„Cześć Maciek, jak było na wakacjach?”

Pytanie, którego boi się każdy bikepackingowiec, szczególnie jeśli nazywa się Maciek. Jeśli tak się nie nazywa – jeszcze gorzej – znaczy, że ktoś pomylił imiona. Słyszysz to pytanie i w głowie rodzi się dziesięć tysięcy historii na raz, wygląda jakby to całe życie przelatywało Ci właśnie przed oczami. Czy tak czuje się człowiek w ostatnich minutach życia, gdy patrzy w przeszłość? Być może. Panicznie poszukuję odpowiedzi, jak w kilku słowach odpowiedzieć, co działo się na wyjeździe, który subiektywnie trwał z miesiąc, a może nawet kwartał. A w rzeczywistości nieco ponad tydzień. Bo jedna godzina na takich wakacjach, to jak tydzień w normalnym życiu. Tym z zakupami, wynoszeniem śmieci i rozpakowywaniem zmywarki.

Z zagubienia we własnej głowie, wyrywa mnie powtórzenie pytania lub wzrok rozmówcy, który wyraźnie szuka śladu wewnętrznego życia w Maćku, które gdzieś się zagubiło. Tym razem jednak mam dużo łatwiej. Mam przygotowane dwie, bardzo dobre odpowiedzi, po których można udać się w spokoju z kawowego automatu do biurka. W zależności od rozmówcy, możliwości są dwie.

Pierwsza:

 – Cześć Maciek, jak było na wakacjach?
– Strasznie się posrałem, myślałem że umrę. Dupę mi prawie urwało i się odwodniłem.
– O, kiepsko.
– No, kiepsko.

Druga:

– Cześć Maciek, jak było na wakacjach?
– Bardzo fajnie: pływałem z rekinem, leżałem na plaży, snorkowałem na rafie i chodziłem po dżungli.
– O, zajebiście.
– No, zajebiście.

Wersja trzecia mieście się tylko na blogu, więc zapraszam dalej.

Zastrzeżenie:

Mówiąc „Indonezja”, mam na myśli raptem kilka wysp, które zaznaczone są na obrazku poniżej – a mówiąc dokładniej, z niewielkiego ich wycinka, choć być może dość reprezentatywnego. Wyspy Sumbawa i Lombok są bowiem skrajnie różne od Bali, pod każdym względem. To ważne, bo kraj składa się z ponad 17 000 wysp.

Mówiąc „Indonezyjczycy”, mam na myśli ludzi, których spotkaliśmy. Było ich wielu i byli bardzo od siebie różni, ale dalej liczba ta była w stosunku do populacji Indonezji bardzo niewielka. Indonezja jest bowiem czwartym, najludniejszym krajem świata. Statystycznie, 4 osoby na 100 są na Ziemi Indonezejczykami.

Za długie, nie czytam.

to nieczęsta sytuacja na tym blogu, ale podobało mi się i polecam miejsce.

  1. Po raz pierwszy od dawna wracam z poczuciem, że mógłbym się gdzieś wybrać bez roweru i dobrze bawić przez tydzień albo i dwa. Zajęć jest masa i wbrew moim oczekiwaniom, nie sprowadzają się do leżenia plackiem na basenie z drinkiem w jednej ręce, a z telefonem do wrzucania zdjęć z tego high-life’u w drugiej. Surfowanie, snorkowanie, zwiedzanie, kilkudniowe treki w góry, eksplorowanie – do wyboru, do koloru. Dla każdego coś dobrego.

  2. Jesteśmy bardzo zawiedzeni Bali. Liczyłem na Instagramowy świat napompowanych, imprezowych ludzi, a okazało się, że jest to bardzo przyjemna wyspa. Poza oczywiście miejscami, które przyjemne nie są, ale da się to łatwo naprawić poprzez wpisanie w Google „Top 10 miejsc do odwiedzenia na Bali” i ominięcie wszystkich wyników podczas wycieczki. Chyba że lubicie być w tłumie, wtedy nie.

  3. Jest to prawdopodobnie najtańsze miejsce, w jakim byłem w życiu. Przynajmniej w kontekście stosunku jakości do ceny. Hotele powyżej 200zł za dobę można uznać za BARDZO drogie. Wielodaniowy obiad w dobrej restauracji dla dwóch bardzo głodnych osób, nie przekracza zazwyczaj 60zł, a „na mieście” da się i za 20zł zjeść całkiem nieźle. Albo na przykład za 4 godziny jazdy porządnym SUVem z prywatnym kierowcą „w nieznane” (z którego potem musi sam wrócić do miejsca startu) płacimy 150zł. Mam wrażenie, że taniej byłoby mi siedzieć na wakacjach niż żyć codziennym życiem w Warszawie. Generalnie, koszt dnia naszych wakacji, może być porównywalny z kosztem wakacji naszego psa, w jego hoteliku. Choć może lepiej tego nie robić, bo wnioski mogą być zaskakujące.

5500zł na dwoje.

Przez 10 dni wydajemy łącznie około 5500zł – śpiąc w raczej drogich hotelach, jedząc porządne jedzenie, latając samolotami, jeżdżąc daleko z prywatnymi kierowcami i korzystając z miejscowych atrakcji. Do tego oczywiście loty, które szczególnie tanie nie są (koło 4000zł na głowę, bez specjalnych promocji), ale za to da się wylecieć Qatarem po pracy i przylecieć przed pracą optymalizując urlop. I to jeszcze z darmowym internetem na pokładzie.

Indonezja to taka Polska, tylko odwrotnie.

Jeśli nie byliście w Indonezji, nam – Polakom, bardzo łatwo ją sobie wyobrazić. Należy wziąć Polskę i wszystko odwrócić. Dosłownie. Zaczynając od flagi, która jest taka sama, tylko odwrotna. Przez położenie, odwrotna półkula i zamiast na lądzie, to na wyspach. Aż po ludzi, którzy są tacy sami, tylko rysowani odwrotną kredką – wiecznie uśmiechnięci i zadowoleni. W moim postrzeganiu nieco „egzotycznych” krajów, definicja bycia miłym sprowadza się często do tego, że nikt we mnie nie rzuca stolcem lub kamieniami, ale tutaj są naprawdę ekstremalnie mili… i to tak szczerze. Na tyle, że trzeciego dnia masz ochotę każdego zapytać „co tak cieszysz ten głupi ryj”, a po tygodniu, przyzwyczajony do uśmiechu, obawiasz się już powrotu do Polski.

Wszystko jest też tanie, zamiast bloków są domki, drogi małe i wąskie, a góry wysokie lecz pojedyncze. Nawet religia jest odwrotna, bo Islam, a na Bali buddyzm. To pewnie główny powód, dla którego turyści wybierają właśnie Bali, czyli dostępność alkoholu. Zamiast więc dzwonów budzących w sobotę rano cały Ursynów, jest Muezin budzący wszystkich o 4 rano (a potem jeszcze o 12, 15, 18 i w nocy). Robi to znacznie głośniej i skuteczniej niż dzwony na Ursynowie. Poza tym, jest tak samo – też są ludzie, zwierzęta i rośliny.


Wycieczka.

Na Bali lądujemy we wtorkowe popołudnie. Wtorkowe popołudnie tam, oznacza wtorkowy poranek tutaj, więc resztę dnia mogę spędzić pracując zdalnie w ramach aklimatyzacji. Witają nas znaki o zakazie przywożenia mięsa i jak zwykle zastanawiam się, czy resztę urlopu spędzę w więzieniu za polskie kabanosy.

Lotnisko w Denpasar wcale nie jest w Denpasar, tylko w miejscowości Kuta (bez „S”). Nazwę wymyślił pewnie Polak, który pojechał tam szukać spokoju, a odkrył, że Kuta dla Indonezji jest jak Ibiza dla Hiszpanii i Mazowiecka dla Warszawy. Nie zauważamy tego – rezerwujemy najbliższy i pewnie najbardziej przepłacony hotel wycieczki – Holiday Inn Express Baruna za prawie 250zł. Sieciówka daje jednak nadzieje na pewny internet i możliwość pozostawienia walizek rowerowych. Podejrzewam jednak, że nie byłoby z tym problemu też nigdzie indziej. Hotel jest super, o ile jesteś fanem basenów. I nie chodzi mi tu o basen jako „dziura z wodą”, a basen jako „obiekt budowlany”. Wszystko stylizowane jest bowiem na klasyczny, polski MOSIR: płytki, przeszklenia, a nawet zapach chloru wyżerający mózg. Przy pierwszym wejściu do pokoju, sprawdzamy, czy nie znaleźliśmy się przypadkiem na przedbasenowym prysznicu.

Rano wracamy na lotnisko. Decyzja zapadła w ostatniej chwili, początkowo bowiem planowaliśmy przepłynąć na Lombok promem, ale samolot okazał się dużo szybszy i wygodniejszy. Jest też dużo droższy niż publiczne promy, ale zdaje się tańszy, niż szybkie speedboaty – jakkolwiek się to tłumaczy. Przede wszystkim lotnisko jest jednak lepiej usytuowane niż port promowy – zarówno na Bali, jak i na Lomboku. Ciężko mi też z internetu wywnioskować skąd odpływają promy, bo portów jest kilka. Wszystko wskazuje na to, że odpływają z najbardziej odległego od nas, do którego droga nie wygląda zbyt dobrze. Wtedy jeszcze nie wiemy, że taksówki kosztują tu prawie nic. Choć prawie nic to i tak więcej niż darmowy transport hotelowy na lotnisko, który trwa kilka minut. W samolocie też nie rzyga się przy dużej fali, a to mocny argument. Choć wtedy jeszcze nie wiem, że rzyganie byłoby moim najmniejszym, fizjologicznym problemem na tym wyjeździe.

