Z wakacji najbardziej lubię wracać do domu
Nienawidzę jeździć na wakacje. Naprawdę. Generalnie z wakacji to najbardziej lubię wracanie do domu. Lubię też moment, w którym wsiadam na złożony już rower, walizka czeka w jakimś hotelu, torby na rowerze zawierają dokładnie to, co powinny zawierać i w spokoju mogę zapomnieć o wszystkim i ruszyć przed siebie. Przynajmniej do momentu, w którym uświadomię sobie, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Bo piekarnia, bo bezpiecznie, bo czysto, bo nie ma kataklizmów pogodowych, a jest za to wszędzie Żabka i Biedronki, a dojście do nich nie wymaga zazwyczaj walki z przesadnymi warunkami pogodowymi. Niestety, moment pomiędzy kupnem biletów, a posadzeniem tyłka na siodełko jest często bardzo długi. Dlatego też, nawet jeśli bilety kupuję dużo wcześniej (a zdarza się to nieczęsto), samo planowanie odwlekam, jak tylko mogę i zazwyczaj kumuluje się ono w ostatnim tygodniu przed wyjazdem.
Generalnie uważam, że sama jazda jest w tym wszystkim najprostsza, ponieważ faktycznie się dzieje. Najgorsze jest gdybanie i planowanie przed komputerem, z którego potem zazwyczaj człowiek się śmieje. Maciek z przeszłości, walczący z wiatrem i widzący na liczniku „pozostało 140km” wielokrotnie pozdrawiał Maćka z przeszłości – tego, który układał trasę siedząc wygodnie przy biureczku z kawą. Dlatego też robię ten wpis, zrobiłem bowiem wszystko co najgorsze, a część najprostsza po prostu mnie ominęła. Byłoby niesprawiedliwym, gdybym nie mógł tego odklepać na blogu.

Może i nie jest to Gambia, tylko Mazowsze. Może i nie jest to Robert, tylko Sylwia – moja konkubina. Może i nie jedziemy bikepackingu, tylko 60-kilometrową pętlę oddaloną o 30 minut drogi samochodem od domu, ale to Mazowsze to też koniec świata. No i droga jest czerwona, więc to musi być Afryka. Może i pokolorowałem ją w Photoshopie, ale to nie szkodzi.
Pewnie to znacie, ale cały świat czeka na Wasze wakacje. Ludzie na całym świecie mają odpalonego gmaila, Teamsy, spotkanie w Outlooku i każdy inny kanał, który może do Was dotrzeć i na kilka godzin przed finalnym zamknięciem komputera, klikną przycisk „SEND”. Wy zdążycie zobaczyć tylko wstęp, że „mam nadzieję, że mój email odnajdzie Cię dobrze”. A chodzi właśnie o to, aby w ostatnich godzinach nie odnalazł. Od lat próbuję opanować przedwyjazdowy reisefieber i idzie mi z tym coraz lepiej. Głównie dlatego, że staram się jeździć do miejsc, na które przygotować się nie da. A jak się da, to albo ja nie umiem, albo mi się nie chce – nie wiem.
Piszę to, aby uzasadnić zaskakujące (głównie mnie) zwroty akcji, które nastąpią dalej.
W październiku 2025 wymieniliśmy z Robertem z 5 zdań. Przez rok poprzedzający ten dzień wymieniliśmy pewnie z 10. W te 5 zdań ustaliliśmy, że lecimy gdzieś razem na wiosnę i kupujemy sobie nowe rowery – kto czytał relację z Lesotho, ten wie dlaczego – optymalnie, takie same. Jako że każdy z nas na serwisie rowerowym zna się, delikatnie mówiąc, połowicznie – jest szansa, że każdy będzie potrafił naprawić „tą drugą część defektu w swoim rowerze”, więc mając takie same, pokryjemy wszystko. W Sylwestra, w 2 zdaniach uzgodniliśmy, że będzie to kwiecień.
Na początku stycznia, w 10 zdaniach ustaliliśmy, że kupujemy Specializedy – Diverge’a albo Cruxa. Dlaczego? To jedyne „drogie” rowery, które są proste i popularne. Po moim Factorze, który pewnie dalej wisi na OLX, nawet jeśli to czytacie za 10 lat od dzisiaj, marzyło mi się coś prostego. Zwykły zacisk sztycy, zwykła sztyca, zwykła kierownica, linki na zewnątrz, prześwit na oponę tak z 45mm. No i żeby był brzydki, nudny i nierzucający się w oczy. W oczy to się można rzucać na Gassach, w afrykańskiej wiosce wystarcza, że moja skóra wzbudza zainteresowanie, rower ma być tak niewidoczny, jak jest to możliwe. A nie jest to możliwe wcale, choć mój czarny Factor nieco to ułatwia. Mówiąc elegancko, nie do końca nam to wyszło z tymi kolorami:

Wymyśliłem Ghanę, internet powiedział, że to zły pomysł pogodowo. W ogóle, w kwietniu większość świata jest złym pomysłem, bo wszędzie upalnie albo mokro. Jeśli więc wrzucicie pytanie o bezpieczny kraj w Afryce (w którym nie byłem) do odwiedzenia w kwietniu – odpowiedź będzie jedna: Gambia. A w zasadzie The Gambia. Ktoś uznał, że z przodu musi być „THE”, bo inaczej będzie się myliło z Zambią. True story.

Znalezienie lotów i wymyślenie przygody zajęło mi z pół dnia. Kryterium mam zazwyczaj jedno – max 10 dni urlopu, optymalnie z 7. Znajduję Turkish Airlines, który wylatują w środę po pracy, a wracają w niedzielę (tydzień później) wieczorem, ideolo. Co prawda nie do Gambii, ale do Dakaru, ale to nawet lepiej. Gambia jest śmiesznie małym krajem, podzielonym rzeką, z jedną drogą idącą dookoła, a do tego znajduje się w środku Senegalu. Całe dogadanie planu wyglądało tak:

Kupiliśmy rowery i wyszło nam to prawie dobrze, bo Robert kupił Cruxa, a ja Diverga. Oba są niebieskie tak bardzo, że na pustyni będzie nas widać z horyzontu. Są też innymi rocznikami, więc nawet hak od przerzutki mamy inny. A jakby tego było mało, mój „najprostszy, drogi rower świata” ma jeszcze z przodu futureshocka. W ten sposób, jak trafię do dowolnego serwisu w Dakarze, każdy mechanik zrobi duże oczy.
Przed wyjazdem w nowe, nieznane miejsce robię trzy rzeczy:
1. Na stronie gov.pl (poprzez wpisanie np. „Gambia wjazd” w Google) sprawdzam wymagane dokumenty i czy będę musiał wysyłać kurierem za tysiąc złotych paszport do Berlina. Do Gambii i Senegalu wjeżdża się na paszport, co w tej okolicy nie jest oczywiste. Sprawdzam też na niej rekomendację. W związku z tym, że ubezpieczalnie często wypinają się na pomoc w krajach oznaczonych jako „nie podróżuj” lub „odradzamy wyjazdy niekonieczne” – nie jeżdżę w takie. Należy w życiu zachować choć pozory odpowiedzialności. Aby podwyższyć poziom hipokryzji, nie ufam temu serwisowi w powiązanie pomiędzy rekomendacjami, a faktycznym stanem bezpieczeństwa. Aby go sprawdzić udaję się do
2. Amerykańskiego odpowiednika czyli: https://travelmaps.state.gov/TSGMap. To mapka z zaznaczonymi kolorami. Ciekawostka: Senegal jest według niej bezpieczniejszy niż Francja lub Niemcy. Gambia jest tak samo bezpieczna. Mam wrażenie, że to wszystko ściema, ale bardzo mi pasuje.
3. Szukam relacji z rowerowych wyjazdów. Znalazłem dwie.
Kobiety, która kiedyś jeździła rowerem, a teraz chodzi z psem dookoła świata:
pushbikegirl.com
Oraz typa, którego pod Dakarem porwali i okradli:
granfondo-cycling.com
Obie bardzo dobre i szczerze je polecam. Ta druga mogłaby być moja. Przekonała mnie stwierdzeniem, cytuję: „Well, let me tell you, Dakar is the biggest hell hole I have ever been to and what followed was the worst 260 km of cycling in my life.„. Jestem jednym z tych ludzi, którym jak powiesz „nie dotykaj, bo gorące” to dotknę i się oparzę, po czym stwierdzę, że faktycznie gorące.
Decyzja: lecimy
15 stycznia kupuję bilety i moment później przypominam sobie swój wpis z Rwandy. Stało tam jak byk, o wielkim oszustwie Turka na Polaku. Tak jak 21. sierpnia 1996 pan Turek nie dał rady oszukać Widzewa Łódź w meczu z Brøndby, tak mnie pan Turek oszukał już dwukrotnie. Turkish jest bowiem jedyną linią, która kasuje mnie za rowerem NA KAŻDYM LOCIE. Jako że mamy przesiadkę w Stambule (nie Konstantynopolu – czemu zmienili, nie mogę powiedzieć)*, dochodzi nam do ceny biletu ponad 1500zł na głowę. Dodając to do już i tak drogich biletów, łączny koszt lotów dla dwóch osób to ponad dycha.
*z każdym razem, gdy słyszę słowo Istambuł, w głowie pojawia się ta piosenka: They Might Be Giants – Istanbul (Not Constantinople). Od dzisiaj będzie i Wam. Przepraszam
Zmartwił mnie więc niedawno fakt, że Rainbow oferuje bezpośrednie loty czarterowe do Bandżulu, w dwie strony, za mniej niż tysiąc złotych. Ale w sumie to uczciwe, lecimy prawie 3 razy dłużej, więc płacimy 5 razy więcej.
O temacie zapomniałem prawie 3 miesiące.
Ten plan nie miał wad.
Dwa tygodnie do wyjazdu. Przysiadłem do internetu, aby poszukać ciekawostek, inspiracji i podstawowej logistyki. Coś narysowałem, zapisałem jakieś promy, możliwości, założyłem pewne fakty, których pokrycia nie znalazłem w żadnym źródle, ale były mi potrzebne do planu. Co najważniejsze – kupiłem sobie tysiąc nowych rzeczy. Kremy do opalania, uchwyty na bidony, koszulę z długim rękawem itd. Wiadomo, że cały ten bikepacking, bushcrafting i reszta wymyślnych nazw to pretekst do kupowania małych i fajnych rzeczy. Przecież nie pojadę do Afryki bez małego scyzoryka Victorinox, którym będę mógł zaostrzyć patyk do walki z krokodylami. Wyobrażam sobie jak wbijam taki patyk w krokodyla, a on jest zdziwiony, bo nigdy wcześniej nie widział tak dobrze zaostrzonego patyka – od razu domyśli się, że Victorinox.
Co ciekawe, nie znalazłem na całej trasie ani jednego miejsca, które chciałbym zobaczyć. Naprawdę, nic. Może poza Rondem Jana Pawła II w Ziguinchor. To zachęciło mnie do wyjazdu jeszcze bardziej.

