Nie wiem jak zacząć ten wpis.


Gdyby ktoś przejechał pokonaną przez nas trasę, miałbym tak wiele pytań do takiej osoby. Dlaczego? Po co? Jest przecież tyle pięknych miejsc na świecie. Jaki mógł być powód, dla którego ktokolwiek miałby lecieć do Sajgonu, a potem kierować do Kambodży. Przecież taki Sajgon (zwany obecnie Ho Chi Minh) pokazywany jest jako światowe epicentrum chaosu drogowego. Nawet lotów dogodnych tam nie ma.

I dobrze wiem, że te pytania bym zadawał. Bowiem podobną trasę planowaliśmy już w zeszłym roku, choć wtedy, nieco spontanicznie, wygrała Malezja. Jakimś zrządzeniem losu, zaraz przed naszym wylotem, w NGE odbywała się prelekcja @mic_pawlik i @golab na temat trasy wzdłuż Mekongu, czyli dokładnie tego, co planowaliśmy. I poszedłem tam dokładnie z tymi pytaniami. A wróciłem z niesmakiem, bo internetowa analiza skłoniła mnie do porzucenia tego pomysłu. Anonimowi ludzie z internetu zgodnie twierdzili, że Kambodża to siedlisko zła, pijanych kierowców, dróg bez pobocza i w ogóle wszystkiego co najgorsze. Prelekcja nieco te stwierdzenia podważała i pomysł powrócił w tym roku. Nie pierwszy i nie ostatni raz internet mnie oszukał. Jako że Azji, w której w listopadzie nie leje, a temperatura jest dodatnia, nie jest tak dużo, postanowiliśmy zaryzykować. Okazało się, że temperatura była aż nadto dodatnia, a z tym „nie leje” to bym nie przesadzał.

Bo czy w dniu, w którym wylatywaliśmy, duża część Sajgonu była pod półmetrową warstwą wody? Możliwe, właśnie kończyła się tam największa powódź tego dziesięciolecia. Właśnie rozpoczynał się tam też 12. tajfun tego roku, mimo że statystycznie, jest ich około dziesięciu rocznie. Gdy to piszę, kończy się piętnasty. Generalnie, w tym roku, wiadomości o Wietnamie zdominowane są przez zatopione miasta i zaginionych ludzi. Zostałem za to ekspertem w przeglądaniu Google Flood Hub, obserwując na mapie, jak duży fragment, naszej potencjalnej trasy, znajduje się aktualnie w terenach zalanych. Jako że miała być to trasa wzdłuż Mekongu, był to zaskakująco duży fragment.

Nasz plan był więc bardzo elastyczny. Wylądujemy w Sajgonie i potem jakoś to będzie. 

Warto dodać, że wpis nie jest ani przewodnikiem, ani tekstem o Wietnamie lub Kambodży. Jeśli kojarzycie pagórki i piękne krajobrazy w Wietnamie, prawdopodobnie są one z północy kraju, która jest zdecydowanie bardziej turystyczna niż południe. Wcale mnie to nie dziwi, bo nie umiem powiedzieć, co fajnego widzieliśmy na naszej trasie… mimo że bardzo nam się na niej podobało, a rzeczy fajnych było, z tego co pamiętam, widziałem dużo. Północny skraj Wietnamu, dzieli od skraju południowego dystans taki, jak pomiędzy Siedlcami, a krajem o nazwie Gruzja.

W filmie Robocop z 1987 roku są dwie sceny obrazujące nasze pierwsze wrażenia z Wietnamu.

Pierwsza z nich, to gdy policjanci na posterunku po raz pierwszy widzą spacerującego Robocopa i jeden z nich, bacznie mu się przyglądając, w szoku wydusza z siebie „What is this sh*t?!”. To my, gdy wychodzimy z lotniska i trafia nas fala wilgoci i gorąca, która już w pierwszej sekundzie obecności na świeżym powietrzu, poddaje w wątpliwość możliwość komfortowego jeżdżenia rowerem. Jeszcze bez strachu, ale już z niedowierzaniem, że to się może udać. A wiem co mówię, byłem przecież całkiem niedawno na afrykańskim równiku, na którym było dużo chłodniej.

Druga to, gdy Robocop chwyta Emila Antonowskiego i chwilę później gość leci przez okno krzycząc „What is this shit?!”. Wcześniej wspomina tylko coś o tym, żeby poczekać, że jest chroniony i że przysługują mu jakieś prawa. To my, próbujący się włączyć do ruchu po raz pierwszy. Przyzwyczajeni do takich klasycznych konceptów jak: światła drogowe, pierwszeństwo zgodne z zasadami ruchu i tak dalej.

Nasz bardzo elastyczny oraz spisany tylko w mojej głowie plan, zakłada, że wsiadamy w Sajgonie na rowery i jedziemy wzdłuż rzeki Mekong do granicy z Kambodżą i dalej na północ. Po przejechani Wietnamu w poprzek, a potem Kambodży w pionie, odbijamy jakoś do słynnego Angkor Wat, zwiedzamy je i jakoś wracamy do punktu startu. Jak zwykle, wiele w tym planie jest „jakosiów„. Nazwać byłoby to można wyprawą do Jądra Ciemności, bo przecież taką samą trasą płynął Benjamin Willard w Czasie Apokalipsy. Co oczywiście nie jest prawdą, bo jego wyprawa wzdłuż Mekongu wcale nie była kręcona na Mekongu, a w oddalonych o znaczną liczbę kilometrów Filipinach, a tam nie ma Mekongu. Ale to jakaś grubsza afera, bo przecież nawet „Good Morning Vietnam”, kręcony był w Bangkoku. Robiąc więc wpis o Wietnamie po przejechaniu trasy w Wietnamie, wyłamuję się kanonu wybitnej twórczości.

Nie zmienia to faktu, że Wietnam, dzięki obejrzeniu odpowiedniej ilości amerykańskiej kinematografii kojarzy mi się tylko z dwiema rzeczami.

Po pierwsze: stożkowe kapelusze nón lá, które wystają w polu ryżu, a w pewnym momencie wyskakują z przyczepionym od spodu małym, krzyczącym Wietnamczykiem. Wietnamczyk trzyma oczywiście karabin i robi tratatatata, nie trafiając zazwyczaj w nikogo. Tu warto doprecyzować stwierdzenie „mały Wietnamczyk” – mijane przez nas sklepy „Big Size” dla mężczyzn to sklepy sprzedające odzież dla ludzi ważących powyżej 80kg. Czy przed przyjazdem nie jestem jeszcze „big size”, ale już po powrocie, głównie dzięki czipsom i „bubble tea”, już jestem big size.

Po drugie: z deszczem, który pewnego dnia zaczął padać i nie przestał przez 4 miesiące – małe kapuśniaczki i wielkie ulewy. Deszcz zacinający z boku i taki, co pada jakby z dołu w górę.

Generalnie, jeśli ktoś czerpie wiedzę o świecie z filmów, Wietnam nie będzie mu się kojarzył zbyt dobrze. Kambodża pewnie też. W mojej głowie to taki Bangladesz. A to już wiem nie z filmów, a z metek na moich ubraniach – szczególnie tych z Raphy.

Wysyłają nas do Wietnamu… To zupełnie inny kraj.

Na lotnisku Tan Son Nhat w Ho Chi Minh meldujemy się rano. Powtórzę: Tan Son Nhat w Ho Chi Minh. Bo jedyne słowa, które brzmią wietnamsko, a które kojarzę. Nie jest to najlepiej zorganizowane lotnisko świata, więc opuszczenie go zajmuje nam grubo ponad godzinę. Plus jest taki, że nasze składane rowery docierają w swojej pierwotnej formie. Tym razem lecimy ze sztywnymi walizkami i żeby zaoszczędzić, postanawiamy przejść się z nimi do hotelu, zamiast wziąć taksówkę. Wtedy jeszcze nie wiemy, że rachunki w Wietnamie są za wszystko śmiesznie niskie i dzięki takiemu manewrowi zostaje w mojej kieszeni 10zł. Z drugiej strony, tu dziesięć, tam dziesięć… z osiemset razy nie pojadę taksówką i będzie na kolejne bilety lotnicze. Co do cen, mogłem się jednak domyślić rezerwując pierwszy hotel. Za nocleg w oddalonym o kilometr od lotniska Hera Luxury Hotel płacimy 150zł i jest to jeden z najdroższych hoteli w okolicy – z basenem na dachu i śniadaniem w cenie.

 GDYBYM WIEDZIAŁ TO CO WIEM

Na pewno nie zdecydowałbym się na ten spacer. Uderzenie gorąca i wilgoci po opuszczeniu terminala jest niewyobrażalne. Choć umówmy się, kilometr to można i pewnie na bezdechu przejść. Szybko jednak odkrywamy, że instytucja przemieszczania się nogami, do Wietnamu jeszcze nie dotarła. Naprawdę, ludzie tam nie chodzą. Tak jak Forrest pewnego dnia odkrył, że zamiast chodzić, można biegać, tak tam pewnego dnia odkryli, że zamiast chodzić, można jechać wszędzie skuterem. Od tego dnia prawdopodobnie nikt, nigdy już nigdzie nie poszedł. Zawsze wszędzie jechano. Chodniki więc są, ale używane do stawiania na nich wszystkiego innego, niż nogi. A jeśli myślisz, że z chodnika można zejść na drogę i ominąć nią przeszkody – krzyżyk na drogę. Gdybyśmy tamtego dnia musieli przejść na drugą stronę ulicy, wzdłuż której szliśmy – stalibyśmy tam do dzisiaj. Podejrzewam, że nikt w Sajgonie nie zna dowcipu z pytaniem: „po co kura przechodziła na drugą stronę ulicy?”. Bo kur może i jest wszędzie sporo, ale nawet one wiedzą, że tego się po prostu nie robi. Chyba że chce się zupą Pho. Ulica jest bowiem nieprzerwanym ciągiem skuterów. Ciągnących się z horyzontu, za horyzont.

Wieczorem próbujemy iść jeszcze zwiedzić pieszo okolicę, ale instytucja chodzenia po mieście również tutaj nie dotarła. Dochodzimy więc do pierwszego skrzyżowania, czyli miejsca, w którym musimy przeciąć jedną z dwóch, dwupasmowych dróg. Po kilku minutach wracamy zrezygnowani. Gra Frogger to przy tym pikuś, nie widzimy żadnej szansy na przedostanie się na drugą stronę, a zostało nam ostatni życie i zero monet na kontynuacje.

Jest za to 7-eleven, które może i nie jest szczególnie dobrze wyposażone, ale za to rachunki w mojej głowie nijak się nie zgadzają. Dostałem bowiem na lotnisku tyle milionów wietnamskich dongów, że rachunek wydaje się być bliski zeru. Możemy zostać królami czipsów i herbaty z plastikowych butelek – moje skryte marzenie. Jeśli chcecie się dobrze przygotować gastronomicznie do takiego wyjazdu, sugeruję zacząć już dzisiaj jedzenie smażonego oleju i cukru rozpuszczonego w wodzie. Do basenu na dachu nigdy nie docieramy, bo jest na 11. piętrze, a winda ma przyciski tylko do 10. Czeka nas jeszcze coroczny eksperyment – czy uda się zjeść jakąkolwiek „zupkę chińską”. Staramy się zawsze wybrać dowolną, bez dużego i czerwonego napisu „HOT”. Nie zmienia to niczego, każda z nich jest jak „kebab ostry bardzo dla pan doktor na cienkim” z filmu „Chomik”.