Próbuję wyznaczyć sobie trasę na Komoot z hotelu do najbliższego portu – w linii prostej to niecałe 5km. Komoot rozrysowuje ją na dokładnie 1008km. To nawet zabawne, bo narysowana przez niego trasa, gdyby puszczona została północą Lomboka zamiast środkiem, byłaby z grubsza wykonaną przez nas wycieczką. Mógłbym też wtedy napisać, że całe nasze wakacje to dojazd z hotelu do oddalonego o 5km portu:

To mogłaby być nasza trasa, gdybyśmy chcieli przejechać najkrótszą drogą z hotelu do najbliższego portu z promami. Ale nie jest… choć bardzo jej blisko.

Kupno biletu to przygoda. Przeglądarka w telefonie zawiesza mi się kilkukrotnie i dopiero Safari daje radę. Lotów między wyspami jest masa i w większości zamykają się w 200zł za osobę. Co ciekawe, w bagażu płaci się tylko za kilogramy, nie za rozmiar – taniej byłoby więc wziąć normalny rower niż Bromptona. Czas i dystans nie wydają się być czynnikami wpływającymi na cenę. Lot na Lombok, czyli sąsiednią wyspę trwa 50 minut. Dokładnie tyle samo trwa nasz lot z Bimy tydzień później, która jest prawie cztery razy dalej. Czasy lotów, jak się okazuje, są jednak mocno umowne.


Z Bali przez Lombok na wyspy Gili

Jeśli chodzi o wyspę Lombok, tutaj macie super materiał bikepackingowy. A jeśli oglądacie tylko obrazki, tutaj jest super film z bikepackingu o Lombok.

Na lotnisku Bandar Udara Internasional Lombok lądujemy przed południem. Skręcamy rowery i wyruszamy w drogę. Podczas skręcania robimy sobie jeszcze zdjęcia z lokalnymi przewodnikami – pewnie użyją ich potem do folderów reklamowych, zachęcających do aktywności rowerowych – słusznie, wyspa jest do tego całkiem przyjemna i gdybyśmy mogli cofnąć się w czasie, spędzilibyśmy na niej minimum jeden dzień więcej.

Początek to niezbyt uciążliwa droga główna, a dalej czeka nas 30 kilometrów przez pola ryżowe, przebicie się przez Matram – stolicę wyspy, a potem już wybrzeże. Przez pierwszą godzinę słyszymy radosne „hello mister” lub „hallo miss” jakieś tysiąc razy, w każdy kolejny dzień liczba ta będzie się coraz szybciej zwiększać. Podobno powinni do nas krzyczeć per „buli”, co jest odpowiednikiem afrykańskiego Mzungu. Pewnie jednak odkryli, że byłoby to nieeleganckie. Wiem z dzieciństwa, że bulinki to przecież była bajka o białych bałwanach.

Moja wypracowywana wiele lat na tym blogu umiejętność pisania nie pozwala na zbytnie elaborowanie odnośnie trasy dnia pierwszego. Dróżki przez pola są bardzo fajne, wąskie i relatywnie puste – od czasu do czasu mija nas skuter. Na polach radośnie machają nam lokalsi przywdziani w gustowne, trójkątne kapelutki. Gdybym jeszcze raz rysował trasę, byłbym skłonny przeznaczyć dzień więcej na tę okolicę.

Potem jest wspomniane Matram. Od niewielkich miejscowości, mijanych przez cały dzień, różni się tylko tym, że wszystkiego jest więcej. Więcej blaszanych domków, samochodów, skuterów i poza tym nic szczególnie ciekawego. No może meczet: Masjid Hubbul Wathan, czyli Islamskie Centrum Lombok, nieco się wybija wielkością wśród setek innych meczetów, które miniemy podczas wyjazdu. Poza tym, podczas całej wycieczki, miasta i wsie są wyjątkowo nudne. Przynajmniej w porównaniu do Kambodży. Jak się potem na Bali okaże, dla nas – jako turystów – dużo ciekawsze są lekko tandeciarskie tematy buddyjskie niż islamskie. Lubimy kolory, świątynie, posągi i wszelkiego rodzaju odważną sztukę.

No i wspomniane wybrzeże. Trasa całego naszego wyjazdu prowadzi możliwie blisko wody. Nie przez temperaturę, a fakt, że wyspy to wulkany – oznacza to, że na środku jest górka, a dookoła powinno być płasko. Brompton jest najlepszym rowerem świata, ale niekoniecznie do jeżdżenia pod górę, w szczególności bardzo dużą i bardzo stromą. Aby zobrazować – Rinjani, czyli wulkan na Lomboku ma 3726 metrów, a zaczyna się przecież na wysokości morza – to więcej niż Teide.

To niesamowite jak czyste plaże mijamy, biorąc pod uwagę, że pobocza i rzeki w dużej mierze składają się ze śmieci.

Nie wiem też jak to jest, że od lat nabieram się na założenie, że przy morzu będzie płasko. Cóż, w przypadku zachodniej części wyspy Lombok, może tak się wydawać z profilu na ekranie komputera. W rzeczywistości „jest płasko, ale z niewielkimi górkami”. Górki może i są niewielkie, bo pewnie między 30 a 50 metrów – gorzej jednak, że są tak strome, że musimy wielokrotnie butować. Podejrzewam, że nawet na dużym rowerze z bagażem mógłbym mieć problem. Jak się potem okaże, na wszystkich wyspach które odwiedziliśmy, asfalt musieli lać Czesi z Karkonoszy, bo nikt normalny tak by drogi nie puścił. Ale to nie szkodzi, bo widoki są bardzo dobre: morze, wulkan zarówno w głębi wyspy, jak i na horyzoncie – ten na Bali. Stopniowo też uspokaja się ruch na drogach. Nie ma może naszego ulubionego 7-Eleven, ale regularnie mijamy lokalny odpowiednik, a nawet dwa. Są to Alfamart i Indomarket. Sprawa jest niesamowita, bo sklepy te są prawie zawsze obok siebie. Można jechać 30 kilometrów bez spotkania sklepu, a potem w losowej wsi wyłonią się te dwa, często dokładnie na przeciwko siebie. Do dzisiaj nie wiem czy ich asortyment się jakkolwiek różni.

Dojeżdżamy tak do portu w Bangsal na północno-wschodnim skraju wyspy. Jest to pierwsze tak mocno turystyczne miejsce, w którym jesteśmy na tym wyjeździe. Wyruszają stąd bowiem łódki na 3 znajdujące się obok wyspy. Większość turystów dopływa tam pewnie bezpośrednio z Bali, bo tak łatwiej, ale w porcie i tak panuje dość duże zamieszanie i sprawia wrażenie, że to jedno z tych miejsc, w których każdy będzie próbował nas oszukać lub na coś naciągnąć.

Nie mam z tym problemu. Ktoś mnie zaprasza do budki, która ma napisane „official tickets to Gili Islands”. Jestem pewny, że taki napis nie może kłamać. Sprzedawca tłumaczy mi, że ostatni kurs jest za 15 minut i że od razu sprzeda mi bilet powrotny na jutro. Widzę na kartce, że cena to 600 ichniejszej waluty. Do tej pory płaciłem wszędzie kartą, więc jestem z grubsza nowy w pieniądze. Szczególnie przy aktualnym poziomie zmęczenia ciepłem, nachyleniami i całym dniem, moje zdolności matematyczne są nikłe. Mój wykładowca od analizy matematycznej ze studiów określiłby je pewnie jako „takie same jak na kolokwiach panie Hop”, ale wydaje mi się, że są nawet gorsze. Daję więc gościowi 4 razy po 600 (bo dwie osoby i dwa kursy) dumny z siebie, że dokonałem skomplikowanego mnożenia, a ten patrzy na mnie dokładnie wzrokiem wykładowcy ze studiów. Pisze mi na kartce, że nie 2400, a 1 200 000. Daję mu więc milion dwieście. Widzę, że w portfelu mam wiele milionów, więc może i wszystko się zgadzam. Nie szukam ceny w internecie, aby się nie denerwować, sprawdzam ją dopiero teraz, podczas pisania. Powiem tak: może i nie oszukał nas jakoś bardzo, ale też dało się zapłacić 3 razy mniej wybierając inną opcję.

To nie szkodzi, nasza łódka była zdecydowanie najszybsza, nie było problemu z zabraniem rowerów i wyruszyliśmy moment po zakupie biletów. Z trzech wysp decydujemy się na środkową: Gili Meno. Ktoś powie, że powodem jest fakt, że nie mogłem się zdecydować, na którą popłynąć. Ja powiem, że Gili Meno, bo to podobno wyspa nowożeńców, a chcemy romantyczność, ciszę i spokój.

