Miałem piękny plan na ten wpis. Miał bazować na kontraście, jak wszystko w Indiach, podobno. Miał być o tym, jak przylatuję biznes klasą Emiratów do Hajderabadu, by chwilę później jechać przez slumsy, a jeszcze chwile później dotrzeć do innego świata – enklawy, jaką są kampusy technologiczne największych firm świata. O uderzeniu zapachu curry po wyjściu z samolotu i mijaniu ludzi defekujących na ulicy w drodze do taksówki. O ludziach, którzy chcą mnie dotknąć, bo jestem biały i generalnym syfie. Tyle lat człowiek jeździ po świecie, a dalej jest ignorantem i żyje w stereotypach. Tak jak w Ugandzie, czy Etiopii nie zjadły mnie dzikie plemiona, tak i tutaj moje wyobrażenie nieco się rozjechało z rzeczywistością i bardzo chętnie Wam o tym opowiem.

Dalej nie wiem, czy byłem w tym samym kraju, który opisywany jest w książce „Lalki w ogniu”. W tym samym, o którym słyszałem tak wiele historii i widziałem tak wiele obrazków w internecie. Być może prawdą jest teoria, że nie da się napisać niczego o tym kraju ogólnie. Bo może i jego powierzchnia jest trzykrotnie mniejsza niż Stanów, ale za to mieszka tam co 5 mieszkaniec tej planety. Pisanie jakiegoś spostrzeżenia o blisko 1,5 miliarda ludzi jest zadaniem odważnym. Można bardzo łatwo obrazić bardzo dużo ludzi na raz i nie ukrywam, taka wizja mocno korci. Mimo wszystko spróbuję zachować profesjonalizm i ograniczę do tego co sam widziałem. Być może, na potrzeby dramatyzmu, będę czasem zbyt mocno ekstrapolował spostrzeżenia.

A widziałem 1000-kilometrowy wycinek zachodniego wybrzeża między Mumbajem, a Mangalore okolicę dwóch miast: Hyderabadu oraz Pune – znanym pewnie każdemu ze świata IT. Tak jak kiedyś Bengalore. Prawie, co podczas wyjazdu na Pacific Coast Highway w 2019 roku. Między tymi dwoma trasami, podobieństwa są tylko dwa: jest duża woda i droga obok niej.

Bardzo trudno jest zrobić ten wpis. Mogę wybrać takie zdjęcia, że będziecie chcieli wszystko rzucić i przejechać w trybie wakacyjnym drogę wyglądającą jak wspomniane Pacific Coast Highway. A mogę wybrać takie, że wycieczka będzie wyglądała, jak przeciskanie się przez palące się śmietnisko, w którym brakuje powietrza do oddychania. Ciężko to wypośrodkować, ale tak po prostu było. Ta trasa to jak leżenie z drinkiem pod palemką w ciepłych krajach ze świadomością, że w częstych, lecz losowych momentach, ktoś będzie raził Was paralizatorem. Albo odwrotnie, ciągłe rażenie paralizatorem z losowymi przerwami na drinka pod palemką. Sam nie jestem pewny. Mi się podobało, ale mam wrażenie, że te wakacje skróciły mi nieco życie. Czy zdjęcia we wpisie są nieco bardziej żółte niż indyjska rzeczywistość – być może. Czy mają większe ziarno i mgłę – nie. Mam wrażenie, że to wcale nie jest ziarno na zdjęciu, a po prostu da się zobaczyć to samo powietrze, które chrupało mi w zębach i które do dzisiaj staram się wykaszleć z płuc. Moje rzeczy nigdy wcześniej nie śmierdziały tak bardzo, jak po tym wyjeździe – skrzyżowaniem grilla, piasku i wydechu starego Passata, po którym Niemiec nawet nie płakał.

Łączny pokonany dystans rowerem to około 1100km i 10 000 metrów w górę. Samochodem około 300km, samolotem 1000km, promami jakieś 5 godzin, pociągiem godzinę.

Zanim przejdę do samej relacji z wyjazdu, postaram się pokryć trzy najważniejsze tematy. Powiedzmy, bo dobrze wiem, że zastanawiają Was głównie trzy inne tematy: czy miałem sraczkę, czy ludzie srają na chodniku i czy na ulicach leżą trupy. Jeśli nie macie czasu, od razu zdradzę tajemnicę: 3 x NIE.

Hinduskie jedzenie wygląda jak rzygi – to pewna wada. Jest za to bardzo smaczne – to z kolei zaleta, która wszelkie wady kasuje. Mój pies byłby na pewno dumny z tego stwierdzenia. Wielokrotnie na spacerach tłumaczę mu, aby czegoś nie jadł, bo będzie miał problemy zdrowotne, a on na to: „zaryzykuję Maciek„. Nawet jeśli kolejnego dnia przychodzą konsekwencje, ma wtedy minę Édith Piaf śpiewającej: „Non, je ne regrette rien!”. W skrócie: trochę boli, ale warto.

Jedzenie dzieli się na trzy kategorie:

– dobre, ale ostre
– dobre, ale słodkie
– nie wiem

W przypadku okolic Hyderabadu należy wszelkie doznania pomnożyć przez 2,75. Trudno mi ocenić, czy jedząc Biryani w wersji innej niż „proszę łagodne dla białego człowieka” więcej kalorii przyjmuję, czy zużywam na pot i płacz. Po raz pierwszy od dawna też doświadczam zupełnie nieznanych mi smaków. Okazuje się, że nie jest łatwo ocenić smaku, gdy się go nie zna. Trochę jak te dzieci na youtubie, które po raz pierwszy w życiu gryzą cytrynę i na kilka sekund zastygają w bezruchu, aby przemyśleć sprawę. To ja, jedzący na przykład panipuri – suchą kulkę z wodą i farsze. Zapytajcie internet jak to zrobić to na dzień dobry wypluje Wam 20 składników i którą książkę, co z nimi zrobić Jest nawet moment, w którym hindus palcem robi dziurę w kulce i napycha tam wszystkiego, co znajduje się w okolicy, a następnie karze mi połknąć w całości. Wygląda to tak, jak gdybyśmy pierogi podawali puste i wbijali w nie kciukiem kapustę i grzyby zaraz przed zjedzeniem. Doskonała zabawa… jak ma się 4 lata. Dalej nie wiem, czy mi smakowało, a takich rzeczy jest wiele.

W każdym razie, jedzenie na wyjeździe oceniam bardzo wysoko, choć nieco monotonnie. Nie próbowałem oczywiście tradycyjnych stoisk ulicznych, bo mój pobyt jest zbyt krótki na ryzyko. Żyć też mam za mało, aby jest zmarnować w taki sposób, a jestem prawie pewny, że po śmierci nie ma opcji na kontynuację, nawet po wrzuceniu pieniążka.

W przydrożnych sklepach nie da się oczywiście kupić niczego, co powszechnie znamy jako „coś dobrego do zjedzenia na szybko”. Przydrożny sklep to też określenie nieco nad wyraz. Są tam głównie półprodukty oraz czipsy każdego rodzaju. Da się na szczęście znaleźć batoniki stworzone z orzeszków zalanych miodem, co do jazdy rowerem wydaje się idealne. To pewnie też jedyny posiłek, który jest w stanie przetrwać w torbie rowerowej, gdy inne produkty zaczynają się w niej gotować.

Poruszanie się po drogach jest bardzo proste. Rozpędzasz się do 30km/h, zaczynasz regularnie klikać klakson i rozpoczynasz grę „kto się zatrzyma, ten przegrywa”. W przypadku roweru jest nieco trudniej. Stosunek mijanych przeze mnie rowerzystów, do innych uczestników ruchu wynosi jakiś ułamek promila. Nie przyjęło się. Ja na ulicach czuję się dobrze, mimo iż ruch wygląda w miastach dramatycznie. Prędkości są niskie, a przez bardzo wysoki poziom ignorancji przepisów drogowych, wszyscy są bardzo uważni i jeżdżą na centymetry. Podczas około 1600 pokonanych na drogach kilometrów widzę raptem jedną lub dwie kolizje. A w zasadzie tylko ich drobne skutki.

Poza miastami ruch jest znikomy, za wyjątkiem nielicznych miejsc, w których jest olbrzymi – zazwyczaj przy jakiejś większej miejscowości. Końcowe 200km mojej trasy i po głównej, dwupasmowej drodze krajowej z dużym poboczem. Nudnej, ale wyjątkowo bezpiecznej. Ciężarówki nieczęsto przekraczają 50km/h, samochody osobowe kończą rozpędzanie się w okolicach 75km/h. Po raz pierwszy w życiu przejeżdżam rowerem np. przez bramki poboru opłat (bez płacenia oczywiście) na wielopasmowej drodze.

Potencjał na śmierć widzę w zasadzie tylko w jednym rodzaju zdarzeń. Przez rozdzielenie jezdni pasem zieleni, wiele pojazdów skraca tutaj sobie drogę poprzez jazdę pod prąd, poboczem. Niewinne zamyślenie się połączone z wyjątkowo niekorzystnym ustawieniem pojazdów: jedno z przodu na czołówkę, TIR obok za plecami. Nie umarłem jednak i wydaje mi się, że nawet nie było blisko.

Nie zaobserwowałem też ani jednego elementu jakiejkolwiek agresji drogowej, ani często wspominanych, wielkich, grający TIRów wyprzedzających na centymetry. Należy jednak pamiętać, że obowiązuje prawo silniejszego i może niezbędna być ucieczka na pobocze. Takie są zasady tej gry. Dokładnie takich zasad też nauczyła mnie pół roku wcześniej Kenia.

Najtrudniejsze jest przejście z buta przez wielopasmową drogę w mieście. Nauczony doświadczeniem z Sajgonu, wiem już, że trzeba po prostu iść, czasem wystawić rękę i nie zmieniać swojego tempa licząc na to, że ruch się do sytuacji dostosuje. Ostrzegam jednak, że wymaga to tzw. „cojones de ferro„.

No i trąbienie. Trąbienie to sport narodowy. Trąbi się z każdego powodu, a może i bez powodu również. Jak nietrudno się domyślić, naszym ulubionym zajęcie zostaje przemieszczanie się szybko po biurze i krzyczenie „beep, beep!„, jak przystało na dorosłych profesjonalistów. Mądre książki mówią, że poprzez trąbienie Hindusi zaznaczają swoją obecność we wszechświecie, ja jednak myślę, że po prostu to lubią. Dla Polaka jest to ciężkie, bo przecież każde trąbnięcie to podświadomie wyzwanie do walki na śmierć i życie.

Raaste mushkil hon to safar yaadgār hotā hai.

Gdy drogi są trudne, podróż staje się niezapomniana.

Jest ciężko, he, he, he.
Na poboczach masa plastikowego syfu; w miastach powietrze, które da się schrupać; po godzinie na dworze ciuchy pachną jak parówa z grilla. Ale to tyle, nie ma syfu organicznego – jeśli wiecie o czym mówię. Ludzie są mili, nie natarczywi, przez cały pobyt nikt niczego ode mnie nie chciał. Co najwyżej czasem gdzieś pogadać, zrobić sobie selfie, albo zapytać po prostu skąd jestem, dokąd zmierzam i ile kosztuje mój rower. W porównaniu z odwiedzonymi przeze mnie, afrykańskimi krajami, jest to high life i luksus. Nawet pieniędzy nikt ode mnie nie chciał, nieco mi nawet przykro z tego powodu.


Gorzej jest z samą trasą – niekoniecznie była ona optymalna pod Bromptona. Dużo wzniesień, mimo że trzymam się głównie wybrzeża oraz bardzo różny stan nawierzchni. Dziury, czasem lekki teren, często chropowaty asfalt, który na dużych kołach zupełnie nie przeszkadza, jednak małe nie chcą po nim jechać. Do tego temperatura – mimo iż jest luty, czyli jeden z najzimniejszy miesięcy – nie jest łatwo. Maksymalne wartości co prawda nie przekraczają okolic 33°C, a słońce wypala skórę nieco wolniej dzięki dużemu stężeniu wszelkiego rodzaju blokad w powietrzu, jedzie się bardzo trudno. A pcha pod górę jeszcze trudniej. Najgorzej jest po 15, kiedy temperatura powinna zacząć spadać, ale wszystko jest nagrzane do granic możliwości.

