Zapraszam do kolejnego wpisu z kategorii: jak przeżyć wakacje, mając do dyspozycji tylko weekend. Tym razem: Zielona Siódemka, słynna trasa z Warszawy do Gdańska. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy przejechali ją normalnie.

sprzęt: szosa 99%
trudność: niska
długość: 413km (+5km do stacji w Ustce lub +20km do stacji w Słupsku)
dystans: około 430km (lub więcej, zależy od miejsca startu). Podaję wersję dla Warszawiaka znudzonego okolicą.
w jednym słowie: przyjemna
rekomendacja: zdecydowanie warto
dla kogo: dla każdego
kiedy: polecam omijać okresy wakacyjne i długoweekendowe
sklepy i noclegi:
transport: można ruszyć z Warszawy, a można ruszyć z Nowego Dworu lub z Działdowa za pomocą KM. Powrót zarówno z Gdańska, jak i Słupska (nasza wersja) nie powinien być problemem z PKP.

Plan.

  1. W piątek po pracy ruszasz z Dworca Zoo w Warszawie do Działdowa Kolejami Mazowieckimi, dalej rowerem.
  2. Nocujesz w okolicach Ostródy (70km)
  3. Jedziesz Zieloną Siódemką do Gdańska
  4. Jedziesz przez Kaszuby, Słupsk, Ustkę
  5. Gdzieś po drodze śpisz
  6. W Słupsku jesz w Milkshake Bar i lody w Petrykowskiej. Jeśli wolisz coś lokalnego to stajesz w Zagrodzie Śledziowej przed Ustką.
  7. Rozkładasz się na chwilę na najlepszym klifie świata w Orzechowie.
  8. Wracasz do Słupska, bo o 16.30 i 18.30 masz pociągi do Warszawy.

Koniec. Wracasz do domu jak z wakacji.


Zielona Siódemka – nasza rozszerzona wersja

Cała ta pętla przy Słupsku jest zupełnie niepotrzebna i wynika z tego, że na dworzec dojechalibyśmy jakieś 10 godzin za wcześnie. Moglibyśmy oczywiście spędzić te godziny chillując na plaży, ale wiecie jak jest… chillowanie trudniejsze niż jazda.

Strava:
dzień I (74km / 355m) : https://www.strava.com/activities/3913045805
dzień II (228km / 1521m) : https://www.strava.com/activities/3917970453
dzień III (156km / 607m): https://www.strava.com/activities/3921805165

460km / 2400m

pobierz .gpx (w wersji bez niepotrzebnego zawijania: Działdowo – Orzechowo: 413km / 2000m)

3 słowa o trasie

Trasa jest bardzo, bardzo, bardzo dobra. Może nie spektakularna, może bez miejsc zapierających dech w piersiach, ale jest przyjemna i jedzie się bardzo dobrze. Ruch jest zazwyczaj niewielki, asfalty od bardzo dobrych, po umiarkowane, ale jako całość, określiłbym je jako „bardzo dobrze z minusem”. Szczególne słowa uznania należą się fragmentowi kaszubskiemu. Jeśli planujecie przejechać dłuższy odcinek Zielonej Siódemki – proponuję zacząć w okolicach Modlina.

Co można/warto zmienić?

7km pomiędzy miejscowością Zwroty i Morąg to główna droga z umiarkowanym ruchem. Nie jest bardzo uciążliwa, ale na pewno da się to ominąć (np. przez Żabi Róg)

36km pomiędzy Elblągiem a wybrzeżem jest dramatycznie nudne. Puste, równe, ale jednak nudne.

A potem jest jeszcze gorzej, bo odcinek Stegna-Jantar-Mikoszewo to w weekendowym szczycie sezonu turystyczny dramat.

Przed Jeziorem Otomińskim jest krótki fragment terenowy, ale da się szosą (jak się bardzo chce).

Przez 8km za Żukowem jedzie się główną, tłoczną, kaszubską drogą. Warto ominąć.

WARTO.

Dlaczego tak?

W czwartkowe południe mieliśmy już każdy możliwy plan: jechaliśmy do Przemyśla, na Mazury, w góry, nad morze, do Berlina, Nowego Warpna i w ogóle wszędzie. Jak to się stało, że decyzja zapadła taka, jaka zapadła? Nie wiem.

Orzechowo to najlepszy klif w Polsce, Zielona Siódemka (czyli trasa Warszawa-Gdańsk) chodziła za mną od lat, a lenistwo z każdym miesiącem się powiększa. To pewnie wypadkowa tych, jakże różnych czynników.

