“Rise and shine. It’s 6am and your hand can’t make it to the alarm clock in time before the voices in your head start telling you it’s too early, too dark and too cold to get out of bed. (… bla bla bla …) Because we’ve got work to do.”

The Grind, Red Productions

 

 

Ból, cierpienie, wyrzeczenia, rygor, poświęcenie, trening, śmierć, walka z samym sobą, pokonywanie słabości. Brzmi znajomo, prawda? Te słowa przewijają się przez Facebooka każdego dnia. Nie ma co się dziwić: na jakichś 450 starannie wyselekcjonowanych znajomych, gdzieś tak ze 300 poznałem na rowerze. Potem polubiłem jakieś tysiąc pięćset sto dziewięćset fanpage’y. Po tym, jak poświęciłem kilka dni (za co szczerze przepraszam mojego pracodawcę) na zablokowanie wszystkich stron, które publikują treści nudne i głupie, okazało się, że średnio co drugi post, który widzę, ma bardziej lub mniej bezpośredni związek z kolarstwem. To dobrze, kolarstwo to moje hobby, które sprawia mi przyjemność. Nie tylko uprawianie, ale również oglądanie, czytanie, analizowanie i planowanie.

 

Just do what you love doing. That’s my only advice

Peter Sagan



Jesień to taka pora roku, w której, zakładamy ubrania, o istnieniu których już dawno zdążyliśmy zapomnieć i było nam z tym dobrze. To także najpiękniejsza pora roku dla kolarzy-amatorów, bo nie jeździ się tyle na rowerze. Trochę dziwne, nie? Dowód jednak jest prosty niczym ulice w Dausze: uruchamiam rano kompa i pierwsze co widzę to wpisy o tym, że nadeszło roztrenowanie i jest wspaniale. Wspaniale, bo można robić to co się chce. Można iść do kina, można sobie pojeździć po okolicy. Można wziąć dziewczynę na spacer, bez patrzenia na zegarek w oczekiwaniu na nadchodzący za 6 i pół minuty interwał. To także pora, podczas której na blogach pojawiają się teksty o tym, że może się rozejrzeć dookoła, zostawić Garmina w domu i w ogóle żyć życiem. Jak zwykły człowiek. wow.

Marcin Cieluch z bloga Moja Strategia pisał ostatnio, że: „Trenować muszę – wróć ! – Nic nie muszę – chcę! CHCĘ robi ogromną różnicę” – to jest piękne podejście.

 

A może nic nie trzeba?

 

You ‚mustn’t’ nothing in your life. I don’t ‚must’ nothing in the life, just die. It’s important, yeah, but I have also a future in front of me.

Peter Sagan



No właśnie, może w sezonie też wcale nie trzeba tego robić? Nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że trenowanie jest złe. Że wstawanie o 6 rano tylko po to, żeby upchnąć trening, bo „popołudniu niestety muszę zająć się rodziną” jest bez sensu. Złe jest podejście, że musisz coś zrobić – bo nie, nic nie musisz. Bo jeśli musisz to szczerze współczuję, chyba że Ci za to płacą. Gdybym wracał po 8 godzinach z biura do domu ze świadomością, że MUSZĘ zająć się swoim hobby, byłbym smutnym człowiekiem. Sensowny plan treningowy dla amatora, takiego jak ja zakłada, lekko licząc, jakieś 10 godzin w tygodniu. To jednak 10 godzin treningu, nie przejażdżek. Statystycznie w naszym kraju w ciągu roku więcej mamy dni deszczowych niż suchych (źródło), a jak wiemy deszczowa pogoda nie jest optymalna do jeżdżenia rowerem. To znaczy wiadomo, wszyscy piszą, że nie ma złej pogody, tylko źle ubrani kolarze, ale podejrzewam, że piszą to zaraz po tym, jak wyszli zrobić sobie selfika i zaraz wracają. Bo, że regularny trening w mokrym i zimnym jest przyjemny lub bezpieczny, nie uwierzę. Dodając do tego, że przez pół roku poza godzinami pracy jest u nas ciemno, wychodzi na to, że musimy być albo bardzo zmotywowani albo pogodzić się z aktywnościami pod dachem.

