– Maciek, dlaczego nie zabrałeś ze sobą Najlepszego Roweru Świata? – zapytały słabym głosem moje ścięgna Achillesa.
 – Nie wiem ścięgna Achillesa, naprawdę nie wiem – odpowiedziałem głosem pełnym szczerości.

Nie wiem też dlaczego poleciałem do Vegas bez portfela, dokumentów i kart kredytowych.
Oraz dlaczego poleciałem w poniedziałek, zamiast wydłużyć pobyt o weekend. Chociaż to akurat wiem. Wylot był o 9 rano lotem z dwiema przesiadkami, bo poprzedniego dnia, wieczorem, wylądować miałem z bikepackingowych wakacji w Gambii i Senegalu, w których nigdy nie byłem.

Oto ja, dotarłem do hotelu Luxor. Jednego z nielicznych, „dużych” hoteli, których nie miałem jeszcze nigdy okazji zwiedzić. Może dlatego, że jest praktycznie na końcu słynnego Stripu, a może dlatego, że nie byłem nigdy fanem piramid. Piramidy źle mi się kojarzę od czasów, gdy po liceum wpadłem w sieć sprzedażową jakiegoś produktu. Hotel jest więc wielką, czarną piramidą, z czubka której wylatuje w kosmos wielki promień światła. Podobno najmocniejsze ludzkie światełko świata. Kto był w Vegas, tego nic nie dziwi. Podczas poprzedniej wizyty nocowaliśmy przecież w sąsiadującym z piramidą wielkim zamku, w którym odbywają się rycerskie walki na koniach.

Jest godzina 21, staję przed automatem do meldowania się, po przejechaniu Uberem niecałych 3 mil za ponad 20 dolarów. Mam mały plecak, portfel, aparat, telefon i niewiele więcej – od czasu, gdy zacząłem bikepackingować, nie mam pojęcia co ze sobą zabierać na wyjazdy. Przecież w zasadzie nic nie jest potrzebne. Przez blisko 20 godzin podróży byłem pewny, że zapomniałem czegoś ważnego, ale nie mogłem wymyślić czego. Przypomina mi się, gdy automat prosi o odbicie karty kredytowej. Otóż na wyjazdy zawsze biorę ze sobą dwa portfele: jeden krytyczny – z paszportem, kupką dolarów i jakimiś ważnymi dokumentami. Drugi taki codzienny – prawo jazdy, karty kredytowe itp. Tym razem coś nie zagrało i okazało się, że mam tylko paszport i trochę dolarów. Jestem w stanach bez kredytówki. Jeśli byliście w stanach w ciągu ostatnich 50 lat, to w większości przypadków dużo tam się nie zmieniło jeśli chodzi o podejście do rozliczeń ;-)

Automat oczywiście odrzuca wszystkie moje wirtualne karty, które mam w telefonie. Idę do ludzkiej recepcji. Nocleg oczywiście opłacony był wcześniej, ale duże hotele i tak blokują kaucję – Luxor bierze 75USD za dzień. Skoro zostaję 5 nocy, zablokują mi blisko 400 dolarów. Bo wiadomo, im dłużej mieszkasz, tym więcej rzeczy zdążysz popsuć… czy jakoś tak. Na do widzenia hotel dorzuci jeszcze 51USD za każdą spędzoną noc jako „resort fee”. Wspaniały kraj.

Do hotelowej recepcji czeka przede mną kilka osób. Obok stoi druga kolejka, podobnej długości, ale dla ludzi „premium”. Przypominam, że piszę tu o hotelu, który ma blisko 4500 pokoi. CZTERY I PÓŁ TYSIĄCA. Wiem, że ciężko to sobie wyobrazić, więc przeliczę na nasze: gdyby każdy mieszkaniec Męcikału dostał w nim 5 pokoi, to zostałoby w nim i tak więcej wolnych miejsc niż łączna liczba pokoi w hotelu Luxor w Lublinie.

Stoję godzinę, bowiem kolejki obsługują 3 osoby (tak w porywach, bo czasem znikają). Nie pomaga też fakt, że goście „premium” mają pierwszeństwo. Przez telefon kolega podpowiada mi, że jemu zadziałała karta debetowa. Faktycznie nie próbowałem. Wychodzę z kolejki i przypominam sobie, że debetówkę mam nową i nie dodałem jej jeszcze do telefonu. 15 minut później okazuje się, że płatność również zostaje odrzucona. Podchodzi do mnie pani, aby poinformować, że tak to mi się nie uda i żebym spróbował z człowiekiem. Wracam do kolejki, tym razem ludzi przede mną jest w niej dużo więcej. Czekam dłużej niż na naleśnika w Manekinie.