Połączenie niekręcących się kół oraz powietrza tak gęstego, że mam uczucie przedzierania się przez rosół, wymaga od człowieka poważnej dozy cierpliwości oraz niechęci do śmierci. W kluczowych momentach brakuje mi również sklepów do uzupełnienia płynów. Może gdybym jechał z nawigacją i trzymał się wybrzeża zamiast zbaczać w jakieś boczne, nieuczęszczane drogi, byłoby lepiej. Pan Rau Performance miał taką piosenkę, która mi się w pewnym momencie przypomniała, a zaczynała się tak:

Powietrzem nie da się oddychać, żywność jest niejadalna
W wiadomościach informują że doszło do 15 zabójstw i 63 napaści jakby to było coś normalnego
Jest gorzej niż źle, a my tylko prosimy, żeby dali nam spokój

Najważniejszą jednak informacją zawartą w tym wpisie jest: przez 15 dni pobytu, ani razu nie dostałem sraczki. Jest tak ważna i tak zadziwiająca, że wspominam ją już chyba trzeci raz. Chyba nawet z pewnym żalem. Być może zaletę po części przypisać można probiotykom. Tym razem poszedłem w Enterol. Zimę spędziłem na siłowi i wiem, że wszystkie środki z nazwą kończą się na –erol, są skuteczne. Uważam jednak, że mojemu żołądkowi należy się pochwała. Generalnie powinien każdy posiłek wrzucić na Stravę i zbierać kudosy za dzielność. Żołądek, kudosy na Stravie – mam nadzieję, że rozumiecie dowcip.

Druga najważniejszą informacją jest: podczas całego pobytu nie widziałem ani jednej defekującej osoby. Wiem, że chcieliście to wiedzieć. No i ludzi umierających z głodu, żebrzących, chorych, albo już całkiem nieżywych, płynących rzekami też nie widziałem. Nie szukałem co prawda, ale nie umiem ich tam sobie nawet umiejscowić w głowie, a przecież trochę jednak przejechałem. Jeśli więc chcecie mieć dobrze klikający się w internecie materiał, musicie jechać do innych Indii.

„Jo ghar chhoṛtā hai, vahi sansār dekh pātā hai.”

Tylko ten, kto opuszcza dom, widzi świat.

Wyjazd składa się z dwóch części: tygodnia pracy w biurach w Hyderabadzie oraz Pune i tygodnia jazdy potem rowerem na południe z Mumbaju, który kiedyś nazywał się Bombajem. Dla mnie to problem, bo kiedyś rzucałbym dowcipy o bombastycznym mieście, a on mumbastycznym nie mogę… chyba. Co gorsze, nie spotkałem też tygrysa benglaskiego, więc i dowcipy o pierdzeniu się zmarnują. Choć jak mówi moja konkubina, jestem podobno jedynym człowiekiem świata, który na bąka mówi „bengal”, więc i tak nigdy by ich nie zrozumiał.

Na lotnisku w Hajderabadzie lądujemy po północy. Nie spodziewam się człowieka z karteczką „mr. Hop”. Napisałem co prawda do naszego hotelu dwa maile (które do dzisiaj nie dotarły), potem na Instagramie, a potem na Whatsappie, ale wydaje mi się, że żadna z prósb o organizację transportu nie została przeczytana. Idziemy więc do Ubera najbardziej okrężną drogą świata. Jakbyście kiedyś szukali tam taksówki, wystarczy iść cały czas przed siebie i zjechać schodami. Niosę ze sobą walizkę z rowerem, do której ze względów wagowych nie doczepiłem kółek, więc kilkanaście minut dźwigania jest dobrym rozbudzeniem po locie. Po drodze wymieniam też pieniądze – jak zwykle w nietypowych krajach, nie jest to trywialne. Pan z okienka musi na przykład zeskanować mój paszport – w przyszłości pewnie weźmie na mnie kredyt.

Zaskoczenia nie ma, lotnisko mogłoby być w dowolnym, innym miejscu świata. Zapachy te same, auta zbliżone, najwyższy poziom czystości – pełen standard, tylko trąbienia nieco więcej.

40-minutową podróż taksówką spędzam na próbie zmiany sposobu rozliczenia w Uberze. Okazuje się to niemożliwe i raz wybrana gotówka, zostanie gotówką już zawsze. Tego tygodnia podobny błąd popełniam jeszcze kilkukrotnie. Po każdej zmianie trybu transportu: samochód, samochód XL, auto (czyli ichniejsza nazwa na Tuk Tuka) domyślna płatność przestawia się z karty na gotówkę. Kierowca NIGDY nie ma wydać, bo i pewnie nikt gotówką nigdy nie płaci. Albo po prostu wie, że jak mi nie wyda, to jedna połowa osób uczestniczących w transakcji będzie do przodu, a połowa do tyłu. On oczywiście będzie w tej lepszej połowie.

Koło 4 nad ranem, gdy już zasypiam w hotelu, odbieram telefon z recepcji – dzwonią do mnie do pokoju, na stacjonarny. Pytają czy ich kierowca ma dalej na mnie czekać na lotnisku. Jest tak wiele odpowiedzi, które nasuwają mi się w głowie, ale elegancko odpowiadam jedynie: „nie, dziękuję, jestem już w pokoju, poradziłem sobie”. Typ z recepcji dziękuje i się rozłączamy. Przypominam, dzwonił na stacjonarny do pokoju.

3-dniowy pobyt w Hajderabadzie przynosi następujące wnioski:

Jeśli pytasz kogoś z lokalsów o polecenie miejsca do odwiedzenia, zawsze poleci coś najbardziej nowoczesnego. Zamiast starego miasta, dostaniesz raczej sugestię pochodzenia pomiędzy biurowcami i campusami firm technologicznych. Ale żeby być uczciwym i przestawić skalę, w samym kampusie Microsoftu w tym mieście pracuje 10000 ludzi, a w Google prawie 20000. Jeśli nie umiecie sobie wyobrazić tej skali to informuję, że Wąchock ma jakieś 7000 mieszkańców, a i tak jest 10x większy niż Męcikał. W ogóle, liczba pracowników sektora IT w Hyderabadzie szacowana jest obecnie na prawie milion ludzi.

Wracając do miejsc wartych zobaczenia. W najlepszym wypadku dowiesz się też o jakimś wielkim, starym forcie, gdzieś pod miastem – raptem godzinka lub dwie jazdy. Podejmujemy się ryzyka i szukam na mapie czegokolwiek, co może wyglądać jak klasyczny, europejski ryneczek do zwiedzania – w Hyderabadzie według Googla takie miejsce jest i nazywa się: Charminar. To co prawda niezbyt imponujący meczet, ale znajduje się w miejscu, którego zapomnieć się nie da.

Tak zwane „stare miasto” Hyderabadu to odpowiednik Mediny w Marakeszu. Klimat bardzo podobny, z dwiema, bardzo ważnymi różnicami. Po pierwsze: jesteśmy tam jedynymi białymi ludźmi, a i turystów praktycznie nie ma. Po drugie, wspaniałe, zaskakujące, ale i nieco rozczarowujące: nikt nic od nas nie chce, nikt się nami nie interesuje, nikt nas nie oszukał, nikt nie próbował niczego nam wcisnąć. Nikt nawet nie zrobił sobie z nami zdjęcia. Czyli w skrócie: jest jak w Marakeszu, tylko przyjemnie. Może nieco bardziej intensywny zapach szczocha, ale i tak dużo mniejszy niż o poranku w Barcelonie.

Największym wyzwaniem jest próba wydostania się, gdy nasz Uber stanął po przeciwnej stronie ulicy. Pamiętacie grę Frogger? To przejście ulicy w okolicy Charminara to jej ostatni poziom, pokonywany na bosaka po klockach Lego, mając oczywiście ostanie życie i zero kontynuacji. A, no i samochody nie jadą w bok, tylko losowo.

Nawet sama wycieczka taksówką jest doskonałą przygodą. Mijamy sto tysięcy różnych sklepów i prawie każdy jest luksusowy lub ekskluzywny – przynajmniej z nazwy. Można więc kupić sobie luksusową obudowę do telefonu, ekskluzywny kołpak, przeszczep włosów lub suknię ślubną. Tylko jedzenia nie da się kupić, przynajmniej innego niż chrupki. Pytamy kierowcy dlaczego ludzie jadą pod prąd. Ze spokojem odpowiada, że przecież na ich pasie jest korek. Pytamy też o trąbienie i ciągle włączone długie światła. Odpowiada, nieco zdziwiony, że dzięki temu lepiej ich widać i słychać. Czuję się jak głupek.

Nowa część miasta jest niesamowicie nudna. Nie różni się niczym od naszego Mordoru lub dowolnego innego zagłębia biurowego na świecie. Tylko ruch uliczny mógłby przypomnieć gdzie jesteśmy, ale jest skutecznie ukryty po drugiej stronie „biurowców szklanych drzwi”. Cena za metr mieszkania znajdującego się na przeciwko biura, w którym jesteśmy, to okolice 22 tysięcy złotych za metr, więc jak w domu.

Jesteśmy królami życia. Taksówki kosztują tyle, że gdy przychodzi do płacenia, robi mi się smutno – nie umiem sobie wyobrazić, że komukolwiek może się zwrócić samo utrzymanie samochodu, jakikolwiek by on nie był. We wtorek idziemy w 16 osób do klubu (lub restauracji) Babilon. Nazwa odzwierciedla lokalizację bardzo skutecznie: drogie samochody, drodzy ludzie, klimat rodem kasyna z Vegas. Za wypaśną kolację po której przestaję na kilka dni widzieć własne stopy, rachunek wynosi jakieś 400 dolarów.

Generalnie każda wizyta w knajpie to niesamowite doświadczenie. Najpierw bowiem odbywa się zamawianie, które trwa pół godziny: bo ktoś wegetarianin, bo ktoś wegetarianin ale bez cebuli i czosnku, bo ktoś czegoś nie toleruje i tak dalej. Z kelnerami nawet lokalsi rozmawiają po angielsku – ten kraj jest tak duży, że ciężko znaleźć wspólny język z mieszkańcami innych stanów. Potem kelner przynosi 73 różne dania i każdemu z osobna nakłada. I gdy już jest się absolutnie pełnym, przychodzą faktyczne posiłki, a wszystko zjedzone do tej pory okazuje się przystawkami. Za każdym razem kelner oczywiście nakłada z miseczki zamiast podać zamówione danie na talerzu. Czy nakłada to, co się zamówiło – nie mam pojęcia. Wydaje mi się za to, że dzięki temu przerwa lunchowa w pracy potrafi trwać dłużej niż efektywny czas mojej pracy biurowej.

Rano wychodzę na rower. W Hyderabadzie powstała ścieżka rowerowa, więc szkoda byłoby takiego ewenementu nie zobaczyć. Co ciekawe, Hindusi przed 8 rano nie istnieją. Gdy wyruszam o świcie, miasto przypomina apokalipsę zombie. Przed 9 ktoś robi „pstryk” i wszyscy, zgodnie wychodzą trąbić na ulicach. Większość z moich znajomych do biura dojeżdża godzinę. Ścieżka jest doskonała, idzie środkiem drogi, która wygląda jak autostrada. Aby się na nią dostać, należy przeciąć więc kilka pasów, a czasem i przebić się przez środek wjazdowego ślimaka. Co około kilometr stoją słupki ograniczające wjazd. Jako Polak, słupki rozumiem. Szkoda tylko, że odległość między nimi wynosi co do milimetra tyle ile rozstaw moich pedałów – nie da się przejechać. Ścieżka ma ponad 30km i puszczona jest tak, że widzi się głównie nowe apartamentowce rozdzielone niezagospodarowanym jeszcze polem. Wystarczy jedna odbić nieco w bok i pojawia się zupełnie inny świat – taki bardziej klasyczny, z krowami na ulicach, straganami i kobietami zamiatającymi podwórko zmioteczką. A może raczej przesuwającymi śmieci na podwórko obok. Miasto wygląda tak, jakby za 10 lat planowało powiększyć się dwukrotnie – nie w powierzchni, a w liczbie mieszkańców. Przez dwie godziny jazdy widzę kilku kolarzy i kilkunastu biegaczy.

