Witam Państwa,

Chciałbym sprzedać rower.
Mam na sprzedaż rower.

Bardzo dobry, bardzo drogi, kupiony (a nawet dwa, takie same, tylko w różnym kolorze – taki był dobry), od polskiego dystrybutora – iVelo w 2019. Głównie po to, aby zabrać go na dwutygodniowy bikepacking po Tajwanie, ale nie zdążyliśmy ich odebrać. Dokładnie w momencie, gdy polecieliśmy tam, one wyruszyły w podróż z Tajwanu do Warszawy. A szkoda, bo pretekstem było przejście z cienkich opon, na nieco grubsze i z hamulców zwalniających w deszczu, na hamulce hamujące w deszczu. Chyba żadnego roweru nie miałem tak długo.

Gdyby zrobiono o nim kiedyś film, byłby to odpowiednik „Rambo XVII”. Rambo w pierwszej części dostał wycisk, którego nie powinien był przeżyć, a potem wracał jeszcze 16 razy. Za każdym razem miała to być ostatnia przygoda jego życia. Dobrze jednak wiemy, że w tej serii będzie nawet „Rambo XXXVI”. Każda kolejna blizna na karbonie lub osprzęcie dodaje już uroku, jest świadectwem czegoś wspaniałego. Pozwólcie, że przytoczę dalej kilka przykładów.

Leo, why?

Ustaliłem kiedyś ze sobą, z Maćkiem w środku, że są pewne limity w posiadaniu liczby rowerów, które nie powinny być przekraczane. Nie mogę przez to kupić nowego, dopóki nie pozbędę się aktualnego. A przynajmniej, dopóki nie zrobię wszystkiego, co w mojej mocy, aby się go pozbyć. Niniejszym wpisem więc, wraz z ogłoszeniem na OLX, zrobię wszystko, co mogę. Jeśli się nie sprzeda – trudno, zostaniemy razem na zawsze i pogodzę się z faktem, że moje all-roadowe życie będzie poligamiczne.

Poza tym, przez kilka ostatnich lat moje kolarstwo nieco się zmieniło. Minimum 90% czasu to dni, w których nie przekraczam średniej prędkości 21km/h. To też dni, w których wychodzę na rower rano i kończę, gdy zaczyna robić się ciemno. Chciałbym też coś prostszego. Coś, co łatwo włożyć do walizki bez obawy o urwanie kabli, coś z większym prześwitem, może nawet bardziej emerycką pozycją. Jakikolwiek mocowania na ramie fajnie byłoby mieć, choć nie wiem po co, skoro nigdy ich nie potrzebowałem. Gdyby tak kable były też na wierzchu i nie przechodziły przez stery… Marzenia. Rower drogi, nudny, prosty, lekki, możliwie niezawodny – niewiele jest takich.

Nie polecam.

Rower ma generalnie same wady. Największą z nich jest fakt, że ciężko znaleźć mi rozsądne powody, aby go sprzedać. Jedyne, co może zaoferować mi nowy zakup, jest nieco większy prześwit. Choć większy prześwit (tutaj jest 35mm, ale nie przeszkadza mi to w używaniu opon 38mm, które po prostu powiększyły nieco prześwit widelca od wewnątrz, za pomocą ocierających włosków), oznacza już w sumie inną kategorię roweru – nie allroad, a typowy gravel. Włączanie prześwitu do wad, byłoby więc niesprawiedliwe.

Jest też kilka ciekawych rozwiązań. Przez budowę główki ramy (a może widelca), nie da się skręcić kierownicy więcej niż o jakieś 30 stopni. Dzięki temu dwa faktory nie mieszczą nam się łatwo w bagażniku Superba bez ściągania przednich kół. Skręt ograniczony jest fabrycznie gumką, która odpada po drugim dniu każdego bikepackingu. Od razu widać, że pracowały nad nim zespoły odpowiedzialne z F1 oraz WRC – z tych samochodów też przecież bardzo łatwo odpadają elementy, to pewnie taki ficzer.

Bardzo fajny jest też patent z zaciskiem sztycy. Dzięki temu niestandardowemu rozwiązaniu, zawsze gdy wyjmie się sztycę bez przechylania roweru, zacisk wpada do ramy. Pierwszą godzinę mojej pierwszej, bikepackingowej trasy Factorem po Pacific Coast Highway spędziłem więc potrząsając nim nad własną głową, licząc na to, że ten zacisk jednak wyleci z okolic suportu. Od tego czasu, wożę ze sobą magnesik – mogę go na przykład przyczepić do sznurka i bawić w łowienie.