Tu Sylwia przedziera się przez afrykańskie bambusy. Co prawda bambusy pochodzą głównie z prowincji Syczuan w Chinach, a sytuacja ma miejscu u nas w ogródku, ale może nie doczytacie podpisu.
Nie lubię przesadnych przygotowań. Nie lubię czytać o kraju, zanim do niego pojadę – wolę zrobić to po fakcie. W ten sposób unikam stereotypów i widzę kraj takim, jakim jest. A może takim, jakim mi się wydaje. Przecież jednostkowa, pechowa sytuacja może całkowicie odmienić postrzeganie całego wyjazdu. Jak np. gdy „porwali” nas w Marakeszu w 2019, zawieźli do banku i kazali wyciągać pieniądze. Gdybym przeczytał „Lalki w ogniu” przed zeszłomiesięczną wizytą w Indiach, patrzyłbym przez całe 2 tygodnie na ten kraj zupełnie inaczej. Jak na ludzi, którzy żywcem zakopują świeżo narodzone córki, bo liczyli na syna. A przecież to miliard ludzi, tysiące kilometrów. Czy chciałbym, aby gambijski turysta przeczytał przed przyjazdem historię polski i już na starcie zakładał, że nie lubię Niemców, bo II Wojna Światowa? Nie wiem. To zadziwiające jak czyjaś opinia potrafi człowieka nastawić do wizyty… Czytasz przewodnik, a w nim stoi, że Japończycy nie lubią turystów, a potem lądujesz na Shikoku i nie wiesz, o co chodzi. Jadę więc zazwyczaj jak całkowity ignorant, a dokształcam się potem, zazwyczaj przed zrobieniem wpisu.
Ten plan miał jedną wadę.
A wada ta była delikatnie ukryta, więc wpadam na nią nieco przypadkiem. Starałem się bowiem zlokalizować na mapie owe rondo papieża, aby zagwiazdkować i odwiedzić. Kliknałem przez to na miejscowość Ziguinchor na Google Maps, a one wyświetlają wtedy również aktualną pogodę. No i patrzę, a tam 39°C, mimo że jest już wieczór. Klikam więc na pałę w kilka miejscowości, przez które mogłaby przebiegać nasza trasa, a w każdej z nim przynajmniej przez kilka godzin dziennie temperatura przekracza 40°C. Młodzież (ta w przeszłości) określiłaby wtedy moją minę na: PRZYPAŁ.
Gambia jest bardzo mała. Widocznie uznałem 3 miesiące wcześniej, że wpisanie w Google „pogoda w kwietniu w Gambii” jest wystarczającym „reaserchem„. I faktycznie, jest w tym momencie wpiszecie sobie w Google „Senegal weather” lub „Gambia weather”, wyskoczy Wam informacja, że tak pomiędzy 20, a 30 stopni. Jeśli jednak wybierzecie DOWOLNĄ miejscowość, która w przeciwieństwie do stolic tych krajów, nie leży na wybrzeżu, wynik będzie nieco inny. Nawet jeśli jest oddalona o 30km, wyniki będą połowę wyższe. Przypadł. Przypominam sobie jak wyglądałem w marcowych 36°C na Goa.
Ale
głupiignorant to jednak masz szczęcie.
Odkryłem to kilka lat wcześniej w Ugandzie, na równiku. Upał jest nieco inny, gdy masz świadomość, że dookoła nie ma się gdzie schronić. Gdy nie ma sklepu z zimnym piciem, gdy najbliższy klimatyzowany budynek jest oddalony o dziesiątki kilometrów, gdy nie masz po prostu ucieczki i planu awaryjnego. NIE JEST TO PRZYJEMNE, delikatnie mówiąc.
I teraz ten moment, w którym czytasz bloga stwierdza: „no ten gość to się chyba w czopku urodził” (choć pewnie chodziło o czepek). Przypomniało mi się, że gdy byłem uwięziony w Mumbaju i spamowany odwołanymi lotami, dostałem powiadomienie, że jeden z moich lotów powrotnych został przesunięty o godzinę. To znaczy, że zamiast o drugiej w nocy, wylatujemy z Dakaru o pierwszej i zamiast 5 godzin na przesiadkę w Stambule, mamy 4. Zignorowałem to oczywiście. I teraz, przy odprawie, okazało się, że przez tę zmianę, mogę bezpłatnie zrezygnować z biletu, nawet tydzień przed wylotem. Iks de. Jesteśmy na remis z tureckim złodziejem. Dzwonię do Roberta, jesteśmy młodymi, odpowiedzialnymi ludźmi – odwołujemy loty. Od tego dnia, już do końca życia będę przytaczał tę opowieść, gdy ktoś zarzuci mi nieodpowiedzialność. Powiem, że odwołałem wakacje, bo było za ciepło, aby jeździć rowerem.
ZAPRASZAM WIĘC DO RELACJI Z RZECZY, KTÓRYCH NIE ZROBIŁEM, A KTÓRE ZROBIŁEM ZAMIAST NICH
Plan był taki, że porobię sobie przez 1,5 tygodnia fajne zdjęcia i zrobię 150 punktów: „co robię, a co w tym czasie robiłbym w Gambii”. Plan był bardzo dobry, zapomniałem tylko, że jak nie jestem na wakacjach to spędzam dziennie z 10 godzin o tak:

Mówiąc dokładniej: prowadzę w słuchawkach rozmowy, które odbywają się w atmosferze szacunku i wzajemnego niezrozumienia. Strony zgadzają się co do kwestii fundamentalnych i zapowiadają kolejne rozmowy w niedającej się przewidzieć przyszłości. A jak skończę to patrzę w ścianę zastanawiając się, czy moje wewnętrzne życie, w Maćku, umarło całkowicie. Aby temu zapobiec, jem jogurt. Wtedy wiem, że przynajmniej w jelitach żyją bakterie Lactobacillus delbrueckii subsp. bulgaricus orazStreptococcus thermophilus.
Z tym całym pracowaniem i jeżdżeniem rowerem to sam nie wiem. Jak już jadę, to od czwartego dnia wolałbym już siedzieć przy biureczku z ciastkiem z lokalnej piekarni. Jak siedzę przy biureczku to patrzę na relacje ludzi żyjących życiem i chciałbym żyć życiem. Może po prostu trawa sąsiada jest zawsze bardziej zielona? To oczywiście metafora, trawa mojego sąsiada nigdy nie będzie bardziej zielona. Radykalne Ogrodnictwo! Hop, hop, hop!
Ale na przykład w środę, o 17:00 powinienem być z walizką na Okęciu. Zamiast tego jestem w paczkomacie pod domem. Kurier o 15:30 zostawił paczkę z kremem do opalania (w sztyfcie z Decathlonu, najlepszy) i 5 litrami mleczka do opon, bo była promocja na Amazonie. Miałem zmienić przed wyjazdem opony i zalać mlekiem – jak planowałem to zrobić, mając ze 3,5 godziny do wylotu – nie wiem. Pies też nie wie.

Zamiast wylądować o 5 rano w Dakarze i zastanawiać się co dalej, jestem z pieskiem na spacerze. 5 rano tam to 7 rano tutaj. Przy lotnisku w Dakarze nie ma chyba hotelu, musielibyśmy i tak taksówką podjechać z rowerami, następnie je złożyć, załatwić przetrzymanie walizki przez 10 dni i ruszyć w trasę. Warto też dodać, że lotnisko w Dakarze jest, jak to zwykle bywa, 60km od Dakaru. Na miasto się nawet cieszyłem, bo w tekście wspomnianym wyżej określany jest jako: „Dakar, the biggest hell hole I’ve ever been to„.
Potem planowaliśmy udać się do centrum, skąd wieczorem powinien odpłynąć prom – minąłby całą Gamabię i dopłynał kolejnego dnia do Ziguinchor. To znaczy powinien dopłynąć, bo kiedyś nie dopłynął i utopiło się prawie 2000 ludzi – była to druga największa, nie wojskowa katastrofa morska świata. Prom oczywiście przewidziany był na 500 osób. Czy w ogóle w czwartek by wypłynął – nie wiem, bo wersje w internecie co do dni kursowania nie są zgodne. Gdyby nie odpłynął pewnie wzielibyśmy gdzieś taksówkę i ruszyli w trasę w przeciwnym kierunku. Licząc, że jak dojedziemy do celu, będzie akurat dzień, w którym prom wraca. Gdyby nie wracał, byłby problem. Zamiast tego, grabię trawnik.

Co by się działo dalej, nie mam pojęcia. Noclegów na Googlach jest bardzo niewiele, a w samej Gambii Google Street View nie istnieje poza stolicą. Jest może z 10 zdjęć pokazujących, że kraj ma jedną, asfaltową drogę. Droga ta idzie dokładnie dookoła Gambii, przy samej granicy, a po środku płynie rzeka. Gdyby pan Piko organizował tam Race Through Gambia, wszyscy mielibyśmy dużo łatwiej.
W weekend pewnie przekraczalibyśmy granicę Senegal – Gambia. Nawet Wikipedia wspomina, że jeśli jest się białym i ma europejski paszport, mogą na granicy pojawić się dodatkowe, spontaniczne opłaty. We ten sam weekend, na Narodowym w Warszawie odbywa się Bike Expo. Wspominam o tym zupełnie przypadkiem, a te dwie informacje nie mają ze sobą nic wspólnego. Pozdro dla hejterów.
Bo byłoby dalej nie mam pojęcia i to cieszyło mnie najbardziej. Na pocieszenie, skoro już kupiłem Specializeda, z którego zawsze się śmiałem (choć mniej niż z Treka), wybrałem się na ustawkę ze Specialized Soho organizowaną przez Endless Gravel. Wróciłem z takimi nogami, z jakimi wróciłbym z wakacji…

Acha, w zdjęciu nagłówkowym też zmieniłem kolor drogi na bardziej czerwony, bo wszystkie drogi w Afryce są terenowe i lekko czerwone.
Chyba jestem już stary.