Staję twarzą w twarz z recepcjonistką. Mówię, że nie mam fizycznych kart, a ona do mnie, że tak to się nie da. Sytuacja nieco podobna do dnia, w którym stanęliśmy na granicy RPA z Lesotho i powiedzieliśmy „nie mamy wiz, bo Polacy nie mogą ich wyrobić, proszę nas wpuścić”. Zrozumiałem wtedy, dlaczego każdy klient obsługiwany jest kilka minut. Po każdym poważniejszym pytaniu, recepcjonistka musi przekazać pytanie managerowi i poprosić o decyzję. Jestem też prawie pewny, że manager ma już PTSD i dlatego chowa się gdzieś na zapleczu. Jestem prawie pewny, że mogłaby być robotem humanoidalnym. Przed hotelem jeżdżą przecież taksówki bez kierowcy, a większość ludzi dookoła przyjechała na konferencję jednej z największych firm IT świata. Zgodę oczywiście dostaję i odbijam się pomyślnie telefonem w terminalu. Brawo ja.

– przepraszam, czy ta winda to do góry?
– nie, w bok

Bardzo późnym wieczorem wchodzę do swojego pokoju, który lata świetności miał chyba kilkanaście lat temu. Ma numer 26128, więc możecie się domyślić ile do niego idę. Tzn wcześniej jeszcze prawie wywracam się w windzie inklinatorze. Piramida bowiem jest zupełnie inna niż sobie wyobrażałem – środek jest pusty, a pokoje są na jej „ścianach”. Winda również, co oznacza, że jedzie pod kątem 43 stopni. Tutaj dowcip o windzie jadącej w bok nikogo nie dziwi.

W pokoju mam tajne przejście – drzwi, które prowadzą do innych drzwi – to znane rozwiązanie. Przypadkiem wchodzę więc przez owe drzwi do pokoju kogoś obcego. Witam się, przepraszam, wychodzę. Na dobranoc używam jeszcze Googli, aby sprawdzić, czy da się pić wodę z kranu. Google mówią, że się da, jeśli ktoś lubi chlor i jest masochistą. Uprawiałem kiedyś amatorsko triathlon – wiadomo, że lubię chlor i jestem masochistą. Do końca wyjazdu piję więc hotelową kranówkę i do dzisiaj nie ujawniły mi się jeszcze kamienie nerkowe.

Jestem też prawie pewny, że w większości hoteli w Vegas ludzie uczuleni na roztocza umierają po pierwszym kroku na tutejszych dywanach. W ogóle hotele tutaj mają jakiś vibe śmierci z przedawkowania w wannie.

Znacie taki moment w karierze, że „jeszcze nie jesteś dyrektorem”, ale „już nie jesteś inżynierem”? Przekładając to na język kolarski – to ten moment, w którym nie utrzymujesz się w pierwszej grupie, ale odjeżdżasz samotnie z grupetto. To ja, a jeśli mi nie wierzysz, zapraszam do zdjęcia z jednego z moich spotkań. Jeśli pracujesz w HR i jesteś tu, bo sprawdzasz kim jestem, po otrzymaniu mojego CV, zapomnij co napisałem.

Duże konferencje IT dzielą się na 3 etapy. Ewentualnie cztery jeśli doliczy się stanie w kolejkach. Należą do nich:

Expo.


Nikt nie mówi tego głośno, każdy potwierdza. Może poza osobami zapraszanymi na zamknięte imprezy, na których dalej nie wiem co się dzieje, ale podejrzewam, że podpisywane są wstępnie umowy za duże miliony. Na konferencje jeździ się, aby spędzić kilka godzin na dużej hali z wystawcami – w większości są to firmy, które możecie zobaczyć również na bolidach Formuły 1. Expo jest trochę jak targ niewolników, ale sprzedajemy samych siebie. Wystarczy bowiem zostawić kontakt do siebie, aby dostać darmowe skarpetki, koszulkę, szmatkę, pluszaka, zawieszkę do kluczy, gumowa piłeczę lub wziąć udział w grze, w której do wygrania jest Playstation. Jako profesjonalista wracam więc do Polski z plecakiem (oczywiście nowym), pełnym wszystkiego. Jest w nim nawet przenośny blender ładowany po USB i dwa kapelusze. Przez cały rok będą do mnie dzwoniły firmy z całego świata proponując zakup rozwiązania, które przez tydzień jest darmowe, a potem kosztuje 1,5mln funtów. Robi to samo, co inne rozwiązania, ale jest nowsze i lepsze, a do tego wykresy są bardziej kolorowe.