Nie ukrywam, że moje oczekiwania były bliskie zeru. Malutkie wyspy (Meno ma kilometr długości i dwa kilometry szerokości), pełne hoteli, do których organizowane są liczne wycieczki prosto z Bali? Brzmi jak Mielno w sezonie, szczególnie że płynie się tu z Bali raptem 2 godziny. To też ciekawe, go my płyniemy prawie godzinę, a na oko mamy z 10 razy bliżej. W każdym razie, nic bardziej mylnego – przynajmniej w przypadku naszej wyspy. Stwierdzenie, że objeżdżamy ją rowerem byłoby nieco przesadne, bo dużą część przepychamy po piachu. Jedynym środkiem lokomocji są tu koniki oraz pojedyncze, elektryczne skuterki dla lokalsów. Poza kilkoma niezbyt dużymi hotelami przy plaży, wyspa składa się głównie z chatek i namiastki dżungli. Jest też zdecydowanie bardziej pusto niż się spodziewaliśmy.

Po wyspie kręcimy się aż do zmroku nie mogąc zdecydować się na hotel. Gdzieś po drodze mijamy człowieka w basenie. Wygląda jakby leżał w nim już trzeci tydzień bez przerwy. Wzrok pozbawiony jakiejkolwiek nadziei i świadczący o braku jakiegokolwiek życia wewnętrznego. Pusty, znudzony, być może przejedzony – trochę mu zazdroszczę. Fajnie byłoby osiągnąć taki stan.

Nasz wybór pada na Seri Resort oznaczony jako „tylko dla dorosłych”. Trochę mnie to stresuje, ale chodzi chyba po prostu o brak dzieci, a nie dodatkowe usługi. Płacimy na miejscu jakieś 150zł, ale mam wrażenie, że przez booking wyszłoby jednak taniej. Poza nami, w obiekcie są chyba ze dwie panie. Generalnie, w okolicy, najczęstszym typem turysty wydaje się być młoda, samotna dziewczyna, zazwyczaj z Rosji. Taka w przewiewnej sukni, najczęściej sącząca drinka lub napój z kokosa, prosząca obsługę o zrobienie sobie zdjęcia. W tle muzyka niczym z serialu „Biały Lotos”, dokoła sporo osób z obsługi – pozostaje tylko czekać, kiedy w basenie pojawi się trup, jako zawiązanie akcji.


Z małej wyspy pod wielki wulkan

Kolejny dzień zaczynamy od załatwionej przez hotel wycieczki na snorkowanie. Rano, zaraz po śniadaniu przypływa do nas dwóch ziomków łódeczką i wiezie nas w kilka miejsc na nurkowanie z rurką. Część miejsc to po prostu wywar z turystów (bo woda jest wyjątkowo ciepła). W Polsce nazywa się to Bulionem z Polaka, ale my gotujemy dodatkowo z bąbelkami. Kilkanaście do kilkudziesięciu osób, otoczeni łódkami. Oznacza to, że w okolicy są żółwie. Ale są też miejsca puste, z całkiem przyjemną rafą koralową i masą kolorowych rybek. Przynajmniej z perspektywy kogoś, kto takich atrakcji nie widuje często. Fajne to. Zaczynam rozważać, czy da się robić bikepacking z płetwami i rurką. Jestem prawie pewny, że gdybyśmy spędzali na wyspie jeden dzień więcej, wynajęlibyśmy sprzęt sami i opłynęli wyspę dookoła, stając po drodze, w plażowych barach. Brzmi jak wakacje idealne.

Rowerem wyruszamy chwilę przed 11 i godzinę później prom dowozi nas na ląd. Okazuje się, że po 2 godzinach nurkowania jazda nie jest tak prosta, jak mogłoby się to wydawać. Pamiętam to z triathlonu, tam jazda rowerem też nie była tak prosta jak bez wcześniejszego pływania. Trasa jest spoko, z każdym kilometrem staje się lepsza, bo i ruch nieco się uspokaja im bardziej oddalamy się od początkowego miasta. Są jakieś drobne pagórki, są wulkany, morze, malutkie wioski, w których wszyscy nas witają z uśmiechem. Jedziemy tak około 70 kilometrów, aż zgodnie z planem, dojeżdżamy do skrzyżowania. Tu znajduje się rozjazd pomiędzy drogą prowadzącą w góry, a okrążającą wyspę. Podjazd od miejsca, w którym się znajdujemy, do miejscowości Sembalun, która jest bazą wypadową dla osób udających się na okoliczny wulkan, ma ponad kilometr wzniosu. Zgodnie z naszymi przewidywaniami, mimo doskonałego asfaltu, który towarzyszy nam przez większość wyjazdu, nachylenia nie są na nim szczególnie komfortowe – szczególnie na nasze małe koła. Decydujemy się więc na podwózkę.

W mojej głowie, po internetowej analizie, miejscowość ze skrzyżowaniem była pełna ludzi i samochodów, więc znalezienie transportu wydawało się proste. W rzeczywistości, samochód pojawiał się pewnie jeden na kilka do kilkunastu minut, a i kogoś do zapytania o taksówkę nieszczególnie widzimy. Przy jednym z domów jest dystrybutor z benzyną, akurat ktoś tankuje. Pytamy o taksówkę, ale nie znajdujemy zrozumienia. Odsyłają nas do pani w budynku obok, która prowadzi malutki sklepik. Coś tam udaje nam się ustalić, jej mąż idzie za horyzont w wraca małym pickupem. Próbuję mu pokazać, że chcielibyśmy wjechać z nim na szczyt góry, a potem sobie rowerem zjedziemy do miejscowości z noclegiem, ale wiem, że zabrzmi to tak idiotycznie, że nie zrozumie tego przekazu. Pokazuję mu na mapie w telefonie, ale to też niekoniecznie działa. Jest to w ogóle jedna z tych trudno pojmowalnych przeze mnie sytuacji, gdzie gość prosi mnie, abym sprawdził dystans. Przedstawię to jeszcze raz: jesteśmy u niego pod domem, ma samochód, a prosi nas o sprawdzenie, jak daleko jest do najbliższej i najbardziej turystycznej miejscowości w okolicy. Jest to mniej niż 20km. Umawiamy się na 80zł, bo owe 20km zajmuje nam ze 40 minut.

Potem jest już klasyczna wieczorna sytuacja. Wysiadamy w centrum miasteczka, jedziemy do noclegu, który zarezerwowałem z pickupa – znajduje się on oczywiście ponad 2 kilometry dalej i jest to 5 niewielkich, stojących obok siebie, gdzieś na uboczu domków. Idziemy w ciemności poszukać restauracji – ciężko powiedzieć, czy jest zamknięta, czy po prostu jej nie znajdujemy. Wracamy 2km do sklepu, przy którym wysadził nas pickup, a potem 2km znowu do domku. W całej miejscowości wysiada prąd i nikt nie wie kiedy wróci. Oznacza to, że nie ma ciepłej wody. W sklepach odpalają agregaty, a zanim właściciel naszego przybytku również przypomni sobie, że ma agregat, jesteśmy już umyci w zimnej wodzie. Powiedziałbym, że można iść spać, ale przez kolejne pół godziny 5 różnych muezinów, równolegle, zaczyna okrzyki przez głośniki. Hałas dobiegający nam do domu ze Stadionu Narodowego jest przy tych okrzykach niczym. Brzmi, jakby to każdy z nich starał się być najgłośniejszy, a jego prawda najprawdziwsza.


Z wielkiego wulkanu na kolejną wyspę

Rano budzi nas deszcz. Na śniadanie zjadamy smażone tofu i smażone banany (a może raczej bananki) kupione wieczorem w przydrożnej budce – jest doskonałe. Plan mamy prosty: pochodzić po okolicy, bo na Google Maps mam zaznaczone z 10 różnych punktów widokowych. Rzeczywistość szybko nas weryfikuje, bo większość tras to minimum pół dnia. Nieco żałuję, że nie mieliśmy ze 3 dodatkowych na zdobycie szczytu Rinjani, bo widoki wydają się być z niego wyjątkowo mocne. Przez ciemne chmury na niebie, dyndające na boki kolano Sylwii i ogólną spiekotę decydujemy się na plan minimum – Bukit Selong. Nasz gospodarz mówi, że to najbliższe, najprostsze i najlepsze miejsce w okolicy. Podjeżdżamy z kilometr rowerem na parking. Na Google Maps miejsce nazywa się Bukit Selong Sembalun Parkir, więc jesteśmy pewni, że trafiliśmy dobrze, co nie było szczególnie proste – wydaje mi się, że przejechaliśmy przez czyjeś podwórko. Na parkingu jesteśmy sami i dwóch typów w budce, nieco zdziwionych naszą obecnością. Płacimy im jakieś grosze i idziemy za znakiem. Dochodzimy na punkt widokowy – ładny, ale zdecydowanie nie ten, który widzieliśmy na zdjęciach.

Ten ze zdjęć znajduje się jakieś 200 metrów od nas w linii proste i z 50 metrów wyżej. Problem tylko taki, że wejście na niego jest zagrodzone. To ciekawe, bo całe dojście od miejsca, w którym stoimy, do punktu, jest ładnie pokazane na Google Street View. Zdecydowanie nie zrobił tego samochodzik Googla, bardziej obstawiałbym krowę Googla, a może nawet osiołka Google. Błądzimy chwilę pomiędzy bambusami. Chwilę później znajdujemy się znowu na drodze, którą przyjechaliśmy rowerem. Jak się okazuje, kawałek obok jest drugi parking – tym razem bezpłatny i z niego wchodzi się na ten niewielki szczyt. Daliśmy się chyba złapać na jakąś sztuczkę. Wyobrażam sobie sytuację, w której ominęlibyśmy ten właściwy punkt widokowy, gdyby nie Google Mapsy.