Na pocieszenie, Sylwia dokonuje eksperymentu, idzie spać wcześnie popołudniu, gdy ja, korzystając z przesunięcia czasowego, siedzę jeszcze w pracy. Eksperyment jej przerywam rano, w piętnastej godzinie snu.

 

Opuszczenie Sajgonu napawa mnie pewnym lękiem. Wikipedia mówi, iż: Sajgon w języku polskim jest „synonimem intensywnych działań opartych na chaosie i zamieszaniu”. Mimo iż wywodzi się to raczej od przegranych działań wojennych w przeszłości, najczęściej kojarzy się obecnie z ruchem samochodowym. A nawet nie tyle samochodowym, bo samochodów jest liczba znikoma, co po prostu z ruchem ulicznym, czyli skuterami. I faktycznie, jest to hardkor, choć tylko z początku.

Włączenie się do ruchu i pokonanie kilku pierwszych skrzyżowań i rond, możliwe jest chyba tylko za pomocą odmówienia zdrowaśki, zamknięcia oczy i jazdy na pałę. Zadziwiająco szybko okazuje się jednak, że tutejszy ruch po prostu działa. Po kilkunastu minutach czujemy się tam dużo bezpieczniej niż w polskich miastach. Mało tego, gdyby nie fakt, że postanawiamy zobaczyć po drodze kilka rzeczy – jak na przykład pomnik papieża dla papieże.na.rowerze – moglibyśmy wyjechać z ponad 7-milionowego miasta, nie zatrzymując się chyba ani razu, przez ponad 20 kilometrów. No może raz, bo były jedne światła drogowe, które generowały jedyny, widziany przez nas korek. Wygląda to jak chaos, ale nie ma w nim absolutnie żadnej agresji i wydaje się skutkować osiągnięciem maksymalnej, możliwej przepustowości. Forma indywidualnej, prywatnej komunikacji, której nie da się zoptymalizować już o nawet jednego człowieka. Jest to zadziwiające. Podczas prawoskrętu lub włączania się do ruchu, po prostu się to robi – bez zatrzymania, bez patrzenia, bez stresu.

Tu nadmienię, bo na pewno kołacze Wam to pytanie w głowie: tak, Sajgonki wzięły się od Sajgonu i tylko w Polsce się tak nazywają. Wynika to z faktu, że w latach osiemdziesiątych wiedzieliśmy, że robią je Wietnamczycy, a Wietnam kojarzył nam się tylko z Sajgonem. Warto też dodać, że większość restauracji „Chińczyk” to tak naprawdę restauracje „Wietnamczyk”, a zupa Pho jest jednym z najpopularniejszych dań, które mijamy po drodze. Jesteśmy prostymi ludźmi: Azja kojarzy się z Chińczykami, więc mówimy „Chińczyk”, Wietnam kojarzy się Sajgonem, więc mówimy sajgonki, a Kambodża kojarzy się obecnie z patostreamerami, więc mówimy patologia – chyba.

Po niecałych dwóch godzinach i jednym promie jesteśmy już za miastem. To niesamowite jak szybko i sprawnie jesteśmy w stanie wyjechać z tak dużego miasta. W zasadzie jedynym dyskomfortem jest ciepło i duchota. Choć nie wiem, czy na naszej trasie przez Wietnam byliśmy kiedykolwiek „za miastem”. To bowiem kilkudniowy festiwal jazdy przez niekończącą się wieś, drogą bez zakrętów, wzdłuż rzek. Poważnie, nietrudno znaleźć kilkudziesięciokilometrowe odcinki, na których kąt jazdy zmienia się minimalnie raz lub dwa. Esencją jest na przykład odcinek pomiędzy Rạch Giá przy oceanie, a rzeką Hau – 50km bez najmniejszego skrętu. Omijając najbardziej główne drogi kraju, samochodów praktycznie się nie widuje – same skutery, a nawierzchnie w większości są dobre. Nasze ślady wyglądają w jakby GPS zapisywał naszą pozycję co kilkanaście minut, a następnie łączył to kreskami.

Dzień urozmaica nam burza strzelająca na horyzoncie piorunami. Większość dnia po prostu czekamy kiedy do nas doleci. Wtedy jeszcze nie wiemy, że deszcz polega tu zazwyczaj na przelotnym, całkowitym oberwaniu chmury, a lokalsi mają wbudowany jakiś czujnik, bo minutę przed jej rozpoczęciem albo wkładają pelerynę, albo chowają się pod najbliższym dachem. Spotykamy się więc z nimi często na stacjach benzynowych, w restauracjach, w warsztatach itd. Jako że deszcz, jak już wspomniane było wcześniej, pada czasami z boku, często stoimy ściśnięci jak palacze na lotnisku, bo dach gwarantuje bardzo ograniczoną powierzchnię suchości.

Podczas jednego z postojów, tym razem takiego nieco mniej cywilizowanego, bo w czyimś otwartym garażu, zaczynam się zastanawiać, czy jazda wzdłuż kanałów, podczas tak intensywnych ulew jest dobrym pomysłem. Sprawdzam Google Flood Hub i wynika z niego, że znajdujemy się na skraju obszaru zaznaczonego na czerwono, a woda faktycznie całkiem szybko przybiera. Na tyle, że podczas przerwy w opadach, z garażu musimy już wyskakiwać.

Poza kanałami, otaczają nas głównie pola ryżowe. To, co przyciąga na nich uwagę, to grobowce. Tak, na polach umieszczone są, przypominające wyglądem kapliczki, rodzinne grobowce z trumnami. Większość z nich jest zalana – smacznego. To zarówno wynik tradycji oraz chęci trzymania zmarłego blisko domu, jak i aspekt praktyczny – ziemia z trupem podobno niejako przypisuje się do rodziny. Też bym chyba nie chciał kupić działki z pełną trumną. Tradycyjne cmentarze nie wydają się zbyt popularnym tematem poza większymi miastami. A nawet i w tych większym miastach nie wiem, czy jakikolwiek widzieliśmy. Ciekawe, skoro w takim Sajgonie mieszka ponad siedem milionów ludzi.

Pod koniec dnia okazuje się również, że znalezienie noclegu nie jest trywialnym tematem. A znalezienie sensownego, nie jest takim tematem jeszcze bardziej. Odbijamy więc nieco na południe do ponad 100-tysięcznego miasta Cai Lậy. Jedynym faktem o tym mieście, który znajduję w Wikipedii, to jego położenie – w delcie Mekongu. Kończymy w lokalnej sieciówce udającej KFC. Najpopularniejszym daniem jest kurczak w spagetti bolognese. Nie to, że jesteśmy fanami KFC – po prostu przez pół godziny nie udaje nam się znaleźć nic lepszego. Gorszego w zasadzie nic, bo nie znajdujemy po prostu niczego. Jestem też prawie pewny, że zdecydowana większość klientów ma tu nie więcej niż 12 lat. Oraz że jest to jedyne miejsce, w promieniu 100km, w którym można znaleźć otyłe dzieci. Nietrudno się domyślić, że skoro jest to nasz jedyny, sensowny posiłek tego dnia, nie udaje nam się nim zaspokoić głodu. To znaczy udaje, w momencie jedzenia, ale zanim wrócimy do hotelu, znowu jesteśmy głodni. W mieście nie istnieje coś takiego jak restauracja. Przez restaurację mam na myśli lokal z jedzeniem, stołem i czymś do siedzenia. Najbliższe temu są małe wózki z miejscem do smażenia i dwoma plastikowymi siedzonkami. Nie jesteśmy jeszcze na to gotowi. Widzieliśmy w jakich warunkach sprzedawane jest mięso wiszące przy drodze i nie wyglądało to na warunki, które gwarantują komfortową jazdę kolejnego dnia. Tzn. jazda może być, ale nie na rowerze.

Pod hotelem mamy na szczęście dwa duże markety. Przez duże, mam na myśli największe, jakie na tym wyjeździe widzieliśmy – czyli na oko rozmiar 4 Żabek. W markecie do jedzenia nie ma nic. To jest case znany mi z Afryki, a dla Sylwii nieco zaskakujący. Idziesz bowiem wzdłuż półek pełnych rzeczy, również takich do jedzenia, ale jednocześnie nie da się do jedzenia nic znaleźć. A przynajmniej nic, co miałoby w sobie cokolwiek niż najprostsze węglowodany. Może gdybyśmy mieli pełnoprawną kuchnię, coś by z tego wyszło. Ale nie mamy, więc nie wyszło. Jemy zazwyczaj czipsy, herbatę z butelki i w najlepszym, luksusowym wypadku jogurty. Jeśli mnie zapytacie „to jak to nic nie ma, skoro tyle jest” – rozłożę ręce i odpowiem, że nie wiem. Gdybyśmy zdecydowali się jeść kaszki i proszki dla niemowląt, życie byłoby prostsze. Te bowiem dostępne są prawie wszędzie. Dla mnie, najlepszą rzeczą do zabicia głodu okazuje się woda ryżowa – 1,5 litra ma lekko z 800 kalorii i trochę witamin.
 
Śpimy w Khánh Du Hotel – bardzo przyjemny, utrzymujący formę moich ulubionych zabudowań Wietnamu – nieproporcjolnie wąski w porównaniu do pozostałych wymiarów. To tak zwane nhà ống, czyli domy-rurki. Internet twierdzi, że wynika to z podatków w przeszłości, które były naliczane od szerokości fasady przy ulicy. Dom taki ma zazwyczaj 3 do 6 metrów szerokości, ale za to z 5 pięter i 10 do 20 metrów długości. Płacimy chyba z 65zł. To taka standardowa cena za dobry hotel na naszej wietnamskiej części trasy. Hotele powyżej 100zł można już uznać za premium – czasem nawet najdroższe w okolicy. Nie mamy za to śniadania, co jest pewnym problemem, bo instytucja kanapki ze sklepu tutaj nie istnieje, nawet własnoręcznie robionej. Nie ma sera, nie ma szynki, chleb jest ekskluzywnym znaleziskiem. Rano jada się zazwyczaj makaron z mięsem i warzywami.

Wieczorem jeszcze gość z recepcji przynosi mi mój portfel, który zostawiłem wcześniej na ladzie i o nim zapomniałem. Zaczynam traktować to jako eksperyment powtarzany w każdy, odwiedzonym kraju. Póki co, zawsze ktoś mi go zwraca w nienaruszonym stanie. Hotel minusy ma dwa. Pierwszy to wanna, w której nie działa słuchawka prysznicowa i muszę dokonać poważnej ekwilibrystyki zmęczonym ciałem, aby się umyć pod wannianym kranem – szczególnie, że infrastruktura mieszkaniowa nie jest szczególnie dobrze przystosowana do ludzi mających 190cm wzrostu. Przypominam sobie o tym kilkukrotnie podczas zawadzania czołem o futryny pomiędzy pokojami. Boję się głupiej śmierci, a jestem prawie pewny, że któreś z takich uderzeń będzie ostateczne. Koledzy powiedzą: „fajny chłopak był, zjeździł rowerem pół świata, umarł od uderzenia się w futrynę”. Choć minus związany z wanną mogę darować, bo zaraz po wyjściu z niej odkrywam, że po drugiej stronie łazienki znajduje się pełnoprawny prysznic. Brawo ja. Drugim minusem jest fakt, że rower pozostawiony na parkingu w bramie wjazdowej, łapie gumę w nocy. Dobrze, że odkrywam to dopiero rano, bo po 110km na składaku, wyjeździe z Sajgonu i całym wieczorze szukania jedzenia, jesteśmy dość zmęczeni. Nie dość, że bym jej nie zmienił, to jeszcze bym się tym denerwował całą noc. Wtedy jeszcze nie wiemy, że praktycznie każdego dnia z 11, będziemy kończyli z takim wynikiem.