Na obiekcie łatwo poznać świeżaków. Zostawienie swoich danych odbywa się bowiem przez zeskanowania plakietki noszonej na szyi. Wysyłane do tego zadania są zazwyczaj panie, które zaczynają rozmowę od, w wolnym tłumaczeniu: „hej, chciałbyś się ze mną zeskanować?”. Diversity and Inclusion już do nas, do IT, dotarło – ale jeszcze ma przed sobą trochę drogi. Zanim więc się człowiek zorientuje o co chodzi, jest zarażony SPAMem.

Sesje.

Sesje polegają na tym, że siadasz na sali, niczym na studiach i przez godzinę słuchasz dlaczego dane rozwiązanie jest najlepsze lub dlaczego dana firma jest lepsza niż inne. O 10 lat (bo tyle pamiętam), schemat jest ten sam. Pojawia się coś nowego, wielkie firmy zainwestowały wielkie pieniądze, wchodzimy w to wszyscy „all in”, bo teraz życie będzie prostsze, tańsze i lepsze. W kolejnym roku jest rozwinięcie tematu, czyli wszystko, co było łatwe, teraz będzie jeszcze łatwiejsze dzięki nowemu poziomowi abstrakcji, a potem znowu jest coś nowego. I tak też wszyscy wchodziliśmy w chmurę, migrowaliśmy się do niej, a potem zastanawialiśmy, jak kontrolować koszty. Potem były mikroserwisy, rozbijaliśmy monolity, stawialiśmy klastry kubernetesowe, dodawaliśmy nakładki, które ułatwiały zarządzanie tymi klastrami i naprawialiśmy te nakładki dodając kolejne nakładki. Potem były nierelacyjne bazy danych, dzięki czemu nie trzeba już było myśleć, co się zbiera i jak ułada, tylko zbieraliśmy wszystkie możliwe dane, żeby w przyszłości się zastanowić co z tym zrobić. Teraz wszyscy idziemy w AI.

W związku z tym, każda jedna sesja była o sztucznej inteligencji, agentach i każdej możliwej kombinacji tych słów z każdym możliwym słowem opisującym coś w IT.

Imprezy.

No i są jeszcze imprezy. Jest zawsze jedna, duża, ogólno-konferencyjna. W przypadku Salesforce’a był to na przykład koncert Lenniego Kravitza i Alicia Keys na stadionie, gdzie udało nam się z niewiadomych powodów stanąć lata temu w pierwszym rzędzie, mimo że przyszliśmy pół godziny przed jego rozpoczęciem sie. Amazon, który konferencje organizuje po sąsiedzku, ale w kilku hotelach a nie w jednym jak Google (przez co połowę czasu spędza się na przemieszczaniu) organizował Re:play, czyli największą imprezę IT świata (podobno). Był tam Skrillex, DJ Snake, czy Martin Garrix – miałem przyjemność być na niej trzykrotnie i w 2017 popełniłem nawet o niej i o Vegas wpis: https://hopcycling.pl/las-vegas/. Dzięki temu, nie muszę już teraz pisać o hotelach i atrakcjach Vegas.

W przypadku tegorocznego Google’a jest to koncert Weezera (który dwa lata wcześniej grał też na Amazonie) oraz Benson Boone. Ten pierwszy to zespół, którego nie znałem, ale jak zaczął grać to okazało się, że jednak znam. Poza dwoma hiciorami, większość czasu starałem się nie zasnąć i utrzymać mocz, który przyniosłem ze sobą na stadion – szkoda mi bowiem miejsc blisko sceny. Ten drugi to gość, którego bym znał, gdybym miał 15 lat i był dziewczyną. Duża szansa, że byłby to najlepszy dzień mojego życia. Przypominam, że widownia to w zdecydowanej większości osoby informatyckie ze średnią wieku przekraczającą pewnie 40 lat – jeśli dobór artysty był trollingiem, szanuję bardzo. Najgorsze jest jednak to, że koncert był tak dobry, że blisko połowa publiczności postanowiła zostać po nim homoseksualistami (obliczenia własne). Przez kolejne 3 dni wszystko już było mystical i magical. Tu na przykład gość robi salto do tyłu, z fortepianu:

Są też mniejsze imprezy, zwane kolacjami, na które wystawcy zapraszają klientów i potencjalnych klientów. O nich się głośno nie mówi. Ja na przykład o nich głośno nie mówię, bo nikt mnie na nie nie zaprasza.