Gdzieś podczas naszego pobytu pojawia się propozycja, abym do Hyderabadu przeprowadził się na rok w ramach wymiany więźniów… znaczy się pracowników. Traktuję to jak „grę w tchórza” i o mało nie przegrywam, bo propozycja okazuje się być poważna. Zaczynam patrzeć na okolicę poważniej i okazuje się, że jest to pewnie jedno z ostatnich miejsc świata, w których chciałbym mieszkać. Nie ma drzew, nie ma parków, samo miasto leży pośrodku wielkiego niczego.

Jeden z naszych kolegów ma ciekawe hobby: cock fights. Jak pewnie zauważyliście, mam pewne problemy z konkurowaniem w różnych dziedzinach życia – lubię być dobry. Długo przygotowuję się więc do konfrontacji z nim. Okazuje się jednak, że następuje fatalne nieporozumienie i chodziło faktycznie o walki kogutów. Tyle przygotowań jak krew w piach…

Największym odkryciem jest Masala Tea. Myślę, że mógłby to być jeden z głównych powodów przeprowadzki. Nie piłem tak dobrej herbaty od czasu African Tea w Rwandzie. Co ciekawe, ziomki zamawiają tę herbatę z kawiarni i dowozi ją kurier w kartonie.

Wieczory spędzam zawsze tak samo. Każdy jeden wieczór przez te dwa tygodnie to poszukiwanie odpowiedniego włącznika do światła. Moje rekordowe pokoje mają ponad 20 przełączników, standardem jest kilkanaście. Sto tysięcy punktów świetlnych, każdy sterowany z kilku miejsc, do tego przełącznik dla klimy, wiatraka, każdego kontaktu z osobna itp. Chodzę i pstrykam na pałę aż będzie ciemno.

Jeśli mam być szczery – nie wiem po co ktokolwiek miałby do Hyderabadu jechać w innym celu niż zawodowym.

Trzeciego dnia wieczorem lecimy do Pune, leżącego 500km na zachód. Pune jest nieco mniejsze, aglomeracja ma raptem z 8 milionów ludzi. Gdyby połączyć aglomerację Pune oraz Hyderabadu, dostalibyśmy całą ludność Chile albo Kazachstanu.

W Pune cel mam jeden i jest on zależny od tego, kim jesteś czytając ten tekst. Jeśli pracujemy razem, jadę tam odwiedzić biuro Infosysu. Jeśli łączy nas tylko przygoda, jadę tam odwiedzić papieża, a nawet dwóch. Różne są głupie hobby na świecie, ale zbieranie zdjęć roweru z rzeźbą papieża w dziwnych miejscach świata, jest pewnie w ich czołówce. Aby to zrobić muszę wyruszyć o 6 rano – przez całkowicie puste miasto. Jak się potem okazuje, 20km rowerem zajmuje mniej czasu niż 20km taksówką. Za to wracanie taksówką z rowerem w bagażniku ma taki plus, że mogę całą drogę być w kasku. Co do tempa, przypominam, że jadę składakiem i robię po drodze masę zdjęć. Na przykład największego murala, jaki w życiu widziałem. W Pune odbywa się „Bajaj Pune Grand Tour” – pierwszy w Indiach międzynarodowy wyścig kolarski. Z tej okazji, wzdłuż głównej drogi idzie nieskończenie długa kompozycja obrazów związanych z rowerem. Jest nawet pan Kwiatkowski wraz z podpisem. Niestety widzę go jedynie z taksówki w drodze powrotnej. Podczas jazdy spotykam rowerzystę, który za punkt honoru stawia sobie pokazanie mi swojego miejsca pracy. Albo mnie w tym miejscu pracy, do dzisiaj nie wiem. Odwiedzam więc „National Centre for Radio Astrophysics”. Dla mnie to po prostu wiele talerzy satelitarnych – nie rozumiem nic z tego, co do mnie tam mówią, ale chyba coś o wysyłaniu ludzi w kosmos.

Jeśli chodzi o rozmawianie z Hindusami, tematy podobno są trzy: krykiet, polityka i filmy. W krykiet jestem słaby. W politykę jeszcze gorszy: na pytanie o co chodzi z tym całym Pakistanem dowiaduję się jedynie z uśmiechem, że „we bomb them”. Jeśli chodzi o filmy, obejrzałem Kantarę, zgodnie z poleceniem Piotra z Podcastu Rowerowego, więc jestem gotowy. Obejrzenie jej zajęło mi z osiem godzin, nie kłamię – jak Piotr mnie kiedyś w przyszłości zaprosi, będę się jąkał tak długo, aby 8 godzin musiał to potem ciąć przed publikacją. Do dzisiaj nie wiem, czy była to komedia czy parodia. Według lokalsów warto też zobaczyć Dhurandhar.

Chłopaki z Pune mówią, że generalnie Indie są bardzo bezpieczne, choć w Mumbaju trzeba zwrócić uwagę na kieszenie w turystycznych miejscach. Wspominają za to, że gdy oni odwiedzają Zurych albo Genewę to zawsze ktoś traci na lotnisku zegarek albo telefon. Ludzie podobno przychodzą się z nimi przywitać i znikają z potajemnie ściągniętym zegarkiem. Do teraz nie wiem, czy żartowali.

Wieczorem trafiamy, zupełnie przypadkiem na: Chhatrapati Shivaji Maharaj Jayanti. Jako ignorant, nie wiem oczywiście, o co chodzi, poza tym, że świętowane jest narodzenie kogoś ważnego. Są więc fajerwerki, posągi i wspólne okrzyki tysięcy ludzi: „Jai Bhavani! Jai Shivaji!”. Najgorsze niestety, że muzyka bardzo wpada w ucho i sam do końca dnia krzyczę to w głowie. Wydaje się, że jest to też walka kolejnych dzielnic miasto o to, kto celebruje bardziej. Wieczorem wysyłam zdjęcia Sylwii. Sylwia pyta dlaczego na zdjęciach nie ma kobiet. No faktycznie, nie ma.

Z Pune do Mumbaju jedziemy taksówką z zahaczeniem o jakiś ciekawe miejsce po drodze – pada na Tiger Point. Tiger Point jest może i super, ale nie, gdy widoczność jest na 200 metrów, a wszystko dookoła sypie się z suchości. Jest też tak niewyobrażalnie ciepło, że zaczynam wątpić w swój pomysł jeżdżenia rowerem. Dla powiewu ochłody stajemy na truskawkowej farmie, na której jemy lody. Nie straszne nam już nic. Resztę dnia spędzamy w Mumbajskim korku. To jeden z tych korków, w których ludzie nagle wychodzą samochodu i rozpoczynają nowe życie. Albo są pierwowzorem filmu „Upadek”. Dużo frajdy daje mi za to obserwowanie znaków z informacjami przy drodze: „chance takers are accident makers”, „donate blood but not to the road”, „impatient on road, patient in hospital” i tak dalej. Mój ulubiony zostawiłem na koniec: „noise pollution – honk if you hate”.

Nocujemy w Novotel Mumbai Juhu Beach. Podobnie jak w przypadku każdego innego hotelu w dużym mieście, aby do niego wejść, należy przedostać się przez ochroniarskie zasieki. Panowie sprawdzają skomplikowanym systemem luster (tzn. lusterkiem na patyku), czy nic nie zostało doczepione do podwozia. Skanują też bagaż w wielkim skanerze. Chyba, że bagaż, jak na przykład moja torba z rowerem, jest zbyt duży i do skanera nie wchodzi – wtedy nie skanują. Moja duża torba ominęła prawie wszystkie skanery w tym kraju. W pierwsze dni to rozumiem – jestem turystą. Pod koniec pobytu, jestem jednak koloru klasycznego hindusa i macham też głową na boki, więc wyglądam jak swój. Oznacza to, że nie mój wygląd, a faktycznie rozmiar bagażu sprawia, że mogę omijać security.

Juhu Beach to jedna z najdroższych dzielnic miasta, zaraz za ultra-elitarnym południem miasta. Wieczorem idziemy na plażę. Tzn próbujemy wyjść, bo ochroniarz nie wypuszcza nas hotelowym wyjściem. Nie ma nas na liście gości, więc nie możemy wyjść z hotelu na plażę. Nie ma w tym nic dziwnego, zameldowaliśmy się 10 minut wcześniej, a on ma wydrukowaną kartkę z osobami, które się checkinowały. Musimy więc wyjść z hotelu głównym wyjściem i wejść na tę samą plażę wejściem oddalonym o 10 metrów, a następnie spojrzeć ochroniarzowi z wyrzutem w oczy. On patrzy normalnie – swoje zadanie wykonał. Plaża wygląda jak skrzyżowanie Diuny i Mad Maxa.

Tu też kończy się moja przygoda z pracą i rano wyruszam na własną, tygodniową przygodę. Plan jest prosty: jadę na południe i zobaczę co się wydarzy. Zakładam, że na wybrzeżu będzie płasko i przyjaźnie dla turystów. No coż, wyszło jak zwykle.

Generalnie ludzie są bardzo pomocni w planowaniu trasy. Za każdym razem, gdy wspominam o próbie dojechania do Goa, wyciągają telefon, wrzucają pytanie w ChatGPT i udzielają mi kompleksowej odpowiedzi, jak najlepiej podejść do tematu. Odpowiedź oczywiście jest taka sama, co jakbym wyznaczył sobie trasę samochodem w Google Maps, bo chyba Czat nie bardzo ma na czym bazować w tym temacie. Teraz będzie miał dzięki mnie łatwiej. Będzie proponował Wam zawsze moją trasę, kradnąc ją z tego bloga. Przepraszam.

Jeśli chcecie wjechać rowerem na ulice Mombaju, możliwości macie dwie: niedziela lub wczesny poranek. Ja wyruszam zaraz po hotelowym śniadaniu, jakoś po 7 rano – jest całkiem komfortowo. Recepcja hotelowa nie zgadza się jednak na przetrzymanie mojej pustej walizki przez tydzień. To znaczy zgadza się, ale tylko jeśli zrobię sobie kolejną rezerwację. Nie podoba mi się to jakoś szczególnie, bo hotel jest wyjątkowo drogi – koło 700zł za noc. Postanawiam więc dokonać oszustwa i robię rezerwację przez booking, którą kilka dni później bezpłatnie odwołam licząc na to, że nie spowoduje to wyrzucenia mojego bagażu. Przecież nikt nie będzie sprawdzał wydając mi rzeczy, czy dalej mam rezerwację. A nawet jak nie mam, to co? Nie oddadzą? Zresztą sami są sobie winni, chciałem zrobić rezerwację na miejscu, ale pani od robienia rezerwacji pracuje od 9 rano. Wcześniej na recepcji są osoby, które rezerwacji robić nie mogą. Wspominałem już, że każdy ma tu swoją jedną, ważną funkcję?

Kolejne 25km kieruję się przez miasto na południe. Jedzie się znośnie. Ruszanie ze świateł to jak start 6. sektora w Mazovii w 2015 roku. Wszyscy, na raz, każdy musi być pierwszy. Miasto jest fascynujące, ma coś wspólnego z oglądaniem wyciskania pryszcza na youtubie. Niby bardzo źle, ale chce się patrzeć.

Im dłużej jadę na południe, tym miasto staje się bardziej „cywilizowane” i porządne. Docieram tak do pewnie najważniejszych punktów: słynnego dworca kolejowego Chhatrapati Shivaji, Oval Maidan – czyli wielkiego placu do krykieta i wyrastającego obok niego Rajabai Clock Tower, czyli tutejszego Big Bena oraz Gateway Of India Mumbai i znajdującego się obok niej hotelu Taj Mahal Palace. Hotel oraz brama Indii to dwa najczęściej fotografowane obiekty w Mumbaju. Hotel zbudował go człowiek z firmy Tata, po tym jak nie wpuszczono go do europejskich hoteli. Ja nazywam ten styl „ja-wam-pokażyzmem” i jestem prawie pewny, że to właśnie dzięki niemu powstały najbardziej imponujące obiekty na świecie. Brama powstała by witać Brytyjczyków, ale jednocześnie była też ostatnim miejscem, przez które przechodzili opuszczając Indie. Ładnie więc wpisuje się w start mojej wycieczki.