Drugiego dnia nie włączam już nawet nawigacji na kierownicy. Nie ma to żadnego sensu, bo droga ułożona na ten dzień ma w mojej głowie (licząc od wyjazdu z miasta) jeden łuk i 3 skręty. Gdyby się uprzeć, skręt byłby jeden, ale starałem się ją nieco urozmaicić. Jeśli więc spędziliście zimę na trenażerze, polecam gorąco to miejsce na spokojne wejście w sezon.

Dzień oczywiście zaczynam od ściągania opony. Początkowo winię o to moje wylajtowane, chińskie dętki, ale faktycznie znajduję w oponie niewielki kawałek metalu, któremu nie oparłoby się nic. Jeśli czegoś w serwisie Bromptona nie lubię, to zmiany tylnego koła. W związku z tym, zakładam je i ściągam trzy razy. Bo raz opona źle wskoczyła, a dwa razy koło nie kręci się tak, jak powinno. Pierwsza naprawa, zgodna z moimi informatycznymi przyzwyczajeniami, czyli ściągnąć i założyć jeszcze raz tak samo, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu (i zdziwieniu nikogo innego w tej sytuacji) nie przynosi skutku. Chwilę zajmuje mi odkrycie, że koło należy dokręcić dużo lżej niż to robię. Cóż, z wielką siłą w ręce przychodzi wielka odpowiedzialność. To jedyna guma, którą łapiemy na tym wyjeździe. Czy jedyna awaria – ciężko powiedzieć. Nasze przerzutki bowiem, po kilkugodzinnej jeżdżenie po kałużach, przestają działać tak, jak powinny. Chodzą na tyle dobrze, że nie chce mi się podejmować prób serwisowych, a na tyle źle, że trochę to przeszkadza. Nasza trasa ma pewnie ze 100 metrów przewyższenia na 1000km więc umówmy się – zmiana przełożeń nie jest priorytetem.

Jest jak w „Porach Roku” Vivaldiego – mamy wszystko. Zarówno każdą możliwą nawierzchnię: od szutrów, przez asfalty bardzo dobre, po asfalty, które wyglądają jak bardzo dobre, ale są na tyle szorstkie, że niewielkie koło Bromptona, daje efekt siedzenia na wirującej pralce. Jest też po raz kolejny niewyobrażalnie ciepło. Odwodniony byłem pewnie zanim jeszcze ruszyliśmy, bo podczas zmiany dętki woda lała mi się z głowy, jak gdyby ktoś trzymał nade mną odwrócony bidon. Naszym celem jest Tram Chim National Park – jeden z bardzo nielicznych parków krajobrazowych na południu kraju. Prawdopodobnie nigdy w życiu o nim nie słyszeliście, bo mówiąc obiektywnie, jest równie dużą atrakcją, co wizyta na wschodzie Mazowsza.

Naszym dokładniejszym celem, a może i nawet pretekstem tego kierunku, jest nocleg zlokalizowany zaraz obok wspomnianego parku. Totradycyjna, bambusowa chatka na palach, pośrodku pola ryżowego. Warto dodać, że według Stravy, nasza 110-kilometrowa trasa, jest prawdopodobnie najdłuższym podjazdem w moim życiu. Stabilnie bowiem, przez całą stówkę, wznosimy się z okolic minus 10 metrów na imponujące 30 metrów. Przypominam, że mieszkam w Warszawie.

Dzień jest bardzo podobny to poprzedniego. Dalej kierujemy się wzdłuż kanałów, dalej słońce pali nam skórę i dalej czekamy na popołudniowy, półgodzinny deszcz. Choć deszcz to zbyt małe słowo, dla tego, co się tu wyprawia. Łapie nas jak zwykle koło 15 i spędzamy pod dachem niewielkiej stacji benzynowej wraz z kilkunastoma innymi osobami. Podczas takiej ulewy, jakiekolwiek życie drogowe praktycznie zamiera. Dla nas taki deszcz to zbawienie – nie przynosi może wyraźnej zmiany temperatury, ale za to chowa na jakiś czas słońce. To ratuje życie, bo cienia jest po drodze naprawdę niewiele. Raptem godzinę wcześniej siedzieliśmy w jakimś blaszaku popijając lemoniadę, a może bardziej słodzoną wodę, zastanawiając się, czy da się w ogóle jechać dalej w takim upale. Z tego miejsca, chciałbym serdecznie podziękować Decathlonowi za wynalazek, jakim jest krem do opalania w sztyfcie. Nie dość, że nie brudzi to, żadnym momencie wyjazdu, skóra nie opuściła naszych ciał.

Gdy pod wieczór dojeżdżamy do naszego wyjątkowo drogiego Việt Mekong Farmstay, miny trochę nam rzedną. Przypominamy sobie, że przecież taka farma, faktycznie jest bambusowym szałasem. Nie ma okien, nie ma kibelka, z klimą ciężko, a robale i komary tylko na nas czekają. Cały wieczór mam wyrzuty sumienia, bowiem zarezerwowaliśmy sobie nocleg (pewnie jako jedyni tego dnia, a wygląda jakby i miesiąca), typ spisał nasze paszporty i zaczął przygotowywać pokoje, a my udaliśmy się na zakupy do miasta i nigdy nie wróciliśmy. Generalnie wszystkie hotele i noclegi wyglądają jakby nie było w nich od dawna żadnego gościa.

Podczas nieudanych poszukiwań jedzenia okazuje się, że w tej samej cenie, niecałych 100zł, są też hotele w stylu (lokalnym) premium. Są też dużo wygodniejsze, a po 8 godzinach jazdy, naszym jedynym marzeniem jest położyć się z pełnym brzuchem i awaryjnymi czipsami pod ręką, w czystym i wygodnym łóżku. No i z kiblem oddalonym o mniej niż 7 kroków. Decydujemy się na Wildbird Hotel, położony bezpośrednio przy parku krajobrazowym. Tak bardzo przy nim, że rano wyruszamy z niego na wycieczkę łódką. W hotelu jest doskonała restauracja, wtedy jednak jeszcze o tym nie wiemy. Nawet gdybyśmy jednak wiedzieli, czuję na bikepackingach zawsze niewyobrażalny strach przed obudzeniem się w środku nocy z głodu. Zawsze więc kupuję na zapas i zawsze potem muszę to wozić, bo nie da się tego przejeść. Za każdym jedzonym drażem tak jest i nie mogę się tego oduczyć. A może po prostu nie chcę.

Wieczorem wracamy jeszcze rowerem do miasta, tak ze 2 kilometry, bo recepcjonistka mówi nam, że kilometr drogi od nas jest sklep. Nieważne, że już tą drogą jechaliśmy i go nie widzieliśmy. Może instancja się zresetowała przez tę godzinę. Być może używamy złego słowa w komunikacji, bo gdy mówię „shop” nie udaje nam się dojść do porozumienia. Gdy jednak mówię „market”, narracja się zmienia i po konsultacji z koleżanką, mówi mi jak do niego trafić. Nie umiem wyobrazić sobie, jak potoczyła się ta rozmowa, skoro mówiąca jako-tako po angielsku pani, musiała skonsultować z koleżanką odpowiedź na pytanie o najbliższy sklep. Ale trochę rozumiem, ja odpowiedziałbym, że najbliższy sensowny sklep jest ze 100km od nas w linii prostej – w Ho Chi Minh. W centrum naszej, turystycznej przecież, miejscowości – sklepów jest dużo. Jeśli chcecie kupić żarcie dla dzieci, piłę, kapustę, biustonosz, sardynki lub sos sojowy. Ewentualnie kurczak – żywy, martwy lub pół-żywy. Kończymy więc na straganie kupując zapas czipsów i ciasteczek o smaku gąbki. No i oczywiście herbatę oraz soki, bo nie udaje nam się dowiedzieć, czy jest na sprzedaż woda w butelce 1,5 litrowej. Jest bowiem w 5 litrowej, ale każda próba komunikacji, kończy się na informacji ile kosztuje ta 5-litrowa woda lub ile kosztują nasze soki. Sprzedawca kasę ma w głowie. Patrzy na nasze zakupy, które składają się pewnie z 10 lub 15 różnych rzeczy i mówi jakieś 40zł.

Rano, korzystając z tego, że pranie i suszenie ciuchów w hotelu kończy się dopiero koło 9, meldujemy się o świcie na śniadaniu i zaraz potem na łódce. Przystań oddalona jest od naszego okna o jakieś 2 metry, a od naszego stolika w restauracji o cztery. Ciężko powiedzieć, czy atrakcja w postaci pływania łódką, kosztująca za 1,5 godziny prawie tyle, co nocleg, jest sensowna. Koszt oczywiście nie jest problemem, ale spędza się 90 minut na łódeczce robiącej bardzo głośne pyrpyrpyr, przez co wszystkie ptaki, które powinniśmy obserwować, odlatują zanim się jeszcze do nich zbliżymy. Wiem to, bo pożyczyli mi na recepcji lornetkę. Mam z nią wyjątkowo niekompatybilne oczy (tu wstawcie żenujący dowcip o przeznaczeniu do skośnych oczu), ale widzę skrzydlatych frajerów, jak odlatują, gdy tylko pojawiamy się okolicy. To nawet nie jest łódka – łódką płynie nasz kapitan, a my siedzimy na kilkunastoosobowej tratwie, ciągnięci za nim. Fajna jest za to trasa, bo płynie się dookoła parku, ale po kwadracie. Nie wiem, czy mówi się: „popłynęliśmy w kwadrat”, ale tak było. Super byłoby zrobić to kajakiem, choć i tak Brda lepsza. Jeśli więc jesteście fanem kajaków – lepiej na Kaszuby.

Trzeciego dnia powinniśmy zobaczyć w końcu Mekong i dojechać do granicy z Kambodżą. Dzień dzieli się na trzy etapy:

początek, bardzo przyjemny. Jedziemy przez wioski i pola ryżowe. Wioska to oczywiście niekończący się ciąg domów przy ulicy – nic wgłąb. Jak nietrudno się domyślić, wzdłuż kanałów, bez zakrętów. Nie ma drugiego rzędu domów, ani jakichkolwiek innych dróg.

środek, czyli palące słońce. Zbliżamy się do większego miasta, Châu Đốc, oraz rzeki Mekong – liczba ludzi wyraźnie się zwiększa i widoki stają się nieco monotonne. W momencie kulminacyjnym znajdujemy ławkę w cieniu i postanawiamy na niej powolnie umrzeć. To się nie udaje, ponieważ w planie mam jeszcze nieco rzeczy do zobaczenia, a planu trzeba się trzymać. Nawet jeśli sprowadza się tylko do jechania na azymut.

końcówka dnia, czyli po raz pierwszy, teren lekko pagórkowaty. Na całkowitej płaskości wyrosło po prostu pięć górek, a droga puszczona jest pomiędzy nimi. I ta końcówka jest najciekawsza, więc na niej się skupię. Zawsze mnie to zadziwia, że wystarczy lekko pofalować teren, a jazda rowerem staje się zupełnie innym doznaniem.