Jak przystało na szanującego się Europejczyka, budzę się chwilę po 3 nad ranem i nie ma szans, żebym już zasnął. Patrzę w sufit, odpalam komputer, czekam na świt. Świt oczywiście przegapiam, bo okazuje się, że wszystkie okna hotelu są permanentnie przyciemnione – ma to sens, przecież piramida jest czarna.

Meta, feta, keta, kwas, tableta
Koda, mefa, luta, kur*y, przypał
Wóda, emka, benzo

Wychodzę chwilę pobiegać chwilę po 6. O tej porze Las Vegas składa się z dwóch typów ludzi: biegaczy i narkomanów. Oczywiście w okolicach Stripu tych pierwszych jest więcej, a w okolicach Downtown, tych drugich. Luxor jest jednym z ostatnich hoteli na południu Stripu i taka najbardziej oczywista trasa biegowa idzie właśnie dalej na południe. Ma się wrażenie, że po pokonaniu maksymalnie kilku świateł drogowych, można pokonać bez zbędnych rozpraszaczy jakieś 300 kilometrów. Zbiegam więc kawałek na południe, aby wykonać tradycyjne i obowiązkowe zdjęcie ze znakiem „Welcome tu Las Vegas”, a następnie kieruję się Stripem na północ – tak w ramach zwiedzania. Przez pierwszą godzinę, jestem prawie pewny, że mijam tylko biegaczy ze świata IT.

W okolicach 12. kilometra, po minięciu wielkiej wieży, która w mojej głowie symbolizuje zmianę Stripu na Downtown przypominam sobie, że jestem głodny. Wchodzę do 7-eleven po kanapkę i izotonik o smaku ogórka. Ten smak to ważna informacja, bo nie zapomnę go przez kolejne godziny. Płacę 40zł i przypominam sobie, że to nie jest kraj dla biednych ludzi. Ale potem też przypominam sobie amerykańskie proporcje – oznacza to, że warstwa szynki w kanapce jest grubsza niż warstwa „chleba”. Izotonik też nie jest szczególnie mały, a że przecież nie będę z nim biegł, wypijam na raz. Znalezienie zacisznego miejsca do spożycia nie jest szczególnie proste. Z jednego odchodzę, bo wrzeszczący na mnie, półnagi czarnoskóry mężczyzna ma chyba akurat zwidy i nie jestem pewny z czym mnie pomylił. Z drugiego odchodzę, bo przychodzi do mnie szalona kobieta mówiąca coś o konającym za rogiem człowieku. Nawet jeśli ten człowiek tam jest, jestem pewny, że przy mojej wizycie tam, byłoby już dwóch konających ludzi. Siadam więc na krawężniku głównej ulicy i daję się roztopić słońcu.

Robię tak ponad 26 kilometrów. Choć może nieco mniej, bo czasami oszukuję schodami ruchomymi. Generalnie Stripem biegnie się nieźle, bo przejścia są wyniesione ponad ulice i nie czeka się na światła. Równoległymi drogami po zachodniej stronie też biegnie się przyzwoicie, ale jeśli chcecie „trenować” pozostaje prawdopodobnie tylko sprawdzone „Stripem na południe” lub hotelowe siłownie. Wydaje mi się, że podobny dystans zrobiłbym próbując trafić do nich z pokoju 26128.

Palące słońce i super mocny wiatr nie pomagają mi cieszeniu się okolicą. Fakt, że wróciłem do hotelu koło 9 rano również – bo pierwsze atrakcje zaplanowane są dopiero na wieczór. Zaczynam przypominać sobie, dlaczego rower jest najwyższą formą zwiedzania miast. Minęły przecież ze 3 godziny, a moje nogi przestały działać.