Z placu przy Gateway Of India odpływają dwa promy. Jeden na turystyczną wyspę Elephanta, drugi na południe – do miejscowości Mandwa. Widzę dwie kolejki – ustawiam się w tej, w której twarze są bardziej hinduskie, a mniej turystyczne. Liczę na to, że to po prostu lokalsi płynące na plaże leżące poza miastem. Co chwilę ktoś do mnie podchodzi, żeby zagadać. Klasyk „skąd jestem, gdzie jadę, co robię, czy możemy sobie zrobić zdjęcie, czy mam Instagrama itp”. Podejrzewam, że gdybym spędził tam jeden dzień i podawał wszystkim swoje Instagramowe konto, wyłapałbym bana za milion nowych followersów z Indii w dobę.

Tu warto zaznaczyć, że kolejki w Indiach mają wiele wspólnego z filmem „Ludzka Stonoga”. Stoi się tak blisko siebie, że bliżej się nie da. Gdybym zaszedł przypadkiem w ciążę, co przez ścisk jest niewykluczone, nie wiedziałbym nawet z kim. Gdy zostawi się puste miejsce, ktoś w nie prawdopodobnie po prostu wejdzie. Podchodzą do mnie jakieś ziomki i mówią, że stanie jest bez sensu i żebym poszedł za nimi. Faktycznie omijamy całą kolejkę, schodzimy do wejścia na pokład i… 10 sekund później zawracamy. Jeden z kolesi mówi „sorry, my friend is an idiot„. Okazuje się, że nie można po prostu przejść obok kolejki i wejść jako pierwsi, szok. Ustawiamy się kilkanaście metrów dalej niż staliśmy. Szczęśliwie, załapujemy się na prom i tak.

Na promie poznaję masę nowych ludzi. Nieco przeraża mnie fakt, że wszyscy siedzą w kapokach, ale z dwojga złego może lepiej tak. Ktoś zaprasza mnie na górny pokład, a gdy na niego wchodzę słyszę okrzyk: „Guuuyyysss! Maciej is in da house!”. Następuje festiwal zdjęć, opowieści, wymian Instagramami, Whatsappami itp. To jakaś zakładowa, weekendowa wycieczka na plażę. Ludzie wiozą ze sobą przenośne grille i żarcie. Gdy nie może być już bardziej wesoło, ktoś pyta mnie gdzie pracuje. Za każdym razem, gdy odpowiadam, że w firmie, która produkuje Durexa, efekt jest ten sam – niekończący się wybuch śmiechu.

Muszę przyznać, że Hindusi są chyba jednym z najbardziej „ziomalskich” narodów jakie w życiu widziałem. Coś łączącego luz, dobry humor, zrelaksowanie i pozytywne nastawienie. Dokładne przeciwieństwo klasycznego Warszawiaka, którego mijam jeżdżąc rowerem do pracy. Jedno jest pewne, na większości promów, a pływam nimi co około 50 kilometrów, jestem jedynym człowiekiem z butami i skarpetkami.

130 kilometrów, które przejeżdżam tego dnia mogłoby stanowić materiał na cały wpis. Mijam wszystko, widzę wszystko, mam wrażenie, że nabawiam się raka wszystkiego: płuc, przełyku, mózgu i skóry. Być może fakt, że nie wziąłem kremu do opalania nie był zbyt mądrą decyzją. Dopiero trzeciego dnia stanę w aptece, aby go kupić. Zapłacę 12zł i mam pewne podejrzenie, że stanę się jedynym człowiekiem, który w tym roku taki wynalazek, w tym miejscu zakupił.

Jadę drogami małymi i dużymi. Z ruchem niewyobrażalnie dużym i zerowym. Mijają mnie tuktuki, kolorowe ciężarówki, samochody i skutery. Czasem są pagórki, czasem wybrzeże. Czasem dobry asfalt, czasem zły, a czasem żaden. W kilku miejscowościach nieco się gubię, ponieważ jadę bez nawigacji – tak po prostu, na azymut, na południe, wzdłuż wybrzeża. Śmieci czasem jest bardzo dużo, czasem umiarkowanie, ale zawsze jest to praktycznie sam plastik. Mijam dziewczynkę ćwiczącą chodzenie po linie, chłopaków grających w krykieta, grupkę na rowerach, ludzi noszących wielkie bagaże na głowie, krowy chodzące po drogach, setki psów – większość z nich śpi na środku drogi, lecz nie wyglądają na szczególnie głodne ani zaniedbane. Szczekał na mnie jeden. Mam wrażenie, że przejęły od hindusów podejście do życia. Bodźców i wrażeń jest tak wiele, że nie da się tego opisać. To w końcu z 10 godzin na rowerze, w zupełnie innym świecie. Innym, choć jednak tym samym.

Dzień kończę przy serii położonych obok siebie plaż. Mam wrażenie, że jest tam całe Pune – w końcu weekend. Samo Pune leży 170km na wschód, czyli jakieś 4 godziny jazdy samochodem, więc jestem w prawdopodobnie najlepszym miejscu na weekendowy, plażowy wypad. Mam wrażenie, że zachód słońca ogląda około 2 milionów ludzi. Nie wpadam na to, że może generować to problem ze znalezieniem noclegu. Faktycznie, pierwsze dwa resorty wypełnione są po brzegi i dopiero w trzecim, oddalonym już o kilka minut od morza, znajduję wolny miejsce. Okolica zmienia się też w bardziej muzułmańską. Przypominają mi o tym umieszczone w każdym miejscu plakietki „zakaz alkoholu”… no i meczety.

Nocuję w Mezbaan Paradise Resort. Na recepcji pytam o cenę – wynosi 160zł za noc. Biorę wersję ze śniadaniem, więc cena zmienia się na 120zł. Nie wiem, nie rozumiem, nie pytam. Nocleg jak najbardziej do polecenia. Czysto, porządnie, ciepła woda, papier toaletowy – co w kontekście dalszej wycieczki nie jest oczywiste, więc oczywiście go kradnę. Najważniejsze, że jest sufitowy wiatrak. Sufitowe wiatraki są tak mocne, że po rozkręceniu na maxa, wszystko zaczyna latać po pokoju. Dla mnie to dobrze – co wieczór piorę gacie i po godzinie są suche. Stosuję dodatkowo stary, indiański sposób – zawijam mokry ciuch w suchy ręcznik i chwilę po nim chodzę. Polecam – woda przenosi się z ciuchów na ręczniki.

Wieczorem zamawiam jeszcze w okolicznej restauracji 2 kolacje, co wprawia obsługę w pewną konsternację. W ogóle dogadanie się jest dość skomplikowane, mimo że wszyscy mówimy po angielsku. Kelner zadaje sto tysięcy pytań, a potem odpowiedzi przekazuje stojącemu 2 metry dalej kucharzowi. Zamawiam zupę, ale nie mogę jej dostać, bo nie ma herbaty. Pyta czy obiad ma być ostry, mówię że absolutnie nie, więc słyszę jak przekazuje kucharzowi, że średnio ostre. Dostaję i tak ostre, ale jak się okazuje, po wizycie w Hyderabadzie, nic już nigdy nie jest bardzo ostre. Potem 10 minut próbuje ze mną ustalić, czy chcę wodę zimną, czy ciepłą. Po kolejnych 10 minutach od zamówienia przychodzi mi powiedzieć, że jeszcze nie dostałem jedzenia. Robię minę „dzięki mordo”, ale chyba jej nie rozumie. Pyta skąd jestem, mówię że z Polski, pytam czy wie, gdzie to. Odpowiada z uśmiechem, że on nie jest z Polski tylko z Indii. Pytam jeszcze o hasło do wifi, ale mówi, że nie zna i znika za horyzontem. Za dwa duże Biryani (czyli ryż z kurczakiem) i 2 litry Coli płacę 25zł. Nie jest łatwo zasnąć z krzyczącym w tle muezzinem po wypiciu 2 litrów Coli. Przed zaśnięciem walczę jeszcze z wyłącznikami światła.

Z perspektywy całego wyjazdu, był to jeden z najciekawszych dni. Niekoniecznie widokowo, ale pod względem różnorodności i ludzi. Choć może to przez to, że pierwszy i wszystko jeszcze było nowe. W kolejnych dniach zacznę zauważać powtarzające się schematy, które po tygodniu staną się już nudne.

Poranek spędzam na szukaniu czapeczki pod kask. Wiatrak zdmuchnął ją w jakiś odległy kąt pokoju. Potem jeszcze śniadanie, rozmowa z nowym kelnerem o tym, czy w Polsce jest wieczna zmarzlina, a misie polarne atakują ludzi i można ruszać. Jestem już tak opalony, że jakiś człowiek na skuterze mnie zatrzymuje i pyta o drogę do jakiegoś miasta. Najbardziej denerwują, podobnie jak w wielu afrykańskich krajach, takie wysokie, leżące policjanty. Spowalniają one ruch praktycznie do zera, a mojemu 16-calowemu kołu sięgają gdzieś do 1/3 wysokości. Ktoś mnie pyta skąd jestem, mówię że z Polski. On na to, że był w Izraelu więc wie. Takie mamy tu rozmowy i interakcje. Po każdej potrzebuję jakieś 15 minut, aby przemyśleć, co właśnie się wydarzyło.

Drugi dzień jest bardzo trudny. Naprawdę, cieszę się, że jadę sam. Przez drobne błędy nawigacyjne kilka razy odbijam z wybrzeża na boczne drogi, które kierują mnie na okoliczne pagórki. Sprawia to, że na 140 kilometrach nabijam prawie 1700 metrów wzniosu, co jest pewnym dyskomfortem na składaku, ale nie to jest głównym problemem. Problemem jest niewyobrażalny upał – ten, w którym oczy zalewa pot oraz nachylenie wzniesień. Wielokrotnie muszę więc butować, co przy braku cienia, braku wiatru, braku sklepów, braku asfaltu i braku nadziei jest dość beznadziejne. Szukam pozytywów. Jak umrę i moje ciało znajdą za miesiąc, to będzie już strupieszone, więc w ubezpieczalni dalej mnie zidentyfikują i ubezpieczenie zostanie wypłacone. Potem jest nawet gorzej, wiatr się pojawia i wieje w plecy. Normalnie byłby to plus, ale w tym przypadku generuje to sytuację, w której nie odczuwam żadnego ruchu powietrza.

Wielokrotnie czuję się bardzo oszukany. Moja jazda pod górę jest bowiem dramatycznie wolna, ale i zjazdy idą mi wolno. Na bocznych drogach, w szczególności na zakrętach, sporo jest żwiru, na którym Brompton sobie nie do końca radzi. Albo to ja sobie nie do końca radzę z moją techniką, nie jestem pewny. Pewny jestem za to, że przestrzelenie tu zakrętu byłoby pewnie ostatnim przestrzeleniem w życiu. Mam wrażenie, iż połączenie upału i braku sklepów sprawia, że nawet z oderwanej kończyny nie sączyłaby się krew. Czuję się trochę jak solony czips Lay’s. A oszukany czuję się, bo gdy mam wrażenie, że wjechałem już bardzo wysoko i rozpoczynam zjazd, przede mną pojawia się morze. Co nie ma żadnego sensu, bo jakim cudem morze jest na górce. Profil wysokości mówi, że tego dnia zaledwie parę razy przekroczyłem 200 metrów nad poziomem morza. 250 metrów przekroczyłem dwa razy i były to jedyne dwa razy podczas całej wycieczki.

Jest za to bardzo ładnie, momentami można by rzec, że jadę prawie przez fiordy. Momentami jest też bardzo brzydko, ale to nawet lepiej – jakieś urozmaicenie. Jak coś jest brzydkie, to skutecznie podkreśla ładność ładnego, a czasem nawet i przeciętnego. Dlatego zawsze warto mieć obok siebie brzydszego kolegę. Znowu mijam abstrakcyjnie dużą liczbę rzeczy, których nie dam rady tu opisać. Od kobiety z rybą w misce na głowie, po przydrożną orkiestrę.

