Podgorica, Czarnogóra – najbardziej parszywa stolica Europy?

Parszywie – to pierwsze słowo, które pojawiło się na naszych ustach, po przybyciu do stolicy Czarnogóry – miasta Podgorica. Miałem w nim spędzić 11 dni i była to decyzja co najmniej nieoczywista. Na tak długi pobyt w tym, niezbyt chętnie polecanym do odwiedzin mieście, decydują się tylko najwięksi rycerze hardcoru. Nieczęsto bowiem zdarza się sytuacja, gdy na pytanie „co warto tam zobaczyć”, odpowiedzieć możesz tylko „nic”. Podgorica to taki twór, jak gdybyśmy zmiksowali razem Radom, Łódź oraz Sosnowiec, przenieśli go do najbardziej śląskiego śląska i przesunęli w czasie o jakieś 20 lat wstecz.

 

Podgorica to ewenement. Miasto, w którym nie ma niczego ładnego. Poziom parszywości osiąga poziom, przy którym staje się to atrakcyjne (na chwilę).

 

Już pierwsze googlanie (po tym, jak kupiliśmy bilety”) zwracało wyniki w stylu: „Podgorica to dziura” albo „Podgorica – najnudniejsza stolica Europy”. Ja się temu wcale nie dziwię. Jeśli przyjeżdża tu człowiek z cywilizowanego kraju, dajmy na to, takiej Holandii (wpis o Amsterdamie i przełajach) – musi być to dla niego szok. Dla nas był większy niż Maroko – pod każdym względem. Trochę dlatego, że się go nie spodziewaliśmy, a trochę dlatego, że to jednak podobny, a zarazem inny świat. 

 


 

WTF, co jest kur$%#?!

 

To jest myśl towarzysząca nam przez cały pobyt w Podgoricy. Ludzie osiągnęli tu wyższy poziom „wywalenia na wszystko”. Chodnikami nie da się iść, bo są całkowicie zastawione przez samochody. Jak ktoś już nie znalazł miejsca na chodniku, zostawia auto na ulicy. Jak na ulicy też już ciężko to można stanąć na pasach albo i na skrzyżowaniu. Na pasach, będąc pieszym, musisz patrzeć w każdą stronę, bo królem ulicy jest samochód i tenże samochód nie będzie zwalniał na swojej zielonej strzałce tylko dlatego, że Ty też masz zielone i próbujesz przejść… ale do ruchu jeszcze wrócimy.

 

 

Bloki wyglądają jak na najgorszych, śląskich, górniczych osiedlach. Wszędzie suszy się pranie (w domkach, na drzewach, na balkonach) i walają plastikowe siatki, śmieci, czasem jakaś kanapa albo lodówka. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikt tu do nikogo nie ma o nic pretensji. Ktoś kogoś o mało nie potrącił na pasach, ktoś wymusił pierwszeństwo – nic to, trąbnie się, pomacha i sprawa załatwiona. Chyba, że to po prostu nasze krzywe postrzeganie rzeczywistości i tak wielkie marginesy błędu nie są potrzebne.

 

 

Jest parszywie, ale to taka swojska parszywość, pozytywna. Ten poziom brzydoty, który osiąga już miano „sztuki”.  Jeśli urodziliście się przed latami 90′ i w ramach wolnego, dziecięcego czasu bawiliście się z kolegami na trzepaku przy śmietniku, jest duża szansa, że poczujecie nutkę nostalgii. Przecież to jak u nas, kiedyś.

 

Co zrobię, że wszystkie miasta w tym kraju brzmią jak nazwa choroby wenerycznej: Podgorica, Cetynia, Budva, Żabljak, Rożaje… no i Kotor (ale to chyba nie weneryczna)

 

W drugim tygodniu pobytu zasady zaczęły mi się klarować, jeśli:

– nie jesteś pewny, czy zdążysz się włączyć do ruchu, to zdążysz
– nie jesteś pewny, czy masz pierwszeństwo, to masz
– wiesz, że nie masz pierwszeństwa, ale stoisz już dłużej niż 13 sekund włączając się do ruchu, to zdobywasz prawo pierwszeństwa
– udało Ci się nie potrącić pieszego/rowerzysty (bo np. uskoczył) to znaczy, że nie zrobiłeś nic złego
– masz auto, to masz pierwszeństwo przed tymi, którzy nie mają
– Twoje auto się przemieszcza, to znaczy, że jest sprawne
– nie masz gdzie zaparkować, wykorzystaj chodnik. Jeśli na chodniku nie ma miejsca, wykorzystaj pas na ulicy (niezależnie od tego, ile ich jest). Jeśli tam również jest już wszystko zastawione, zaparkuj na skrzyżowaniu lub pasach, ale włącz wtedy awaryjne światła niewidzialności, albo nie..z resztą nie to nie ważne.

 

 

Powoli tym przesiąkałem. Poczułem, że muszę to miejsce opuścić jak najszybciej.

 


 

Dla tych, co czytać nie lubią

 

Ceny jak w Polsce  (odważę się stwierdzić, że najtańszy kraj posiadający Euro jako walutę)

Kierowcy wariaci (nie złośliwie, tylko tak z natury)

Asfalty jako-takie z momentami bardzo dobrych lub żadnych

Jezioro Szkoderskie i góry dookoła Podgoricy – sztos

Podgorica – rak, ale pięknie umiejscowiony

Kajmak – to nie jest masa toffi tylko słony, śmietankowy serek (coś za zawód i odkrycie jednocześnie)!

Na przełomie marca i kwietnia jest nieco ponuro, a drogi powyżej 1400m n.p.m. są nieprzejezdne

Warto, ale to jednak atrakcja nie dla wszystkich

Albania też sztos i to chyba będzie nasz następny kierunek wyjazdu

 


 

Klasyczny podgoriczanin

 

Przeciętny mieszkaniec Czarnogóry jest dość łatwy do rozpoznania, a taki, który mieszka w Podgoricy to już sama esencja stereotypów.

 

 

Podgoriczanie to ludzie, za którymi tak bardzo tęskniliśmy w Maroku. Tacy najbardziej słowiańscy Słowianie. Czuję się jak w domu. Jak gdyby zaraz ktoś miał do mnie podejść w dresiku i zapytać o moje problemy.

 

Podgoriczanin wyglądałby jak Ty, gdybyś:

– był nieco wyższy i zapuścił krótką brodę

– chodził na siłownię i jadł tłuste rzeczy

– wsadził sobie zwinięte skarpetki pod pachy i pachwiny, aby Twój chód nie pozostawiał wątpliwości, kto jest królem okolicy

– palił w każdym możliwym (i niemożliwym) miejscu, ze szczególnym wskazaniem na restauracje

– przemieszczał się 15-letnim mercedesem lub nieco starszym i mniejszym od niego autem, ale za to pozostawiającym więcej niebiesko-czarnych oparów

– ZAWSZE i wszędzie chodził w desie i miał pod ręką ciemne okulary. Im większy napis na dresie, tym lepiej: preferowane są ADIDAS, NIKE, TOMMY, REAL MADRID i tym podobne… ewentualnie same paski, w liczbie od 2 do 4.   Naprawdę – tak wielu, tak bardzo stereotypowych ludzi, pasujących u nas do określenia „dresiarz” nie widziałem nigdy, nigdzie. Myślałem, że to tylko na filmach.

