Pewnego dnia, pan Maciek, siedział w swoim męcikalskim domku, na piętrze i pił gorącą herbatę w szklance. Pan Maciek patrzył jak za oknem pada śnieg. Nagle! Pan Maciek usłyszał delikatne pukanie do drzwi. Podszedł do nich ostrożnie i wyjrzał przez Judasza. Za drzwiami, nie było nikogo – futryna pusta. Już miał właśnie odejść, kiedy znowu usłyszał stukanie. Za drzwiami stała piękna dziewczyna. Miała mokre włosy i krople deszczu na rzęsach.

-copyright (z gruszba) Mumio

Jest wigilijny poranek, wszyscy krzątają się po domu, każdy coś robi (lekko naciągane, bo jestem tylko ja i moja konkubina, poza tym – nic nie robimy). Wiadomo – wolne miejsce przy stole, zgodnie z tradycją – zachowane. Każdy by wolał, aby ten nieznajomy się jednak nie stawił. Ludzie w moim wieku, wychowani na porządnych kabaretach (Mumio), wiedzą dobrze o co chodzi. Ta kobieta to na 100% przebrany inkasent gazowy – senior Eugenio. Nie ze mną te numery.

Kobieta jednak mówi, że nazywa się Fran Millar i jest tu, bo zapisałem się lata temu do jakiegoś newslettera. Bardzo możliwe, jeśli była dzięki temu jakaś zniżka, pewnie się dopisałem. Dodaje też, że dzisiaj zaczyna się mój Festive 500, cokolwiek to znaczy. Rozmowa wygląda z grubsza tak:

– Może pojeździmy na rowerze?
– Nie, no co ty, Fran?
– No, pojeździjmy.
– No, daj spokój.
– Wyjdź, no.
– Weź się, Fran.
– Bo nie przejedziesz 500.
– Tak, nie przejadę.
– No to przejedź. No.
– No, przejadę
– Ale nie jeździsz.
– Bo zima…
– Co zima? Co zima?
– …mnie stresuje.
– Zima cię stresuję, kurwa?! Jeździsz 20 lat na rowerze, na dworze i Zwiftach i wszystko to jak krew w piach!
– Ta, krew, od razu.
– I bo czego to jest jeżdżenie?
– Jak czego?
– No, czego jeżdżenie?
– No jeżdżenie, normalnie.
– 500km, kurwa! O tym też nie słyszałeś?!”

Moja mina przypomina minę psa spotkanego w miejscowości Płęsno, która zdawała się składać z jednego gospodarsta i z której odchochodzą ze 4 drogi, ale 3 z nich kończą się na nieprzejezdnym polu:

I siada w kącie, na fotelu. Od tego czasu cały czas będzie tam siedziała i na mnie patrzyła. Co jakiś czas wspomni też, zupełnie nieproszona, kto już gdzieś na świecie wyzwanie ukończył. Oczywiście, że ja tyle nie przejadę. Nie dam się podpuścić. Nie jestem taki głupi, że wchodzi mi szefowa wielkiego, zagranicznego korpo i mówi: „Te Maciek, a zakład, że nie przejedziesz 500km w tydzień, w zimie?”, a ja rzucam wszystko i idę. Już kiedyś przejechałem, nawet kilka razy, trzeba być nienormalnym i nie mieć życia żeby to robić. W imię czego. Idę na kibel.

Na kiblu widzę, że siedmiu znajomych już wykręciło 70km. Proktologdrgmerek pisał, żeby tak nie robić, ale ja i tak klikam siedząc na desce ryzykując raka jelita. Lamusy bez życia. A poza tym, co ona sobie myśli, ja nie dam rady, a oni tak? To patrz brytyjska kobieto!

Tylko że w wigilię nie mogę, dopiero co mi się COVID skończył, ledwo do Męcikału przyjechałem. W domu mam 5 stopni na termometrach. Zacznę jutro. Niech wiedzą.

Nie dość, że mam nieskończenie wiele dni wolnego, dzięki hojnemu pracodawcy, to jeszcze święta trafiły w idealną pogodę, w której już nie ma błota i smutku, a jeszcze nie nadeszły rekordowe mrozy, w których to obecnie piszę. Będzie więc dobrze.