Następnego dnia rano jestem bardziej odpowiedzialnym człowiekiem i robię już tylko 16km. Choć może dlatego, że od 9 rano zaczynają się „wykłady” i szkoda byłoby się spóźnić. Tym razem biegnę po okolicznych osiedlach. W kategorii „miast, w których niechciałbym” mieszkać Las Vegas jest dość wysoko, chociaż możliwość weekendowych wypadów dość mocno by to rekompensowała.

Tym razem skrzyżowania są dużo bardziej uciążliwe i chyba więcej stoję niż biegnę. Nie jestem pewny też, czy spotykamy kogokolwiek idącego chodnikiem. Chodzenie się tutaj wyraźnie nie przyjęło

Moje nogi nie działają jeszcze bardziej, szczególnie że łączny dystans pokonany tego dnia wcale nie będzie mniejszy niż dnia poprzedniego. Cóż, po darmowe skarpetki trzeba się nieco nachodzić.

Kolejne dni to głównie sztuczna inteligencja, agenty, agenty używające sztucznej inteligencji, aby rozmawiać z innymi agentami, maile, które same się piszą, wysyłają, a następnie same się podsumowują oraz Powerpointy, które po jednej stronie same się wygenerowały i opisały, a po drugiej stronie same streściły. W ten sposób człowiek, może przekazać człowiekowi wiadomość, która ma 7 tysięcy słów, ale wysyłający napisał tylko 15 wyrazów, a odbierający przeczytał tylko 15 wyrazów. No i ewentualnie wieczorne spacery po Vegas, które robi w dalszym ciągu robi na mnie wrażenie, tylko ciągle nie wiem jakie. Mixed feelings to dobre określenie. Za każdy razem odkrywam jednak coś nowego. Na przykład pierwszy raz w życiu jadę w Caesar’s Palace schodami ruchomymi… które są, jak przystało na rzymskie wnętrze, kręcone.

Drugiego dnia, większość wieczoru spędzam w łazience, próbując wydostać soczewkę spod powieki. Nie przestaje mnie śmieszyć sytuacja, w której spędzam cały dzień słuchając o najnowszych zdobyczach techniki, a potem nie umiem wyjąć z oka soczewki, zacina mi się zamek w bluzie albo zaciska się podwójna pętelka na sznurówce.

Mam też misję, muszę udać się do sklepu i odebrać zakupy. Czasy, że w Stanach jest taniej już minęły, ale czasy, w których amerykańskie promocje sprawiają, że dalej opłaca się czasem polecieć na same zakupy – dalej trwają. Szczególnie jeśli wygląda się na biedaka i nie łapią przy pokoiku „nic do oclenia” na Okęciu. Ja oczywiście nic takiego nie wiozę.

Poranny prysznic zajmuje mi z 20 minut, bo zanim ciepła woda doleci na moje 26 piętro mija nieskończona ilość czasu. Mam wrażenie, że niewiele osób bierze w tym mieście prysznic przed 6 rano.

Wychodzę z pokoju, klikam przycisk od windy, zostaję porażony prącem i zjeżdżam 26 pięter pod kątem 43 stopni. Każdego dnia, przynajmniej 4 razy dziennie prąd mnie w tym hotelu strzela. Pierwszy dialog, który słyszę to dwóch typów idących przez kasyno:

 – i co, c*uj z magnesem
 – no ku*wa

Uśmiecham się do nich po Polsku i od razu mi lepiej. Przemieszczanie się po Vegas autobusem okazuje się bardzo proste. Instaluję appkę w telefonie, kupuję za 8USD bilet całodzienny (bo mam przeczucie nadchodzącej przygody, mimo że do przejechania mam kilka przystanków), odbijam przy wejście do pojazdu, uśmiecham do kierowcy i temat załatwiony. Jako początkujący – wybieram najłatwiejszą linię – piętrowy autobus, kursujący co kilkanaście minut, wzdłuż Stripu: Deuce. Oczywiście TEGO DNIA, DO MOJEGO PRZYSTANKU nie dojeżdża. Odbija gdzieś w bok i ląduję na zajezdni autobusowej. Jako że nie jestem jedynym turystą zdziwionym swoją nieobecnością w Vegas Premium Outlets, podsłuchuję, jak ktoś pyta co teraz i idę za nim – wsiadamy do innego autobusu i jedziemy w dobrym kierunku, tylko po chwilo ze złym zwrotem.