 

Klasyczna podgoriczaninka również jest wysoka i pewnie całkiem ładna, lecz nie sposób jej się dobrze przyjrzeć, ze względu na ilość klasycznych podgoriczaninów, którzy uważnie obserwują nieznanych przybyszów.

 


 

Pieniążki, czyli po ile to?

 

Czarnogóra to była Jugosławia i raczej bliżej jej do swoich sąsiadów, owianych u nas wątpliwą opinią: Bośni, Serbii, Kosowa i Albanii niż Słowenii – nie może być więc w niej drogo. Zaskakująco, walutą Czarnogóry jest Euro (które zastąpiło niemiecką Markę) – nie może być więc tanio. Oba te fakty się równoważą i ceny są mniej-więcej takie jak w Polsce – zarówno żywności w sklepach (tych mniejszych, bo Biedronek ani dużych marketów spożywczych nie mają), jedzenie w knajpach, taksówki, usługi. W Podgoricy ceny podobne do Warszawy, w innych miastach nieco taniej, na wybrzeżu różnie – pewnie zależy od tego, czy jest sezon.

 

Za lot LOTem z Chopina do Podgoricy płacimy trochę ponad 700zł w dwie strony (razem z rowerem). Da się pewnie taniej Ryanem, tylko że trzeba dojechać do Modlina i dokupić rower za absurdalną kwotę. Poza tym, LOT lata bardzo fajnie, bo wylecieć można w tygodniu (prawie) po pracy, a wrócić w niedzielę po południu.

 

Taksówka z lotniska do centrum to jakieś 10euro, pociągiem 2 euro – do stacji jest około 1km.

 

Za 11 dni w 50-metrowym mieszkaniu w nowym budownictwie płacimy około 1100zł. Da się pewnie taniej i lepiej oraz drożej i gorzej – zależy jak się trafi.

 

Za 11 dni użytkowania Hyundai i10 (tak – wchodzą do niego 2 osoby i 2 rowery lub 2 osoby i jedna miękka walizka z rowerem) z pełnym ubezpieczeniem – 110 euro. Okazuje się, że gość od mieszkania ma też wypożyczalnię – LINK DO WYPOŻYCZALNI PROAUTO.

 

Za „życie” płacimy tyle, co gdybyśmy siedzieli w domu. Karta SIM z internetem to 5euro za 5GB na tydzień (plus nieskończone fejsbuki) – do kupienia w większości sklepików. Sprzedawca od razu poprosi nas o dowód i zarejestruje ją za nas. Słowa klucze: Telenor Sim Internet Prepaid.

 

Nie ma Decathlona, McDonaldsów, Burger Kingów, KFC itd. Jest za to Intersport, w którym ceny są tak wspaniałe, że przez długi czas myśleliśmy, że sprzedają w nim podróbki. Większość rzeczy kosztuje w nim max 50euro (np. markowe adidasy), a w okolice 100euro dobijają już tylko kurki zimowe topowych marek. Jak się jesienią będziemy zbroili w ciepłe ciuchy, to chyba będzie się opłacało tu przyjechać. Piękne jest za to, że sklepy otwarte są od wczesnego rana, do późnego wieczora. Nie ma problemu, aby w niedzielę o 21 odwiedzić piekarnię i kupić w niej chleb.

 


 

Uliczna Sodoma i Gomora

 

Gdyby ten wpis sponsorowany był przez Agencję Rozwoju Turystyki w Czarnogórze, napisałbym tak: Jeszcze nigdy, nigdzie nie czułem się tak małą przeszkodą na drodze, jak tutaj. No bo w takiej Norwegii – droga wąska, ciasna i pod górę. Kulasz się te swoje 12km/h, a wężyk samochodów za Tobą stabilnie rośnie, bo wyprzedzić się nie da. Albo taka wąska ulica na wylotówce ze stolicy. Sznurek samochodów w obie strony – też Cię nikt nie ominie, bo miejsca nie ma. Taki problem w Czarnogórze nie istnieje.

 

Nie wiem, może to przez to, że przez 11 dni widziałem 2 i pół kolarza szosowego na drodze, ale przecież ze Stravy wiem, że jeździ ich tu regularnie przynajmniej kilkunastu. Rower na drodze nie istnieje. Nie ma takiej sytuacji, w której kierowca za Tobą stwierdziłby, że nie może wyprzedzić. Niezależnie od tego ile jest pasów, ciężarówka ominie Cię w takiej odległości, że czujesz ją włosami na ręce. Omijanie człowieka na rowerze jest tu tak abstrakcyjne, że gdybym nie widział – nie uwierzyłbym. Praktycznie każdy kierowca, z którym miałem jakąkolwiek styczność pozostawiał u mnie chęć podjechania do niego i zadania prosto w twarz pytania: DLACZEGO albo przynajmniej skulenia się gdzieś w kącie i rozłożenia ramion w geście całkowitego braku zrozumienia dla sytuacji, która miała właśnie miejsce. Odniosłem jednak ciekawe wrażenie, że nie są to zachowania chamskie lub złośliwe, a po prostu wynikające z niewiedzy i braku obycia z ludźmi na rowerach.

…choć może być to też fakt, że nawet w mieście, jakieś 86% osób w samochodach klika lub rozmawia przez komórkę i nie mają czasu na bezpieczne omijanie kolarzy.

 

 

Ciekawostka uliczna: samochodem po kraju zrobiliśmy jakieś 600km i czasy przedostania się pomiędzy miejscowościami, nawet jeśli ograniczymy się do najbardziej głównych z głównych dróg, są z kosmosu. Średnia prędkość przemieszczania się to jakieś 50-60km/h. Naprawdę ciężko znaleźć trasę, na której Google Maps przewiduje średnią powyżej 60km/h.

Aby uatrakcyjnić podróż mniej-więcej co 40km stoi patrol policji z fotoradarem w oczach, a przy nim kolejka petentów w samochodach.

 


 

Eko-weganin w stylu zero waste z bambusową słomką i własnym, organicznym kubkiem

 

Wizyta w Czarnogórze ma jedną, zasadniczą zaletę. Dobrze obrazuje, dlaczego przestrzeganie zasad jest ważne. W takiej Podgoricy zawalone samochodami jest wszystko, a przemieszczając się (czymkolwiek, nawet nogami), trzeba mieć oczy dookoła głowy. Mało tego, ilość śmieci, które napotykamy przy każdym większym ludzkim skupisku, jest zatrważająca. Owszem, widok konika morskiego owiniętego w torbę foliową daje trochę to myślenia, ale to jest wyższy poziom abstrakcji.

Czarnogóra to krajobraz całkiem dla nas bliski, a który jest niszczony głupią działalnością człowieka, w przerysowanej skali. Głupią, bo śmietników jest tu pełno, a problem leży (dosłownie) dookoła nich. Polanka, drzewka, w tle piękne, majestatyczne góry, rzeczka wijąca się kanionem, jakiś mały wodospadzik, owce, kozy, krowy, konie… i wszystko ZAJE…słonięte śmieciami: foliówki, fotel, wrak samochodu, deski, sypiący się, opuszczony dom, szkło. W sklepie foliówkę dostajesz do wszystkiego. Kupujesz pomadkę do ust w odpowiedniku Rossmana? Dostaniesz ją w foliówce. Kupujesz w piekarni pączka albo chleb w papierze – zostaną dodatkowo zabezpieczone foliówką. Zanim zorientowaliśmy się by, ku zdziwieniu sprzedawców, odmawiać foliówki, mieliśmy już w mieszkaniu taki zapas, że wystarczył do zabezpieczenia w walizce roweru.