Nie będę ukrywał, wieczorem do hotelu docieram ledwo żywy. Podczas całego wyjazdu jem w zasadzie tylko śniadania, kolacje, a w ciągu dnia mieszankę wody ze Spritem lub Colą (lub jej lokalnym odpowiednikiem o pięknej nazwie Thumbs Up!), czasem orzeszki w miodzie. Nie chcę ryzykować po prostu defektu żołądkowego… a może po prostu nic mnie po drodze nie zachęca. Zestaw 1,5 litra wody i 0,6 litra Coli to około 2,5zł. Raz, ktoś w sklepiku chciał podejrzanie dużo, pewnie dlatego, że przy promie, ale udało mi się skuteczni stargować cenę do tej standardowej. Pewnie nie wiedział, że jestem już zakupowym profesjonalistą i taki zestaw kupiłem już ze 20 razy. Dopiero chwilę później uświadamiam sobie, że cena była zawyżona o 40 groszy, a ja utargowałem 20gr. Wielki sukces białego człowieka. Gdybym miał wehikuł czasu i cofnąłbym się o 11 lat, aby te 20 groszy zainwestować w Bitcoina, dziś mógłbym za to kupić w McDonaldzie zestaw z Big Makiem.

Nocuję w Nisarg Resort w miejscowości Guhagar. Przekonali mnie zdjęciem basenu z muralem przedstawiającym delfina w tle. To również miejscowość leżąca przy dużej plaży, ale wydaje się zdecydowanie mniej turystyczna. Mam wrażenie, że w całym resorcie jestem tylko ja. No i oczywiście tysiąc osób z obsługi – każdy odpowiedzialny za coś innego. Za nocleg płacę 160zł. Dużo ale też moje poszukiwania przebiegają odwrotnie niż zwykle. Sortuję okoliczne możliwości po cenie i wybieram te najdroższe. Kryteria są dwa: czystość oraz klima, która nie jest skierowana bezpośrednio na łóżko. Czasem proszę z tego powodu o zmianę pokoju. Wyłączona klima to ugotowanie się w nocy. Włączona klima skierowana na łóżko to pewne problemy z gardłem.

Rezerwacja idzie mi bardzo dobrze. Po drugiej stronie lady stoją tylko trzy osoby, wszystkie zdziwione moją obecnością i wszystkie wspominające o wystawieniu oceny na Google w co 3 zdaniu. Pytam o pokój ze śniadanem. Mówią, że nie ma ze śniadaniem, ale mogę wziąć pokój i śniadanie. Problem taki, że śniadanie podawane jest jakoś późno. Mówię więc, że chcę sam pokój. Konsternacja, wymieniamy się spojrzeniami. Ja patrzę na nich, oni na mnie. Nikt nie wie co teraz…

Mijają ze trzy godziny, przynajmniej w mojej głowie, bo pewnie dla otaczającego nas świata mija z 10 sekund. Gość prosi o paszport, robi sobie ksero, aby w przyszłości wziąć na mnie kredyt, prosi o podpis na kserze, żeby móc go potem skopiować, gdy będzie kupował dom na mój rachunek i rozpoczyna przepisywanie danych z paszportu do jednej z wielu, bardzo ważnych hinduskich ksiąg dokumentujących rzeczywistość. Od dzisiaj moje imię to P. P jak „pan” stojące w paszporcie przed imieniem”. Potem 5 minut szuka wizy w paszporcie, kolejne 5 szuka mojego adresu, którego przecież w paszportach nie mamy. Na koniec musi w księdze uzupełnić jeszcze numer rejestracyjny mojego pojazdu, którym jest rower. Na potrzebę chwili uzgadniamy, że przyjechałem autobusem. Daje mi klucz do pokoju – numer 203. Zostaje już tylko dogadać kolację. Mówię, że chcę dwie porcje kurczaka z ryżem, żeby było łatwo. Jeden na teraz, jeden zjem na śniadanie. Cały hinduski system łamie się, gdy próbuję zjeść kolację na śniadanie: bo przecież będzie zimne, bo przecież to kolacja, bo cośtam cośtam. W końcu ustalamy, że w takim razie zjem dwie kolacje, ale że puste talerze oddam dopiero rano. Za kłamstwo pójdę do piekła. Jesteśmy dogadani – kolację dostanę za… 2,5 godziny. Pyta jeszcze w którym pokoju rezyduję – patrzę na niego jak na debila i pokazuję klucz, który dał mi moment wcześniej. On też patrzy na mnie jak na debila, jest remis.

Aby nie umrzeć z głodu zjeżdżam do miasta, do sklepu. To jeden z dwóch supermarketów, które odwiedzę podczas całego wyjazdu. Choć supermarket to słowo nieco na wyrost, chodzi po prostu o sklep, do którego się wchodzi. Zostawiam, jak wszyscy, buty przed sklepem i jako prawdopodobnie jedyny człowiek w historii sklepu, wchodzę w skarpetkach do środka. Biorę 2 paczki czipsów, 2 paczki ciastek orzechowych, 3 desery z lodówki, 2 jogurty i czekoladę. Być może nie jest to najlepszy pomysł, bo gdy stoję przed lodówką kończy się prąd. Zaczynam zastanawiać się ile czasu jogurty spędzają w lodówce włączonej, a ile wyłączonej. Gdy patrzę na czekoladę, która również znajduje się tu w lodówkach, widzę że roztopiona była pewnie 73 razy. Płacę 997 rupii, pani będzie mi winna 3, bo daję tysiąc w banknocie. Widocznie bycie winnym grosika dotarło nawet tutaj. Choć co ciekawe, spotkałem sklepy, w których zamiast grosika w pamięci dostaje się cukierka w ręce lub jeśli grosików jest kilka, kilka cukierków – piękna sprawa.

Wieczorem odkrywam 3 bardzo ważne rzeczy. Po pierwsze, desery które kupiłem składają się głównie z cukru. Są praktycznie niejadalne – sprawdzam skład: cuker 38%. Po drugie, łyżkowidelca nie należy wozić w tej samej przegródce, co otwartego kremu do tyłka. Po trzecie, jak na dworze jest 35°C i jedzie się cały dzień rowerem, należy pić bardzo dużo i użyć elektrolitów, które wiezie się w plecaku. To nowe podejście dla mnie, bo zazwyczaj elektrolity wiozę ze sobą całą wycieczkę i wracają ze mną do domu. Tak jak i awaryjne batoniki. W nocy bowiem walczę z największymi skurczami swojego życia. Są tak mocne, że zaczynam zastanawiać się, czy coś może w nodze pęknąć. Nie pękło. No i oczywiście na dobranoc walczę z nieskończoną liczbą wyłączników światła, aby zrobić ciemność. Bardzo trudny był to dzień, a to dopiero drugi z siedmiu.

Drugiego dnia było wszystko, ale trzeciego było jeszcze bardziej wszystko. Po raz pierwszy bowiem wjeżdżam w tereny wyglądające jak porządna dżungla. Schemat jest cały czas ten sam: trochę na wybrzeżu – wtedy zielono i nieco cienia, trochę na górce, wtedy suche pustkowie, a pomiędzy tymi fragmentami most nad rzeką wpadającą do morza i leżące przy nim miejscowości. To odcinek, na którym spotykam 2 grupy rowerowe jadących z bagażem, ani wcześniej, ani później, takiego ewenementu nie widziałem. Jest brytyjskie małżeństwo, które spędza emeryturę podróżując z sakwami, ale jest i grupa hindusów w identycznych koszulkach, którzy jadą kilkudniową trasę na skrzypiących rowerach. Gdzieś po drodze pojawiają się nawet małpy – na szczęście nieszczególnie mną zainteresowane.

Momentami trasa przypomina Pacific Coast Highway – najbardziej epicką z epickich dróg świata. To znaczy według Amerykanów, nie według mnie. Gdybym był znanym blogerem, a Indie płaciłyby mi za promowanie kraju, zrobiłbym tam doskonały materiał. Gdybym był znanym blogerem, a Indie by mi nie płaciły, też bym zrobił, tylko bardziej o kontraście śmieci i pięknej przyrody. Jadę idealnym asfaltem, wijącym się lekko na boki delikatnymi zakrętami, ale i wijącym się w górę i w dół, dzięki czemu widoki na morze są więcej niż zacne. O śmieciach, zapachu i ogólnym stanie dróg napiszę, jak przemyślę, którym blogerem jestem.

Zamiatanie przed własnym domem jest tu chyba poważnym hobby. Gorzej, że jest to podejście – tu zamiotę, ale swoje śmieci wyrzucę 30 metrów dalej. Lokalne grupy sprzątające, nieliczne ale istniejące, grabią śmieci w rowach na kupkę, a następnie je podpalają. Sposób niewątpliwie tani i skuteczny. Gdy widzę te piękne tereny, a jednocześnie poziom zawalenia wszystkiego śmieciami przypomina mi się tekst piosenki Kazika: „Coście skurw*syny uczynili z tą krainą?”. Jak można tak zaniedbać coś tak ładnego. Choć pojawiają się również od czasu do czasu strefy bez plastiku i plakaty informujące o negatywnym wpływie zanieczyszczeń. Może to kwestia czasu. Nie wynika to chyba jednak tylko z biedy, ale również z mentalności, która gościła również u nas jakiś czas temu. Nawet moi znajomi ze szczelnego świata IT potrafią w aucie otworzyć okno w samochodzie i wywalić puste opakowanie na zewnątrz. Znacznie częstszym widokiem jest jednak otwieranie drzwi i strzelenie olbrzymią flegmą na asfalt. Za śmiecenie w strefie bez plastiku można dostać poważną karę 20zł.

Przez większość czasu nasuwa mi się tylko jedna myśl patrząc na piękne wybrzeże i krowę utopioną w plastiku:

jeszcze sobie nasraj na środku!

W okolicach 130. kilometrach, po blisko 8 godzinach ciągłego pedałowania zaczynam poszukiwania noclegu. Tym razem nie jest łatwo. Są co prawda jakieś możliwości, ale albo niezbyt po drodze albo trzeba zjechać z asfaltu w jakieś odległe od wszystkiego miejsca. Niby nie jest to problemem, ale przy 16 calowych kołach, staram się być rozsądny. Najbliższe duże miasto, w którym będą sklepy i hotele mam 40km dalej. Do zmroku pozostają niecałe 2 godziny i gdzieś tam w głowie powstaje kalkulacja, że może się to udać, ale resztki sprawnego umysłu słusznie podpowiadają, że to bardzo głupi pomysł. Sprawdzam, czy w okolicy działa Uber, może udałoby się nieco oszukać. Nie ma niestety internetu, ale nawet jakby był – nic by to nie dało. Uber jest tylko w największych miastach. Staję na przystanku i pytam, czy stojący tam kierowcy tuk-tuka mogą mnie podwieźć. Zgodnie odpowiadają, że to zbyt daleka wyprawa dla tuk-tuka. Zawsze mnie to zastanawia. Dlaczego miałaby to być za duża wyprawa – przecież benzynę da się kupić nawet w sklepiku, z plastikowej butelki. Mówią, że mogę poczekać na autobus, ale że jest tu też zbunkrowany nocleg. Co prawda nie hotel, ale u kogoś w domu. Nie podoba mi się ten pomysł, ale kiedy jak nie teraz.

Odbijam do miejscowości leżącej pod dużym mostem, wprost do Delight Homestay – Jaitapur. Dom jak dom, na werandzie siedzą ludzie. Pytam o pokój, ktoś kogoś woła, tamten ktoś woła kogoś innego i okazuje się, że za 15 minut może być gotowy. Może niezbyt duży i niezbyt luksusowy, ale też i nieco lepszy niż pokoje, z których CIA odbija porwanych, amerykańskich szpiegów. Poza tym witają mnie dwa pieski, ze wzrokiem dającym jasne instrukcje: „zostań, zamów mięsko i nie dojedz go”. Jakieś dziecko przynosi mi też sok, który wygląda jak arbuzowy, ale smakuje jak wieczorne rozwolnienie.

Mój pokój łóżkiem podzielony.
Podzielone łóżkiem schody.
Po lewej stronie łazienka
Po prawej… 14 włączników.