Mam wrażenie, że w sobotę Wietnamczycy zajęcia mają dwa: śluby lub karaoke. A najczęściej obie te rzeczy na raz. Regularnie mijamy wielkie hale postawione na jednym z pasów drogi, które robią za sale weselne. Regularnie mijamy też ludzi bawiących się w karaoke: w knajpach, pod domami, na podwórkach – generalnie wszędzie. Ciężko się nie uśmiechnąć, bo z perspektywy Polaka, większość utworów brzmi jakby pochodziła prosto z konkursu „najgorsze wykonanie świata”. Choć nie wiemy, jak brzmią oryginały, bo zazwyczaj są to piosenki wietnamskie. W każdym razie, jest bardzo wesoło i bardzo pozytywnie. Zasad nie znam, ale wydaje mi się, że dominuje jedna: głośniej, znaczy lepiej.

Do wspomnianej miejscowości Châu Đốc docieramy po około 60km, czyli 4 godzinach jazdy. Jest okolica 14:00. Mam tu nawet upatrzony nocleg, taki mocno luksusowy, bowiem na szczycie górki, na którą poprowadzona jest kolejka. Widzę siebie, oglądając zdjęcia z hotelu. Wysoko położona knajpa, zachód słońca niczym nie zasłonięty, bo przecież po horyzont płasko i my, romantycznie jedzący ryż z kurczakiem. Tylko, że pewnie do sklepu daleko no i co tam robić od 15:00 do wieczora? Zdjęcie na Instagrama to jakieś 13 sekund. Co gorsze, jedzenie z luksusowej knajpy, które nadaje się na Instagrama, zazwyczaj też zjadam w 13 sekund. Stajemy więc w lokalnej, klimatyzowanej kawiarni na, jakże by inaczej, mrożoną Matcha Frappe. Obawiam się, że jestem już od niej uzależniony, ale dopóki kosztuje pomiędzy 3, a 10zł, nieszczególnie mi to przeszkadza. Odkrywam, że jakieś 40 kilometrów od nas znajduje się inna górka z wyciągiem, a co ważniejsze – z dużym buddą na szczycie. U jej stóp leży hotel – taki spory, z basenem, restauracją i sklepem w pobliżu.

I tu następuje jakaś niezbadana sytuacja, bowiem nasza pierwotna trasa, prowadzi na północ, do Kambodży, wzdłuż Mekongu. Kolejnego dnia mieliśmy przejechać rowerem 120km i być w Phnom Penh, stolicy. A my ruszamy na południe, a potem prawdopodobnie na zachód. Nijak się to z planem nie spina. Czy decyzja dobra? Z perspektywy czasu, na pewno nam to urozmaiciło życie, ale o tym potem.

Dostrzegam na mapach Googla, że niedaleko kambodżańskiej miejscowośći Kâmpôt, znajduje się wysoka na tysiąc metrów góra, na nią prowadzi jeden z największych podjazdów południuowo-wschodniej Azji, a na szczycie znajduje się gigantyczny Budda: Bokor Buddha-Statue. Wygląda imponująco, jak zwieńczenie naszego wyjazdu – 108 metrów wysokości, w środku 84 000 mniejszych statuetek Buddy, miejsce pielgrzymek milionów pielgrzymów – jeden z największych na świecie. Jestem prostym człowiekiem: widzę górkę, jadę na nią. Nawet nie muszę jej widzieć, wystarczy, że wiem o jej istnieniu. Zastanawiające, tylko, że nigdy o tym wszystkim nie słyszałem. Zapamiętajcie ten akapit, bowiem od tego momentu:

Wjeżdżamy w rejon, który w końcu, po wielu kilometrach, można nazwa dużo ciekawszym. Jest bowiem to samo co wcześniej, ale do tego liczne świątynie buddyjskie. Co jakiś czas więc stajemy oglądać wielkie posągi i kolorowe budynki z mnichami. Powiedziałbym nawet, że zabawne, ale boję się iść do piekła.

Do hotelu docieramy około 17:30, czyli jakieś 10 minut przed zachodem słońca. Próbuję się dogadać z recepcjonistką, co do obiadu, bo kuchnia podobno czynna do 18, a my staramy się wykorzystać resztki światła, aby dostać się do sklepu. Poza tym, nie ma szans, abym po jedzeniu wsiadł jeszcze na rower, a z buta do sklepu nie dojdziemy. Jesteśmy w tym, jakże dużym obiekcie, zupełnie sami. Mówię miłej pani, że możemy zamówić już teraz, żeby kuchnia zrobiła i zjemy za 20 minut, jak wrócimy. Nie ma problemu. Pytam co możemy dostać. Pani odpowiada, że nie ma problemu. Pytam co poleca. Mówi, że nie ma problemu. Mówię więc powoli, że dużo czegokolwiek i za 20 minut. Pani mówi, że nie ma problemu i czy kurczak może być. Mówię, że nie ma problemu i żeby na pewno było bardzo dużo, dla czterech osób. Nie ma problemu. Gdy za 20 minut przyjeżdżamy i siadamy w restauracji, pani przynosi nam Menu i czeka na nasze zamówienie. To chyba jakiś lokalny zwyczaj, bo wszyscy, wszędzie, stoją i czekają patrząc, jak przeglądamy menu – zero presji. Przypomniało mi się, jak podczas każdej ewaluacji mój szef, po półgodzinnej rozmowie, mówi: „Maciek, powtórz co zrozumiałeś. Co wyniesiesz z tej rozmowy”. Od dzisiaj będę mu chyba odpowiadał: „yes boss, no problem”.

Wieczorem, gdy padam na łóżko, widzę że po suficie łazi nam jakaś jaszczurka. Nie udaje nam się jej wygonić. Sylwia robi zdjęcie i idzie na recepcję zapytać, czy to problem, mając nadzieję, że wszystko jest tu „no problem” – tak jak jedzenie. Według mnie nie, ale zmieniam zdanie, gdy widzę, że wraca szybkim krokiem z ochroniarzem. Później odczytuję jeszcze wiadomość na telefonie: „Pakuj się, zmieniamy pokój, niebezpieczna.” Dziwne, internet mówił, że to zwykły gekon.

Poniedziałek to trochę przygoda, a trochę jej brak. Rano udajemy się do kolejki wożącej ludzi na górę z Buddą. Nie muszę pewnie tłumaczyć, jak długo pertraktujemy z ochroniarzem, a potem panią w kasie, że chcemy wejść z rowerami i że chcemy bilet tylko w jedną stronę – w górę. W dół jest przecież asfalt, jakoś sobie poradzimy. Dopiero złożenie rowerów i prezentacja, że zajmują tyle miejsca, co plecak, toruje nam drogę. Jesteśmy oczywiście zupełnie sami, nikogo po horyzont. Podczas całej, niezbyt krótkiej wycieczki kolejką na górę, również nie mijamy ani jednej osoby. Nie robię żadnych zdjęć, choć widok całkiem niezły. Jedna górka i w każdą stronę płasko aż do krawędzi Ziemii.

Buddowie w budowie

Na górze faktycznie jest Budda, Pagoda, mostek, ludzie karmiący karpie i trochę sklepików i straganów. Niesamowite, bo wszystko wygląda, jakby było przygotowane na olbrzymie tłumy, a jest praktycznie pusto. Najbardziej imponujący z tego wszystkiego jest pępek Buddy. W głowie oczywiście pojawia mi się wizja wejścia tam i udawania turlaka, ale nie chcę spędzić reszty życia w więzieniu*. Próbujemy kupić sobie małego Buddę, ale sprzedawca mówi, że tylko w komplecie po 4. Robię poker face rozglądając się kto inny mógłby coś od niego dzisiaj kupić. Nie wiem, może nie wolno mieć jednego, małego Buddy, bo byłoby mu smutno. Można sobie za to kupić małego żółwika w klatce. Mówiąc dokładnie, można zapłacić w sklepie, aby takiego żółwika wypuścili na wolność.

Budda niby już zbudowany, ale okolica jeszcze nie dokończona. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że te wszystkie świątynie, które zobaczymy podczas wyjazdu, to nie są stare zabytki. To na bieżąco budowane budynki i posągi. No może poza Angkor Wat, ale od niego nieco nas jeszcze dzieli. A nawet ten Angkor nie jest tak stary, jak mogłoby się wydawać – mamy w Polsce starsze kościoły.

Budda niby już zbudowany, ale okolica jeszcze nie dokończona. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że te wszystkie świątynie, które zobaczymy podczas wyjazdu, to nie są stare zabytki. To na bieżąco budowane budynki i posągi. No może poza Angkor Wat, ale od niego nieco nas jeszcze dzieli.


*po napisaniu tego akapity wygooglałem, że turlak to wcale nie jest kurz z pępka, tylko coś zupełnie innego. Cofam zdanie o byciu turlakiem.


Robimy pętelkę dookoła jeziorka i zawracamy – czas topić klocki hamulcowe na zjeździe i popatrzeć na widoki. Mniej więcej po trzech kilometrach dogania nas policjant na skuterze i każe się zatrzymać. Mówi, że zjazd jest zbyt niebezpieczny. Pertraktujemy, więc wzywa drugiego, potem trzeciego. Każą nam zawrócić i wsiąść do samochodu. Nie ma takiej opcji, abyśmy podjechali to, co zjeżdżaliśmy. Impas. Byłoby na pewno dużo łatwiej, gdyby słownik wietnamski w telefonie działał dobrze, albo w ogóle. Działa bowiem tak, że generuje jakieś losowe słowa, które składają się na zdania, które nie mają żadnego sensu. Żadnego. Nie pomaga pewnie fakt, że na pytanie gdzie jedziemy, mówię, że z Ho Chi Minh, które jest bardzo daleko, do Siem Reap, które jest niewyobrażalnie daleko. Albo że nie mogę powiedzieć gdzie nocujemy, bo nie wiem. Policjanci ratują więc sytuacji poprzez wezwanie dla nas taksówki. Problem tylko taki, że taksówka jest skuterem i chcą nas wsadzić na skuter z rowerem w ręce – tak ma być niby bezpieczniej. Całość trwa pewnie z 15 minut i ze wspólnej opresji ratuje nas SUV, który się zatrzymuje i bierze na stopa. Podejrzewam, że chodziło o jakieś „permity” na przemieszczanie się tą drogą, którą mają tylko lokalne środki transportu, aby zarobić. Udało się, jedziemy dalej, choć z zapauzowaną Stravą.

Potem jest kilka świątyń, w których oczywiście musimy przystanąć. Każda z nich ma bowiem wielkie figury bóstw, których zupełnie nie znam, ale imponują mi pomysły stawiania czegoś takiego przy drodze. Nasze pomniki papieża mogą się schować. Wygląda na to, że każda wieś ma tu odpowiednik Jezusa ze Świebodzina… tylko bardziej kolorowego.