Postanawiamy ruszyć z Działdowa bo nam się nie chce wyjeżdżanie z Warszawy po raz tysiąc siedemnasty, nie sprawia już radości. Używając pociągu, zamiast tłuc się sto kilometrów rowerem po trasach, które znasz na pamięć, w dwie godziny jesteś już prawie „na wakacjach”.

Plan mamy bardzo prosty. Zamiast, jak porządny, warszawski kolarz, wstawać bardzo wcześnie rano, przejechać ze 400km na raz na Hel i wrócić wieczornym pociągiem, postanawiamy spróbować czegoś nowego. To był weekend, w którym postanowiliśmy się zrelaksować. Stawać wtedy, kiedy będzie nam się chciało stanąć, zasnąć, gdy zrobi się ciemno, nie walczyć z czasem. Zero ambicji, zero ciśnienia, zero czegokolwiek (zero Pandy też).


Sprzęt

Nie podejmuję się oceny sprzętu, który zabrałem, jako że nie mam ani porównania, ani wniosków poza takimi, że „działa”.

Namiot to Big Agnes Copper Spur HV UL2 Bikepack. Fajny, bo waży mało, jest dwuosobowy, mieści się złożony w szosowego baranka. Tropik brałem niepotrzebnie, bo noce były tak ciepłe, że wystarczyła siatka od owadów. Michał namiotu w ogóle nie używa.

Śpiwór to Cumulus X-Lite 200 i używam go tylko trochę, bo jest za ciepło.

Mata do spania to Klymit insulated v ultralite sl i jest na mnie za mała, przez co spadam, ale w namiocie zupełnie to nie przeszkadza. Ukradłem ją swojej dziewczynie, bo moja jest dużo większa i cięższa.

Poza tym, na dwunocny wyjazd nie potrzeba w zasadzie niczego więcej poza rowerem, powerbankiem, małym plecaczkiem z Decathlona i jakimś ciuchem cywilnym.

Jak to z grubsza wygląda?

To jest ten akapit, który możesz pominąć, jeśli planujesz tę trasę przejechać. Możesz go też nie pomijać, a moim celem jest przekonanie Cię, że chcesz tę trasę pokonać. Albo po prostu chcesz popatrzeć na zdjęcia w czasie, gdy drugą ręką jesz właśnie kanapkę lub siedzisz na nudnym callu w pracy.

Początek to takie klasyczne, najlepsze Mazowsze… mimo że samo Działdowo na Mazowszu już nie leży. Drogi są puste, boczne, asfalty bardzo dobre, czasem kiepskie. Okolica raczej biedna, mocno wiejska, tereny dookoła coraz bardziej zaczynają falować. To dobrze, jest przyjemnie.

Przychodzi zachód słońca. Jest bardzo dobrze, praktycznie cały czas. Zaczyna mi się podobać świadomość, że możemy przestać pedałować w dowolnym momencie i kilka minut później będę już sobie leżał w śpiworku, na materacyku, pod namiocikiem. Chyba mógłbym się do tego przyzwyczaić, choć oczywiście sama wycieczka przestaje wtedy być klasyczną wycieczką rowerową, a zaczyna nieco bardziej turystyczną przygodą. Te ponad 2kg sprzętu do nocowania może i nie przeszkadza szczególnie wagowo, ale zajmuje jednak sporo miejsca.

Nocujemy gdzieś w lesie pod Ostródą. To nielegalne, wiem. Rozbijamy się zaraz przed zmrokiem i zawijamy wcześnie, rano zostawiając miejsce w nienaruszonym stanie. Może nawet nieco lepszym, bo drzewka podlane (a przecież susza), a komarki nakarmione. Mam pewne obawy przed pozostawieniem roweru opartego o drzewo i przypiętego linką za 30zł, ale Michał uświadamia mnie, że jak nas ktoś w środku nocy znajdzie w lesie, to prędzej nam gardło poderżnie niż będzie próbował zerwać linkę od roweru. Nocowanie w lesie jest spoko – widziałem na filmach. Szkoda tylko, że były to horrory, a nie poradniki.

Rano ruszamy drogami pustymi, równymi i przyjemnymi. Dokładnie takimi, jakich oczekujemy. Kończą się gdzieś za Elblągiem, gdy zaczynają nam się w głowach pojawiać myśli samobójcze. Najpierw przez nudę, potem przez tłok na wybrzeżu.

Wiem, że generalizuję, ale turysta nadmorski to według moich obserwacji najgorszy turysta ze wszystkich. Taki co wchodzi goły i spocony do Żabki, bierze 4 piwka, wódeczkę i czipsa, płaci stówką wyjętą właśnie z rulonika gotówki i odjeżdża z piskiem opon przez chodnik i po krawężnikach. True story.