Nabawiłem się tutaj awersjii do plastiku, folii i samochodów – to chyba dobrze. Chciałbym zesłać tu każdego na tydzień, aby zobaczyć jakie skutki niesie za sobą egoizm.

 


 

Podgorica: po co jechać do patologii?

 

Widząc ten nieco przydługawy wstęp rodzi się jedno, bardzo zasadne pytanie: dlaczego ktoś miałby tam jechać. Przecież wszystko co najpiękniejsze jest według przewodników na wybrzeżu i ewentualnie można sobie stamtąd skoczyć na 2-3dni w góry w głąb kraju. Odpowiem tak: wybrzeże czarnogórskie jest już turystycznie zbliżone do wybrzeża chorwackiego. Kto przegapił moment na odwiedziny zanim turyści odkryli to miejsce, nigdy już się nie dowie jak może być tam dobrze. Odpowiadam: Podgorica to jest genialny punkt wypadowy do kolarza. Wiadomo, nieco lepiej byłoby co 2-3 dni zmieniać lokum, ale jeśli skazani jesteście na jedno – spokojnie wystarczy na tydzień intensywnej jazdy. Jeśli macie dodatkowo auto i wyjazd 1-2h gdzieś dalej nie jest problemem, tras macie co najmniej na 2 tygodnie.

Chyba nigdy nie byłem w tak komfortowym miejscu. Wystarczy kilka do kilkunastu minut rowerem (można próbować nawet miejskimi ścieżkami rowerowymi, ale to nic nie zmienia), aby znaleźć się na drogach zupełnie pustych. Podgorica położona jest w jedynym, płaskim regionie kraju, ale obszar ten jest na tyle mały, że niezależnie od obranego kierunku, po maksymalnie kilkunastu minutach rozpoczynają się asfaltowe podjazdy z  przewyższeniem od 800 do 1500 metrów (bo startujemy praktycznie z zera). Jakby tego było mało, niektóre pętle są tak dobre, że mógłbym je jeździć praktycznie codziennie. Jest po prostu pięknie, a jezioro Szkoderskie, oddalone od miasta o kilkanaście kilometrów, to jedno z najlepszych jezior, jakie w życiu widziałem (a kolarsko dla mnie najlepsze).

 


 

Drogi: Jeśli Twoja szosa jest Ci bliższa niż żona i córka razem wzięte, nie przyjeżdżaj tutaj.

 

Na początku mała dygresja: to nie jest miejsce dla każdego. Jeśli lubisz kolarskie kawiarnie, idealne asfalty, treningi, pomiary mocy, ustawki, bezpieczeństwo na drogach, sprawdzone rozwiązania i spokój towarzyszący zorganizowanym zgrupowaniom – nie jest to miejsce dla Ciebie. Drogi są tu jako-takie… z drobnymi przerwami, kiedy na przykład dość spontanicznie znikają, albo zastępowane są przez kratery lub żwir. Przez jako-takie mam na myśli przejezdne szosą z zachowaniem rozwagi.

Ruch na bocznych drogach jest całkowicie znikomy (auta spotkane w ciągu godziny liczy się na palcach jednej ręki) i większa jest szansa, że wpadniemy na krowę, kozę lub konia stojącego w poprzek. Dla nas problematyczne były jedynie fragmenty dróg głównych (które u nas w dalszym ciągu byłyby uznawane za boczne), na których ruch nieco wzrastał. Przy wybrzeżu drogi określiłbym jako „NIE-DO-JEŻDŻENIA” ze względu na ilość samochodów i odstęp jaki zostawiają kolarzowi, ale lokalsi z tego co widzę jakoś tymi drogami jeżdżą i żyją (chyba – może dlatego tak mało kolarzy). Jest sporo miejsc, w które dostać możemy się jedynie gravelem – szczególnie po stronie Albanii, do której również jest kilkanaście kilometrów.

Wybór roweru według mnie? Gravel, jeśli planujemy górskie szutry. Na asfalty i trochę przygody: komfortowa szosa ze wzmacnianymi oponami 28mm, choć mimo 4-cyfrowego wyniku kilometrowego, który tu zrobiliśmy, nie złapaliśmy ani jednego kapcia. Polecam jednak wymianę butów/pedałów na MTB, gdyż jest wiele miejsc, w które warto sobie podejść pieszo podczas rowerowej jazdy.

 


 

Kiedy jechać?

 

Ciężko powiedzieć. Przełom marca i kwietnia z jednej strony dał nam 6 dni pod rząd mocnej lampy, z drugiej nieprzerwany potem opad deszczu. Temperaturowo było optymalnie do jazdy na krótko, a miejscami być może nawet za ciepło. Problemy były dwa: praktycznie wszędzie poza rejonem jeziora Szkoderskiego było raczej szaro, buro i ponuro. W połączeniu z wieloma ruinami po opuszczonych budynkach sprawia to, że klimaty są idealne do nagrania filmu w klimacie post-apo. Brakowało nam trochę zieleni widocznej na wszędobylskich w internecie zdjęciach z tego regionu.Tylko niziny sugerowały, że być może zdjęcia te nie kłamią i w sezonie robi się tu naprawdę ładnie.

 

 

Najlepsze drogi (czyli te położone najwyżej) były nieprzejezdne. Na wysokości 1400-1500m n.p.m. zaczynał się kopny śnieg, który skutecznie uniemożliwiał pokonanie drogi zarówno samochodem, jak i rowerem. Dodatkowo, nie wiem czy to zwyczaj okresowy, czy jest tak cały czas. W bardzo wielu miejscach wypalane były po zimie trawy(?), przez co widoczność pozostawiała w górach sporo do życzenia. Największym plusem jednak jest to, że przyjechaliśmy zupełnie poza sezonem turystycznym. Większość miejsc, które normalnie zalane są ludźmi (tak myślę), były puste, a wszelkie lokalne atrakcje dopiero się zaczynały zbroić.

 


 

Co jechać

 

Fajnie, ponad 2000 słów, a ja zaczynam dopiero pisać o trasach. Dróg jest tu multum i dawno nie miałem uczucia tak bardzo niezbadanego terenu dookoła miejsca, w którym mieszkam. Wybrałem więc kilka przykładowych, które według mnie były najlepszymi rozwiązaniami, ale nie gwarantuję, że faktycznie są optymalne. Jeśli zapytasz ludzi w internecie, co jechać w Czarnogórze, odpowiedzi są dwie:

 

Durmotor i Lovćen

 

Nie przejechaliśmy żadnego z nich. Durmitor to wielkie góry i asfaltowe drogi oznaczone tu jako szlaki „panoramic road”, ale niestety o jeżdżeniu drogami położonymi na 1900m n.p.m można przed połową maja raczej zapomnieć. Pozostaje mi odesłać Was do wyników wyszukiwania w Google, aby zobaczyć, co straciliśmy. Region napoczęliśmy jedynie autem, ale szybko się okazało, że bardziej przydałyby nam się tutaj skitury.