I kiedy myślimy, że teraz życie będzie już bardzo ciekawe, docieramy do drogi (wzdłuż kanału oczywiście), która na 30 kilometrach ma jeden łuk. A na kolejnych 40km dwa łuki i jeden zakręt. Jest dramatycznie nudno, ale odkryłem, że stawanie na „bubble tea” lub mrożoną maczę może to troche wynagrodzić. A stoiska z nimi są maksymalnie co kilka kilometrów lub w przypadku większych wsi, co kilkaset metrów. Większa wieś różni się od mniejszej wsi rozmiarem zabudowań. W większej, domy są mniejsze, więc jest ich więcej. No i jest szkoła, do której chodzą tysiące dzieciaków, które nie mam pojęcia skąd się biorą. To znaczy z grubsza wiem skąd się biorą dzieci, bo mam internet, ale nie wiem gdzie te tysiące mieszczą się w tych małych domkach.

Teraz jestem już pewny, że niezależnie od dystansu, bilans kaloryczny wyjdzie mi dodatni. To znaczy wiecie – jest ładnie, choć może lepszym słowem byłoby: „ciekawie”. Tylko że jeśli jest dokładnie tak samo ciekawie jak przez ostatnie kilkanaście godzin jazdy, to nieco nam się wszystko dłuży. Szczególnie, że asfalt jakby bardziej chropowaty, wszystko jest płaskie, a zakrętów całkowicie nie ma. No i palące słońce do tego wszystkiego. Najgorsze jednak, że zaczęły pojawiać się samochody, autobusy i ciężarówki, a pobocza nie ma. Nie mamy ani jednej sytuacji niebezpiecznej, ale przyjemne to średnio. Jak śpiewał Kazimierz, syn Stanisława:

Ta droga była daleka
Ta droga była bez końca
Horyzont wciąż dalej uciekał
I asfalt był śliski od słońca

Poza bubble tea, dominuje jeszcze jeden napój – dostępny w większości sklepów i ustawiony bezpośrednio przy drodze. A warto dodać, że prawie każdy dom przy drodze jest tu jakimś sklepem. To zagadkowe 1,5-litrowe szklane butelki Coca-Cola, napełnione czymś, co przypomina mocz. Nieco czasu zajmuje nam rozszyfrowanie tej zagadki. Wszystko się bowiem wyjaśnia, gdy widzę sprzedawcę rozlewającego owy mocz z kanistra do butelek. Faktycznie, skoro prawie wszyscy jeżdżą skuterami, ma to większy sens niż stacja benzynowa. Choć i stacje się czasem oczywiście zdarzają – zazwyczaj z bardzo dobrze zadbaną i zaopatrzoną ubikacją.

Sytuacja poprawia się pod wieczór, docieramy bowiem na wybrzeże. Nie dość, że droga dzięki temu minimalne zakręty, to robi się jakoś tak wakacyjnie. Rzecz by można byłoby nawet, że bardzo ładnie. Z jednej strony bowiem Zatoka Tajska, a na niej Phu Quoc, czyli wietnamskie Hawaje, z drugiej zalane pola ryżowe i w końcu jakaś nowa roślinność. Mijamy na tym wyjeździe prawdopodobnie około miliona bananowców.

Śpimy w ostatnim bastionie przed granicą – Hà Tiên. To typowo turystyczne miasto, z niego bowiem wypływają promy na te tutejsze Hawaje. Jest tak bardzo turystyczne, że spotykamy w nim dwójkę białych, starszych Brytyjczyków i uświadamiamy sobie, że to pierwsze białe twarze, które widzimy od opuszczenia lotniska w Sajgonie. Okolica wygląda jak Kołobrzeg w środku pandemii, tylko z dobrą pogodą. Ładne, niewielkie hotele, promenady, stoiska… tylko ludzi nie ma, a przecież to prawie szczyt sezonu. Hoteli do wyboru mamy kilkadziesiąt i są absurdalnie tanie w porównaniu do tego jak wyglądają na zdjęciach – większość pomiędzy 50, a 70zł dla dwóch osób ze śniadaniem. Idziemy na całość i bierzemy pokój w jednym z najdroższych. Takim przy samym porcie, wysokim, luksusowym „River Hotel Ha tien„. Płacimy 120zł, ale bez śniadania, bo chyba szkoda otwierać restauracji specjalnie dla nas. 7-piętrowy obiekt, z basenem, dużą restauracją, trzema osobami na recepcji i parkingiem podziemnym, a my nie widzimy w nim żadnych gości.

Próbujemy się jeszcze dowiedzieć, jak zwykle, gdzie można coś zjeść. Tym razem jestem sprytny i podchodzę z odpalonymi Google Mapami. Miła pani, gdy po minucie udaje nam się dogadać, że chodzi o jedzenie (bo pokazuję zamkniętą restaurację hotelową) po prostu pokazuje palcem, w którą stronę jest główna ulica w mieście. A miasto muszę przyznać, jest bardzo ładne – w kategorii miast, prawdopodobnie najładniejsze, jakie widzieliśmy na tym wyjeździe. Nie bez powodu zwane jest w przewodnikach „klejnotem Delty Mekongu”. Klejnotem od takiego kamienia, nie od części ciała. Jest nawet normalny, duży sklep spożywczy. Kanapek w nim dalej nie zrobimy, ale już wybór jogurtów jest sensowny. Siadamy w jakiejś lokalnej knajpce, właściciel usadza nas jakoś z boku i już nigdy więcej do nas nie przychodzi. Szkoda, bo to jedyna, w której były obrazki zamiast napisów. Jak nie ma obrazków, to według Google Translate możemy zjeść rzeczy jak na przykład: „Wojna świń Vu”, „Zadzwoń do ust”, „Sprawa z mięsem w kształcie serca”, „Pójdę do ojca bonga”, czy „To koniec dla ojca bawełny”. Przypominam sobie, dlaczego nie mogłem się dogadać z nikim, kto używał tam Google Translate.


Przesiadamy się więc do innej – udaje się znaleźć tę jedną, jedyną, turystyczną: Làng Nướng Hà Tiên. Jesteśmy uratowani – szpinak z czosnkiem to jak zawsze mistrz – jeśli za czymś poza matcha frappe tęsknię, to właśnie za nim.

Rano staram się być rozsądnym, dobrze przygotowanym człowiekiem i sprawdzam nasze wizy do Kambodży – kupione 2 tygodnie temu, po 40 dolarów za każdą. Ty razem zadbałem o wszystko wcześniej. Do dzisiaj się jednak boję, że pewnego dnia, ktoś mnie zatrzyma mówiąc „ale pan nie wyjechał jeszcze z Tanzanii lub Lesotho”. Nie będę ukrywał, mogłem przeczytać wcześniej, co jest na nich napisane. Szczególnie, że jest to jedna strona i raptem 6 punktów. Po pierwsze stoi na nich wyraźnie, że należy mieć wydrukowane 2 kopie: jedną zostawić na wjeździe, a drugą oddać na wyjeździe. To jednak mały problem, większy jest taki, że wyraźnie stoi w jednym z punktów: e-Visa ważna jest tylko na 6 przejściach granicznych i oczywiście nie jest to nasze, dzisiejsze. Przypomina mi się, że faktycznie o tym czytałem kiedyś i dlaczego pierwotnie puściłem trasę tak, a nie inaczej. Cóż, nie takie granice już nielegalnie przekraczałem, więc jedziemy tam „na Jasia”. Jak nam powiedzą, że się nie da, to zrobimy głupią minę, spojrzymy na rowery i tak będziemy stali, aż ktoś, coś wymyśli. Do tej pory zawsze się udawało, choć bywało niekomfortowo, jak na przejściu Kenia/Tanzania lub w Lesotho.

Przepychamy się przez jakiś lokalny targ, który rozłożył nam się na ulicy pod hotelem i wzdłuż wybrzeża kierujemy na północ, w stronę granicy. Po drodze przejeżdżamy nawet przez płatną plażę – nie wiem jak i dlaczego. Stał typ na środku drogi, była budka do biletów, a że akurat tak prowadziła trasa w mojej głowie, to zapłaciliśmy, pewnie ze 2zł na głowę. Jestem prostym człowiekiem – ktoś do mnie podchodzi i mówi „płać”, to płacę. Może dlatego wciąż muszę chodzić do pracy. Po co i dlaczego zapłaciliśmy, skoro 50 metrów obok idzie równoległa, bezpłatna droga – nie wiem. Na szczęście, gdy człowiek się zbytnio nad tym nie zastanawia, to go to nie denerwuje. Wiem za to, że na plaży, poza obsługą sklepików, jesteśmy absolutnie sami. Patrzę teraz na Google Maps, widzę tłum plażowiczów. Może dlatego, że jest wtorek, 9. rano?

Jedziemy dalej na północ, jakąś niewielką drogą, która co prawda kieruje się do granicy, ale raczej nie do przejścia granicznego. Docieramy tak do płotu, szlabanu i przestraszonego strażnika granicznego, który wyskoczył ze swojego hamaka. A warto dodać, że hamaki to chyba narodowe hobby zarówno Wietnamczyków, jak i Kambodżanów (musiałem to słowo sprawdzić w słowniku). Hamaki są wszędzie, zawsze. Prędzej umrzesz z głodu niż z braku hamaka… choć być może jest to truizm. Dzisiaj, gdy wiem jak duże kałuże mogą w tym regionie być, rozumiem dlaczego. Gość prawdopodobnie od 17 dni wisiał w tym hamaku i grał w Candy Crush. Tłumaczy nam, że faktycznie granica jest, ale przejścia nie. Zawracamy na główną drogę i zmierzamy ku pełnoprawnemu przejściu.

Do właściwej granicy docieramy po ponad 400 kilometrach od wyruszenia. To niewiele więcej, niż długość taśmy filmowej, która wykorzystana była do nagrania Czasu Apokalipsy. W przypadku filmu, wykorzystany został jakiś jeden procent materiału. W przypadku tego wpisu, czytanie póki co zajęło o ponad 30 godzin mniej niż nasza jazda – czyli procentowo, tyle samo. Widać, że wielkie umysły myślą podobnie panie Coppola. Licząc oczywiście samą jazdę, bez postojów.

Wyjazd z Wietnamu odbywa się bezproblemowo. Dalej zostawiamy rowery i idziemy do budynku ze strażnikami. Tam trafiamy na, uwaga, wycieczkę Czechów, którzy robią kolejkę po horyzont. Strażnik na bramce pokazuje mi palcem stojącą jak byk na mojej wizie, wymienioną listę przejść granicznych, które honoruję e-Visę i pokazuje, że tutaj się to nie uda. Minę ma w stylu „tu masz napisane, czego nie rozumiesz głąbie” – szczególnie, że pewnie powtarza ten scenariusz co kilka minut. Szczęśliwie, jest za nami okienko do wyrabiania wiz na miejscu. Musimy poczekać około godziny (bo przed nami wnioskuje o nią pewnie ze 30 Czechów) i mokrzy od potu ruszamy dalej. Budynek celników miał bowiem jeden wiatrak, ale ustawionych przed nim była połowa Czech. Wjeżdżamy też ubożsi o 2 razy 40 dolarów, mam za to w kieszeni dwie, nieużywane wizy.

Wjeżdżamy do Kambodży.

