażam sobie tutaj jeżdżenia i ominięcia tej trasy. Na szczycie znajduje się bacówka z pokaźną liczbą owiec, BARDZO DOBRY punkt widokowy. Punkt jest położony za serpentyną, więc na śladzie z GPSa będzie wyglądało jakbyście wylecieli za barierkę. Miejsce szczególnie polecane w okolicach zachodu słońca. Jest bacówka, są łoscypki i co najważniejsze – jest też wypas owiec. Jest też ośrodek Czarna Góra Resort, ale spodoba się tylko tym osobom, które spędzają wakacje na Krupówkach. Przełęcz jest spoko, bo można się na nią też dostać terenem, zarówno singlami, jak i przez sztoso-widokową Górę Skowronią.

Wjazd na szczyt z obydwu asfaltowych stron jest dramatyczny dla psychiki, ale gdybym miał wybierać, jechałbym od wschodu. Trochę krócej, trochę stromiej, a zjazd do Bystrzycy Kłodzkiej to słuszna nagroda.



Przełęcz Jaworowa

Przełęcz jak Stelvio… tzn podobna jest tylko liczba motocykli.

Fajny, pokręcony asfalt. Od północy gładki jak stół, od południa niezbyt przyjemny. Przy odrobinie szczęścia można tam nie trafić na wyścig Golfa TDI z wycieczką motocyklistów, których słychać siedem lasów i siedem gór dalej. Alternatywą są single puszczone bokiem z ilością serpentyn, których nie powstydziłby się szwajcarski podjazd… tylko 10x węższych. Z południa 7,5km i 300m w pionie, ze Złotego Stoku troszkę więcej, bo jest po drodze drobny zjazd. Jak się jest z szosą – trzeba, bez szosy – nie trzeba.



Bystrzyca Kłodzka, Nowa Ruda, Kłodzko

Tak brzydko, że aż ładnie

Istnieje cień szansy, że za zestawienie Nowej Rudy (najgorsze powietrze na Dolnym Śląsku) z pozostałymi miastami, będę smażył się piekle, ale dla mnie, ignoranta, są podobne. Każde z tych miast na pierwszy rzut oka jest straszne, na drugi jest jeszcze straszniejsze, lecz w każdym kolejnym zaczyna się dostrzegać ich niesamowity i niepowtarzalny klimat… szczególnie w sobotnią noc, gdy wyglądają jak z Resident Evil. Taka Bystrzyca, dajmy na to, zachowała na przykład oryginalny układ ze średniowiecza. I prawdę mówiąc, gdyby nie billboardy, pojedyncze elewacje i witryny sklepowe, mógłbym uwierzyć, że cofnąłem się w czasie. Ilość dziwnych, lecz imponujących budowli podsumować można w czasie jazdy jedynie cytatem klasyka:

Co to k*rwa jest?!

pilot rajdowy z youtube’a, gdy na swojej drodze zobaczył traktor

Ja wiem, zwiedzanie miast to nie ten blog, ale wymienione wyżej miasta, są tego warte. Plus takie losowe (dla ludzi niedoinformowanych) spotkania z miejscami typu bazylika w Wambierzycach, Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim, dom wczasowy Gigant w tyrolskim Międzygórzu, Maria Śnieżna i wiele, wiele innych. Są jednocześnie piękne i straszne. Szczególne zasługi przypadają tu właśnie Mariannie Orańskiej. <sucho> Jestem prawie pewny, że nazwisko wzięło się od o rany, ale budowla! </sucho>. Gdy moja dziewczyna otworzyła spis zabytków (nie pytajcie) okazało się, że zabytkami jest tu prawie wszystko, pewnie nawet stodoła, na którą właśnie patrzę. No i kościoły – każda, nawet najmniejsza miejscowość ma tu swój mały Licheń. O kościołach można zdecydowanie powiedzieć jedno: TO NIE SĄ MAŁE RZECZY.

Domek, a w zasadzie gospodarstwo, w którym mieszkamy, wpisuje się w ten klimat doskonale. Szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę, że mieszka z nami wilczak czechosłowacki.



Lasy i miejsca losowe

Explore!

Poza tym wszystkim, co opisane powyżej, jest tu jeszcze sto tysięcy miejsc, które warto według mnie przejechać. Lasy są poprzecinane singlami, wygodnymi szutrówkami, kamienistymi ścieżkami, doskonałe asfalty przeplatają się wszędzie z beznadziejnymi, imponujące widoki pojawiają się znikąd, architektura zaskakuje, a jak otworzą pewnego dnia granice (bo obecnie nie możemy przejechać do Czech przez wiadomo-jakiego-wirusa), to już nigdy nie zasnę, bo będę rysował trasy w Komoot. 

Chciałem stworzyć taką mapkę z zaznaczonymi najlepszymi miejscami, ale mi się nie udało. Zaznaczyłem kilka miejsc wartych odwiedzenia i przejechania, a potem stwierdziłem, że to w sumie nie ma sensu. Tu nie ma najlepszych miejsc, ten region jest dobry jako całość – serio.
Na czerwono – szosa, na niebiesko teren (im mocniejszy kolor tym lepsze).


Zapraszam więc do zdjęć, które starają się to udowodnić.


Największą wadą pobytu tutaj jest fakt, że nabiera się awersji to jeżdżenia normalnymi asfaltami. To znaczy takimi, którymi przemieszczają się też inni ludzie.


Dolny Śląsk FTW!

…a jako że dobrze wiem, że zaraz po opublikowaniu tego wpisu skrzynka zapełni mi się wiadomościami: „hej, ja wiem, że wszędzie, ale możesz polecić taką jedną, szczególną traskę?” informuję: tu jest tak dobrze, że ukaże się specjalny suplement na blogu, o nazwie: „Trasa, która pomija masę fajnych rzeczy, ale jest esencją zajebistości„. Tymczasem wracam ją planować i dopieszczać.