Park Narodowy Lovćen to niewielkie pasmo górskie położone obok Kotoru. Główną frajdą jest tutaj wjazd z poziomu morza na położony na 1749m n.p.m. Štirovnik (jeśli zaakceptujemy szutrową końcówkę) lub asfaltem do Mauzoleum Niegosza położonego 200 metrów niżej. Tak, półtora kilometra (w pionie) ciągłego podjazdu – to robi wrażenie. Nie udaje nam się to i podjazd kończymy kilkaset metrów niżej, bo mimo że droga jest odśnieżona, to śnieżne bandy szybko uświadamiają nas, że jesteśmy nieodpowiednio ubrani, jest już za późno, a jakby tego było mało – droga jest jeszcze przez kilka dni w remoncie.

 


 

0. Objazdówka samochodowa

 

Jeden z dni poświęcamy na wykorzystanie naszego wspaniałego Hyundai’a, aby zwiedzić kraj jak typowi turyści. Szybko okazuje się, że jesteśmy w tym wyjątkowo słabi, ale wizyta w Durmitorze uzmysławia nam, że nie ma co liczyć na jeżdżenie tam rowerem. Trafiamy gdzieś pomiędzy końcówką sezonu narciarskiego, a początkiem wiosennego. Odwiedzamy słynne Jezioro Czarne, której o tej porze jest białe. Bardzo ładne tereny, ale w adidasach nie da się zbyt wiele zobaczyć – płacimy więc po kilka euro za wstęp do miejsca, w którym spędzamy z pół godziny. Widok gór wpadających do wody rekompensuje finansową porażkę. Późną wiosną jezioro jest podobno popularną miejscówką do kąpieli bo całodniowej jeździe na nartach. Ciekawe, bo cały teren wygląda dużo bardziej dostępna wersja naszego Morskiego Oka – myślę, że wprowadzenie zakazów to kwestia czasu.

 

 

Przejeżdżamy kawałkiem 82 kilometrowego kanionu rzeki Tara – głębokość dochodząca do 1300 metrów stawia go pod tym względem na drugim miejscu na świecie, 200 metrów za opisywanym tu już dwukrotnie Wielkim Kanionem Kolorado. Klasycznym zajęciem jest tu rafting… ale niestety nie w marcu.

Korzystając z okazji odbijamy też na Đurđevića Tara Bridge – w momencie, gdy ukończono jego budowę, posiadał największy łuk ze wszystkich mostów w Europie (a przynajmniej tych dla pojazdów). Przy moście znajdują się też dwie linki zjazdowe (tyrolki), czynne niestety dopiero od maja – może to lepiej… jeśli chcecie zobaczyć jak to wygląda, zapraszam tutaj: https://www.redrockzipline.com/

Poza tym odwiedzamy też sporo innych miejsc, ale o żadnych z nich nie napisałbym jako: „wyjątkowo warte odwiedzenia”. Zyskujemy za to ogólny pogląd na kraj i nie wygląda inaczej niż w okolicach Podgoricy, na której się skupimy.

 

 


 

1. Klasyk największy z największych. Jego wysokość Kotor

 

Kotor creme de la creme: 98km / 2355m
Kotor pętla: 111km / 2721m

 

Miejmy to już za sobą: Kotor to największy oklepaniec ze wszystkich oklepańców – taki Dubrovnik Czarnogóry. Stwierdzenie, że Kotor to piękne miasto to turystyczno-blogerskie kłamstwo w żywe oczy. Kotor to straszne miasto, witające nas starymi blokami zastawionymi praniem, a kawałek dalej przyzwoitą starówką (podobną do tysięcy innych starówek)… ale może po prostu jestem ignorantem i nie umiem docenić piękna.

Kotor ma inną, bardzo ważną zaletę – jest genialnie położony i biegnie z niego doskonała trasa kolarska po serpentynach w góry Lovćen. Taka sama, tylko żwirowa i ze znacznie większą liczbą serpentyn jest też trasa piesza – grzechem byłoby niepokonanie przynajmniej jednej z nich.

 

Mówi się, że Zatoka Kotorska to najbardziej na południe wysunięty fiord Europy. Owszem, zatoka przypomina nieco Norwergię, ale klimat, czystość i ludzka ingerencja już niekoniecznie…

 

Zacznijmy od początku. Wersja po prawej – pętla rozpoczynająca się w byłej stolicy kraju – Cetyni, przez Budvę i Kotor i Lovcen to pewnie jedna z najczęściej polecanych tras w kraju (obok Durmitoru). To, jak nietrudno się też domyślić znając naszego bloga, częściowo najgorsza trasa jaką tu przejechaliśmy. Odcinek pomiędzy Cetynią, a Budvą to główna droga prowadząca do tutejszego Mielna. Może i widoki na zatokę są niezłe, ale kierowcy nie pozwalają się na nich skupić. Przez 20 kilometrów zjazdu modliłem się tylko o to, aby nie zginąć. Nagrodą za przeżycie jest wizyta w Budvie, mieście polecanym w przewodnikach. Faktycznie, jeśli lubicie kina 7D, ściśle zapchane hotelami i kasynami „Las Vegas” centra, to będzie to miejsce idealne. Dorzućmy do tego autobusy z turystami i mamy komplet.

 

 

 

My Budvę opuszczaliśmy w takim strachu i pośpiechu, że nieco zmodyfikowaliśmy drogę (tutaj link do Stravy), aby uniknąć ludzi jeszcze bardziej. Nie wyszło nam to na dobre. Ucieczkę z miasta na północ rozpoczynamy podjazdem, przy którym pan Czesław Lang spokojnie mógłby umiejscowić pamiątkowy kamień “ściana Bukovina”. Na szczycie czeka na nas niespodzianka – zjazd, przy którym Przełęcz Karkonoska to wypłaszczenie – na szczęście relatywnie krótki. Trwał maksymalnie 2mm klocka hamulcowego. To jeden z tych zjazdów, w połowie których zadajesz sobie pytanie “A co jeśli to ślepy zaułek i trzeba będzie się cofnąć?”.

 

 

Zgodnie z prawem samospełniających się przepowiedni, wraz z końcem zjazdu skończył się asfalt, a w zasadzie również jakakolwiek droga. Jako że tylko lamusy się cofają (ta teoria mało mnie na tym wyjeździe nie zabiła, o czym później), znajdujemy kamienistą drogę prowadzącą po jakiejś posesji, która według mapy, po kilku połączeniach się z główniejszymi drogami, daje nadzieję na spotkanie kiedyś asfaltu. Dochodzimy do zamkniętej bramy. Podchodzi do nas starszy pan, który ostatniego kolarza szosowego widział tutaj nigdy.

 

– Można?! – krzyczy Panda
– Można! odkrzykuje miły pan z lekkim zdziwieniem.

 

Otwieramy sobie bramę i ruszamy dalej. Do dziś nie wiemy, co po czarnogórsku znaczy “można”, ale pytanie zadane przez nas było złe: powinno brzmieć “da się?!”. Przed nami parę kilometrów spaceru po kamulcach bez perspektyw. Gdy nadzieja zaczęła już umierać okazała nam się szutrówka, która doprowadziła nas do pojawiającego się znikąd asfaltu i kolejnego obrzydliwie stromego zjazdu. Lądujemy w miejscowości, do której poprowadziłby nas track…

Nieco zmęczeni i z deficytem czasowym postanawiamy sobie “wyprostować nieco dojazd do Kotoru” i uderzamy główną drogą. Dramat, masakra, patologia i życie na krawędzi, ale udaje nam się to przeżyć. Nie zjeżdżamy już do Kotoru – wrócimy do niego kiedyś, autem. Oszczędza nam to ze 200 metrów podjazdu, choć w głębi duszy pozostaje świadomość, że wykonamy nieco “nieprawilny” podjazd.