W każdym razie, widok jest super. Może i nie ukazał nam się górujący nad miastem, wielki Rinjani, ale jak na nadchodzące chmury oraz pogodę, która powitała nas rano, jest bardzo dobrze. Miejsce do polecenia, szczególnie że jesteśmy na nim zupełnie sami. Jak ktoś chce instagramowe zdjęcie – polecam. Choć oczywiście instagramową perełką jeśli chodzi o platformy widokowe i huśtawki z widokiem na coś, jest Bali. Wracamy po rowery, a potem po bagaże i ruszamy w dół. Zaczynamy jednak od objazdu doliny. To jedno, wielkie pole truskawkowe, pełne ludzików w trójkątnych kapeluszach, otoczone wielkimi górami. Doskonałe miejsce, bardzo polecam. W ogóle polecam bardzo całą trasę pokonaną tego dnia, jest na niej absolutnie wszystko, a ruch minimalny.

Zjazd nie napawa mnie szczególnym optymizmem. Jest stromo, dużo zakrętów, siąpi lekki deszcz, więc i nawierzchnia jest śliska. Nie lubię zjazdów Bromptonem – szczególnie obciążonym kilkoma kilogramami przy kierownicy. Bardzo łatwo przestrzelić zakręt lub po prostu sfajczyć hamulce. Przed zjazdem odkrywamy też, że hamulce Sylwii skończyły się pół roku wcześniej, w Kambodży. Trzeba więc znaleźć złoty środek pomiędzy: wolno, żeby nie wypaść z zakrętu oraz szybko, aby nie hamować zbyt dużo.

Jakieś 20 kilometrów później, praktycznie bez pedałowania, jesteśmy nad morzem. Jedziemy wąską, pustą drogą z widokiem na góry i wodę jednocześnie. Od czasu do czasu trafi się malutka wioska, z malutkim sklepikiem, w której wszyscy będą się do nas cieszyli i krzyczeli „hello mister” oraz „hello miss”. Nieczęsto ludzie orientują się w takich miejscach, że schowana pod kaskiem Sylwia jest dziewczyną, więc szacun. Szczególnie, że z każdym kolejnym kilometrem całej tej wycieczki, okolica staje się coraz bardziej islamska. Rzuca się to w oczy przede wszystkim liczbą kobiet schowanych w burkach, a właściwie nikabach lub czadorach – czyli tych w pełni odsłaniających oczy lub twarz. Sprzedawca w jednym ze sklepów jest jednocześnie fryzjerem z fotelem wystawionym przed lokal, więc aby sprzedać nam dwa izotoniki i colę, za łączoną kwotę około 5zł, przerywa strzyżenie półnagiego mężczyzny.

Od czasu do czasu zjeżdżamy z asfaltu, aby zwiedzić okoliczną wieś. Szutry są znośne, choć omijając jeden z zawalonych mostów poważniejszym terenem Sylwia łapie z przodu kapcia przez kolczastą roślinę. Na szczęście nie dość, że dzieje się to w przednim kole, które dużo łatwiej wymienić, to nie ma w naszej okolicy specjalnie dużo dzieci, które by nam kibicowały. Choć dzieciaki są tu nieskończenie razy mniej uciążliwe niż w krajach afrykańskich. Wjeżdżamy też w tereny, w których nie bardzo da się już płacić kartą. To znaczy prawie każdy sieciowy sklep ma dla niepoznaki terminal, który obsługuje nawet „pay pass”, ale nigdy nam się to nie udaje. Poza jednym wyjątkiem, gdy kasjerka zabiera nam kartę, przepisuje jej numer do komputera, potem coś klika, a potem możemy zapłacić zbliżeniowo. Być może więc jest to możliwe, tylko nie każdy umie… bo i po co, płaci się tutaj zazwyczaj skanując kody QR.

Pod koniec dnia docieramy do nieco poważniejszej cywilizacji. Celem tego dnia jest port w miejscowości Lombok na wyspie Lombok, a co dalej – to się zobaczy. Żeby nie było za prostu – biletu nie da się kupić oficjalnie, ani w internecie, ani w okienku. Trzeba mieć jakieś lokalne odpowiedniki Blika działające w oparciu o kody QR. Dzięki temu, na drodze dojazdowej, stoi obok siebie ze 30 budek sprzedających bilety. To znaczy ktoś kupuje go po prostu za nas w internecie i płaci za nas pobierając niewielką prowizję. Staje w zupełnie losowym, jakieś 3 kilometry przed miejscem, z którego odpływa prom na wyspę Sumbawa. Rozpoczyna się proces kupowania, wymieniani się danymi i całość trwa dobre 10 minut.

Promy nie pływają szczególnie często, więc pytam młodego sprzedawcę za ile odpływa. Gość zaczyna szukać w rozpisce, co nieco mnie zaskakuje, bo jego, zdaje się, jedynym zadaniem jest sprzedawanie biletów na ten jeden, jedyny prom. Mówi, że za 15 minut – patrzę na niego najdziwniejszym wzrokiem, jaki umiem zrobić, bo mamy to niego jeszcze ze 3km. Jestem nieco zaskoczony, bo według internetu, powinno być to 30 minut później. Pędzimy więc co sił w nogach, ale jak nietrudno się domyślić, sił tych nie ma zbyt wiele. Cóż, okazuje się, że ani gość nie kłamał, ani internet. Faktycznie prom odpływa za 30 minut, ale ustawiamy się w kolejce i pani, która przyjeżdża skuterkiem 10 sekund po nas i już do owej kolejki nie dostaje. Nie wiem co to za czarna magia, ale kolejka nie poruszy się przez kolejne 20 minut, miejsca na promie jeszcze trochę zostanie, a mimo to, nieszczęsna pani, oddzielona jest już od nas taśmą. Nie wnikam, nie pytam, jestem zadowlony, choć okazuje się, że promy pływają co godzinę.

Jak zwykle wszystko składa się bardzo dobrze, bo w kolejce poznajemy lokalnego przewodnika turystycznego, który akurat wraca do domu. Dewaldi, bo tak się nazywa, załatwia nam transport, które dowiezie nas do noclegu, znalezionego podczas 2 godzin spędzonych na promie, w towarzystwie karaoke i papierosów.

W porcie na pewno byłoby łatwiej i szybciej znaleźć taksówkę niż czekać, aż przyjedzie po nas kolega przewodnika, ale pozwala nam to zrobić niewielkie, awaryjne zakupy w sklepie. Czym kierowałem się wybierając nocleg – nie wiem. Kierowca wiezie nas prawie 30 kilometrów, wzdłuż wybrzeża na południe wyspy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale kolejnego dnia wyruszymy na północ, pokonując rowerem dokładnie te same 30 kilometrów. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo gdy prom dobija do portu jest już środek nocy (czyli pewnie okolicy godziny 19:00), więc i tak nic nie widzimy.

Śpimy w lususowych, drewnianych domkach w obiekcie Bukit Samudra za jakieś 150zł. To chyba punkt wypadowy dla surferów bo jesteśmy tylko my i grupka anglojęzycznych surferów, którzy rano udają się piechotą z deskami na plażę. Z zachowania wydają się brytyjczykami, ale dobrze wiem, że okolica opanowana jest przez australijczyków. Przez opanowana, mam na myśli – jest gdzieś kilku. Poza tym hotelem nie spotkaliśmy chyba ani jednego, białego człowieka tego dnia. Chyba że gdzieś nam mignął na skuterze w kasku i przegapiliśmy. Jedzenie doskonałe, warunki bardzo dobrze, okolica ładna, polecam. Można się tam zabunkrować i w spokoju czekać na śmierć – idealnie będąc zagryzionym przez rekina. Za hamburgera, sałatkę z kurczakiem i skrzydełko z ryżem, czyli zestaw dla dwóch głodnych osób, płacimy 50zł.


Z kolejnego dnia pamiętam tylko wiatr w ryj i aromat spaliny

Poza pierwszymi 30 kilometrami, tymi samymi, które przejechaliśmy taksówką, nie jest to dzień warty wspomnienia. Dominuje w nim relatywnie główna droga wzdłuż wybrzeża, choć na tyle daleko, że samej wody nie widać. Ruch jest spory, wiatr w twarz olbrzymi, a i temperatura nie sprzyja jeździe. Są oczywiście drobne momenty, które jazdę uprzyjemniają, jak na przykład spotkanie kilkunastu młodych harcerek, z których każda koniecznie chciała osobne zdjęcie. Albo niewielkie domki na palach, przygotowane na nadejście tsunami. Ale to w sumie nie szkodzi, dzień traktujemy tranzytowo, a początek wszystko wynagradza. Droga przy samej wodzie, z wielkim wulkanem po drugiej stronie, przez malutkie wioski, w których jak zwykle wszyscy się z nami witają.