Wychodzimy z Sylwią pierwszego dnia świąt. Wracamy zmarznięci i zmęczeni po niecałych 7 kilometrach. Jest mroźno, szaro, a my jeszcze nie doleczyliśmy choroby. Fran mówi, że zanim jeszcze wyszliśmy, pierwsi ludzi już dawno skończyli. Przejechali całość na strzała. Tłumaczę jej, że to przecież niesprawiedliwe, bo niektórzy mają właśnie lato, asfalt, inną strefę czasową, słońce, wiatr w plecy i drogie rowery. Zanim kończę tłumaczenie, dystans kończą pierwsze osoby w Polsce. Za każdym razem, gdy sięgam po kolejną, świąteczną czekoladę, Fran patrzy na mnie z wyrzutem. Za każdym razem, gdy zjadam chrupka, informuje mnie, że ktoś na świecie właśnie jeździ, bo jest dzielnym kolarzem. Poza Męcikałem żyje tyle ludzi, że w zasadzie cały czas ktoś gdzieś jeździ – więc nie ma problemu z pokazywaniem mi tego, budując na mnie presję.

Nie robi to jednak na mnie wrażenia. Od kilku lat nic już nie robi na mnie wrażenia. Niezależnie co się zrobi, ktoś to już zrobił bardziej. Gdy jem swoje chrupki, ktoś prawdopodobnie właśnie jedzie te 500 kilometrów składakiem, w zimie, pod górkę, pedałując uszami, tyłem, na jednym kole… przednim. Żeby pokazać, że się da, żeby zrobić coś bardziej albo tak po prostu – z nudy.

Fran siedzi w kącie, w którym często widzę jeszcze kilka osób. Gość, który twierdzi, że jak się idzie na przejażdżkę, to trzeba przejechać nowymi drogami, żeby zakolorować kwadraty. Gość, który mówi o tych samych, nowych drogach, ale liczy tylko ich kilometry, nie ubiera w żadne kwadraty. Pokazują mi potem, że jestem gorszym eksploratorem niż inni. Gość, który sumuje mój roczny przebieg, nie zważając na szerokość opon oraz czy faktycznie się przemieszczam, a potem porównuje z obcymi mi ludźmi. Jest tam też gość, który cały rok notuje czego słucham, a potem mówi mi ile mam lat oraz gość, który analizuje moje zakupy w Lidlu. Ba, siedzą tam nawet ludzie, których w życiu nie widziałem, a którzy tłumaczą mi, co powinienem robić, aby być szczęśliwszym. Ogólnie bardzo zatłoczone miejsce – jak nie mam co robić, idę tam posiedzieć. Jest tam nawet typ, który sprawdza jak mi się śpi i jak bije moje serce, a potem mówi mi, czy jestem zmęczony. Dzięki temu, jak wstaję zmęczony, mogę się w tym albo upewnić i być bardziej zmęczonym albo przeczytać, że wcale zmęczony nie jestem. Wtedy przestaję być zmęczony. Jest nawet gość, który mi tłumaczy, że nie powinienem siedzieć Męcikale, tylko w ciepłych krajach, bo w nich jest lepiej.

Mam tam nawet od roku gości, którzy wiedzą wszystko i mają odpowiedź na każde moje pytanie. Co prawda czasami kłamią, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Żadne z moich pytań nie jest szczególnie istotne, więc mogę żyć komfortowo w kłamstwie. Nie muszę się już nad niczym zastanawiać.

W drugim kącie siedzą sprzedażowi reprezentanci Pedaleda, Cafe du Cycliste, Raphy, La Machine i kilku innych firm, którzy przypominają, że WŁAŚNIE TERAZ, jest wielka, świąteczna promocja na ciuchy. Następna będzie dopiero za tydzień, w Nowy Rok, a poprzednia była już ze 3 tygodnie temu. Będą mi tak mówić, aż coś kupię. A jak już kupię to zrobią nową, lepszą promocję – na to samo. Będę wtedy musiał zwrócić zamówienie i zamówić jeszcze raz, czego oczywiście z lenistwa i troski o planetę nie zrobię. Będę miał za to poczucie, że Fran znowu mnie wyrolowała.

Czasami podsłuchuję sobie rozmowy, które toczą się w kątach:

– W nocy sobie śpię, śpię, śpię.
– Ja też, ja też!
– A w dzień sobie jeżdżę, jeżdżę.
– I ja, i ja!
– A w nocy sobie śpię, śpię, śpię.
– Ja też, ja też!
– A w dzień sobie jeżdżę, jeżdżę.
– I ja, i ja!
– No, śniadanie jem, jem, jem.
– Tak? Tak?
– A w sklepie kupuję, kupuję.
– Tak? Super!
– No, śniadanie jem, jem, jem.
– Tak? Tak?

Wychodzimy na nasze wiejskie MTB prawie codziennie. Jazda po Parku Narodowym Bory Tucholskie i okolicy jest doskonała. Zero ludzi, zero wydeptanego śniegu i zero czegokolwiek, o czym można byłoby wspomnieć w relacji. Głównie drzewa, jeziora i pola. Jak ktoś mnie pyta po co miałby przyjechać i co zobaczyć, odpowiadam: nie wiem. Do tego oczywiście czerwony, zmarznięty ryj, jak u marynarza, który spędził rok na morzu.