Diane, 11:30 AM, November 11th. Entering The Town Cambodia

Jesteśmy gotowi na najgorsze. Na brud, biedę, alkoholizm, ciężarówki, grasujące na nie bojówki, eskpatów, którzy przyjechali tu pracować zdalnie i żyć z nieletnimi kobietami, starych Brytyjczyków trzymających za ręce młode dziewczyny i przede wszystkim: narkotyki. Pewnie nietrudno się domyślić, że praktycznie nic z tych rzeczy nie widzieliśmy.

Moje oczekiwania przypominają scenę, gdy Johnny Bravo leci samolotem, a lektor mówi niskim głosem: „Mr Johnny Bravo is about to travel to a zone, where normal things don’t happen very often.” Tak oczywiście nie jest – to kolejny normalny kraj, o którym miałem po prostu złe wyobrażenie.

Pierwszy kilometr przypomina nieco wjazd do Lesotho, ale w wersji dla początkujących. Kolorystyka się zmienia – jest bardziej czerwono, nieco więcej śmieci na poboczu, więcej przydrożnych interesów i budek z żarciem. Zabudowa staje się też dużo luźniejsza. Jest bankomat, z którego na wszelki wypadek postanawiam skorzystać. Można tu podobno płacić bez problemu dolarami, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Nie chce mi się sprawdzać kursu, więc po prostu w bankomacie klikam drugi, najwyższy możliwy wybór, licząc na to, że to rozsądna kwota. Jestem przecież w biednym kraju. Z bankomatu dostaję jeden milion rielów kambodżańskich, a na Revoluta przychodzi powiadomienie o ściągnięciu z konta około dziewięciuset złotych. Cieszę się, że przelicznik jest prosty, ale nieco smucę, bo to chyba więcej niż planowałem.

Z czasem okazuje się to jednak dobrym ruchem, bo w Kambodży jest wyraźnie drożej niż w Wietnamie – tak wyraźnie drożej. Na tyle, że ceny często nas zaskakują, bo jest jak w domu. Szkoda, myślałem, że będziemy królami życia. Chciałem dokonać cenowego porównania Warszawy do Phnom Penh, stolicy Kambodży, ale okazało się, że nie ma to większego sensu. Szczególnie, że pomiędzy Phnom Penh, a resztą kraju, jest różnica mniej więcej jak pomiędzy Warszawą, a Gryfowem Śląskim.

Kupno samochodu kompaktowego jest w Kambodży na przykład 30% droższe niż u nas, benzyna jest 50% tańsza, mleko 50% droższe, a woda lub piwo, w tej samej cenie. Przypominam, że średnie zarobki w Polsce są tak ze 2-3 razy wyższe, a minimalna pensja wyższa czterokrotnie. Dolarami faktycznie płacić można, pod warunkiem, że są w idealnym stanie. Pomiętych, z minimalnymi defektami nikt nie przyjmie – nawet na przydrożnym stoisku z „bubble tea” – prawdopodobnie najpopularniejszym biznesem w kraju. Przynajmniej oceniając z perspektywy dwójki rowerzystów na składakach.

Szybko orientujemy się, że jesteśmy we wspaniałym miejscu. Nie na tyle, abym powiedział: „rzuć wszystko i jedź do Kambodży”, ale jest bardzo przyjemnie. A wtedy jeszcze nie wiem, że będzie już tylko lepiej, aż do momentu, gdy 3 dni później pomyślę: „hej, to miejsce można śmiało polecić na rower”.

Ścisła zabudowa wzdłuż kanałów zastąpiona zostaje dużymi domami na palach oraz willami, których nie powstydziłby się nawet Raszyn. Mam tu na myśli głównie kolumny, posągi, elewacje oraz inne elementy pokazujące sąsiadom, kto tu jest szef. Dookoła duże przestrzenie, pola ryżowe, pola solne i trochę zwierząt. Może i śmieci minimalnie więcej, ale za to z 10 razy ciekawiej i mam wrażenie, że wjeżdżamy do dużo bogatszego i bardziej imponującego kraju – to miła odmiana po niekończących się, prostych asfaltach i niekończących się ciągach blaszanych domów. No i te pale pod każdym domem, abstrakcja – pierwszy raz widzę coś takiego.

Kambodża składa się z dwóch miejsc: stolicy oraz największego kompleksu świątyń na świecie: Angkor Wat. Tak przynajmniej wynika z mojego wywiadu internetowego. Jeśli poszuka się nieco głębiej, być może będzie to jeszcze Kampot, do którego się kierujemy – jako podobno nowoczesne miasto ekspatów, otoczone górami, blisko morza. Obok są jeszcze Góry Kardamonowe, kilka wysp, które powinny konkurować z wietnamskimi hawajami i może miasto Krong Battambang, ale chyba tylko dlatego, że jako jedno z trzech miast w tym kraju, jest na Google Maps napisane dużą czcionką. Aby zobrazować skalę, ma raptem 150 tysięcy mieszkańców.

Do Kampotu dojeżdżamy wczesnym popołudniem, zahaczając po drodze o jedną z najbardziej znanych plaż w kraju Kep. Jedyną wartą wspomnienia rzeczą jest tam pomnik kraba. Same plaże byłby w takiej Hiszpanii uznane za prawdopodobnie najgorsze plaże kraju. Ludzi oczywiście nie ma w ogóle, co w dalszym ciągu mnie zastanawia. Bo jeśli nie tam i nie teraz, to nie wiem kiedy i gdzie są. Kampot też nie wygląda jak to współczesne miasto, którego się spodziewaliśmy, raczej jak przerośnięta wioska z pomnikiem duriana pośrodku. Jeśli głównym punktem miasta jest durian to sami się domyślcie, co można o nim sądzić. Przypominam – durian smakuje jak gąbka zamoczona w benzynie i tak też pachnie. Porzucam więc plan wcześniej zakończenia dnia i szwędania się po mieście. Rozpoczynamy szukanie taksówki, która mogłaby nas zawieźć na górkę z Buddhą, mam tam upatrzony niezły hotel. Wydaje mi się, że w całym mieście są ze 4 samochody, reszta to tuktuki i skutery. Jakoś mojej głowie wjazd na kilometrową górę z rowerem nie spina się z tuktukiem. Od początku podjazdu dzieli nas raptem kilka kilometrów, ale potem jest ze 20 albo 30 do góry, co zajęłoby Bromptonem kilka godzin, szkoda życia.

Nie udaje nam się znaleźć transportu. W ramach desperacji wchodzę do hotelu, który wygląda na drogi i pytam o zorganizowanie transportu – nie ma problemu, po kilkunastu minutach przyjeżdża po nas kilkunastoletnia Toyota Highlander. Kierowca mówi, że 55. Zakładam, że chodzi mu o tysiące Rieli, czyli z 50zł. Niestety nie, to kwota w dolarach. Absurdalnie dużo, ale przecież nie mamy wyjścia. Po 5 minutach targowania dochodzę do 50 dolarów i iluśtam rielu, co pewnie w przeliczeniu daje 56 dolarów. Może i więcej niż kwota wyjściowa, ale ważne, że potargowane.

Wjeżdżamy na górę jak królowie. Z perspektywy czasu stwierdzam, że równie dobrze można było stanąć na początku podjazdu i łapać samochodowego stopa, a nawet i zapłaconym tuktukiem wjechać.

Nasz ekstremalnie drogi hotel (ze 250zł) niekoniecznie przypomina ten z reklamy, choć nie można mu zarzucić niczego. Oceniam, że w naszym budynku jest kilkaset pokoi, a zaraz obok powstają są jeszcze 3 takie budynki. Jestem też prawie pewny, że jesteśmy jedynymi gośćmi, co nieco mnie dziwi – przecież kilkanaście kilometrów od nas jest ekstremalnie imponująca atrakcja. Mało tego, dookoła nas jest też kilka świątyń ze świetnym widokiem na ocean i wybrzeże, leżące kilometr niżej.

Wieczorem zwiedzamy jeszcze rowerem okolicę. Pozwólcie, że zacytuję Perplexity, które pewnie cytuje jakieś inne źródła odnośnie Góry Bokor:


„Góra Bokor (Bokor Hill) w Parku Narodowym Preah Monivong koło Kampot to jedno z najbardziej „klimatycznych” miejsc w Kambodży: połączenie kolonialnego kurortu‑widma, mglistego płaskowyżu i dżungli ze słoniami, niedźwiedziami i kotami drapieżnymi.”

To faktycznie miejsce dla fanów urbexu: niedokończone, luksusowe kurorty, zapomniane kościoły, Chińczycy dalej budujący tam szerokie drogi i drogie osiedla. Wygląda to jak miejsce, przygotowywane przez Chińczyków, jako ucieczka dla lokalnych elit przed końcem świata. Wracamy do hotelu i emocjonujemy się na kolejny dzień. Całe lobby poświęcone jest wielkiemu Buddzie, więc możemy się dobrze przygotować do wizyty.

Ruszamy po śniadaniu, od celu dzieli nas około 16 kilometrów. Po drodze wpadamy jeszcze raz zobaczyć świątynię z widokiem, korzystając z relatywnie dobrej widoczności. Przez większość wyjazdu bowiem towarzyszy nam mniejsze lub większe zamglenie – pewnie przez wilgotność. W nocy były intensywne burze, więc jest całkiem nieźle. Mijamy budkę ze strażnikiem, który pewnie też ostatnie 8 dni spędził siedząc i grając w Candy Crush. Próbuje nam coś wytłumaczyć i nas zawrócić, ale ostatecznie macha ręką i pozwala jechać – dziwne. O co chodziło, zrozumiem kilkanaście minut później. Jedziemy przez całkiem ładny krajobraz drogą wijącą się po niewielkich pagórkach. Nie wiem jak to możliwe, że jesteśmy coraz bliżej, a dalej nie ma ani człowieka, ani – co ważniejsze – nie widać buddy. Gdzieś na horyzoncie pojawia się duże rusztowanie – duże powierzchniowo, nie wysokościowo.

Coś mi się zaczyna sklejać w głowie. Wchodzę na Google Maps, klikam Buddhę, rozwijam komentarze i pierwszy z góry to: „Buddha statue has not been built yet. This is just a construction site.” Kolejne mówią to samo – plac budowy od lat, co więcej: niektórym nawet sprzedano bilety do tego miejsca. Robimy „poker face” i zawracamy. Byłbym oburzony, gdyby nie to, że w sumie i tak nie mieliśmy lepszych pomysłów, a wjazd, jako przygoda, był całkiem spoko – pretekst też dobry. Teraz każdemu, kto wrzuci miejsce spod Buddhy napiszę w komentarzu „byłem tam, zanim to było popularne„. Co ważniejsze, czeka nas teraz niekończący się zjazd do Kompotu – przez dżungle pełną małp. Bardzo przyjemny, moje obawy o klocki hamulcowe okazały się całkowicie bezzasadne. Nikt też nas nie zawrócił z informacją, że rowerem nie można. Gdzieś po drodze, na punkcie widokowym, napotkani turyści skuterowi informują po polsku, że droga jest pełna małp i trzeba uważać.

W Kampocie łapiemy autobus – nie ma z tym większego problemu. Można zarówno przez internet klepnąć praktycznie dowolne połączenia, jak i w dowolnej placówce VET Air, czy tam innego Giant Ibis. Wydaje się, że połączone jest wszystko, ze wszystkim, a i czekać zazwyczaj nie trzeba zbyt długo. Nasz autobus to w skali luksusu autobusowego 10/10. Olbrzymia ilość miejsca, telewizorek dla każdego, a na telewizorku dostępna cała zawartość torrentów.