Potem jest prom w Mikoszewie i robi się nieco lepiej, bo ścieżką rowerową dojeżdżamy do Gdańska, który podobnie jak Praga wygląda jak wielkie korona-party. Szybciutko więc uciekamy nieco zaskoczeni tym, jak długo trzeba jechać w górę, aby z niego wyjechać. Cały przejazd przez miasto można uznać w tej wersji za komfortowy. Na pewno bardziej niż przez Elbląg, który może i też ścieżkę ma cały czas, ale wytyczał ją jakiś śmieszek.

Zaczynają się Kaszuby.

Kaszuby niby miałem jako tako zjeżdżone, ale okazuje się, że jednak nie. Jest tak 9/10 jeśli chodzi o okolicę – mają nawet stok narciarski. Jeziorka, pagórki, zwierzątka, drogi… i nawet Kaszubscy kierowcy, którzy za punkt honoru obierają sobie zawsze wyprzedzenie kolarza w najkrótszym możliwym czasie (przez deptanie gazu do dechy), nie są tu tak uporczywi. W ogóle przez całą wycieczkę mieliśmy może szansę na dwie czołówki i jedno zepchnięcie do rowu.

Na Kaszuby wrócimy, to pewne. To jedno z tych miejsc, przez które przejeżdżasz jadąc do celu i uświadamiasz sobie, że wcale do tego celu już jechać nie chcesz, jak Słowenia w drodze do Chorwacji.

Nocujemy nie-wiem-gdzie. Przy jakiejś kopalni, która mam nadzieję nie działa w niedzielę. Zachód słońca jest jeszcze bardziej spektakularny dzięki temu, że nocujemy na górce. Do Orzechowa zostaje nam pewnie z 60km, a że pociąg mamy dopiero o 18.30 daje nam to spore pole do popisu.

Analizując okolicę znajdujemy atrakcję, której ominąć nie można: największy koń trojański na świecie. Cóż mogę powiedzieć: jeżeli ktoś lubi konie trojańskie, na pewno będzie zachwycony – w przeciwnym wypadku, nie trzeba. Żeby chociaż wchodziło się do niego przez zadek, a nie bokiem… nie ma to jednak znaczenia, bo w niedzielny poranek i tak jest nieczynny. Warto zaznaczyć, że jest dwa razy większy niż poprzedni największy koń trojański w Polsce, który stoi gdzieś na Śląsku.

Docieramy do Orzechowa – leśna, pusta normalnie droga, zastawiona jest długim na setki metrów wężem zaparkowanych samochodów. To nie szkodzi, sam klif jest zazwyczaj pusty, a na plaże wchodzi się właśnie od jego strony. To najlepszy klif w Polsce, leżący na trasie najlepszego singla rowerowego w Polsce (Ustka-Rowy). Jest pewna szansa, że oczywiście przesadzam, ale przecież mogę.

Mieliśmy tu pochillować, ale jednak nie umiemy. Podobnie jak plażowanie, opalanie się i odpoczywanie, okazuje się to dużo trudniejszym zajęciem, niż po prostu jazda rowerem. Jedziemy więc dalej do obowiązkowych punktów Słupska, o których poczytać możecie we wpisie o Słupsku. Można oczywiście byłoby się tam dostać pociągiem z Ustki, ale po co.

Wieczorem meldujemy się na dworcu w Słupsku. Nasz pociąg ma najpierw 11 minut opóźnienia, potem 40, potem 120 i tak sobie to rośnie. Poprzedni, jadący podobną trasą ma już 176 minut. Gdzieś się podobno trakcja zerwała, ale czy to poważne – nie wie nikt.

Osiągamy stan, którego poszukiwaliśmy cały weekend. Rozkładamy się na kawałku trawki na peronie i leżymy bezczynnie. Minuty lecą, my nic do roboty innego nie mamy. Brak konkretnej informacji za ile pociąg stawi się na peronie sprawia, że i tak nie możemy się zbytnio oddalić. Spędzamy tak wiele czasu, leżąc na trawie i patrząc bezczynnie na zmianę na przejeżdżające pociągi lokalne i w niebo. Aby były jeszcze lepiej, przejeżdżające pociągi tak bardzo trzęsą ziemią, że nasz trawnik zachowuje się jak masażer. Cel osiągnięty.

Polecam to. Szczególnie, że nadchodzi wrzesień, więc dalej będzie ciepło, a ludzi mniej.