Konigórtek – jeden z moich ulubionych punktów widokowych na Brdę. Wielki, niewykorzystany potencjał. Skoro zakręt rzeki w Stanach może nazywać się Horseshoe Bend, to miejsce mogłoby się nazywać Koniskrętek.

Większość czasu spędzonego na mrozie dzieli się na jeden z dwóch stanów: jest za zimno / jest za ciepło. Na zdjęciach zazwyczaj tego nie widać, ale każdy, kto w zimie wyszedł na rower, potrafi wyczytać ukryte pomiędzy pięknymi, zaśnieżonymi widokami informacje. Rozjeżdżony śnieg działa jak lód, a może i lepiej, bo rzadko jest chropowaty.

Odkryciem roku są za to zimowe, luźne spodnie z Pedaleda. W końcu, po tylu latach, jest mi ciepło w nogi. Odkrycie, że można nie jeździć w obcisłym było dość poważną zmianą w życiu. Nie wiem, co dokładnie się zmienia, ale jazda jest zupełnie inna. Wiem, co mówię, bo od kilku lat, na bikepackingowe wyjazdy wkładam shorty + gacie z wkładką. Może ludzie nie traktują mnie wtedy jak kolarza, a może po prostu sam się tak nie czuję.

Zasadniczym problemem jazdy w śniegu jest to, że śnieg osadza się na okularach i nic nie widać albo leci w oczy i nic nie widać, a do tego jeszcze boli.

Między świętami, a Nowym Rokiem robię 102 kilometry i zajmuje mi to 6 godzin. W kolejnym tygodniu, który już się nie liczy, robię ich 120 i zajmuje mi to ponad 9 godzin. Po kopnym śniegu jest jednak ciężej i kilometry lecą jakoś inaczej. Fran pyta co się stało, że się nie udało. Mówię jej, że nie wiem. Jak ten jamnik w dowcipie o niewygrywaniu wyścigu. Wszystko wskazywało na to, że będzie dobrze. Napiszę w internecie, że to całe wyzwanie to głupie, bez sensu i dla ludzi bez życia poza rowerem. A w ogóle to jest nieuczciwie, niesprawiedliwe i od kiedy dopuszczają jazdę na trenażerach, nie ma już żadnej wartości. Muszę to napisać, bo jeszcze ludzie pomyślą, że nie dałem rady. Mam na Facebooku 20 tysięcy obserwujących, wierzę że przynajmniej 19000 z nich sprawdza moje postępy i regularnie ocenia moją formę i moje życie. Napewno tak jest, mam ich cały czas z tyłu głowy, gdziekolwiek jestem, cokolwiek robię.

 

Wieczorem widzę na Instagramie, że pan sztajfaa pojechał do Londynu odebrać swoją naszywkę z salonu Clubhouse’u Raphy za ukończenie wyzwania i jej nie dostał, bo się skończyły. Uśmiech pojawia się na mojej twarzy i już na niej zostanie. Patrzę na swoją naszywkę z przeszłości, kiedy jeszcze przychodziła do skrzynki pocztowej (tej fizycznej, z rachunkami i ulotkami) dzięki Royal Mail. Nie ma na niej daty – przyznaję ją sobie sam, ponownie, za dzielność. Widzę, że Fran siedzi uśmiechnięta. Zaczynam podejrzewać, że wcale jej nie interesowało, czy przejadę 500km, a bardziej to, że wrzuciłem tekst na bloga i jest w nim wspomniana wielokrotnie. A może nieuczciwie ją oceniam i po prostu cieszy się, że ktoś wyszedł na dwór i pojeździł rowerem…

Zostawiam jeszcze kilka zdjęć dla siebie z przyszłości i dla Was, gdybyście się zastanawiali, czy warto odwiedzić Męcikał w zimie. Tylko pamiętajcie, że zdjęcia nie mówią wszystkiego. Skoro jednak czytacie to w internecie, pewnie już tę zasadę znacie.

Przy okazji, nie wiem czy wiecie, ale większość zabawek, które kupujecie na Temu i na Aliexpress, może i przychodzi z Chin, ale szyte jest w Męcikale. Tutaj dowód, świeżo wyfilcowana Shiba. Rozważamy wejście bezpośrednio na rynek polski:

 

  • w tekście parafrazowane zostały dialogi z Dnia Świra oraz z kabaretu Mumio: „Senior Euchenio / Inkasent gazowy” (wstęp), a rzeczywistość została minimalnie naciągnięta. Nie w kwestii liczb oczywiście, bo tego fałszować nie wolno. Sprawdzają to.