Oba te rozwiązania mają zasadniczy plus – nie da się zamontować mostka ani siodełka krzywo, a przecież to zawsze największy ból. Jedziesz, patrzysz na przednie koło i nieustannie masz wrażenie, że jest krzywo. Z siodłem to samo. Moje ma dodatkowo funkcję delikatnie wypracowanego luzu. Luzu, o którym mój ulubiony mechanik powiedział wiele tysięcy kilometrów temu: „Maciek, kiedyś Ci to urwie jaja albo dupę”… czy jakoś tak. Jak widać, mylił się, choć możliwe, że przyszłość również wlicza się do „kiedyś” – zobaczymy.

Sama rama jest obecnie nieco lżejsza niż, gdy wychodziła z fabryki – nazywa się to chyba „custom„. Udało mi się w niektórych miejscach pozbyć nieco lakieru, a może nawet i czegoś więcej. Choć i tak liczba tych miejsc każdego dnia mnie zadziwia – spodziewałbym się wielokrotnie większych ubytków.

Doceniam też wygląd i markę. Jeśli zostawiam rower pod sklepem, wśród innych rowerów – jest on zazwyczaj najmniej interesujący. Speca i Treka zna większość świata, Factora niekoniecznie. Prędzej połączą to z chińszczyzną niż z czymś drogim. A czarne malowanie, na którym umieszczono małe trójeczki, wyglądające jak brud, nie przyciąga żadnego wzroku. Bardzo mi się to podoba. Ciężko zrobić rower, który nie jest ani brzydki, ani ładny, więc nie rzuca się w oczy, a jednocześnie jest edycją limitowaną, dzięki czemu namierzenie go po kradzieży może być nieco łatwiejsze. Nigdy nie spotkałem nikogo na ramie w tym malowaniu, nawet w internecie.

Niewiele mam zdjęć swojego roweru, bo ciężko jechać i robić je samemu sobie. Mam jednak kilka(naście) ze wspólnych przygód, które pokonywaliśmy trochę razem, a trochę osobno.

Uzasadnienie jego zakupu napisałem w 2020, wykorzystując całą, ówczesną wiedzę o rowerach: Jaki rower kupić? Jak szukałem jednego, by rządził wszystkimi. I gdy teraz patrzą na ten wpis – wiele się nie zmieniło. Rowery wcale nie są obecnie szczególnie lżejsze, ani lepsze. Co niesamowite, bo minęło 6 lat. Moje wymagania w sumie też.

Bardzo dobry rower. I wytrzymały taki.
Mam dowody.

Tutaj sprawdzamy, czy Dacia Logan jest w stanie przewieźć 5 osób i 4 rowery. Nie była, jeden musiał wylądować na dachu. Tutaj akurat dociska Factorem pozostałe rowery. Kierowca mówiący jedynie po barbersku wiezie nas przez 140 marokańskich kilometrów do Tabounte zamiast Tabourahte.

Tutaj pakowany jest na dach busika w Ugandzie. W 15 osobowym busie, przez 165 kilometrów, jest 26 osób oraz kura. Na dachu dwa załadowane bagażem rowery przywiązane do beczek, koszy, rusztowań, płotów, materacy i toreb z ryżem. Nietrudno się domyślić, że opona busa tego nie wytrzymuje i wybucha w samym środku Queen Elizabeth National Park, znanego z obecności lwów i kilku innych, niekoniecznie przyjaznych rowerzystom, zwierząt. Factor generalnie bardzo dobrze wspomina ten wyjazd, bo gdy my na niego czekaliśmy na lotnisku w Rwandzie, on leżał w piwnicach zasypanego śniegiem lotniska w Istambule.

Tutaj Factor przewożony jest przez etiopski płaskowyż położony znacznie powyżej 4000m n.p.m. Jechaliśmy nim w padającym śniegu dzień wcześniej i nawet udało mi się na nim wywrócić, bo mi się blok w bucie odkręcił. Bardzo to była dobra wycieczka, bo okazuje się, że brak tylnej szyby w Hiluxie, podczas jazdy po „gravelach premium” skutkuje sztuczką, po której rower składa się w 15% z roweru właściwego i 85% z kurzu. Potem spędza 10 godzin na dachu autobusu przemierzającego z nim połowę kraju. Przy okazji wyrywa się koszyk XD wraz bidonem i biega z nim pewnie teraz jakieś etiopskie dziecko po wsi.

Tutaj rower najpierw pakowany (w zasadzie wpychany) jest na ponad 9 godzin do autobusu, w którym pokona 350km z Voi do Nairobi w Kenii. Dzień po tym, jak byliśmy (tzn głównie ja) o krok od bycia aresztowanymi w Tanzanii jako nielegalni imigranci. Kilka dni później spędza kolejne parę godzin spakowany w mały samochodzik. Ten samym, którym 3 dni robiliśmy z kierowcą safari – był to prawdopodobnie najmniej terenowy samochód, który Park Narodowy Nakuru widział przez swoje 60 lat istnienia. W samochodziku widać, że fakt, iż kierownica skręca się jedynie o 45 stopni jest jak zwykle pewnym problemem.