Pokój składa się z łóżka i wiatraka na suficie, a obok jest łazienka z wiaderkiem do podmywania i prysznicem w stylu czeskim – czyli takim, w którym możesz jednocześnie robić kupę i myć się. Kable elektryczne są profesjonalnie owinięte taśmą klejącą, dzięki czemu nie skończę żywota jak ten turysta, który dokonał tam żywota przede mną. Udaje mi się nawet zdobyć wielką kolację i wielkie śniadanie. Zamówienie podwójnej kolacji oznacza, że dostałem dwie porcje ryżu i jedną porcję mięsa, ale to na moje potrzeby wystarcza. Zjedzenie całości nawet mnie przerasta, ponieważ zaserwowano mi ją na tarasie przy rzece i co pół minuty gryzie mnie komar. Muszę więc odnaleźć idealny balans pomiędzy byciem pogryzionym, a byciem najedzonym. Pamiętam, że sprawdzałem, czy w Indiach jest malaria, ale nie pamiętam, jak był wynik mojego sprawdzania. Zakładam odważnie, że skoro nie wziąłem DEETa, to pewnie wyszło mi, że malarii nie ma. Sprawdziłem teraz, malaria występuje, choć nie jest zbyt popularna, w gratisie można za to dostać jeszcze wirusa Zika i Chikungunya

Na śniadanie za to dostałem lokalny chlebek i dwa omlety, na oko z 4 jaj. Wyruszę z wyjątkowo pełnym brzuchem. Była co prawda też możliwość rybki, ale gdy patrzę na rzekę z okna pokoju, jestem prawie pewny, że nie chcę z niej nic jeść. Za całość płacę niecałe 200zł. Wieczorem, podczas walki z wyłącznikami uświadamiam sobie, że pomyliłem dni powrotu do Warszawy i wcale nie wracam w sobotę, tylko w niedzielę. Biorąc pod uwagę, że kończy się trzeci dzień, mam w nogach 400 kilometrów, a przy dobrych wiatrach kolejnego dnia powinienem dojechać do Goa, które jest celem mojej wycieczki, nie wiem czy się cieszyć, czy płakać. Normalny człowiek ogłosiłby sukces na mecie i 3 dni siedział w drogim hotelu przy plaży celebrując zwycięstwo. Ja dobrze wiem, że po prostu będę jechał dalej na południe. Sam nie wiem dokąd i po co. Postanawiam się nad tym nie zastanawiać. Zastanawianie się jest najgorsze. Największą zaletą moich wakacji jest to, że po prostu się jedzie i należy skupić się na przeżyciu.

Ja jestem jakiś głupi. Jak ta kobieta z wiralowego filmiku, na którym płacze i zastanawia się po co przebiegła właśnie maraton i co sobie myślała. Teorię tę głoszę, ponieważ jest to raptem 4. dzień jazdy, a ja pokonuję w nim 160 kilometrów. Żeby było śmieszniej, pokonuję też blisko 1800 metrów w pionie, bo z mapy wynikało mi, że będę jechał po płaskim. Podczas jazdy wcale nie wydaje mi się, abym po tym płaskim jechał, ale jestem informatykiem, ufam danym, a nie przeczuciu. Parę razy co prawda prowadzę przez dłuższy czas rower pod górę, mimo dobrej nawierzchni, ale może po prostu jestem słaby.

Dzień znowu nie różni się od poprzednich i pojawia się lekkie znużenie. Atrakcją jest może fakt, że po drodze pojawiają się znaki o zwierzętach, z tych ciekawszych to pantery i myszojelenie. Nie jest jednak źle, w Goa można przecież trafić też na przykład na tygrysa bengalskiego. Generalnie im bardziej jadę na południe, tym bardziej robi się zielono, a i duże resorty turystyczne zaczynają się pojawiać coraz częściej.

Schemat jest jednak ciągle ten sam: wybrzeże, wjazd na okoliczną górkę, pustkowie i susza, zjazd, most nad rzeką do morza, dżungla, wybrzeże z miastem, wjazd na górkę… i tak w kółko. Co kilka mostów przystanek w budce na colę i wodę. Nawet świątynie zaczynają wyglądać tak samo. Są kolorowe, z ciekawymi rzeźbami, ale zdecydowanie mniej imponujące niż te w Kambodży. Powoli przestaję robić zdjęcia, a to znak, że przyjemność z jazdy nieco spadła.

Być może duży dystans wynika z faktu, że pod koniec dnia zniknął mi internet i szukanie noclegu staje się nieco utrudnione. Ale może też z tego, że zaraz za granicą stanu Goa, znajduję Fort Tiracol Goa, który wygląda jak wakacje. To klasztor, położony na wysokiej skarpie, tuż nad morzem. Z kościołem, restauracją i wielkim luksusem. To coś, czego tego dnia potrzebuję. W wersji ze śniadaniem kosztuje 300zł, za olbrzymi pokój, z olbrzymim łóżkiem, tarasem godnym filmów o bogatych ludziach.

Jak przystało na porządny, luksusowy hotel – mój rower nie zostaje do niego wpuszczony. Ochroniarz każe mi zostawić na parkingu. Oczywiście nie zgadzam się na to, ale 15 minut dyskusji nie przynosi rozwiązania problemu. Ostatecznie chowamy go do budki ochroniarza. Dlaczego go nie złożyłem i nie wpakowałem do torby z IKEA, którą wiozę cały czas ze sobą – nie wiem, ale myślenie podczas bikepackingów nie jest moją mocną stroną. Jestem z tym na szczęście pogodzony.

Na kolację jem pizzę, a nawet 3. Zjadam je w pokoju, bo na dworze jest tyle muszek i komarów, że znowu nie da się wytrzymać – nie są tanie, bo jakieś 30zł za jedną, ale jestem w stanie, który za dobrą pizzę pozwala zapłacić praktycznie dowolną kwotę. Poza tym czuję się oszukany, bo ceny w menu były podane netto. Chyba że nie były i po prostu gość przynoszący mi do pokoju jedzenie oszukuje. Nie mam na szczęście podstaw, aby go o to podejrzewać. Kelner tłumaczy mi, że te muszki to dlatego, że w nocy będzie padał deszcz albo nie będzie. Sprawdzam prognozę pogody – łączny przewidywany opad w ciągu najbliższych 10 dni: 0 milimetrów.

Jest tak luksusowo, że nawet postanawiam się ogolić. W większości hoteli jest zestaw do golenia oraz zestaw do dwukrotnego umycia zębów. Czy to dobry pomysł? Oczywiście nie, szczególnie że wpadam na niego rano, zamiast wieczorem. Przypominam sobie o tym godzinę później, gdy zakładam kask z paskami sztywnymi od potu. Kolejne dwie godziny czuję głównie szczypanie i wyrastające mi na twarzy białe kropy. Cóż, gdybym szukał tu żony to pewnie wygląda twarzy i tak nie byłby tutaj głównym atutem, więc poza dyskomfortem fizycznym nie robi mi to szczególnej różnicy. Szczególnie, że jej nie szukam – mam już chyba kilka w różnych, afrykańskich krajach. No i szczypiący ryj sprawia, że nie myślę o bólu nóg. Nie jestem pewny w jakim są stanie, szczypanie wszystko zagłusza.

Dzień zaczynam darmowym promem. Każdego dnia płynę przynajmniej dwoma, choć po raz pierwszy nie muszę płacić. Normalnie nawet rower musi dostać swój bilet, choć mówimy tu o kosztach rzędu dziesiątek groszy. Teraz jestem już całkiem w Goa, tym jedynym, mainstreamowym miejscu w Indiach, do którego jeżdżą turyści. Jak widzicie ofertę wakacji w Indiach i zdjęcie plaży – jest to na 98% właśnie Goa. I to widać.

Ze wszystkich miejsc, które w Indiach widziałem, Goa podoba mi się najmniej. Jest co prawda najbardziej zielone i w końcu teren się trochę wypłaszcza – na 155 kilometrach, robię około 1100 metrów w górę, ale jest też zdecydowanie najbardziej turystyczne. Masa białych turystów na skuterkach, masa sklepów z alkoholem, masa wszelkiego rodzaju atrakcji. Jak nad polskim morzem w lecie, tylko że w Indiach, czyli kombo nie do pobicia. Za to zabudowania są iście imponujące. Taki Otwock, czy inny Józefów, ale w wersji brytyjskiej-kolonialnej, widać że region zdecydowanie bogatszy i czystszy. Gdzieś po drodze wbijam się na wielki, 4-pasmowy most i drogi, które robiłyby u nas za autostrady, ale nie jest to żadnym problemem. Ruch jest powolny, a na dużych drogach prawie że znikomy. Większość czasu jadę jak przez dżunglę – tak wyobrażam sobie na przykład Kubę. Dalej nie umiem się z nikim dogadać, mimo że wszyscy mówimy po angielsku. Staję pod straganem po swój zestaw woda + cola. Gość mi mówi, że nie ma wody. Ja mu pokazuję, że przecież tutaj stoi, na wierzchu. On mi mówi, że 20 rupii i czy wolę z lodówki. Kupuję i dalej nie wiem o co mu chodzi.

Momentami jest cieżko. W chwili zwątpienia siadam sobie na jakimś przystanku i zjadam swoje orzeszki sklejone miodem, popijając Colą. Coś gryzie mnie w nogę, po chwili jest cała ścierpinięta i ciężko mi nią poruszyć. Możliwości mam dwie, mogę pojechać i liczyć na to, że cokolwiek płynie mi w nodze rozejdzie się jakoś po ciele i rozmyje. Druga jest taka, że mogę pojechać, a to się rozejdzie po ciele i mnie zabije. Wybieram pierwszą opcję. Żeby było weselej, nasrał na mnie ptak, gdy na moment stanąłem pod drzewem. Mam wrażenie, że tutejsze boczne drogi budowali Czesi z Karkonoszy. Mam wrażenie również, że przy odrobinie szczęścia, nawet tuk-tuk może się tu wywrócić. Wakacje.

W okolicach 130. kilometra, chwilę po tym, jak 20 minut butowałem z rowerem, bo ktoś postanowił rozkręcić słońce i puścić drogę pod górę bez żadnych zakrętów i bez przejmowania się nachyleniem, wyjeżdżam na trasę bardzo główną. Podejrzewam, że nawet najbardziej główną w bardzo szeroko rozumianej okolicy. Ma piękny numer „66” i jest to w zasadzie jedyna droga idąca wzdłuż wybrzeża przez najbliższy tysiąc kilometrów. Nawet na słupkach przy drodze odliczana jest odległość od miasta oddalonego właśnie o taką długość. Nieco mnie to boli, bo albo przez najbliższe dni będę jechał nią, albo wjadę w malutkie drogi prowadzące przez okoliczne pagórki. Mam wrażenie, że pogoda oraz stan moich nóg nie pozwolą mi się tym wyborem cieszyć. Ryzykuję więc i ruszam dwupasmówką z dużym poboczem na południe, aby zobaczyć jak będzie i co się wydarzy.

Okazuje się, że jest bardzo dobrze. Droga może i jest wielka i główna, ale ruch jest bardzo mały. W zasadzie gdyby nie jadące od czasu do czasu pod prąd pojazdy, powiedziałbym że jest doskonała. Może i nieco nudna, ale w dalszym ciągu przecina miejscowości, a że jadę dużo szybciej to i wszystko się dużo szybciej przesuwa. Dla rozrywki od czasu do czasu wjeżdżam w jakąś miejscowość, czy w mniejszą drogę. Nie wiem po co.