Od stolicy dzieli nas jakieś 150 kilometrów, czyli… 4,5 godziny jazdy. Tak, średnia prędkość wyjdzie nam, jak przeciętnemu kolarzowi szosowemu. Ale nie dlatego, że droga jest zła – jest całkiem niezła, nawet często dwupasmowa. Choć może bliższe prawdy byłoby półtorapasmowa. Po prostu przejazd przez stolicę, jest jak przejazd przez Nairobi. Skutery jadą, czterokołowce stoją. Szybciej byłoby prawdopodobnie wysiąść z autobusu na wjeździe do miasta i iść z buta… gdyby oczywiście po mieście dało się chodzić z buta, po chodnikach. Poza ścisłym, turystycznym centrum, nie jest to komfortowo wykonalne.

Samo Phnom Penh to miasto, jak każde inne na świecie. Tylko nieco bardziej ciepło, niż w większości miast świata. No i chodzi się trudniej, mimo że chodniki są. Pomijając jakieś targowiska i deptak przy rzecze, chodzenie tam także się nie przyjęło. Jest za to sporo turystów, nawet europejskich. Poza tym, wiadomo: Domino’s, Starbucks, hotele, pizzerie, targowiska i zabytki.

Najbliższy McDonalds to jednak 200km w linii prostej do Sajgonu albo oddalona o 500km Pattaya w Tajlandii. Jako zaawansowani turyści idziemy na włoską pizzę, do włoskiej restauracji – pizza to jakieś 50zł, a Cola w puszcze prawie dychę. W ogóle wszystkie jest jakieś absurdalnie drogie (w stosunku do naszych oczekiwań). Spacer nie jest prosty, szybko go żałujemy. Jest za ciepło i zbyt duszno.

Kolejne dwa dni są doskonałe. W Phnom Penh przekraczamy promem Mekong. To ciekawe, że w stolicy nie ma mostu przez rzekę. Najbliższy znajduje się ze 30km na północ, a kolejny, jakieś 70km dalej. Oczywiście nie odpuścimy sobie przejazdu nim. W ten sposób „most przyjaźni kambodżańsko-chińskiej” nie będzie stał taki samotny i pusty. Widok na „mały Manhattan” stolicy uświadamia, że jesteśmy w połowie piosenki:

Miasto bowiem wygląda, jak moje Racuszkowo w jednej z gier o budowaniu miast, jakieś 2 minuty po tym, gdy wpiszę kod na nielimitowane pieniądze. Stoi już trochę wieżowców, ale kilkadziesiąt kolejnych jest w drodze i pozostaje tylko czekać. A już teraz Phnom Penh jest o jakieś pół miliona ludzi większe niż Warszawa i rośnie z 10x szybciej.

Co do samej trasy. Nie ma możliwości opisać tej doskonałości zdjęciami lub słowami, trzeba to po prostu zobaczyć. Mijamy tysiące domów na palach, z których każdy jeden mógłby być atrakcją samą w sobie. Każdy jest też zupełnie indywidualny – wątpię, abyśmy minęli dwa takie same domy. Do tego setki świątyń, każda kolejna z czymś bardziej zaskakującym… przynajmniej przez pierwsze sto kilometrów, bo po odwiedzeniu kilkudziesięciu z nich, staje się to jednak nieco monotonne. Do tego co chwilę stoisko z „bubble tea” i dzieciaki pozdrawiające z każdej strony. Sylwia pod wieczór nie ma już głosu od odkrzykiwania „helou!”. Jest na tyle dobrze, że znudzonym Dolomitami i Kanarami ludziom, mogę szczerze polecić drogę z Phnom Penh na północ, wzdłuż Mekongu. Jeśli oczywiście lubią wielkie ciepło i duchotę. Za pomocą zimnej lub nawet mrożonej herbaty można to jakoś pokonać, choć jestem pewny, że obywatela do kraju wróci zdecydowanie więcej niż wyjechało. Obecnie składam się głównie żelowych kuleczek tapioki.

Tu powinno być siedem akapitów o tym, jak fajnie jest, jak ciekawe są wszystkie wioski, jak imponujące i nieco śmieszne są świątynie. Jest biednie, ale nie czuć tego. Z niewiadomych przyczyn, bieda kojarzy nam się zawsze z syfem i chorobami. Tu jest biednie z godnością, jeśli można tak w ogóle powiedzieć. Biednie, lecz na pierwszy rzut oka wesoło i pozytywnie. Z perspektywy turysty na małych kółkach oczywiście i w czasie, kiedy nie ma wielkiej powodzi. Mogę tylko napisać, że jest tego wszystkiego dużo więcej, niż w tej chwili sobie wyobrażacie.

Uwielbiam widok żaby na sraczu o poranku

Zachwyceni pokonujemy tak 130 kilometrów, bo w ładnym otoczeniu, czas jakoś przyjemniej leci. Docieramy do Hanchey Bamboo Resort, to takie fancy bambusowe bungalowy dla amerykańskiego turysty. Spotykamy tam parę Brytyjczyków i parę Francuzów ze swoim przewodnikiem. Obiekt znajduje się na jedynej górce w okolicy, jest nieco odseparowany od wiosek wzdłuż drogi, dzięki czemu nie wygląda tak bardzo surrealistycznie. To oczywiście jeden z tych obiektów, które założył biały człowiek i zatrudnił ludzi z rodzin – jak to w opisie stało – defaworyzowanych, w ramach wsparcia lokalnej społeczności. Mam zawsze pewne obiekcje, co do takich miejsc, ale zatrzymam je dla siebie. Zaznaczę tylko, że są, dla spokoju ducha. Płacimy 90zł i pewnie drugie lub trzecie tyle zostawiamy w ichniejszej restauracji, ale akurat żarcie jest stuprocentowo warte swojej ceny. Od wody z kokosa pitej z kokosa, przez szejka z awokado, po Lok Lak (czyli tradycyjną, smażoną wołowinę). Po drodze do domku przypadkowo kopię żabę, bo jest ciemno. Żaba więc w ramach odwetu, w środku nocy pojawia się na naszej desce klozetowej i nie chce jej opuścić. Tzn nie deski, a swojej pozycji. Przegrywamy ten pojedynek i korzystamy ze współdzielonej toalety przy restauracji.



Następny dzień to kolejne 100km na północ. Takie samo, choć nieco bardziej muzułmańskie i jeszcze bardziej wiejskie. Dla urozmaicenia, zjeżdżamy nawet czasem z asfaltu, na rzecz czerwonych szutrów – bardzo dobrych swoją drogą, choć gdyby padał deszcz, mówiłbym na pewno inaczej. Niesieni cukrowymi kulkami z herbaty docieramy do Krâchéh. Nie jest to przypadek, że za cel obrałem to miasto. To podobno właśnie tam, nieco na północ od miejscowości spotkać można zwierze o nazwie: „Irrawaddy dolphins”. Po naszemu będzie to Oreczka Krótkogłowa i wygląda ona doskonale. Zostało ich w Mekongu podobno kilkadziesiąt sztuk, więc nie mam wielkich oczekiwań. Wystarcza mi to, że dowiedziałem się o ich istnieniu i zobaczyłem w Internecie jak wyglądają. A wyglądają, jak gdybym ulepił z plasteliny swój palec wskazujący, a potem dorysował mu oczy, płetwy i uśmiechniętą buzię.

Biuro podróży pośpiech.

Do Kratie docieramy jakoś po 15:00. Ciemno robi się ze dwie do trzech godzin później. Mam 4 zadania przed sobą. Znaleźć kogoś, kto zabierze nas rano na delfiny, zorganizować hotel, jedzenie i transport, również na kolejny dzień, do oddalonego o 350km Siem Reap. Wszystko to wydarza się samo, bowiem po wjeździe do miasta zatrzymuję się przy jakiejś reklamie firmy transportowej. Podchodzi do mnie typ mówiący po angielsku i mówi, że załatwi mi to wszystko w 10 minut. Faktycznie, moment później jesteśmy rozpakowani w „River Side Hotel and Restaurant”, umówieni na busa na 7 rano i siedzimy już w tuktuku człowieka z drewnianą nogą, wiezieni do Kampi na delfiny, z przerwą na jedzenie z 7-eleven. Wszystko to na pewno jest lekko przepłacone, a sam pokój „jako-taki”, ale patrząc na oszczędności czasowe, to wystarczająca opcja.

Przy delfinach są turyści, więc organizacja jest bardzo prosta. Kupuje się bilet po jakieś 10 dolarów na głowę i idzie do łódeczki. Dostajemy indywidualną – płyniemy we dwójkę plus nasz „kapitan”. Trafiamy akurat na ostatnie promienie słońca, a potem na jego zachód – idealnie. Na brzeg dobijamy jako ostatni i mam wrażenie, że pływaliśmy zdecydowanie dłużej niż opłacona godzina. Oreczek jest zdecydowanie więcej niż się spodziewałem. Albo to te same pływające cały czas w kółko – w sumie nie robi nam to różnicy. Pokazują się na maksimum kilka sekund z głośnym wydechem, zazwyczaj w odległości kilku do kilkunastu metrów od łódki, ale zdarzają się też dużo bliżej. Pokuszę się o stwierdzenie, że przynajmniej raz na minutę widzimy je gdzieś lub słyszymy. Zaskakująco dobra atrakcja. Nie mam pojęcia czy moralnie zasadna, czy bardziej jak oglądanie słoni w Tajlandii. Moja ignorancja nie poddaje mi jednak w głowie ani jednego powodu, dla którego mogłoby to być złe… choć może te niewielkie kawałki chleba w wodzie mogą nieco zastanawiać. Bardzo udany dzień, którego nie są w stanie zniszczyć nawet Hindusi, którzy zorganizowali sobie długą kolację na balkonie, zaraz przy naszych oknach.

Chwilę po 7 rano faktycznie przyjeżdża po nas busik – taki 13 osobowy. Jedziemy już bardziej klasycznie, nie luksusowo jak autobusem. Oznacza to, że mamy po drodze ze 20 przystanków na zrzucenie lub wrzucenie paczki oraz że jadą z nami dwa kartony z regularnie piejącymi kogutami. Sylwia po każdym pianiu zaczyba się śmiać wprawiając w konsternację współpodróżników. Nie jest jednak źle, w Siem Reap meldujemy się przed 14, czyli raptem 7 godzin jazdy na 350km z przerwą na drobny obiad po drodze. Do końca dnia szwendamy się po mieście. Wszędzie pełno białasów, ale mają oni zasięg mniej więcej 4km od głównej, turystycznej ulicy.

Śpimy w „The Community – Siem Reap„, które jest jednym z droższych noclegów w okolicy, bo płacimy koło 150zł. To kolejny przybytek szczycący się wspieraniem lokalnych społeczności – jak sama nazwa wskazuje. Zdarzają się ludzie tak niewyobrażalnie mili, że człowiek, jak prawdziwy Polak, ma ochotę ich bić. Pani z recepcji, która się nami zajmuje przekracza znacznie tą granicę i jest jeszcze bardziej miła. Zaczyna od tego, że to wcale nie hotel, tylko na ten jeden dzień zostajemy jedną, wielką rodziną… a potem jest już tylko gorzej. Ja już nie chcę być wielką rodziną, nie chce masażu stóp, basenu, nie chcę wspierać żadnej społeczności – marzy mi się kanapka z szynką i serem, a potem sen.