Naszym celem jest miejscowość Labuhan Jambu… albo region. Mam tu problem z nazwami. Przez długi czas nie wiem nawet jak nazywa się wyspa, którą przemierzamy. W miejscowości tej okazuje się, że jest główna atrakcja turystyczna okolicy: pływanie z rekinami. I to nie byle jakimi, z największą rybą na świecie dochodzącą do kilkunastu metrów i kilkunastu ton. Dla porównania, słonie afrykańskie ważą do 7 ton. Dotrzemy tam na koniec kolejnego dnia, bo od startu z naszego luksusowego domku dzieli nas od celu 250 kilometrów. Istnieje jedna droga alternatywna, omijająca najbardziej ruchliwe fragmenty. Z map Googla wynika, że jest nawet bardzo ładna. Problem tylko taki, że na 150 kilometrach dokłada jakieś 3000 metrów w pionie przez nieco opuszczone tereny, bo idzie środkiem gór. Nie ma też po drodze żadnego hotelu, a i pewnie z awaryjnym transportem byłoby tam słabo. Jedziemy więc główną, bo przecież to wakacje, które chcielibyśmy przeżyć.

A może pomyliłem dni, może właśnie opisuję drugi dzień na tej wyspie. A może opisuję dwa na raz, tak bardzo się nie różnią. I pewnie tak jest. W połowie tej dwudniowej krucjaty stajemy w drugim, największym mieście wyspy – Sumbawa Besar. To tutaj przylatują turyści i wsiadają o 2 rano w taksówkę, która zawiezie ich na startujące o 4 rano łodzie w stronę rekinów. Mój wybór hotelu jest tym razem fatalny. To znaczy hotel jest dobry i kosztuje z 90zł (Dlux Samawa Hotel) i blisko centrum, problem jest tylko taki, że od owego centrum dzieli nas lotnisko. Żeby więc dostać się do polecanej przez recepcjonistkę restauracji, musimy je okrążyć pokonując 7 kilometrów w jedną stronę. Bliżej chyba i tak nie ma nic sensownego. Okazuje się, że jazda nocą jest dużo przyjemniejsza, choć z dodatkową nutką emocji przez nieco wzmożony ruch. Wszystko spowodowane jest tym, że nasz restauracja hotelowo nie działa – serwuje tylko śniadania. To pewnie uzasadnione biorąc pod uwagę, że poza naszym, są jeszcze maksymalnie 1 lub 2 zajęte pokoje. Kończymy więc w innym hotelu, który restauracją ma działającą i śmiało mogę ją polecić: Akaya Rooftop Bar. Hotel pewnie też, bo jest w lepszym miejscu niż nasz, a w podobnej cenie. Choć nasz ma jedną zasadniczą zaletę – panią recepcjonistkę, która jest niesamowicie zabawnym człowiekiem. Nie do końca mówi po angielsku, ale bardzo się stara i bardzo się tym przejmuje, tak jak i wszystkim innym. Jest jak wyjęta z komediowej mangi. W restauracji zamawiamy m.in. „cap cay” – tradycyjne danie indonezyjskie – gotowane warzywa. Brzmi nudno, dopóki nie uświadomiliśmy sobie, że czyta się to „ciapciaj”. Od tego czasu, za każdym razem proszę o nie z uśmiechem.

Wieczorem próbuję jeszcze wypłacić pieniądze z bankomatu. Okazuje się to niemożliwe – moja karta nie jest obsługiwana. Nie stresuje mnie to szczególnie i postanawiam spróbować po drodze znaleźć inny. Gdzieś w okolicy piątego lub szóstego bankomatu zaczynam panikować, bo albo nie przyjmuje mojej karty albo bankomat jest pusty. Nasza gotówka się kończy, a wizja jedzenia tylko w hotelach i tylko śniadania (bo płacimy w nich przez Booking) jest niezbyt zachęcająca. Ostatecznie udaje się, choć nie wiem dlaczego. Takie same bankomaty jak ten, wcześniej wypłacały mi pieniądze. Maksymalna kwota to wypłaty to 200zł, więc spędzam przy nim trochę czasu. Tu warto dodać, że jeśli macie ze sobą awaryjne dolary na wymianę, muszą być w wersji z „dużymi głowami”. Niewiele ostatnio odwiedzonych przeze mnie krajów przyjmuje stare banknoty.

Kolejny dzień też już przypadkiem opisałem. Był taki sam, tylko gorszy, bo wiatr większy i słońce bardziej palące. Choć z każdym kilometrem stawał się lepszy, pewnie wraz z oddaleniem się od początkowego miasta. Kulminacja następuje, gdy docieramy do krainy cebuli. Dosłownie, wszędzie rośnie cebula, pickupy jeżdżą wyładowane cebulą, przydrożne stragany sprzedają cebulą, a pola są pełne ludzi zbierających cebulę. Do naszego docelowego hotelu za stówkę – Hotel Villa Beach transit & Resto docieramy chwilę przed zachodem słońca. Akurat żeby odwiedzić sklep i zjeść w hotelowej restauracji kolację w golden hour. Jest nawet trochę turystów – mało, ale i tak nie widzieliśmy tylu od czasu opuszczenia wysp Gili. A może jest ich więcej, tylko tego nie zauważam? Mówiąc turysta mam zawsze w głowie białego człowieka, a przecież są tutaj również turyści z Indii, Japonii, Tajlandii i wielu innych krajów. Ba, są tu pewnie w przeważającej liczbie, biorąc pod uwagę dystanse dzielące ich od tego miejsca. Rezerwując ten hotel dzień rano, dopisałem na bookingu wiadomość z prośbą o załatwienie nam rano wycieczki na rekiny, o których wspominał Dewaldi. To podobno największa atrakcja wyspy. Nie ma z tym problemu, bo zorganizować taką wycieczkę da się tu chyba z każdym we wsi. Cała okolica zdaje się żyć tylko tym.


Very big fish, sir.

Pierwszy dzień bez rowerów. To znaczy bez jazdy nimi, bo przenosić je będziemy wielokrotnie. Na odwiedzenie rekinów umówieni na 4 raną. 3:40 puka do naszych drzwi młody człowiek na skuterku i pyta czy jesteśmy gotowi. Prawdopodobnie układ był taki, że o 4 rano mieliśmy być w miejscowym porcie, a nie przed drzwiami, tylko nikt nam o tym nie wspomniał. Nie szkodzi, mimo że droga mokra i śliska po deszczu, typ na skuterku dowozi nas tam pojedynczo w ekspresowym tempie. Jadą z nim widzę przed oczami taki lead z Onetu: „Polak na wakacjach w Indonezji miał śmiertelny wypadek na skuterze, jadąc z 15-latkiem, nocą, po mokrym asfalcie, bez kasku, w samych kąpielówkach”. Pod tekstem będą komentarze: „no debil, sam się prosił”. Sam bym tak pomyślał.

Długo przed tym wydarzeniem rozprawiamy jeszcze o tym, czy pływanie z rekinami jest etyczne. W internecie opinie są mocno mieszane: od osób zachwyconych atrakcją, po zniesmaczonych dokarmianiem rekinów przez miejscowych i ogólny turystyczny nadmiar. To ciekawe, bo o 4 w porcie jesteśmy praktycznie sami. Są 3 osoby z obsługi niewielkiej łódki i ze 3 pary, które nocowały w tym samym obiekcie co my. Wyruszamy punkt czwarta, panuje absolutna ciemność. Idziemy więc pod kocykiem spać i budzimy się przed 6, gdy na horyzoncie wschodzi słońce, a łódka dociera powoli na miejsce.

Okolica pełna jest baganów – widzimy minimum kilkanaście. Są wszędzie i świecą ostrymi światłami niczym platformy wiertnicze. Bagany to indonezyjskie platformy rybackie. Mocne światło przyciąga nocą rybki, które następnie są łapane. Następstwem tego są także poranne wizyty rekinów w tej okolicy, bo i planktonu zbiera się dużo. Ktoś zwietrzył interes i rano rozpoczyna się również dokarmianie rekinów. Normalnie, ze szlaucha, prosto w ryja, godzinami. Stoi typ i leje wodę w wielką, przednią dziurę rekina, a rekin, niczym lampka nocna, ustawiony jest pionowo i się nie rusza. Chwilę później podpływa do nas druga łódka oraz dużo większa łódź. Ta większa ma na sobie kilkudziesięciu Rosjan. To jak abordaż, tylko Rosjanie zamiast na nas, pakują się masowo do wody, do rekina. Otaczają go, wyciągają kijki z gopro i zaczyna się szaleństwo. Okrzyki, dotykanie, jestem prawie pewny, że zaraz któryś wejdzie do środka rekina i zrobi live’a na Instagrama przebrany za Pinokia. Jestem prawie pewny, że otwór gębowy jest tak duży, że można spokojnie wejść i wyjść rekina. Przez długi czas w ogóle byłem przekonany, że to nie paszcza, a wielka opona leżąca na wodzie. Jak to mówiła jeszcze niedawno młodzież: masakra. Teraz pewnie powiedziałaby: obciach.