Przed nami początek prawdopodobnie najbardziej znanego podjazdu w tej części Europy (obok Sv. Jure w Chorwacji). Zaczyna się tak, że mamy ochotę usiąść i zapłakać, bo ani zatoka nie wygląda jakoś szczególnie, ani serpentyn przecież z dołu nie widać, a jedyne co dookoła nas to śmieci. Sytuacja diametralnie zmienia się po kilku kilometrach i przeprosić muszę za wszystkie złe myśli. Podjazd jest wspaniały i piękny – trzyma stabilne, wygodne nachylenie, a ruch jest minimalny. Obawiam się, że w sezonie wygląda tu zgoła inaczej. O serpentynach ciężko mówić, więc po prostu dorzucę tu zdjęcia:

 

 

Koniec serpentyn to oczywiście nie koniec podjazdu. Jesteśmy obrzydliwie wysoko, ale pozostaje nam jeszcze z 500 metrów, których niestety nie zrobimy. Dojazd na szczyty Parku Narodowego Lovcen przeżywa aktualnie przedsezonowy remont i składa się głównie z koparek i szutru. Z perspektywy czasu okazuje się to dla nas szczęśliwe. Okrążamy góry (górkami nieco niższymi) i bardzo przyjemną oraz całkowicie pustą drogą docieramy do Cetyni.

 

 

Na wizytę w Lovcen decydujemy się autem, jako że zostało nam jeszcze około godziny do zmroku. Szybko okazuje się, że gdybyśmy zdecydowali się pokonać tę wersję szosą, dziś szukano by dwóch zamarzniętych ciał. Trasa piękna, ale ściany śniegu i zachodzące słońce nie napawały optymizmem. Na szczyt docieramy 15 minut przez zamknięciem Mauzoleum (obieramy niższy szczyt, bo da się na niego wjechać samochodem), z którego roztacza się podobno 360-stopniowa panorama, ale miły pan biletowy nas już nie wpuszcza.

 

Uwaga, opisuję GUVNO w celu przyciągnięcia uwagi

 

Po raz pierwszy w życiu żałujemy, że nie weszliśmy na guvno. Bo guvno to taki okrągły, mały placyk spotkań w Czarnogórze – zazwyczaj z niezłym widokiem. Jedno z najlepszych takich guvien jest właśnie przy Mauzoleum Niegosza.

 

Jeśli mogę coś zasugerować, pętlę “nieco” bym zmodyfikował. Cała część z Budvą jest według mnie niepotrzebna, ale jej panoramę możemy sobie zobaczyć z samochodu na jednym z parkingów.

 

Wersja po lewej. To według mnie creme de la creme. Ruszamy z Kotoru wspinany się serpentynami, okrążamy Park Narodowy przejeżdżając przez Cetynię, potem wspinamy się na szczyt i serpentynami w dół do miasta. Dla hardcorów jest wersja, w której po serpentynach udajemy się dalej w stronę szczytu, potem zjazd do Cetyni, okrążenie Parku i serpentynami znowu do miasta.

 

Dygresja o Kotorze.

 

Do Kotoru powracamy innego dnia. Gdy człowiek zapomni już o parkingach i blokach rodem z PGRu i doczłapie jakoś do starówki, jest całkiem fajnie. Szczególnie jeśli dorzuci się do tego przynajmniej część trasy spacerowej, górującej nad miastem (trasa prowadzi aż do końca serpentyn, które pokonaliśmy rowerem). Nie chcę myśleć jak wygląda to w sezonie, ale chyba mamy trochę szczęścia. W mieście czujemy się jak jedyni turyści. Tylko my, starówka i dziesiątki kelnerów oraz sprzedawców, którzy leniwie włóczą za nami wzrokiem. Śmiesznie i strasznie zarazem. Potrzebujemy około 20 minut spaceru, aby przypomnieć sobie, że nie umiemy “turystować”. Myślę, że nasze zdjęcia i wspomnienia z Kotoru to wyjątkowy ewenement:

 

 

W Kotorze zjadamy też oczywiście obiad, knajpa na którą trafiło to Bastion 3. Standardowy nasz zestaw na całym wyjeździe to mix grill (czyli przekrój mięs) i owoce morza. Czy dobrze, nie potrafię ocenić, bo mięso wszędzie tam podobne, a jeśli chodzi o „pływaki” to nasze proste podniebienie potrafi tylko ocenić, czy jest odpowiednio dużo/mało soli i cytryny.

 


 

2. Krug oko Korita

Krug oko Korita: 73km / 1555m
Krug oko Korita wersja rozszerzona: 125km / 2802m

 

Krug oko Korita to rozpoczynająca się w Podgoricy, pierwsza w pełni oznaczona trasa widokowa Czarnogóry. Oficjalna ulotka wygląda O TAK i prezentuje zarówno całą drogę, jak i ciekawostki, które na niej możemy spotkać. Jako że większość zabytków skutecznie ominęliśmy jak na kolarzy przystało, skupimy się na drodze. Internet twierdzi, że jest to najczęściej odwiedzana pieszo-samochodowa trasa w kraju – ciekawe. Jeśli myślicie, że może być to gwarancją dobrego asfaltu, nie możecie być w większym błędzie.

Mało tego, aktualnie są miejsca, w których asfaltu nie ma wcale dzięki osuwiskom skalnym. Widać jednak, że lokalsi bardzo się starają i część pętli oraz część jej rozszerzenia na północ, są już pokryte idealnie gładkim asfaltem. Tak dobrym, że zupełnie tam nie pasuje. Na przełomie marca i kwietnia na trasie nie spotykamy nikogo, a wszelkie zabudowania w najwyższych partiach trasy są opuszczone.

Jako że pierwsza połowa trasy jest średnio urozmaicona (przynajmniej w porównaniu do drugiej) proponuję rozwinięcie pętli o serię PRAWDZIWYCH SZTOSÓW (prawa mapka). Zamieniamy tu smutny podjazd na trasę wzdłuż budowanej właśnie autostrady do Serbii. Skutkuje to wzmożoną liczebnością Chińczyków w okolicy oraz kursującymi od czasu do czasu wywrotkami. To pewnie ostatnie momenty na przejechanie tej malowniczej trasy bez wtórującego jej dźwięku pędzących obok samochodów.

Początkowe 60km to praktycznie nieustający podjazd z 50m n.p.m. na blisko 1600m n.p.m. Rozpoczynamy główną drogą całkiem przyjemnym kanionem (oczywiście wydrążonym przez przekolorowaną rzekę), aby po kilku/kilkunastu kilometrach odbić w bok na odludzia. Jedziemy jak zwykle zboczem powoli nabierając wysokość i można byłoby oczywiście pomyśleć, że to nudne i monotonne, ale z każdym kilometrem robi się coraz lepiej, a widoki coraz bardziej nie pozwalają jechać.

 

 

Mijamy po drodze Mala Rijeka Viaduct (nad rzeką o pięknej i oryginalnej nazwie tłumaczonej na: Mała Rzeka) – kiedyś był to najwyższy wiadukt kolejowy na świecie. Przyznam szczerze, nie wygląda imponująco, a im bardziej mu się przyglądam, tym wrażenie robi mniejsze. Dużo ciekawiej wygląda sama linia kolejowa Belgrad-Bar, która uważana jest za jedną z najpiękniejszych w Europie i patrząc na umiejscowienie torów – mogę w to uwierzyć.