 

 

I used to work in a bank when I was younger and to me it doesn’t matter whether it’s raining or the sun is shining or whatever: as long as I’m riding a bike I know I’m the luckiest guy in the world.

Mark Cavendish

 

 

Tu rodzi się pytanie: czy to, co zyskujemy dzięki tak wielu poświęceniom jest tego warte. Jeśli tak, to super. Ciężko mi jednak sobie wyobrazić, by kilkaset godzin uprawiania aktywności, które niekoniecznie sprawia nam przyjemność, a za którą nikt nam nie płaci (w przeciwieństwie do pracy, której też można nie lubić, ale robić trzeba) mogła zostać zrekompensowana czymkolwiek. Za każdym razem, gdy na Stravę wrzuca mi się jazda na trenażerze dłuższa niż 120 minut, ktoś pisze coś o zdrowiu psychicznym, zacięciu, współczuciu i takie tam. To zazwyczaj osoby, które przed każdym pedałowaniem w miejscu wrzucają status o tym, jak dużego samozaparcia to wymaga. Lubię jeździć na trenażerze. Lubię długie i nudne treningi w miejscu oraz te, po których spadam z siodełka. Lubię posiedzieć zupełnie bezmyślnie bez zewnętrznych bodźców, w miejscu, w którym nie ma nikogo. Tak jak na dworze, tylko bez godziny pchania się przez miasto i walki o życie. Bo czy te same Gassy po raz tysięczny są tak dużo lepsze? Dla mnie nie. Robię to, co lubię.

1

 

Zdecydowana większość najszybszych amatorów, których znam, podchodzi do tego sportu na luzie. Oczywiście ćwiczą regularnie, mają sensownie ułożone plany (przynajmniej w skali makro), ale nie widziałem nigdy, aby publicznie żalili się, że muszą „robić trening”. „Robienie treningu” jest dla zawodowców, którzy traktują to często jak pracę. To odbiera część zabawy. Widziałem naprawdę wielu zawodników elity, którzy mówiąc o wyjściu na rower, brzmią dokładnie tak jak my, gdy mówimy o wyjściu do pracy. Ale nawet oni publicznie nie żalą się na przymus trenowania. Bo nie wypada. Bo wiedzą, po co to robią. Bo niepotrzebny stres wpływa negatywnie na wyniki – zawsze. Czy publiczne robienie z siebie męczennika ma jakikolwiek sens? Niech wyniki i osiągnięcia mówią za nas.

 

2

 

I po co ja to piszę niczym pani Ania z działu „Poradniki życiowe” z poważnego magazynu Glamour? To nie jest tak, że takie statusy mnie denerwują. Zazwyczaj po prostu „ukrywam” osoby, które cierpią 4 razy w tygodniu. Czasem przewijam je myszką z lekkim wzrokiem pogardy. Problem w tym, że demotywują one przeciętnego człowieka, który chciałby zacząć. Sprawiają, że proste sprawy, jak ubranie się i wyjście na dwór, w celu najzwyklejszego na świecie, prymitywnego pobiegania, stają się jakimś niesamowitym wyzwaniem. Że przygotowanie się do tego wymaga ogromnego hartu ducha i bycia sportowym ubermenschem. A nie powinno tak być. Gdy rzeczy, które powinny być przyjemne nabierają aury przymusu i przymusu, niczym pójście do fabryki, tracą ideę bycia hobby.

 

15179154_337427663295922_6579746724371000413_n

 

Twórzcie pozytywny kontent. Pokazujcie, że warto ćwiczyć, a nie, że trzeba. Prawdziwe sukcesy rodzą się w ciszy.