Po około pół godziny duża łódź odpływa i przychodzi nasza kolej. Jest nas garstka i jesteśmy też dużo spokojniejszą grupą. Nie wiem na jakiej zasadzie działa tu wpuszczanie grup. Widzimy że poprzednia łódź przeniosła się do innej platformy. My podczas tej wycieczki również zwiedzimy trzy różne. Na jednej z nich spotkamy 3 rekiny jednocześnie. Jest całkiem fajnie, w małej i spokojnej grupie jest to zupełnie inne doświadczenie niż chwilę wcześniej. Dalej nie wiem co sądzić o tej aktywności, ale nasz główny cel wycieczki – dostać się na wyspę Komodo, aby zobaczyć Warana z Komoda przestał mnie tak ekscytować. Wyobrażam sobie że wyruszymy wcześnie rano, pojedziemy z grupką ludzi otoczyć warana, zrobić sobie przy nim zdjęcie i wrócimy. Tradycyjne zobaczenie unikalnego zwierzęcia podczas wakacji mamy już zaliczone.

Do hotelu wracamy koło 10 – cały dzień przed nami. Uświadamiamy sobie jednak, że dalej czekają nas całkiem poważne górki, po których niekoniecznie mamy siłę jechać. Może to przez pobudkę przed 4 rano, a może przez nurkowanie. Wszyscy dobrze wiemy, że „woda wyciąga” – do teraz jestem głodny po snorkowaniu, a minęły już dobre dwa tygodnie.

A podjęcie decyzji „co dalej” jest ważne. Bo decydujemy się na taksówkę i albo udamy się do największego miasta na wyspie – Bima albo do portu w Sape, na wschodnim skraju wyspy, z którego „podobno” o 21 odpływa prom do Labuan Bajo. Dopłynęlibyśmy tam nad ranem i przy odrobinie szczęścia od razu wskoczyli na łódkę wiozącą nas na „jednodniową przygodę na Komodo”. Albo byśmy nie zdążyli i czekali do kolejnego dnia. Obie opcje wydają się kiepskie.

Jedziemy więc do Bimy taksówką, którą załatwił nam gość z hotelu. Przyjeżdża przed czasem, ale mówi, żeby się nie stresować. Możemy ruszyć już, ale możemy też za 3 godziny – nigdzie mu się nie spieszy. W ogóle nikomu tu się chyba nigdzie, nigdy nie spieszy. Przejazd trwa dobre 4 godziny i ani przez moment nie żałujemy, że nie pokonujemy ich rowerem. Jest duża szansa, że byśmy umarli z pragnienia i zmęczenia. Odkrywamy też, że z perspektywy samochodu, drogi którymi jedziemy rowerem wyglądają zupełnie inaczej. Nie wyobrażam sobie, że będąc turystą samochodowym, w którymkolwiek momencie takiego przejazdu pomyślałbym „ale tu musi być super na rowerze”. Kierowca na oko też ma z 14 lat, choć w rzeczywistości może mieć i 60. Nie zna ani jednego słowa po angielsku, ale nie przeszkadza mu to – wszystko przepuszcza przez translator w telefonie. Wyczuwam lekki dyskomfort, gdy obsługuje go w czasie jazdy. Każde jego zdanie też mogłoby należeć do „kapitana oczywistości”. Wspomina na przykład, że jak przyjedziemy na prom za wcześnie to będziemy długo czekać. Albo że może nas wysadzić na górce, gdzie rozłożymy sobie rowery i wszyscy będą się śmiać, że wjechaliśmy na nią rowerami.

W Bimie nie ma chyba nic, co warto byłoby zobaczyć. Śpimy w jedynym dostępnym na Bookingu noclegu: Kaloka City Hotel Bima, za jakieś 140zł. Hoteli w mieście jest więcej, ale pewnie trzeba byłoby użyć Agody lub jakiegoś lokalnego serwisu. Cały hotel zastawiony jest billboardami z gratulacjami wszystkich okolicznych firm, a może i rodzin. Okazuje się, że obiekt został dopiero co otworzony i jesteśmy pilotowymi gośćmi obsługiwanymi przez pilotową obsługę. Nawet lepiej, bo wszyscy się wszystkiego uczą i jest bardzo śmiesznie. Nie przestaje mnie też śmieszyć, że niezależnie od tego jak nowy czy luksusowy jest budynek, wszystko wygląda jakby było robione przez człowieka, który nauczył się wczoraj tynkować albo kłaść fugę, oglądając youtube’a. W większości hoteli afrykańskich widziałem dokładnie to samo. Drogi kibel, drogie płytki, a wszystko ułożone, jakbym to ja budował.

Popołudnie idziemy na spacer i mam nieodparte wrażenie, że jesteśmy jedynymi osobami w mieście, które przemieszczają się na piechotę. Trafiamy do bardzo wysoko ocenianej sieciówki: Mie Gacoan Bima Soekarno Hatta – obleganej przez Glovo i Gojka, więc nie może być źle. Gojek to taki indonezyjski odpowiednik Glovo, bardzo mi się ta nazwa podoba. Śmiechu przy zamawianiu jest jak zwykle co nie miara, bo przy kasie stoją 3 panie i każda z nich zdaje się znać inne, angielskie słowa. Podobnie jak w pozostałych miejscach, bardzo zależy im aby zdanie wypowiedzieć składnie i poprawnie, więc niektóre z nich wypowiadają wielokrotnie, aż wyjdzie dokładnie takie, jak być powinny. My polegamy na pytaniu o „level” jedzenia. Chodziło oczywiście o poziom ostrości więc level drugi z trójstopniowej skali nie był strategicznie najlepszym pomysłem. Po zjedzeniu 3 dań z makaronem i 10 pierożków dim sum za zawrotne 20zł, usta mam jak po botoksie. To zdecydowanie największy i najlepszy posiłek w moim życiu w tej cenie. Nic się nawet nie zbliża. Wracamy do hotelu i znudzeni zasypiamy oglądając w TV drugą część Titanica. Tak, dobrze czytacie, film Titanic Dwa. W sklepie odkrywam jeszcze wspaniałą rzecz: herbatę z jogurtem. Jestem powszechnie znanym fanem bawarki, ale jogurt jest jednak poziom wyżej. Do dzisiaj nie mogę się zdecydować, czy dać jej kciuka w górę, czy w dół, ale gdybym zobaczył ją ponownie w sklepie, kupiłbym bez zastanowienia. Jestem pewny, że ten napój nie miał absolutnie żadnego wpływu na dalszy przebieg wycieczki.


Panta rei, czyli wszystko płynie (poza Titanikiem Dwa)

Czasami spotykam przypadkowych ludzi, którzy dokładnie czytają te wpisy. Nie ma ich wielu, ale trafiają się w najmniej spodziewanych sytuacjach. Myślę sobie wtedy o takich akapitach jak ten. Z drugiej strony, nieczęsto w internetowych relacjach takie tematy są omawiane, a przecież to popularny temat w tych rejonach. Otóż w nocy budzi mnie nagła potrzeba. Nie ma w niej nic dziwnego, zdarza się – szczególnie po górze jedzenia za 20zł. Ta wizyta jest jednak inna i przypomina niezapomnianą wizytę w kiblu-narciarzu w jednej z niewielkich wiosek w Etiopii. Tej po której byłem pewien, że umrę. Sytuacja wygląda, jakby mojemu organizmowi pomyliła się dwójeczka z jedyneczką. Cóż, nie takie rzeczy przeżyłem, więc robię swoje i wracam spać. Popełniam jednak kluczowy błąd, którego obiecałem sobie już nigdy nie popełnić po Etiopii. Mam w torbie elektrolity, ale zamiast je wypić na siłę, zasypiam. Dwie godziny później budzę się w kałuży potu i jest mi tak zimno, że boję się wystawić rękę po butelkę z wodą. Wiem, że to game over.

Odwodnienie to niezbyt przyjemny temat. Rano jestem zmarznięty, wymęczony i nie jem śniadania, a w okolicach 11 mamy lot powrotny na Bali. Z niewiadomych mi przyczyn, zamiast wziąć taksówkę, jedziemy te kilkanaście kilometrów na lotnisko rowerami. Po drodze mijamy jakąś procesję, w której osobno idą mężczyźni, kobiety i dzieci. Na pocieszenie widzimy też młodzież ścigającą się na koniach po śmieciowej plaży i uczącą je pływać za pomocą sznurka i kija. Teorię mam taką, że rejon często nawiedzany jest przez tsunami, co przypominają setki mijanych przez nas znaków o drogach ewakuacyjnych przed falą, więc warto, aby konie potrafiły pływać. Przejeżdżamy też przez miejscowość o nazwie Panda.

Na lotnisko docieramy sporo za wcześnie. Odbywa się z niego tego dnia 5 odlotów, więc można sobie wyobrazić skalę obiektu. Rowery składamy do toreb w hali odlotów obserwowani przez prawdopodobnie całą obsługę lotniska. Podchodzimy do stanowiska odpraw, a gość nas pyta co mamy w torbach. Najpierw myślę, że jakiś głupi, bo przecież wkładaliśmy do nich rowery minutę temu, kilka metrów od niego i widział cały proceder. Ale to nie tak, 5 sekund później, odpowiadając bezmyślnie, że rower, uświadamiam sobie o co chodziło. Gość robi minę w stylu „makao i po makale” i wyciąga rozpiskę z cenami bagażu, na której jak byk widnieje pozycja „rowery i deski surfingowe”. Na nic jakiekolwiek dyskusje przy tak postawionej sprawie. Nic to że kupiłem 2 razy po 15 kilogramów bagażu, musimy dopłacić za fakt, że bagaż jest rowerem lub deska surfingową – po 40zł na głowę. Na lotnisku idę spać, bo wyglądamy jak te dwa króliki z reklamy. Sylwia napędzana bateriami Duracell, a ja zwykłymi.