 

 

Wprawne oko dostrzeże mnie machającego po pomoc na tym zdjęciu – na biało zaznaczona droga ;) Duży sukces, bo stopy stoją na śniegu, a głęboko nie pod nim:

 

 

Sensowny asfalt kończy się jakoś w okolicy miejscowości Raskovo Guvno (musiałem). Wydaje mi się, że dalej jest tak zwany kiepski, ale przejezdny, ale ciężko mi to ocenić. Od około 1250m n.p.m. pojawia się śnieg, który z każdym metrem staje się coraz wyższy, aby ostatecznie osiągnąć wysokość zakrywającą mi przy każdym kroku kolana.

 

Kolejne 13 kilometrów pokonuję z buta, brodząc w śniegu, ciągnąc rower i zastanawiając się, kiedy odmarzną mi stopy

 

To dość niekomfortowe przeżycie, bo po drugiej godzinie marszu nie dało się już stwierdzić, jak z takiej sytuacji się wydostać w przypadku załamania pogody. Dreszczyku emocji dodawał fakt, że jest to jedyna droga, którą można się tutaj dostać, więc w przypadku jakiegokolwiek nieszczęścia, nikt mnie do późnej wiosny nie znajdzie. W tych przemiłych okolicznościach spędzam około 4 godzin – nie pamiętam kiedy po raz ostatni zmęczyłem się tak bardzo.

 

 

Po drodze mijam wymarzone jezioro Bukomirsko – taką namiastkę Morskiego Oka. Spotykam tam też jedynego człowieka, wyglądającego jak lokalny Bear Grills, który ze strzelbą na plecach tłumaczy mi, że nie powinienem tu być i że nie da się tu dojechać, ani stąd wyjechać autem, a rowerem tym bardziej. Po wielokilometrowej męczarni jestem mu bardzo wdzięczny za taką informację.

Nie będę ukrywał, że przemoczone od wielu godzin stopy i brak jakiejkolwiek nadziei, że może za zakrętem będzie lepiej, nieco zakłócił mi zachwyt nad panoramami górskimi, rozciągającymi się dookoła mnie. Nieczęsto tętno dobija mi do 170, przy prowadzeniu roweru pod pachę.

 

To była bezsprzecznie najgłupsza rzecz w moich życiu:

 

Przede mną ostatni zakręt, dzięki puszczeniu drona wiem, że potem śnieg się kończy i czeka mnie już znajoma trasa. Rozgrywa się niestety dramat – ostatni zakręt zasypany jest doszczętnie przez kilkumetrową zaspę, która pod kątem półprostym wskazuje wprost na kilkuset metrową przepaść. Śnieg mi już niestraszny, doświadczenie mam duże, więc zarzucam rower, robię krok, potem drugi, znowu zarzucam rower… i śnieg się zaczyna osuwać.

No tak, to naturalna konsekwencja, o której nie pomyślałem. Widzę już siebie w tej dolinie kilkaset metrów niżej jak szukam roweru i kalkuluję na jak długo wystarczą mi 3 batony. Potem zaczynam już rozmyślania, czym sobie odkroił rękę gość w filmie „127 godzin”. Z opresji ratuje mnie jakiś wystający kamień, o który blokuję się nogą i delikatnie rozpoczynam przesuwanie do tyłu, aby wycofać się z tego pomysłu.

 

 

Nie ukrywam, sytuacja nieco patowa, bo droga powrotna to znowu kilka godzin brodzenia w śniegu, na które niekoniecznie mam już siłę, a do zmroku pozostały ze 2 godziny. Bez sensownych alternatyw podejmuję więc drugą próbę przekroczenia urwiska. Tym razem postanawiam się kierować pod kątem 45° w górę. Kopię butem w śnieg wielokrotnie, przez każdym postawieniem stopy, aby zrobić dla niej bezpieczny „domek”. Co dwa kroki przerzucam rower kilkanaście centymetrów dalej i z impetem wbijam go w śnieg. Docieram tak do skały, przy której pojawia się szczelina śniegowa, więc mój plan zawodzi. Jak się zawalę w tę szczelinę to znajdą mnie za miesiąc przy roztopach.

Jedyne co mi pozostaje to zjazd na tyłku modląc się, aby obrany kąt zjazdu kończył moją wycieczkę tam, gdzie zaczyna się asfalt. Na pewno byłoby to łatwiejszy, gdyby nie 10kg roweru pod pachą. To jest ten moment, w którym stwierdzasz, że chyba robisz coś strasznie głupiego, ale nie bardzo jest inne wyjście. Coś pomiędzy desperackim biegiem, a niekontrolowanym zjazdem na zadku połączonym z modleniem się o przyczepność spycha mnie na środek asfaltu. Chyba nigdy w życiu nie byłem tak blisko poważnego nieszczęścia.

 

 

Drogi łączą się w miejscowości Ubli, do której dojeżdżam asfaltem idealnym. To jedna z tych miejsc, w których łapię się zjazdowy flow. Jak na singlach, ale w wydaniu szosowym. Jeśli pewnego dnia ukończą taką nawierzchnię w całej okolicy, będzie to raj. Delikatne zakręty, drobne nachylenie i brak jakichkolwiek „przeszkadzajek” sprawiają, że utrzymywane ~50km/h i permanentny stan niewielkiego pochylenia względem drogi dają dużo więcej frajdy niż zwykle. Jedyną niespodzianką mogę być krowy lub kozy ustawione w poprzek drogi lub pożar, który akurat próbuje przejść na drugą stronę. W aktualnie sytuacji, chętnie zatrzymałbym się przy takim pożarze i rozmroził kilka części ciała.

Ta droga wygląda jakoś tak i mimo że nie widać, biegnie raczej w dół niż w górę:

 

 

Tym razem rezygnuję z ukończenia pełnej pętli, bo wszystko mam mokre i przemoczone, ale parę dni wcześniej pokonałem ją z Pandą, więc wiem, co czeka w drugiej połowie Krug oko Korita. A czeka tam doskonałość.

 

Po pierwsze sama Korita to miejscowość stricte wypoczynkowa, ale latem. Dziesiątki opuszczonych domków otoczone przez wysokie góry, to znowu dobra scenografia do filmu o apokalipsie zombie. Dojazd do niej ze wspomnianego Ubli jest ładny, ale biorąc pod uwagę jakość całej pętli, nieco nudny.

W miejscowości Korita zaczyna się 5-kilometrowa piesza pętla na Grlo Sokolovo.

 

 

Zdecydowanie nie jest to droga na rower szosowy, ale skoro wszędzie leży śnieg, to możemy sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa, a wierzcie mi – jest to tego warte. Znalezienie trasy jest proste, choć zajmuje nam nieco czasu. Zamiast skupić się na mapie, wystarczy rozejrzeć się za drogowskazami oraz szlakiem oznaczonym białym kołem w czerwonej obwódce.

 

 

W połowie trasy (idąc zgodnie ze wskazówkami zegara pierwsza połowa jest dużo łatwiejsza, więc w obie strony idziemy własnie nią) jest ławeczka. To główny punkt, wspomniane Grlo Sokolovo. Zdjęcia nie oddają potęgi tego widoku, ale wierzcie mi, spoczęcie swoim zadkiem na tej idealnie wyprofilowanego do „chillowania” siedziska przekonał nas, że naszym kolejnym celem wyjazdowym będę roztaczające się przed nami Góry Przeklęte w Albanii. 