Z każdym przystankiem coraz bardziej oddalam się od celu wycieczki, aż w końcu prawie cały autobus to meksykanie. Wysiadam kilkanaście przystanków za daleko i aby nie wyglądać na zagubionego, idę od razu do Five Guys, który jest niedaleko przystanku. Hamburger, średnie frytki i średni napój to jakieś 100zł. Wracam – dwa autobusy później i jedną awaryjną wizytę w łazience później, jestem u celu.

W sobotę przypomina mi się, że prowadzę bloga rowerowego i fajnie byłoby mieć pretekst do napisania czegoś na bloga. Wpadam na genialny pomysł.

Lot mam dopiero wieczorem, więc wychodzę wcześnie rano z pokoju, mijam ludzi bezmyślnie klikających w automaty o świcie. A może automaty bezmyślnie klikające w ludzi? Ciężko powiedzieć. Przechodzę 11 pasów ulicy pod domem i kieruję się na północ autobusem Deuce. W Downtown bowiem są miejskie rowery – cała sieć, odpowiednik naszego Veturillo. Instaluję aplikację RTC, przeglądam mapkę stacji i dokonuję analizy kosztowej:


15USD za miesiąc, pierwsze 60 minut gratis, potem 4$ za każdą godzinę
5USD za dobę, pierwsze 3 minut gratis, potem 4$ za każde 30 minut

Z analizy kosztów wynika mi, że nie potrafię liczyć. Wyciągając jednak wnioski z tego, jak idzie mi liczenie, dochodzę do wniosku, że jestem leniwy i napewno nie będzie mi się chciało co niecałe 30 minut zmieniać roweru. Mam też przeczucie, że wyląduję w miejscu, w którym stacji już nie ma. Biorę więc opcję miesięczną, mimo że roweru planuję używać max kilka godzin.

Rowery są jak najbardziej OK, przy odrobinie szczęścia można trafić nawet elektryczny – naliczyłem z 5 w całym mieście. Jadę na wschód, tam są najbliższe góry. Internet mówi, że na końcu asfaltów, zaraz przed skałami są niezłe panoramy miasta. I faktycznie, są. Gdzies tam w oddali widać nawet wieżę spod której brałem rower, a daleko z boku (trzeci budynek od lewej), moją piramidę. Po drodze rower zmieniam raz. Ale cała wycieczka na wschód zabiera to prawie 2,5 godziny bez zmiany roweru, ale co ciekawe – płacę tylko dodatkowe 4$, a nie 8$.

Pogoda jest zdradziecka, bo temperatura niby niższa niż w Polsce, do tego chmury i niemiłosiernie mocny wiatr… ale to wszystko tylko przykrywka. Dwa dni później pożegnam się ze skórą na czole. Może i ciało mi się nieco zakonserwowało Indyjskim słońcem, ale nie na głowie. Nie wziąłem kasku, ani czapki, tak więc słońce zobaczy części mojego ciała, których normalnie nie widzi. Aby przypomnieć gdzie znajduje się Vegas, służę zdjęciem w drugą stronę. Choć to nie do końca prawda, że Vegas zbudowano na środku pustyni, w miejscu, gdzie nie ma wody. Vegas leży tam gdzie leży, bo właśnie w tym miejscu woda jest, prosto ze źródeł.

Kieruję się do Downtown wymienić rower. Vegas poza ścisłym centrum i Stripem jest wyjątkowo nudnym miastem. Małe domki, małe ogródki, minimalna roślinność, ruch pieszy praktycznie zerowy – tylko turyści w centrum. Wszystko takie samo i nawet wille na górce w widokiem na miasto nie zachęcają szczególnie do zamieszkania w nich. Wygląda to jak mieszkalne zaplecze dla pracowników kasyn oraz hoteli i pewnie tak właśnie jest.

Wjeżdżam na położone z kilometr od końca Stripu North Main Street i… o królu złoty. Jeździłem w życiu w dziwnych miejscach. Jeździłem przy rumuńskich slumsach, cygańskich wioskach na Słowacki, etiopskich miastach i szukałem jedzenia nocą w ugandyjskich pubach, ale to, co zobaczyłem na Main Street, było poziom wyżej. Odbiłem od krawężnika na środek drogi, aby na światłach być otoczonym samochodami, bo chodniki to noc żywych trupów i walking dead w środku dnia. Być może w okolicy była jakaś akcja komunalna, ale dookoła mnie znajdował się pewnie głównie fentanyl w ludziach podczas rozkładu.