Mam taki plan, aby dojechać do miejscowości Udupi i tam złapać pociąg powrotny do Mumbaju – brakuje mi do niej kilkudziesięciu kilometrów. Mam ze 40 lat, a takie pomysły dalej mnie śmieszą. Wyobrażam sobie nawet tytuł wpisu na blogu: Mombaj Udupi – indyjska przygoda. Gdzieś koło 150. kilometra, gdy przeglądam sobie mapę, podjeżdża do mnie na rowerze jakiś typ. Normalnie padają pytania skąd jestem, dokąd jadę i co tam słychać. W większych miastach rozmowa zaczyna się też często od „ile kosztuje ten rower?”. Tym razem jednak spędzam z gościem ze 20 minut. Pokazujemy sobie swoje Instagramy, rozmawiamy o aparatach, bo okazuje się, że też jest pasjonatem. Potem o rowerach, potem o pracy w IT i tak jakoś czas mija, a słońce chyli się ku zachodowi, nieco mnie tym stresując. Nie wiem dlaczego, ale boję się jeździć po ciemku. Gość tłumaczy mi jeszcze, że bez sensu kończyć trasę w Udupi, bo potem jest inna duża miejscowość – Mangalore, a pomiędzy nimi jest pewnie najpiękniejszy odcinek drogi, którą jadę. Taki wzdłuż morza i przy plażach. Tłumaczy, że może i do tego Mangalore mam ze 300km, ale przecież nie dość, że warto, to i droga płaska i prosta. Pokazuje mi w internecie wyniki frazy „best beach roads in Udupi” – faktycznie wygląda imponująco. To droga niczym nasz Hel, tylko że szerokość lądu wynosi jakieś 15 metrów. Po jednej stronie plaże, po drugiej jeden rząd domków i rzeka szeroka na jakieś 250 metrów.

Mój mózg nie ma kontrargumentów – jakoś nie wpadam na to, że przecież taką drogą nad morzem jadę od kilku dni. Zdjęcia, które mi pokazuje, przekonuję mnie i postanawiam jechać tam dojechać. Szczególnie, że w Mangalore jest lotnisko i do Mumbaju wrócę zamiast w kilkanaście godzin, to w jedną. Ominie mnie co prawda hinduska przygoda kolejowa, ale może i jest to plus.

Korzystając z faktu, że na głównej drodze moja średnia prędkość po raz pierwszy od miesięcy przekracza 25km/h, dobijam do większej miejscowości z pokaźnym wyborem hoteli: Karwar. Sortuję noclegi po cenie, wybieram najdroższy i z wysoką oceną: West End Hotel. Ze śniadaniem płacę chyba niecałe 100zł, ale śniadanie omijam. Oficjalna wersja jest taka, że wstaję wcześnie i mi się śpieszy, choć sam nie wiem dokąd i dlaczego, a śniadanie jest dopiero od 8. Nieoficjalna, że w tym samym budynku jest pizzeria, w której zamawiam 3 pizze po 12zł, a do tego odwiedzam jeszcze lokalny spożywczak. Mam więc na śniadanie pizzę z kolacji.

Okazuje się, że tego dnia, robiąc blisko 160 kilometrów, przejechałem całe Goa – z północy na południe. Minąłem pewnie kilkadziesiąt plaż, ale droga była poprowadzona jak w Polsce – nie widziałem żadnej z nich, bo oddzielały mnie od nich domki.

Jitna door jaoge, utna khud ke kareeb aaoge.

Im dalej pojedziesz, tym bardziej zbliżysz się do siebie.

Normalny człowiek powiedziałby, że moja trasa zaplanowana na ten dzień, jest bez sensu. To znaczy powiedziałby tak pewnie o całej trasie, ale o tym dniu wyjątkowo bardziej. Gdybym oczywiście miał jakiś plan, a nie do końca go mam. Do lotniska zostaje mi jakieś 300 kilometrów, a mam jeszcze minimum 2 dni na jej pokonanie. Robię więc 185km po płaskim, co oznacza tysiąc w pionie – jadą główną, krajową drogą. Faktycznie, brzmi to głupio, ale bardzo lubię dołączać takie etapy do wyjazdu. Jazda długą i nudną drogą pozwala, wbrew pozorom, również zobaczyć coś nowego. Szczególnie, ze parokrotnie staram się z niej odbić gdzieś w bok – zazwyczaj okazuje się, że nie ma to sensu, ale czasem trafiam na niespodziankę. Apsarekonda Sea View Park akurat nią nie był – dojazd tam wymagał pokonania 20% podjazdu w upale tylko po to, abym wykonał pętle, która akurat omija wodospad (którego o tej porze roku nie ma), punkt widokowy oraz zwierzęta, które były pod wodą, więc ich nie widziałem.

Pozytywną niespodzianką był za to Murdeshwar, obok do którego prowadził bardzo przyjemny asfalcik wzdłuż samej plaży, bardzo olbrzymiej plaży swoją drogą. Potem asfalcik zamienił się w dramatycznie złą nawierzchnię, ale i tak było warto, bo na cyplu pojawił się olbrzymi posąg i cała masa kolorowych i świecących rzeczy. Nieco żałuję, że nie zajrzałem do środka, ale patrząc po tłoku dookoła, mogłoby to być poważnym wyzwaniem. Dopiero teraz, szukając informacji w internecie widzę, że to duży błąd: Bhukailasa Cave Museum, Statue of Lord Krishna & Arjuna, czy Shri Shanishwara Temple to miejsca z posągami, których pewnie nie da się zapomnieć. NBożonarodzeniowe szopki się przy tym chowają. Nasze postaci mają za mało rąk, za mało głów, za mało krów i w ogóle za mało wszystkiego.

Na jednej z bocznych dróg, tych odbijających od głównej, podjeżdża do mnie gość na skuterku i pyta dlaczego tu jestem. To bardzo trudne pytanie, które zadawało sobie na przestrzeni lat wielu filozofów ale zakładam, że chodzi o tę konkretną drogę, a może i nawet to konkretne skrzyżowanie. Mówię mu skąd jadę i dokąd zmierzam (coś wymyślam, bo do końca nie wiem dokąd), ale widzę, że w głowie coś mu nie trybi. Stara się zrozumieć po pierwsze dlaczego jadę rowerem, skoro mogę czymś szybszym, a potem dlaczego zjechałem na boczną ulicę, zamiast cisnąć główną. Trudne pytania, chyba najłatwiej powiedzieć, że się zgubiłem i zapytać o drogę – wszyscy będą szczęśliwi.

Gdzieś po drodze trafiam nawet na niewielki warsztat „handmade craft” – dokładnie to, czego szukam na każdym wyjeździe. Rodziny, która robi z lokalnych surowców postaci zwierzątek. Pukam więc komuś na chatę widzą taki znak, ktoś mnie zaprasza do środka, przedstawia całej rodzinie, częstuje jedzeniem i następuje drobna konsternacja. Dopiero po chwili wpadam, aby powiedzieć, że przyjechałem do sklepu, a nie w odwiedziny do losowej, hinduskiej rodziny. Zabierają mnie do swojego warsztatu, gdzie kupuję słomianego słonika i moje wakacje uznaję za zaliczone.

Po raz pierwszy widzę stłuczkę, a w zasadzie poważniejszą przycierkę. Potencjał jest głównie w dwóch miejscach – przy nawrotce na wielopasmowej drodze oraz na zwężeniu. Przy miejscowościach często pojawiają się płotki ustawione w poprzek, które zwężają drogę do jednego pasa i trzeba się jakoś dogadać. Czasami przy szkołach jest dodatkowy człowiek, który dostawia płotek, aby zablokować więcej pasów, gdy dzieciaki wybiegają. To niesamowite, że cały ten chaotyczny ruch jakoś działa. Zasady zauważyłem tutaj dwie: po pierwsze trzeba jechać, po drugie trzeba patrzeć tylko przed siebie, zachowując cały czas uwagę. To znaczy jako człowiek na rowerze staram się też patrzeć do tyłu, ale mam wrażenie, że bez tego i tak bym przeżył. A może i stresowałbym się mniej. Wszyscy tutaj jadą razem, ale jednak osobno. Każdy ma swoje zasady w głowie, ale spinają się one w większą całość. W porównaniu z ruchem, do którego jestem przyzwyczajony, dużo mniej rzeczy można założyć, a więcej trzeba improwizować.

Po drodze widzę zaskakująco dużo billboardów reklamujących… dzieci. Zarówno w wersji indywidualnej, jak i grupowej. Zazwyczaj pokazana jest głowa, nazwa szkoły oraz wynik procentowy – prawdopodobnie z jakichś egzaminów. Często nawet z dokładnością do bardzo wielu cyfr po przecinku. Początkowo mnie to śmieszy, ale potem stwierdzam, że pomysł jest genialny. Wyobrażacie sobie na przykład billboard przy wjeździe do Warszawy z moją głową i wielki podpis: „Maciej Hop, FTP 350 watów, lepszy od 99,725% ludności Warszawy”. Ja to kupuję, róbmy to.

Nocuję w luksusowym hotelu w miejscowości Kundapura – Uva Manish. Wszystko jak zwykle jest niesamowicie trudne, bo może i na jednego gościa przypada 8 osób z obsługi, ale każdy ma bardzo wąski zakres obowiązków. Nie mogę na przykład zamówić sobie w restauracji hotelowej jedzenia do pokoju. Nie mogę zrobić tego też w recepcji, ani u gościa, który wozi mój bagaż. Swoją drogą robi to bardzo dobrze – ustawia rower na wózeczku i na każdym zakręcie ten rower z wózeczka spada z hukiem. Muszę poprosić na recepcji, aby oddzwonił do mnie za 10 minut „room service” telefonem i tam zamówić, aby godzinę później ten sam gość od wózeczka przywiózł mi to jedzenie.

Wieczorem idę do sklepu. Nie ma w nim oczywiście niczego, ale są za to 4 osoby potrzebne, aby kupić czipsy. Ja, człowiek który dyktuje głośno co kupiłem, człowiek który to nabija na kasę i człowiek, któremu płacę. Co ciekawe, nie ma człowieka, który nosi mój koszyk sklepowy, ale jest za to pani, która cały czas za mną chodzi i stresuje. Odkrywam też, dlaczego w tych kilku miejscach, w których dało się płacić kartą, moje płatności były odrzucone – pinpady mają tu inny układ cyferek, więc wpisując układ z pamięci, wbija się inny numer. Tak czy siak, płaci się wszędzie raczej gotówką lub tutejszym systemem płatności, opartym na kodach QR, którego nie opanowałem.

A jak Wam powiem, że w Mangalore jest papież to mi uwierzycie? A jak Wam powiem, że są dwa papieże i stoją obok siebie? A jak Wam powiem, że to przypadek, że tam jestem i postanowiłem ich odwiedzić? Albo że zaraz obok jest sklep spożywczy „St. John Paul II General Store”, co na nasze tłumaczyłoby się „Sklep spożywczy u papieża”? A jak do tego dodam, że przy sklepie stają autobusy z wielkim napisem na czole „Holy Family”?

Oczywiście więc, że nadkładam trochę drogi, aby to zobaczyć. Szczególnie, że „Pope John Paul 2 Stage site” jest raptem 7km od lotniska, na którym powinienem zakończyć dzień, wylot mam bowiem o 9 rano kolejnego dnia. Przyznam jednak, że podczas 120 kilometrów pokonanych tego dnia nie bawię się jakoś szczególnie dobrze. Owszem, droga przy plażach Udupi jest faktycznie fajna i ładna, ale cała reszta dnia jest wyjątkowo nużąca, a im bliżej Mangalore, tym ruch na głównej drodze bardziej rośnie. Jako że jest dużo zabudowań, przy nawrotkach i zwężeniach tworzą się poważne korki. Choć i wioski położone nad morzem stają się jeszcze bogatsze, czystsze i przyjemniejsze. Przez moment dopuszczam w głowie, że może i są przyjemnym miejscem do życia – ludzie bowiem mają nawet zadbane ogródki. Gdzieś po drodze przecinam też targ rybny i jako że wszędzie pryska kruszony lód, przez najbliższy tydzień będę pachniał już nie tylko smogiem, pyłem i potem, a również rybą.

