“Śpię sobie, śpię i nagle coś mi w głowie wierci” – tak rozpoczyna się każda relacja Pandy z 11. listopada 2016 roku. To ja, ja jestem tym wiercącym. Niczym ten sąsiad Adasia Miałczyńskiego, co zaprasza kumpli i razem sobie wiercą. 8 rano, a ja chrupię Bonitkami w łóżku. Bonitki to takie owsiane ciasteczka z Biedronki, najlepsze. Tym razem zaszalałem i kupiłem ich podróbki “tesco value”, które mają dodatkowo czekoladę, bo to specjalny dzień. Jadłem je też na kolację. To nie przypadek, im bliżej Dnia Niepodległości, tym bardziej zmieniają się moje udawane, zdrowo-żywnościowe nawyki. W sensie, że słodkie jem tylko jak nikt nie patrzy, albo jest ciemno (zima jest super). Przez ostatnie 3 lata był to najbardziej męczący dzień nierowerowy w roku. O tym, że bieg nie będzie przypominał tych, z lat poprzednich, dowiaduję się dość szybko. W zasadzie już po pierwszym rzucie oka za okno. Śnieg i mróz.


img_5439


O tym, że żeby biegać, trzeba biegać przypominam sobie w okolicach września. Wtedy też rozpoczynają się przyspieszone przygotowania do biegu, bo jest już za późno, żeby zrobić to porządnie. A 11. listopada jest w moim kalendarzu dniem, w którym powinienem zrobić życiówkę. Cel jest zawsze jeden – skrócić czas z zeszłego roku i przybiec przy okazji przed Jackiem. Mamy z nim taką zdrową rywalizację napędzając się nawzajem. Liczba godzin na trenażerze skraca się na rzecz biegania dookoła parku. W zeszłym roku po raz pierwszy w życiu złamałem 40 minut, a i tak przybiegłem 9 sekund za nim, więc teraz była moja kolej. Nie mam treningu, ani rygorystycznego planu. Stosuję coś, co nazywam “makro-planem”. Wiem, że wypada mieć ze dwa mocniejsze treningi w tygodniu, jeden dłuższy i gdzieś tam pomiędzy sensownie upchnąć rower…i Pandę. Że na początku trzeba uważać na kontzuje, a po miesiącu-dwóch mogę biegać jak człowiek. Nie zmienia to oczywiście faktu, że zakwasy tak czy siak, mam po każdym truchcie. Problemem kolarzy jest to, że wydolnościowo człowiek może prawie w nieskończoność, ale nogi nie nadążają. Takie zasady pozwalają mi wstawać rano bez zbędnego stresu, że “trening musi być zrobiony”, bo jeśli nie będzie dzisiaj, to równie dobrze może być jutro.



DCIM100GOPROG0019918.


Przed biegiem stresują mnie zawsze dwie rzeczy, na które nie mam bezpośrednio wpływu. Kolka i potencjalna wizyta w toi-toi’ach. Wszystko inne mogę przecież jakoś przetrzymać. Jakkolwiek źle treningowo to brzmi, w dniu startu jem tylko wspomniane wcześniej ciastka z czekoladą (czasem zastępowałem je białą bułką z bananem i miodem, ale wiadomo co wygrywa, mając do wyboru ciastka i bułę). Mało tego, zjadam je zaraz po przebudzeniu i przez kolejne trzy i pół godziny nie łykam nic więcej. Kolacja dzień wcześniej składa się też głównie z tych ciastek. Jeśli działa, po co zmieniać.


img_5441


Bieganie jest proste. Jeśli jesteś dobrym biegaczem to już na starcie możesz oszacować swój wynik z dokładnością do okolic 10 sekund. To jak test FTP. Znasz tempo i trzymasz je tak długo, jak możesz: albo niespodziewanie umrzesz w połowie, albo zaskoczysz się pozostawionym zapasem energii na sam koniec. Nie ma tego dreszczyku niepewności, który spotkać można w mazowieckim kolarstwie. Tu nawet przeciętny kolarz ma szansę przypadkiem stanąć na pudle. Biegnąc, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, dobiegniesz dokładnie na takim miejscu, na jakie zasługuje Twoja kondycja.


img_5443


Na starcie gubię gdzieś Pandę, która już od ponad roku jest wykluczona z biegania przez przełajową kontuzję kolana – to ciekawa historia na inny odcinek. Nie byłoby w tym nic złego, poza tym, że mam w ręku bluzę i Gopro na kijku (jak prawdziwy dres, na start przychodzę w szelestach i butach “ponarciarskich”, żeby było wygodniej – przebieram się na losowym przystanku). 4 minuty do startu a ja sterczę z takim bagażem w ręce. Zwijam w kulkę, żeby ukryć kamerę i zostawiam wszystko obcemu człowiekowi w piekarni.