Pojeździłem jeszcze trochę, po 5 godzinach jazdy mam w nogach około 70 kilometrów. Jest 15:30, w hotelu jestem umówiony z taksówką na okolice 18:00. Fajnie byłoby jeszcze się umyć w kiblu hotelowym, bo kolejne kilkanaście godzin spędzę w podróży. Ciągle zapominam, że przecież w lotniskowych lounge’ach są prysznice, a to lepsze niż ogólnodostępny, hotelowy kibel i wycieranie się do sucha papierem toaletowym. Osoba, która siedzi obok mnie w biznes klasie, pewnie też się będzie tego domyślała. Problem tylko w tym, że roweru wcale nie oddaję, bo przede mną pojawia się grupa (podobno) 500 osób na rowerach. Ale nie jest to szkolna wycieczka. To zbiór godny Las Vegas. Jestem prawie pewny, że jestem jedynym reprezentantem Słowian lub nawet mówiąc szerzej – rasy kaukaskiej. Jestem też pewnie jedynym człowiekiem jadącym bez głośnika, dwoma kołami po asfalcie i trzymającym dwie ręce na kierownicy.

Dołączam, jakiś uprzejmy człowiek urody meksykańskiej i rozmiaru dwóch Maćków pyta czy jadę z nimi. Mówię, że nie wiem o co chodzi, ale jadę. Odpowiada mi, że teraz jestem jednym z nich. Nie wiem czy to groźba, czy zaproszenie. Ma koszulkę z napisem „No Sucka Shit” – dlaczego miałbym mu nie ufać? Po czasie odkrywam, że był to jakiś event dołączony do BMX Days, organizowany przez se7ensht lub SE Bikes i specjalnie na niego przylecieli jacyś ludzie, których nie znam, ale którzy robiąc rowerowy kontent mają po kilkaset tysięcy wyświetleń. Polecam poklikać po linkach, bo to jak skrzyżowanie gry GTA i Dave Mirra BMX.

W każdym razie przejazd przez Downtown i przez środek Stripu niekoniecznie wygląda na legalną akcję i nawet okoliczna policja nie do końca wie co zrobić. Przypominają mi się filmy, w których czyta Krystyna Czubówna – gdy lwy zakradają się do antylop i wybierają tę najsłabszą. W tej grupie zdecydowanie jestem to ja.

Jest jakoś grubo po 16, wycieczka staje pod Liquor Store, a ja się odłączam i co sił w nogach pędzę do najbliższej stacji, przy której musi też stawać autobus. Oczywiście wszystkie miejsca rowerowe zajęty i muszę szukać kolejnej. Przypomina mi się też, że przy Stipie, na polach odbywa się właśnie festiwal muzyczny, który mijałem rano i śmiałem się z samochodów stojących w korkach. To New World Festiwal i jest to chyba niemała impreza, bo równolegle grają tam między innymi Korn, Marylin Manson, System of a Down, Cypress Hill, Mastodon i masa innych zespołów. Parkuję więc rower i biegnę co sił w nogach na przystanek.

Nie wiem jak to się dzieje, że niezależnie od miejsca, czasu i godziny, zawsze jestem na wszystko spóźniony w mojej głowie i muszę się spieszyć. Przecież wyszedłem rano bez planu, mając z 10 godzin na nicnierobienie, a teraz biegnę na przystanek. Oczywiście zdążam, choć mam wątpliwości, czy piechotą nie byłoby szybciej, mimo że to prawie 10 kilometrów. Oczywiście wszystko się udało. Dzień kończę z 90 kilometrami na rowerku miejskim.

Taksówki w tym mieście to też super rzecz. Od jednego z taksówkarzy dowiaduję się, że te samochody z kamerami dookoła to projekt ludzi szukających UFO, które uciekło z położonego niedaleko Area 51.

Wieczór spędzam na swoim rozkładanym fotelu w samolocie, a to oznacza godziny klikania przycisków: aby fotel rozłożyć, potem złożyć, potem znowu rozłożyć, bo przytrzasnąłem sobie gdzieś kabelek od słuchawek, potem złożyć, potem znowu rozłożyć, bo zgubiłem okulary, potem złożyć, żeby dostać się do wtyczki od słuchawek, potem rozłożyć, aby iść spać i tak bardzo, bardzo wiele razy powtórzyć jeszcze tę procedurę. Jeśli drogi sąsiedzie z siedzenia 1C czytasz to właśnie swoim niemieckim translatorem, przepraszam za to.