 

 

Wracamy do miejscowości i przenosząc rowery przez kilka śnieżnych zasp na asfalcie ruszamy dalej. Czeka na nas ta „lepsza” część małej pętli. Powiem tak: jeśli to jest najczęściej odwiedzana trasa w kraju to albo mamy pecha, bo asfalt rozsypał się przed chwilą, albo na innych jeździ się po prostu po głazach.

Z dwojga złego lepsza jednak stała przeciętna nawierzchnia niż dobra ale przerywana niespodziewanie kraterami, którą spotykamy chwilę wcześniej. Zjazd blokują nam też przez chwilę 3 konie, jedziemy więc tempem spacerującego wierzchowca przez kilka kilometrów, co pozwala nam skupić się na odsłaniających się co chwilę na horyzoncie szczytach.

 

 

Pętlę opisuję jak prawdziwy kolarski ignorant, pomijając wszystkie historyczno-kulturowe ciekawostki. Tych ambitniejszych odsyłam do oficjalnej ulotki o pętli: Roadbook-The-Circuit-around-Korita

 

Potem jest już całkiem mocno, docieramy bowiem do kanionu, który pokonywaliśmy przy okazji pętli do Albanii (tym z granicą – trasa 5.)

O ile z dołu kanion wyglądał imponująco, z góry (700 metrów wyżej) wygląda jeszcze kilka razy lepiej. Zostalibyśmy przy nim pewnie nieco dłużej, ale przepędzają nas wracające z wypasu kozy. Aby kanion był jeszcze bardziej…. taki jaki jest, Czarnogórzanie postawili przy nim wielki krzyż, guvno i niewielkiego Jezusa (prawdopodobnie w skali 1:1), który kieruje wzrok w przebijające się w oddali Jezioro Szkoderskie.

Potem już tylko krótki podjazd-niespodzianka i dwa razy tyle zjazdu, ile już pokonaliśmy od Kority (czyli blisko kilometr w pionie) – prawie całość z widokiem Podgoricy w tle.

 

 


 

3. Monaster Ostrog

Monastyr Ostrog: 99km / 1297m
Monastyr Ostrog wersja rozszerzona: 139km / 2096m

Tak zwana stówka-motorówka z jednym podjazdem. To taka trasa, którą mogę polecić trenującym kolegom, esencja okolic Podgoricy. Wyjeżdżamy biednymi przedmieściami, potem wolno wspinająca się zboczem góry drogą do Monasteru i serpentyny pod sam klasztor.

 

 

Nie wiem jak wygląda to w sezonie, ale ja na pierwszych 40km spotkałem ze 3 auta. Kościół wykuty jest w skale, wygląda możliwie skromnie, ale położony jest tak, że nie ma wątpliwości, kto tu jest szefem. Góruje nad wszystkimi w całej dolinie. Przyznam, że marzyło mi się zdjęcie serpentyn z drona, jako że bardzo dobrze komponują się z budowlą, którą poprzedzają, ale lokalsi byli chyba na to przygotowani – na początku podjazdu widzę wyraźnie przekreślony znak z dronem. W sumie się nie dziwię, to przecież miejsce święte, co im turyści będą buczeć takim ustrojstwem.

 

Podobno Monaster odwiedza rocznie ponad milion osób, droga jest zatłoczona, a do wejścia ustawiają się kolejki. Chyba przegapiłem te atrakcje..

 

Na powrót do Podgoricy sposoby są dwa: wolno i stabilnie zjeżdżającą drugim zboczem drogą główna lub szybko opadającą do doliny trasą, która potem się wypłaszcza i dojeżdżamy wzdłuż rzeki, po prawdopodobnie jedynym płaskim w kraju, do miasta. Jak nietrudno się domyślić, opcja druga wygrywa.

 


 

4. Jezioro Szkoderskie

Pętla do Baru: 188km / 3132m
Pociągiem do Baru: 127km / 2150m

 

Jezioro Szkoderskie to jedno z najpiękniejszych jezior jakie widziałem. Bez problemu może dla mnie konkurować z Gardą, a być może nawet ją wyprzedza. Opcje są dwie, jedna zakłada drobne oszustwo pociągowe, druga zahacza o Albanię i wykonuje pełne okrążenie jeziora. Obie mają swoje zalety, ale my decydujemy się na opcję pierwszą. Któż nie chciałby przejechać się słynna linią kolejową w czarnogórskim pociągu. Cóż, dziś już wiem, że ja bym nie chciał ;-)

 

 

Wyruszamy z Podgoricy – z kupnem biletu problemu nie ma, czas odjazdu zgadza się z tym podanym na stronie http://www.zcg-prevoz.me. Pani w okienku coś tłumaczy, że rowery to konduktor, ale nie słucham jej wystarczająco dokładnie. Za godzinną przejażdżkę płacimy po 2,2euro na głowę (choć na bilecie i stronie napisane jest 2euro). Niby super, ale w pociągu okazuje się, że rower to dodatkowe 4euro za jeden – czuję się jak w Ryanairze. Miejsca mamy bardzo dobre – po schodkach do wagonu, stojące, przy kiblu, w miejscu, w którym wszyscy podróżni palą. Mili ludzie zauważają chyba, że dym z fajek nas dusi, więc regularnie próbują nas papierosem poczęstować.

Pierwsze kilometry to trochę jak najbrzydsze wioski z Gran Canarii, ale potem trasa zmienia się w niezapomniany sztos. Taki naprawdę dobry, który w połączeniu z rozszerzoną wersją Krug oko Korita sprawia, że Czarnogórę warto odwiedzić nawet tylko na 2 dni.

 

Bo oto przenosimy się pod granicę z Albanią, gdzie niby wszystko takie samo, ale jednak nieco inne. Na blisko 5 kilometrach o średniej 7% wspinamy się na wysokość ~500 metrów. To nie byle jaka wspinaczka, bo kulamy się zboczem góry, z której po horyzont rozciąga się albańska zieloność. Kiedy wydaje się, że nic lepszego nas już tego dnia nie spotka i kulamy się góra-dół przez jakieś opuszczone wioski pojawia się ono… Jezioro Szkoderskie.

 

Wzrok nurza się w błękit i jak łódka brodzi.
Stójmy! – jak cicho! – słyszę ciągnące pelikany/kormorany/czaple/podgorzałki/dzierlatki,
Których by nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie (tej niewypalonej),
Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła (żyje tu śmiertelnie jadowita Żmija nosoroga)
W takiej ciszy – tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos ze Stravy. – Jedźmy, nikt nie woła.

 

Sprawa wygląda tak: jest jezioro w kolorze wyjętym prosto z Photoshopa gimnazjalisty, który przed chwilą odkrył suwak „nasycenie”. Jest asfalt biegnący zboczem i po drogiej stronie wielkiej wody ogromne góry. Takie skrzyżowanie Norwegii z Kanarami. Asfalt może nieco gorszy, ale zerowy ruch i w sumie kogo ten asfalt interesuje, gdy widzisz takie rzeczy. Ten dym z palenisk roznosi się tylko nieco ograniczając widoczność, ale przecież mam w telefonie suwak „dehaze” (odemglij?).