Na przedmieściach Mangalore mój mózg już nie działa. Nie wjeżdżam do miasta, staram się ominąć ruch samochodowy i wpakowuję się w jakieś tereny przemysłowe Total Energies. Potem następuje seria niewyjaśnialnych decyzji. Omijam hotele pod samym lotniskiem i jednak zjeżdżam do centrum miasta. Może dlatego że wszystkie wydają się za tanie, może dlatego, że nie widzę w ich okolicy sensownego jedzenia. Ląduję w THE OCEAN PEARL INN – nie pamiętam ile kozstował, ale jako że był jednym z droższym i najwyżej ocenianych, pewnie ze 200zł. Wszystko w nim jest super, ma nawet dwie restauracje w środku. Generalnie, w większości miejsc restauracje występują parami – jedna 100% wegetariańska, druga klasyczna. Przypadkiem ląduję w tej wegetariańskiej, ale potem idę do sklepiku i lokalnej piekarni, więc bilans kaloryczny dnia wychodzi i tak na plus. Hotel jest niestety zbyt daleko, abym rano z uśmiechem pojechał z niego rowerem na lotnisko. Pakuję więc sobie sprzęt na spokojnie to dwóch toreb z IKEA i wyruszam rano, koło 6:30. Wieczorem oczywiście zapytałem, czy recepcja może mi zamówić taksówkę. Nie może, mimo że mają swoją firmę transportową, mogą mi co nawyżej dać wizytówkę z numerem telefonu. Ale na moje pytanie o Ubera, mówią, że nie będzie problemu.

Otóż problem jest, bo Uber może i działa, ale nikt nie chce chwycić mojego kursu. A jak ktoś chwyci to potem dzwoni albo pisze coś, czego nie do końca rozumiem. Okazało się, że cena kursu z miasta na lotnisko jest stała i ma się nijak do ceny proponowanej przez Ubera. Nawet więc moje ręczne podbijanie kwoty napiwkami nie pomaga w tej sytuacji. Ostatecznie, na transport czekam około 25 minut i bardzo mnie cieszy, że wyszedłem z hotelu wcześniej. Zaskoczony jednak jestem postawą taksówkarza, bowiem w Uberze cena widnieje 400, ustalamy kwotę na 700, daję mu do ręki 400, bo nie mam drobnych… i gość mi w jakiś sposób zwrócił potem w aplikacji stówkę. Te liczby były pewnie zupełnie inne, ale staram się zobrazować uczciwość taksówkarza, czyli sytuację niezwykłą. Lecę godzinę do Mumbaju, tam jeżdżę dwie, czy trzy godzinki czekając do 14:00, aby zameldować się hotelu i patrzeć w sufit aż do poranka kolejnego dnia. Koniec wycieczki, przeżyłem, wielki sukces… tak mi się przynajmniej wydawało.

Popołudniu, zrelaksowany siedzę sobie i patrzę na zmianę na sufit i na morze. Odebrałem z Novotelu walizkę, spakowałem się, mam nocleg tańszy, ale oddalony o 100 metrów i mogę zaraz przejść się na plażę, aby wraz z połową Mumbaju pouciekać przed piłką uderzaną setkami kijów do krykieta. Podczas scrollowania w telefonie wyskakuje mi wiadomość, że Emirates odwołały wszystkie loty przez Dubaj. Sprawdzam w aplikacji – wszystko na zielono i potwierdzone, sprawdzam na Instagramie – rakiety latają, więc samoloty stoją. Jadę na lotnisko, bo przecież nie będę dzwonił telefonem do Emirates.

Na lotnisko nie zostaję wpuszczony, bowiem podczas skanowania biletu, okazuje się, że faktycznie lot jest skasowany. Tak jak i większość innych. To problem, bo nie bardzo mam też jak zapytać kogokolwiek o cokolwiek – wszystkie okienka linii lotniczych są wewnątrz budynku. Jest nawet gorzej, bo takich ludzi jak ja jest masa i chyba maszty od internetu przestają wyrabiać, bo Skyscanner mi się nie ładuje. Jest sobotnie popołudnie.

Jest taka teoria, że głupi ma zawsze szczęście, ale wydaje mi się, że po prostu ludzie oceniają przesadnie spokojnych jako „głupich”. Biorę bowiem taksówkę powrotną do hotelu i w niej odpalam wyszukiwarki lotów. Znajduję bezpośredni lot Air Arabia do Frankfurtu a potem Lotem do Warszawy, również na niedzielę. Klikam kup, ale widzę, że zostało ostatnie miejsce – nie zdążam płatnością. I dobrze, ten lot nie poleciał. Kupiłem więc na dzień później. Czy odleci nie wiem do ostatnich godzin. Wiem za to, że był to pewnie jeden z najdroższych lotów w przeliczeniu na kilometr, jakie moje oczy widziały. Tzn tak mi się wydawało, okazało się potem, że lecimy jakoś poważnie dookoła, nad Egiptem, przez co przylatujemy około 3 minut później niż powinniśmy. Dookoła, bowiem wybrane przeze mnie Air India nie może latać nad Pakistanem. Pewnie ma to coś wspólnego ze wspomnianym przeze mnie wcześniej: „we bomb them”.

Zmienia hotel na droższy, taki ze śniadaniem i obiadem, aby w nim patrzeć 2 dni w sufit. Tzn próbuję, bo wchodząc do Sun-n-Sand Mumbai Juhu Beach, dowiaduję się, że nie da się tak po prostu wejść i zarezerwować noclegu. Robię to więc przez booking i czekam 20 minut, aby gość z recepcji dostał potwierdzenie – to moje z telefonu nie wystarcza. Próbujemy jeszcze ustalić czym jest opcja „half board”, ale żaden z nas nie wie – odważnie zakładamy, że jest to po prostu kolacja w cenie. Dwie noce to nieco ponad 1500zł.

Niedzielę mam niespodziewanie całą wolną, ale nie chce mi się już rozpakowywać roweru. Idę więc na spacer plażą, aż się skończy. Potem jadę taksówką na dworzec główny. Tam poznaję jakiegoś znudzonego typa, który zabiera mnie na wycieczkę po mieście. Jeździmy taksówkami, pociągami, łazimy po świątyniach, ważnych miejscach miasta itd. Wybija mi w ten sposób ponad 20km z buta. Gość zaprasza mnie żebym poznał jego znajomków i rodzinę, ale nieszczególnie mi się to widzi. Kupuje mi nawet bilety, mimo mojego sprzeciwu. W pociągu lub metrze, dalej nie jestem pewny czym jedziemy, są wagony dedykowane dla kobiet oraz osobno, dla ludzi chorych na raka. Nawet nie tyle cały wagon, co jego połowa – odgrodzona metalową kratką. Mam cichą nadzieję, że to po to, aby chorzy mieli po prostu wygodniej. W niektórych wagonach jest również wydzielona pierwsza klasa – również odgrodzona rurami. Tak, aby było wygodnie, ale żeby jednocześnie być widocznym. Nie ma za to takiego wynalazki jak drzwi, podobnie zreszta jak w autobusach. Dzięki temu można wsiadać i wysiadać nawet gdy pojazd się już porusza.

Dostaję też przyspieszony przegląd „co aktualnie trenduje na hinduskim Instagramie”. Poznaję więc gościa, który udaje Michaela Jacksona, historię Holi Festiwal, który odbędzie się za dwa dni, najbardziej znane hity muzyczne i relację w wizyty pana Messiego w Indiach, który dostał za to nawet swoją rzeźbę. Na szczęście dalej ma ich mniej niż Papież-Polak. Mój przewodnik pokazuje mi też seriale, w których zagrał, ponieważ z zawodu był kiedyś statystą. Robił na przykład za pielęgniarza w filmie o szpitalu, mam wrażenie, że rozmawiam z Joey’em z „Przyjaciół”, bo pokazywane mi sceny wyglądają jak z „Dni naszego życia”. Rozmowa oczywiście też schodzi na moje życie prywatne. Jak zwykle, tłumacząc, że zamiast żony mam konkubinę, a zamiast dzieci – pieska, wyczuwam całkowity brak zrozumienia po drugiej stronie.

Cały czas zastanawiam się, kiedy będzie chciał ode mnie pieniądze. Mija nam w ten sposób kilka godzin. Odwiedzamy na przykład świątynię o pięknej nazwie: Babu Amichand Panalal Adishwarji Shwetambar Jain – w życiu nie wszedłbym do niej sam, pewnie nawet bym jej nie zauważył. Odwiedzamy też podobno największą pralnię świata: Dhobi Ghat. Jest to wielki targ, który skupia się tylko na praniu ubrań – dodatkowy efekt robi fakt, że za tym klasycznym targiem znajdują się olbrzymie wieżowce, więc bardzo ładnie widać zderzenie dwóch światów. Coraz częściej jednak myślę, że to wcale nie są dwa różne światy i na każdy high-lifem przypada gdzieś schowany w kącie low-life. Nasz pewnie jest w Bangladeszu.

W Dhobi Ghat robią podobno pranie placówki publiczne, ale i jest też na przykład cały segment skierowany na pranie dżinsów. Poza tym odwiedzamy jakiś park i jakiś duży lokalny targ, który niespecjalnie mi się podoba. Nie jestem fanem miejsc, w których trzyma się małe pieski w klatkach i wali kijem, gdy przechodzą ludzie, aby owe pieski nieco pobudzić. Choć traktowaniem psów w Indiach i ich ogólnym dobrostanem (psów, nie Indii) jestem pozytywnie zaskoczony.

Gość na pożegnanie mówi, że potrzebuje inwestora, który wsadzi 8000 rupii w jego food trucka. Oczywiście się nie zgadzam, bo jest to ponad 300zł i nie rozumiem idei inwestowania w coś, co nigdy nie przyniesie mi żadnego zwrotu. Mówię, że mogę dać mu stówkę za wycieczkę. Nie zgadza się, oprowadzanie było towarzyskie i jesteśmy ziomkami, ale teraz żebym wyskakiwał z kasy na inwestycję. Daję mu stówkę i obrażeni na siebie rozchodzimy się. Jestem nieco zawiedziony, ale też bardzo usatysfakcjonowany. W końcu ktoś mnie na coś w Indiach oszukał lub naciągnął. W ostatnim, możliwym momencie. Po spacerze bowiem wracam taksówką do hotelu, zjadam obiad, po którym cała sieć hoteli zbankrutuje i patrzę w sufit lub własne powieki aż do rana. Od czasu do czasu patrząc oczywiście, czy mój lot został już odwołany.

Budzę się przeziębiony. To znaczy z bolącym gardłem i jakiś taki zapchany w płucach i z dziwnym katarem w nosie. Mam wrażenie, że ktoś nasypał mi piasku do płuc, a z każdym kaszlnięciem wylatują ze mnie gazy, jak z tuk-tuka. Nie jestem pewny, czy to wina całego dnia w Mumbaju, czy klimatyzacji. Dopiero rano odkrywam, że klimatyzacja ustawiona na tryb automatyczny, utrzymujące 23 stopnie, działa na automatycznym przełączaniu pomiędzy stanem: wyłączony i wieję na maksa. To jednak nie szkodzi, nic nie szkodzi. Całe rano odświeżam status lotu i wszystko wskazuje na to, że się odbędzie. Wierzę w to dopiero w momencie, gdy siedzę już w samolocie. Udało się. Gdy piszę te słowa, półtora tygodnia po przylocie do domu, moje płuca dalej nie są w pełni sprawne. Tętno mam tak ze 20 uderzeń wyższe niż przed wakacjami.

Do domu wracam, gdy przychodzą największe zimowe roztopy. Nie da się postawić nogi bez wdeptywania w psie gówienko. Nie stawia mnie to w dobrej pozycji do oceniania czystości w Indiach…

Wydaje mi się, że od lat prawie każdy wpis kończę tak samo: nie polecam, mi się podobało. Nie wiem dlaczego ktoś miałby robić tę trasę. Na pewno na świecie jest wiele ładniejszych, ciekawszych, bardziej przyjaznych i prostszych miejsc. Choć nie wiem, czy bezpieczniejszych, bo przez cały wyjazd czułem się bardzo komfortowo (nie licząc wycieńczenia fizycznego, ale to jakaś moja dewiacja). To co wiem, to że moje wyobrażenie o Indiach i Hindusach bardzo się zmieniło. A nagła zmiana postrzegania 1/5 ludzkości świata to dość poważne doświadczenie. A co ważniejsze, od teraz, z 20% ludzkości świata, będę miał temat przewodni do prowadzenia small-talku. Nic tak dobrze nie otwiera bowiem rozmów, jak stwierdzenie: „hej, przejechałem u Was ostatnio 1000km na rowerze…”. Niezależnie czy rozmawia się z Hindusem, Polakiem, czy Kenijczykiem.