Na Bali rezerwujemy najbliższy lotniska nocleg, jaki istnieje, bo strach oddalać się od toalet. The Patra Bali Resort & Villas za jakieś 200zł okazuje się wspaniałym wyborem, oddalonym o jakieś 5 minut rowerem od hali przylotów. Jesteśmy ponad godzinę za wcześnie, aby się zameldować, więc udajemy się na basenowe leżaki, 30 metrów dalej jest plaża i morze. To jest ten moment, ta chwila. Widzę szczęście na jej twarzy. Mimo że postanawia przez godzinę nie wejść na leżak, tylko siedzieć na trawie obok, ze słuchawkami w uszach.

Cały mój wieloletni plan ma tutaj zwieńczenie. Sylwia musi się poddać i spędzić czas jak prawdziwy, szanujący się turysta. Leżąc na leżaku, patrząc na basen i morze, denerwując się, że dzieci się dobrze bawią i krzyczą. Reszty dnia nie ma, bo leżę w łóżku i patrzę w sufit. Jako młodzi, odpowiedzialni ludzie, udajemy się jeszcze wieczorem do hotelowej restauracji, gdzie zmawiam sobie wielką, dwuosobową pizzę w stylu „król życia”. Jest na niej wszystko: krewetki, mięsa, grzyby i tak dalej. Doskonały wybór, brawo ja. Doczytałem, że na chory brzuch najgorsze są mleko, cukier i tłuszcz, więc na deser dobijam się „sticky rice black”, które składa się z mleka, cukru i tłuszczu. Dzień się kończy.


Galungan, czyli zmarli wracają na ziemię. W tym ja.

Poranek jest ciężki, ale z zupełnie innych powodów niż myślałem. Śniadanie w hotelu jest tak dobre i tak wielkie, a ja tak bardzo boję się go zjeść. Mamy bowiem przed sobą jeszcze minimum dwa dni jazdy po Bali i mimo że okolica jest już dużo bardziej cywilizowana, a w losowych toaletach po drodze jest już pewnie nawet papier toaletowy, nie chcę ryzykować. Dość późno też wpadam na to, aby odwiedzić aptekę. Aptek jest pod dostatkiem i jestem prawie pewny, że 90% wizyt dokonywana jest przez dokładnie takie same osoby jak ja – nazywa się to Bali Belly, zwaną u turystów z Egiptu „zemstą faraona”, a w Polsce po prostu sraczką. Dialog jest więc oczywisty:

– I have problem with stomach
– Diarrhea?
– Yes
– Water?
– Yes
– OK, Loperamid.

Potem następuje monolog o tym, jak stosować Loperamid i aby nie brać na zapas. Farmaceutka powtarza to z 5 razy. Podejrzewam, że wszyscy biorą dodatkowe dawki na wszelki wypadek, sam przez moment mam taki pomysł, ale okazuje się, że już ta zalecana jest faktycznie bardzo skuteczna. Niesamowite, że nie pomyślałem, aby zabrać takie leki ze sobą. Problemem na pewno nie jest kupienie ich, ale gdyby były pod ręką, może przypomniałbym sobie szybciej, że żyjemy w 21. wieku. Anyway, Loperamid jest wspaniały i wyruszamy w drogę. Dopisuję go w głowie do listy największych osiągnięć ludzkości.

Przejazd przez Kutę (bez „S”) losowymi drogami, niedaleko od wybrzeża jest super. Po raz pierwszy od bardzo dawna widzimy światła drogowe. Jesteśmy w szoku, bo zupełnie nie tak wyobrażaliśmy sobie to światowe centrum turystyki. Szczególnie, że jest 17. czerwca – początek prawdopodobnie najważniejszego festiwalu hinduistycznego na Bali. Znowu przypadkiem los się do nas uśmiechnął. Wszystkie świątynie, a nawet i ulice wypełnione są ofiarami. Przez ofiarę mam oczywiście na myśli coś przypominającego naszą święconkę, a czasem i nawet leżące pieniądze, a nie trupy. Wszędzie są też Penjory – nie wiem jak to się czyta, ale nie muszę, bo piszę bloga. Wielkie, kolorowe, dekoracyjne słupy z bambusa. Przez kolejne dwa dni widzimy ich tysiące. Mówiąc w skrócie, jest ciekawie i doskonale. Wszystko bowiem wygląda drastycznie inaczej, niż na sąsiednich wyspach. Masą świątyń, masa rzeźb, dużo kolorów – tylko wulkan, ryż i morze pozostają niezmienne.

Z drogami na Bali jest problem. Te w centrum wyspy są strome, wąskie i kręte tak bardzo, że czeskie Karkonosze się chowają, a włoskie Punta Veleno wydaje się wakacjami all-inclusive w Egipcie. Inne drogi z kolei, puszczone są tak, że nie bardzo da się nimi długo jechać. Jakby ktoś narysował duże kółka na mapie i połączył je z główną ulicą. Większość z nich jest raczej w układzie północ-południe i drobnymi przejazdami w poprzek. Nasz plan aby jechać bocznymi ścieżkami wzdłuż głównej drogi, bez wcześniej wytyczonej trasy, jest praktycznie niemożliwy – wielokrotnie jedziemy w złym kierunku. Z nawierzchnią sprawa również wygląda bardzo losowo – większość czasu idealny asfalt, czasem jednak klasyczne ujeby. Na jednym z nich Sylwia dobija kołem i łapie gumę. Okazuje się, że o ile w przypadku dużych kół jestem fanem chińskich dętek TPU, tak w przypadku Bromptona ich włożenie zajmuje jakieś 4x dłużej niż klasycznej. Wydają się być rozmiar mniejsze… choć jak już się uda, działają tak samo dobrze.

Po około 50 kilometrach wyjeżdżamy więc niestety na prawdopodobnie najgłówniejszą drogę przez Bali – prowadzącą z Denpasar do portu, z którego pływa się na Jawę, czyli tę wyspę z Jakartą, największa aglomeracją świata. Teraz już nie jest tak fajnie – ruch jest spory, dużo ciężarówek, trochę nachyleń, a my na tych małych rowerkach. Jedziemy do przodu aż nam się znudzi i popołudniu planujemy znaleźć taksówkę, która przerzuci nas na północ wyspy.

Nadchodzi popołudniu, siadamy w sklepie, odpalam Ubera oraz jakąś inną aplikację – okazuje się, że dojechaliśmy w miejsce, w którym coś takiego już nie funkcjonuje. Jeszcze 20 kilometrów wcześniej, nie było z tym problemu. Pytam losowych ludzi w sklepie o taksówkę na północ wyspy – wszyscy łapią się za głowę i mówią, że nie mają pojęcia. Nic to, jedziemy więc dalej przed siebie aż do zachodu słońca i stajemy w losowym hotelu, pokonując tego dnia około 100 kilometrów. Hotel WIDE SANDS Beach Retreat za jakieś 170zł ze śniadaniem jest bardzo fajny. Na uboczu, w ciszy i spokoju, przy olbrzymiej plaży.

Idziemy na spacer przy jednym z najlepszych zachodów słońca w moim życiu i zjadamy wielką kolację w hotelowej restauracji. Znowu mam wrażenie, że oprócz nas, w obiekcie, jest może z jeden inny gość. Hotel też pomaga nam załatwić taksówkę na kolejny poranek. Zostają nam dwa dni do powrotu, więc nie jestem pewny dokąd ową taksówką się udać. Znajduję więc jakieś znane jezioro gdzieś w górach i pytam ile to będzie kosztowało, jako że od celu będzie dzieliło nas jakieś 60km. Kilka telefonów później jesteśmy umówieni na 140zł i przejazd hotelowym SUVem. Jesteśmy umówieni, w końcu zobaczymy kluczowe miejsca polecane na Bali.


Top 10 Bali

Poranna wycieczka taksówką jest niesamowita, a pokonanie tych 60km zajmuje nam lekko 3 godziny. Z czego pewnie w pierwszą pokonaliśmy ich ze 40. Jedziemy bowiem skrótami, których nie zna nawet kierowca. Za każdym razem, gdy wjeżdża w mniejszą drogę mówiąc „nigdy tu nie byłem” dramaturgia rośnie. Wielokrotnie wjeżdżamy w drogi terenowe, na których musi cofać. Wielokrotnie też wjeżdża na takie nachylenia asfaltowe, że obawiamy się wszyscy, czy samochód nie fiknie na plecy. Ale za to jest wspaniale. Za jedną z górek, przy której Przełęcz Karkonoska się chowa, kierowca zatrzymuje się zrezygnowany i zaczyna rozglądać za pomocą. Minutę później słyszymy huk i widzę jadącą obok nas, w pozycji horyzontalnej parę, a metr za nimi ich skuter. Jestem gotowy na kłótnię, bójkę i wyzwiska, bo głęboko wierzę, że to nie ich wina. Na takich nachyleniach nie da się hamować, taksówka zajmowała całą szerokość drogi, a za wzniesieniem pewnie nie było szansy jej dojrzeć. Podejrzewam też, że jakikolwiek samochód przejeżdża tędy raz dziennie i jest to duże wydarzenie. Kierowca wychodzi sprawdzić, czy wszyscy żyję po czym następuje salwa śmiechu. Wszyscy uśmiechnięci i radośni oceniają szkody materialne i cielesne po czym życzą sobie powodzenia i jadą dalej. Kierowca idzie zapytać o drogę w pobliskim domu i wraca z jeszcze większym bananem na twarzy, bo zrozumiał, że bez poważnego jeepa z napędem 4×4 nie przejedziemy drogą, którą prowadzą nas Google Maps. To jeden z tych momentów, których nie rozumiem – mieszkasz jako kierowca na wyspie, która ma siedem dróg na krzyż i powierzchnię mniejszą niż aglomeracja warszawska, a jest masa terenów, których nigdy w życiu nie widziałeś. A może to moje zboczenie rowerowe? Może ludzie nie zwiedzają okolicy, w której mieszkają?