 

 

Po minięciu głównej drogi w miejscowości Virpazar (stacja kolejowa i sporo wypożyczalni łódek do pływania po jeziorze) krajobraz nieco się zmienia, ale w dalszym ciągu jest mistrzostwo świata. Na szczególne wyróżnienie zasługuje tutaj północna droga okalająca odnogi jeziora. Pamiętacie Horseshoe Bend z wpisu o Stanach? To coś takiego, tylko troszkę mniej, ale bardziej zielono i biegnie przy nim asfalt. Jakby tego było mało, przy punkcie widokowym w Šinđon znajduje się seria opcjonalnych serpentyn, które może i lepszego widoku nie gwarantują, ale dodają efektu epickości.

 

 

TO JEST NAPRAWDĘ DOBRA TRASA.

NAPRAWDĘ.

 


 

5. Nielegalna Albania

Nielegalna Albania: 89km / 1011m
Albania z drobnym przełajem: 133km/ 1701m

UWAGA: tej trasy nie da się przejechać… legalnie ;-)

Ale ruszając nie wiedzieliśmy o tym. Cała pętla to tak zwany mocny sztos. Jedna z tych, których się nie zapomina, a jakby tego było mało, można ją połączyć z poprzednią (jeśli lubicie chodzić po mokradłach).

Po około 5 kilometrach opuszczamy cywilizację i przez kolejne kilka godzin widzimy może 5 samochodów. Jedziemy kanionem rzeki Cem. Znowu przekolorowana, błękitna woda, która sprawia, że zdjęcia wyglądają nienaturalnie, a do tego wysokie ściany po bokach i dwutysięczniki (a nawet dwuipół tysięczniki) przed nami – a przypominam, że jesteśmy na ~250m n.p.m.

 

 

Kanion kończy się granicą… a w zasadzie nie. Faktycznie, na Google Maps droga przy granicy z Albanią urywa się na jakieś 100 metrów, ale w widoku satelitarnym ją widziałem, więc nie mogło być źle. Dojeżdżamy do przejścia, na którym wita nas radosny piesek i urzędnik czarnogórski, który informuje nas, że nie przejedziemy.

 

Na granicy spędzamy 40 minut próbując się porozumieć. W dużym skrócie chodzi o to, że nie da się przejść legalnie, bo nie ma albańskiej granicy, jest tylko czarnogórska. Gość nie może nam jawnie pozwolić na przejście, bo to nielegalne i nie może jawnie powiedzieć, że chce łapówkę, bo to też nielegalne. Nie może nam w sumie też nic zasugerować tak, abyśmy zrozumieli. Na każde moje pytanie wprost, patrzy tylko wymownie na kamery. Sytuacja jest tak abstrakcyjna, że gość częstuje mnie bezą na pocieszenie, a je nie skumawszy, że mam za nią zapłacić, zjadam ją i daję mu batonika z Decathlona. My, ludzie prawilni, nieprzyzwyczajeni jesteśmy do łamania prawa, więc sporo wody w rzecze upływa zanim się dogadujemy. Szczególnie, że gość nie chce nam uwierzyć, że rowerami zrobimy ponad 100km i grzecznie wrócimy do Podgoricy legalnym przejściem… a poza tym, co jeśli na drugim przejściu ktoś nas zapyta, jak się znaleźliśmy w Albanii?

 

 

Sytuacja kończy się tak, że gubię w łazience na posterunku 10 euro, a miły urzędnik idzie coś sprawdzić. My w tym czasie przejeżdżamy dalej, przeskakujemy kolczaste zasieki i kierujemy się nowym, idealnym asfaltem na podjazd w miejscowości Grabom. Taki z kategorii ukrytych, alpejskich – łyse ośnieżone góry w tle, idealny asfalt, zerowy ruch i serpentyny. Ja na górze bawię się dronem, Panda na tarasie widokowym rozmawia z jakimś Bułgarem i Turkiem, którzy opowiadają jej, o Polsce kiedyś.

 

 

Zjazd to 10km ze średnią 7%. Jest trochę grubo – droga idealna, ludzi ze 100x mniej niż zwierząt i przedziwne zabudowania: wille otoczone kozami, sypiące się rudery, śmieci, kolorowe domki – pełen przekrój. Martwi mnie nieco główna droga powrotna do granicy, ale szybko się okazuje, że zamiast samochodów, spotykamy na niej raczej świnie. Dopiero na samym przejściu granicznym napotykamy korek TIRów, ale zupełnie nieinwazyjny. Za każdym razem przedostajemy się na sam dowód osobisty.

Opcje powrotu są według mnie dwie: ta po prawej, czyli łatwo i szybka z rzutem oka na lokalny wodospad o nazwie Niagara. Od razu powiem, że z prawdziwą Niagarą ma wspólnego tyle, co nasz Skaryszewski Wembley na Pradze z prawdziwym Wembley, ale obok jest restauracja, w której można się posilić przy miłym szumie wody.

 

 

Druga opcja to destruktor butów, niszczyciel łożysk, zabijak rowerów. Docieramy bowiem do miejscowości Žabljak Crnojevića, z której przedostać się musimy do Dodoši, a niestety, nie ma pomiędzy nimi (jawnej drogi). Kierujemy się polami na Azymut gubiąc parokrotnie szlak. Może gdyby nie było tak mokro, byłoby nieco łatwiej, ale nie wiem, czy kiedykolwiek jest tam mniej mokro. W Žabljaku znajduje się też fort z X wieku, który może nie jest super imponujący, ale daje dobry pogląd na to, co będzie trzeba pokonać z buta (do samego fortu również ciężko dojść w SPDach).

 

 

To wszystko znowu nieistotne. Te tereny są piękne i gdybyśmy tylko mieli buty MTB zamiast szosowych, bylibyśmy bardzo uradowani z tego spaceru. Szczególnie, że cel wycieczki usprawiedliwia taką przerwę. Lądujemy w okolicach dróg z trasy opisanej w punkcie 4. Fakt, że trafiamy tak w okolicach zachodu słońca dodaje jeszcze uroku całemu miejscu. I gdyby tylko główna droga powrotna do Podgoricy była potem nieco mniej ruchliwa. Niestety, jazda nią wieczorem to duża udręka, ale skoro przeżyliśmy to znaczy, że było warto.

 

To też była bardzo dobra trasa.

Bardzo.

 

 


 

Warto albo nie warto?

 

Czarnogóra nie jest dla każdego i nie mogę jej z czystym sumieniem polecić. Czarnogóra to patologiczne miasteczka, patologiczne zachowanie na ulicach, miejscami niewyobrażalny syf, zadymione od fajek knajpy i pociągi i ludzie wyglądający jak z moich ulubionych, jutubowych teledysków: Russia Hardbass Crazy Dance oraz Dancing Crazy Russian Party (tylko na trzeźwo, patoli alkoholowych nie widzieliśmy). Najważniejsze co wyniosłem z 11 dni w Czarnogórze to jeszcze większa niechęć do jednorazowych plastików, nielegalnego parkowania i braku uprzejmości na drodze. Wydaje mi się, że warto byłoby skazywać na pobyt tam ludzi przyłapanych na śmieceniu lub królów kiepskiego parkowania… ale natura skutecznie rekompensuje ludzkie błędy – pytanie tylko jak długo.

 

Niech o naszej ocenie świadczy jednak fakt, że w okolice Durmitoru oraz wschodniej części kraju na pewno jeszcze wrócimy, a tymczasem idę kupować bilety na majówkę w Albanii…

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X