Robimy objazd okolicy i docieramy do APOPO Visitor Center – miejsca, którego tematyką przewodnią są szczury szukające min. Tłok jest jednak tak duży, że najbliższy termin zwiedzania jest oddalony o 3 godziny. Walczymy ze sobą, ale jednak tłok wygrywa i jedziemy bez celu zwiedzać miasto. Podpowiem: nie trzeba tego robić. Wystarczy poczekać do zmroku i udać się w centrum nad rzekę, a potem na dwie główne, turystyczne ulice – jest spoko, nawet ładnie. Jak w klasycznej, turystycznej miejscowości. Znajdujemy stoisko z mango sticky rice, więc dzień uznaję za wyjątkowo udany. Znajdujemy też moją nową ulubioną, sieciówkę z lodami: BING CHUN. To znaczy, że dzień nie mógł być lepszy. Odkryliśmy ją dwa dni wcześniej, gdzieś na trasie. Miła pani zrobiła nam tam takie matcha frappe, że nie zapomnę go do końca życia. A potem wróciła przed lokal myć swoje Crocsy w misce. W życiu nie widziałem tyle Crocsów, co tutaj.

Teoretycznie ostatni dzień wyjazdu – moment kulminacyjny naszych wakacji. Miejsce, do którego przybywa koło miliona turystów rocznie – wszyscy pewnie nocują w Siem Reap. Przed pandemią było to kilka milionów rocznie. Miejsce, które jest we fladze Kambodży i które dla większości ludzi na świecie jest jedynym skojarzeniem z Kambodżą. Jeśli ktoś oczywiście wie o istnieniu Kambodży. Mowa o Angkor Wat – największym kompleksie świątynnym świata. Myślę, że mowa o największym kompleksie mogła być w momencie budowania, ale bardziej w kontekście króla Khmerów Surjawarmana II. Wtedy też Angkor nazywał się Yaśodharapura – zmiana wydaje się dobra z perspektywy kupowania biletów do tego miejsca. Mamy do niego z hotelu jakieś 4km, a bilety kupiliśmy przez internet – blisko 40USD na głowę, więc mam wrażenie, że przez ostatnie, blisko tysiąc lat, budowa mogła się zwrócić. Jadę tam nastawiony sceptycznie, ale staram się docenić, co widzę. Oczywiście nie udaje mi się to, stajemy na słynnym moście, patrzymy na budynek i jedyne co przychodzi mi do głowy to stwierdzenie „o, spoko”. Może gdybyśmy wzięli przewodnika, może gdybyśmy potrafili docenić małe detale. Ale chyba nie potrafimy, bo w całej wizycie najbardziej podoba nam się narysowana przez jakiegoś wandala głowa misia na jednej z zabytkowych ścian.

Potem zwiedzamy jeszcze kilka innych świątyń – są rozrzucone co kilka kilometrów i połączone asfaltową drogą. Do tego przy każdej znajduje się parking na rower i strażnicy, więc bez problemu można zostawić sprzęt i iść na spacer.. Żadna z nich nie budzi w nas szczególnych emocji. Jako ludzie prości, lubiący kolory i radosne rzeźby, dużo bardziej w nasze prymitywne gusta trafiały losowe świątynie mijane nad Mekongiem. Dopiero Ta Prohm ratuje sytuację – to oczywiście ta znana z Tomb Raidera. Choć pewnie głównie dlatego, że wygląda, jakby stała w środku dżungli i doskonale splata się z imponującymi drzewami rosnącymi dookoła. Myślę, że jej twórca może się mocno denerwować, gdy ktoś o niej ciągle mówi: „znana, bo biegała po niej Angelina Jolie”. A może to wcale nie świątynia jest imponująca, tylko te drzewa. No i Neak Pean jest również niezła – ale nie dlatego, że świątynia, a dlatego, że sztuczna wyspa i jezioro z drzewami oraz liliami. Łapię się na tym, że dużo bardziej podoba mi się wszystko co dookoła świątyń, a nie one same w sobie. Pewnie dlatego jeździmy rowerami, a nie zwiedzamy rzeczy. Po kilku godzinach mamy już w głowie zapas duchowości na najbliższe kilka lat.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie znaleźli sobie na drugą połowę dnia absurdalnego zajęcia związanego z zakupami. W jednym ze sklepów przy głównej świątyni Sylwia znajduje niewielką, ręcznie robioną, drewnianą statuetkę khmerskiego lwa strażniczego. To te hybrydy lwa oraz nagiego. Nagi to taki wąż. Jako że owe wężolwy towarzyszą nam przez całą wycieczkę, prawie go kupuje. Prawie, bo 150 dolarów za statuetkę wysokości długiego palca wskazującego, przekracza nieco nasze poczucie przyzwoitości. W sklepiku dostajemy za to wizytówkę pracowni, która go wykonała. Jest oczywiście na dokładnie drugim końcu miasta, więc pokonujemy dodatkowe 15km, aby go odwiedzić, w nadziei, że będzie albo taniej, albo coś innego do wyboru.

Jeśli szukacie pamiątki z Siem Reap to „Satcha – Cambodian Handicraft Center” jest miejscem do polecenia. To niewielki kompleks, w którym rozrzuceni w różnych sekcjach twórcy, faktycznie ręcznie robią sztukę. Ktoś maluje, ktoś szyje, ktoś struga, a na końcu jest galeria, której nie powstydziłaby się główna ulica Warszawy. Lwy faktycznie są, nawet kilka do wyboru – każdy nieco inny, bo w końcu ręcznie robione. Żaden z nich nie wydaje się jednak tak ładny, jak ten widziany przy Angkor. Wracamy te kilkanaście kilometrów. Okazuje się, że tamten też już nie jest tak ładny, jak się wydawało. Jedziemy do hotelu, w którym meldujemy się 15:58, a o 16:00 mamy umówioną taksówkę.

Nowe lotnisko w Siem Reap oddalone jest od Siem Reap o 40km. To jakaś godzina jazdy, mimo że nie ma korków, a samochód jest nowy i komfortowy. Nowa droga do nowego lotniska również jest komfortowa, ale nie zmienia to faktu, że nasz kierowca nie przekracza 60km/h. To niesamowite jak bardzo mam spaczony mój polski mózg, który nie rozumie, że jeśli limit wynosi 90km/h to ktoś może jechać wyraźnie mniej i to z własnej, nieprzymuszonej woli.

Rowery spisały się na wyjeździe wyjątkowo dzielnie, dlatego na lotnisku dostają dodatkowe owinięcie folią bąbelkową. W zasadzie nie wiem dlaczego, 2 torby Dimpa z IKEA, które wiozę ze sobą całą drogę zawsze wystarczały. Za owinięcie folią płacimy jakoś abstrakcyjnie dużo, ale to głównie dlatego, że się targuję. Mam wrażenie, że wewnętrzna chęć pozbycia się wszystkich rieli podświadomie mnie do tego zmusiła. Płacę bowiem chyba więcej, niż gość chciał początkowo.

Na deser dowiadujemy się jeszcze podczas odprawy, że nie ma nas na liście pasażerów. W sumie nie dziwi mnie to, bo bilety kupowałem dzień wcześniej i mogłem zrobić jakiś głupi błąd. W oczach mam wizję całonocnej wyprawy autobusowej, bo od Sajgonu dzieli nas prawie 500km. Jakoś niedużo, skoro przyjechaliśmy stamtąd rowerami i nabiliśmy nimi 1000km, a do tego jeszcze z 500km autobusami. Na szczęście odnajdujemy się na rozpisce innych linii, które lecą w to samo miejsce, ale z 15 minut później.

W Sajgonie lądujemy już po zmroku i wracamy te 2km do hotelu, w którym zostawiliśmy walizki rowerowe. Do lotu powrotnego mamy jeszcze grubo ponad dobę.



Plan na ostatni dzień mamy oczywisty – kupić kotki manekineko – to te z machającą łapą. Z każdych azjatyckich wakacji przywozimy jakiegoś i powoli kończy się już miejsce w domu. To znaczy kończyło, dopóki Sylwia nie odkryła, że z półkami w domu jest jak ze studentem w autobusie. Jeśli zmieściło się X, wtedy i X+1 zawsze się zmieści. Każdy z odwiedzonych przez nas sklepów został starannie ukryty. Dokładnie tak samo, jak ten na 5. piętrze mieszkalnego budynku w Singapurze rok wcześniej. Włazimy więc boso, spoceni, obcym ludziom na chatę i oglądamy kotki, które prawdopodobnie sprzedają jedynie wysyłkowo.

Jestem prawie pewny, że nigdy nie trafimy do takiego miejsca, jakim było starannie ukryte w garażu i strzeżone przez 3 nastolatki i małego pieska: Maneki-Neko House. Aby to lepiej zobrazować, załączam link do Google Street View. Nie wiem, czy bardziej w szoku byliśmy my, że tam wchodzimy, czy wspomniane nastolatki, że ktoś to miejsce znalazł. To garaż, w którym statuetki są prawdopodobnie składane, malowane i wszystko inne, co niezbędne, aby powstały. Jestem w 98% pewny, że w tym garażu wkłada się w kotki amfetaminę i wysyła do Europy – wszystko się zgadza. Liczba kotków liczona w setka, stoły do pakowania i składania, no i te dziewczynki dla niepoznaki. Szczególnie widząc panikę, która zapanowała, gdy Sylwia zastukała w bramę. Wyjrzały dwie, wystraszone, małe pary oczu, padło pytanie o cel wizyty, brama się zamknęła, gdzieś pobiegły i powiedziały, że otworzą za 5 minut. Na szczęście oglądałem Johnnego Bravo i wiedziałem, iż należy odpowiedzieć, że lubię placki.

Wracamy zwycięsko do hotelu, myjemy się i odjeżdżamy taksówką na lotnisko. Trzy godziny po przylocie jestem już na (prawie) ostatnim piętrze, biura szklanych drzwi. Słońce zachodzi, minął kolejny dzień. A mówiąc dokładniej to nie minął, bo muszę wytrzymać jeszcze 6-godzinne, pracowe spotkanie w tymże budynku. Byłem dzielny i nie dałem po sobie uznać, że jestem martwy w środku. Ale byłem i tak mniej dzielny niż Ty, jeśli dalej to czytasz…

Jeśli liczycie tu na podsumowanie, nie będzie go. Jeśli specjalnie scrollowaliście przez ostatnie 2 minuty myszką, aby przeczytać jedno zdanie o tym, czy warto – nie wstawię go. Bo jak zwykle nie wiem. Nie było imponujących widoków, nie ma zdjęć na social media, które się będą dobrze klikały, nie zjedliśmy niczego, co warto byłoby wspominać. Z jakichś nieznanych mi powodów, było jednak super – jak w większości miejsc, które z pozoru nie nadają się do jazdy rowerem i do których ludzi w tym celu zazwyczaj nie jeżdżą. Trasa może się podobać, szczególnie kambodżański odcinek Mekongu. Nie każdemu, ale komuś na pewno.