Dowiadujemy się za to wielu ciekawostek, bo kierowca z tych rozmownych. Tłumaczy, że Bali popularne i często odwiedzają go koledzy z innych wysp, bo tutaj można pić alkohol. Tłumaczy, że lubią psy i mają ich dużo, bo w przeciwieństwie do muzułmanów są drużyną psią, a nie kocią. Pokazuje nam po drodze plantacje bananów i że smażony banan to główny przysmak. Mówi też że lubi od czasu do czasu zjeść duriana – dalej już nie słuchamy.

W każdym razie, nasza wycieczka, choć widokowo piękna, trwa ze dwa razy dłużej niż wszyscy się spodziewamy. Mam wyrzuty sumienia i płacę kierowcy nieco więcej, ale chwilę po wypakowaniu się z samochodu widzimy, jak gość siedzi sobie nad jeziorkiem i czilluje. Podejrzewam, że może nie mieć już nic lepszego do roboty tego dnia. Wyrzuty sumienia mi mijają. Samochód, którego silnik pokonał w te kilka godzin odpowiednik 10.000 kilometrów po zwykłych drogach, też nie należy do niego – jest hotelu z jakichś dotacji rządowych… więc można powiedzieć, że niczyj.

Jezioro Buyan, przy którym wysiadamy jest imponujące – szczególnie dzięki górującemu nad nim wulkanowi. Tylko że nie tylko my wpadliśmy na pomysł zobaczenia go. Nie wiem czy to po prostu jedno z głównych miejsc turystycznych wyspy, czy przez to święto. Bo skuterów jest tysiąc, ludzi na punktach widokowych jest tysiąc, tych punktów też jest tysiąc i w ogóle wszystkiego jest tysiąc. Na metr kwadratowy. Są to zarówno ludzie wyglądający na tutejszych, jak i inni Azjaci oraz klasyczni Niemcy/Brytyjczycy/Australijczycy. Trzeba przyznać, że Bali umie w turystykę. Jeśli lubicie robić zdjęcia siebie, w czerwonej sukni, na huśtawce, z wulkanem w tle i jeziorem pod sobą – będziecie zachwyceni. Chyba że traficie akurat na punkt, który lata świetności ma za sobą i drewniana, spróchniała się urwie i spadniecie w przepaść.

Czeka nas bardzo długi zjazd, wzdłuż którego, mam na Mapach Googla masę zaznaczonych gwiazdek. To punkty, które musi odwiedzić każdy turysta Bali. Słynna brama Handara, świątynia Ulun Danu Beratan, selfie pointy i w ogóle masa ciekawostek. Ludzi jest tyle, że nie sprawia nam to absolutnie żadnej przyjemności. Tłuk przed bramą jest tak duży, że nie ma to żadnego sensu. Każdy musi być przy niej koniecznie sam, bo przecież nie wypada mieć zdjęcia z innymi ludźmi. Poza tym na Instagramie widzieli, że zdjęcie trzeba zrobić nad kałużą lub ewentualnie dachem samochodu lub ekranem smartfona, aby zrobiło się odpowiednie odbicie. Ignorujemy więc atrakcję i gdy tylko się da, uciekamy z głównej drogi gdzieś w bok. Dajemy Bali jeszcze jedną szansę – prawdopodobnie najczęściej polecanemu mi miejscu: miejscowości Ubud. No więc tak: miejscowość Ubud jest na pewno bardzo ładna i na pewno jest w niej masa ciekawych rzeczy to zobaczenia… pomyślało tak milion ludzi. Całość wygląda jak Krupówki w szczycie sezonu. Przelatujemy Ubud najszybciej jak się da, czyli bardzo wolno. Moje płuca postarzają się o 10 lat dzięki wdychanym spalinom. Mam ochotę wsiąść dzisiaj na rower i przepedałować do każdego, kto mi to miejsce polecił. Stanąć mu w drzwiach i zapytać: „Mordo, serio?”. Cóż, pewnie zupełnie inaczej bym mówił, gdybyśmy pojechali tam skuterkiem i gdybym nie widział tej dzikiej części wyspy chwilę wcześniej. Nawet gdybym ją jednak widział z poziomu skuterka, dziś nie byłoby tego wpisu, bo leżałbym przygnieciony skuterem w którejś z bardzo ale to bardzo imponujących przepaści.

Aby nie wyjść na ignorantów znajdujemy sobie muzeum – nieco na uboczu, praktycznie puste, wielkie i co najważniejsze – darmowe. A jeśli nie darmowe to takie, które budkę biletową ma bardzo umiejętnie schowaną. To Setia Darma House of Mask and Puppets, czyli muzem lokalnych strojów i masek. Jeśli chcecie, aby Wasze dziecko już nigdy nie zasnęło spokojnym snem, bardzo polecam to miejsce. Wygląda jak kraina marzeń fanów serialu „IT” – tego o klaunie. Chciałbym napisać coś ambitnego, ale jedynym podsumowaniem tego miejsca, które umieć wysmarować jest: „Muzeum masek jest bardzo fajne, bo jest w niż dużo masek, które są fajne”. To pisałem ja, Maciek z klasy trzeciej „a”.

Potem jest dramatycznie, bo musimy się przebić przez całe Denpasar. Idzie to bardzo wolno, aż do momentu, w którym odkrywamy, że trzeba się jednak trzymać najgłówniejszych dróg. I tak nie zdążamy do naszego „basenowego” hotelu, w którym czekają bagaże i czyste ciuchy. Z jednej strony kiepsko, bo wiemy, że hotel obok jest dużo lepszy, z drugiej fajnie: mogę oddać nienapoczęty papier toaletowy, który stąd ukradliśmy pierwszego dnia. Nie mogąc się zdecydować, co zrobić z tak pięknie rozpoczętą nocą, kończymy w restauracji hotelu, który odwiedzaliśmy dwa dni wcześniej. W nagrodę zamawiamy najdroższe danie, jakie istnieje w okolicy – zwie się ono „Nasi Goreng, za który warto umrzeć” i kosztuje chyba ze 100zł. To po prostu Nasi Goreng z homarem. Przypominamy sobie, że jedzenie, z którym jest więcej zabawy niż jedzenia, jest nie dla nas. Jesteśmy prostymi ludźmi: najlepszy jest ryż z jajem, cebulą i czochem.


Być może niejeżdżenie rowerem jest bardziej męczące niż jeżdżenie.

Lot mamy kolejnego dnia o 19, daje nam to cały dzień na… nie wiemy co. Najpierw idziemy więc na przejażdżkę rowerem, a potem na spacer, aby roztopić się w palącym słońcu miejscowości Kuta (bez „S”). Szybko odkrywamy, że popełniliśmy strategiczny błąd – plaża w Kuta (bez „S”), jest rajem początkującego surfera. Mogliśmy wynająć deskę i popływać na falach zamiast oglądać sklepy, w których jest to samo.

Aby dostać się do dużego centrum handlowego musimy ściągnąć przy ochronie kask i pokazać głowę. Ktoś zupełnie poważnie pyta, czy może chcielibyśmy nasze kaski sprzedać. Co ciekawe, plecak który niosę ze sobą ochrony zupełnie nie interesuje.

Jeśli chcecie kupić sobie drewnianą pamiątką polecam nieco ukryty Teratai Shop. Kupuję w nim na przykład karmnik dla ptaków zrobiony z kokosa, chwilę po tym, gdy uderzyłem się w niego kaskiem. Do dzisiaj nie mamy pomysłu, gdzie go powiesić. Zmęczony ciężkim tygodniem, omyłkowo, próbuję sprzedawcy zapłacić dwa razy. Ten się śmieje i nie dość, że nie przyjmuje pieniędzy to jeszcze daje mi drewnianego rekina. I to by było na tyle z tej przygody. Bardzo to były długie niecałe dwa tygodnie. Nie wiem jak ludzie dają radę spędzać tak długie wakacje. Co zaskakujące, tydzień później zaczynam już za Indonezją tęsknić i chętnie bym tam wrócił. Ba, wyobrażam sobie nawet w głowie tanią i spokojną emeryturę tam. Nie zaskakuje mnie sam ten fakt, a własna niekonsekwencja. Każdego, jednego dnia bowiem, zastanawiałem się tam, dlaczego ktokolwiek chciałby spędzać w takim miejscu emeryturę i co tymi ludźmi kieruje…

BARDZO TO BYŁY DŁUGIE WAKACJE.