W Lesotho rower miał bardzo dobrze. Kolejno, po zdjęciach:
W niewielkim busiku, którym pokonujemy jakieś 100km jednej z głównych dróg kraju (tej, która prowadzi dookoła kraju) – tego odcinka nie zdążono jeszcze wybudować. Po drodze z noclegami ciężko, a moje opony raczej nie przejechałyby same tych kamulców.
W Jeepie, który podrzuca nas do wsi pośrodku niczego, po tym gdy odkrywamy, że w naszym zasięgu nie ma noclegu.
W TIRze, który przewozi nas w ulewie do najwyżej położonej knajpy w Afryce.
W Jeepie, który wiezie nas do stolicy, gdy odechciewa nam się jechać zatłoczoną i nudną drogą.
Z odpowiednikiem ziomków, które u nas siedzą z małpką pod Żabką. Odkryłem ostatnio inwestowanie – gdy już stracę wszystko, wymienię swojego Factora na tę budkę z tyłu i będę sobie w niej siedział sprzedając piwko okolicznym kolegom.

Tutaj z niemieckimi ziomkami, które robiły sobie akurat objazd po Stanach. Chwilę po tym, gdy cudem uniknąłem mandatu na 2000$ chciąc przejechać przez „no el paso” spowodowane zawaleniem się kawałka Pacific Highway dzień wcześniej. Nawrotka oznaczała pokonanie 100km, którymi tam dojechałem, ale ten argument do nikogo nie trafiał w kraju prawa i porządku.

Stany to była też moja pierwsza w życiu przygoda z tubelessami. Obiecałem sobie wtedy, że nigdy więcej. Wiecie jak wygląda rower lub ciuchy po jeździe przez błota z psikającym z przedniego koła uszczelniaczem? Chętnie Wam pokażę na zdjęciu. Możecie się też domyślić, jak łatwo tej zaschniętej gumy można się z karbonu. Jestem konsekwentny, więc od tamtego czasu prawie cały czas jeżdżę na tubelessach.

No i oczywiście, rower jeżdżony był zawsze w samych najlepszych warunkach. Nieważne, że najlepszych dla aparatu fotograficznego.

Ale też serwisowany był zawsze w najlepszych warszawskich (i nie tylko) serwisach. Większość mechaników, wyprowadziła się już przez niego do innych miast, ale to nie szkodzi. Mam obecnie firmowy samochód, więc dopóki nie wyjadą za granicę – znajdę ich.

Przeglądając wpisy na blogu z ostatnich kilku lat, znajdziecie takich przykładów o wiele, wiele więcej.

Za Factora wymyśliłem sobie cenę 10 000zł. Nie wiem czy to dużo, czy mało. Ja to dużo mniej niż 30% jego rynkowej ceny w 2019. W najgorszym wypadku nie uda mi się sprzedać. Będę mógł jednak powiedzieć sam sobie, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby go spieniężyć. No trudno, będzie musiał zostać ze mną. Nie jestem pewny, czy jest z tego powodu szczęśliwy.

Gdyby z jakichś nieznanych mi powodów ktoś chciał znać szczegóły, wklejam opis z OLXa:

Limitowana edycja roweru Factor Vista – CHPT3
Rower kupiony u polskiego dystrybutora w 2020 roku – cena katalogowa ponad 35 000zł
Waga: 8,8kg, tak jak na zdjęciach – z pedałami, pompką, uchywytami itp.
Pełny Sram Force AXS 2×12 (elektryczny, bezprzewodowy)
Koła Black Inc Thirty (koszt około 10 000zł)
Vista rozmiar 58, kokpit 110/40, sztyca z offsetem, kolor chapter3, korba 172,5
Opony Gravelking SS 38mm
Przełożenia 46/33 x 10-33
Myślę, że idealnie na okolice wzrostu 185-190cm.
Przebieg około 30 000km. Koła maja mniejszy ponieważ używane były dwa komplety.
W zestawie wiele dodatkowych części – między innymi podkładki pozwalające podnieść kierownicę.
Rower w stanie technicznym bez zarzutu, jest cały czas w użytku, więc przed sprzedażą zostanie oddany na gruntowny serwis. Rower ma sporo rys i niewielkich odprysków, wszystkie są jednak jedynie defektami wizualnymi.

Zapraszam do kontaktu. Można przyjeżdżać ze szwagrem.