Z Jackiem ustawiamy się w pierwszym sektorze. Jak słusznie zauważa spiker “bez Was, biegaczy, ten bieg nie byłby takie wyjątkowy”. Jesteśmy uczciwymi sportowcami. Jeśli I strefa jest dla ludzi, którzy biegają poniżej 40 minut, a my mamy plan złamać 40 minut, to stajemy w jego końcówce. Nie chcemy nikomu zawadzać. W internecie była cała akcja o tym, by “mierzyć siły na zamiary” i stawać tam, gdzie powinno się stać. Jak bardzo naiwni byliśmy przekonujemy się zanim jeszcze udaje nam się nadepnąć na linię startu. Ludzie przed nami truchtają. I to nie tak, że truchtają, bo jest tłok. Oni po prostu biegną na spacer, rozmawiają, joggingują. Nie mówię, że 4min/km to kosmiczne tempo, ale wymaga już jednak trochę szybkości. Gdy rozglądamy się dookoła 86% osób zdecydowanie nie wygląda na szybkich. Ja wiem, że może to przyczajeni tygrysi, ukryte smoki… ale nie. Taki tygrys może być jeden albo pięciu. Statystycznie kilkaset osób nie może tak wyglądać. Nie chodzi mi tu nawet o posturę, ale jeśli widzę kogoś ubranego na cebulkę w najszybszej strefie, to rodzą się we mnie podejrzenia. Pierwszy kilometr to slalom gigant, niestety również po krawężnikach, na których stoją fotografowie.



DCIM100GOPROG0039971.


Nie wiem czemu wielka “Warszawska Triada Biegowa” nie jest w stanie zrobić weryfikacji poprzednich wyników. Wyciągnięcie średniej z dwóch, czy trzech ostatnich startów rozwiązałoby największą bolączkę imprez masowych. W kolarstwie MTB częściowo poradzono sobie z tym problemem, w szosowym organizatorzy dalej szukają złotego środka. Nie ma się co dziwić – często pomiędzy 1. i 60. miejscem jest 10 sekund różnicy. Od dawna już wiemy, że na uczciwość ludzką nie ma co liczyć. Rozumiem, gdyby to były osoby, które się przestrzeliły i po 3 kilometrach “bombiły” – ale od samego startu biec o połowę za wolno? Osobiście, byłoby mi wstyd. Niespodziewany kryzys może złapać każdego już kilka minut po starcie – wspomniane kolki, skurcze, problemy z brzuchem, kontuzje – zdarza się.

Gdy tylko udaje mi się wyjść “na prostą” (co jest o tyle śmieszne w kontekście trasy, która ma 5km, nawrotka i 5km drugą stroną ulicy) i wyprzedzam jakieś 200 osób, którym pomyliło się miejsce startu, pasek od pulsometru spada mi na pępek i tak już zostaje. Krótka analiza wykazuje, że jak jest zimno to albo kurczy mi się klata, albo po prostu po raz pierwszy biegnę bez koszulki termicznej, która go dociskała. Bo ubieranie się na zawody biegowe jest ogólnie proste. Wkłada się najmniej jak się da. Startuję więc w spodenkach rodem z Juno, które dosięgają mi do ćwierci uda, w podkoszulce, koszulce biegowej (która jest prawdopodobnie najlepszą koszulką jaką kiedykolwiek dostałem – firma 4F) i rękawkach. No i oczywiście grzejąca maść końska z godzinę przed startem, przez co do wieczora moje uda mają temperaturę, przy której można smażyć kiełbaskę.



DCIM101GOPROG0070002.


Dobrze, że nie jestem blogerem biegowym. Moje relacja wyglądałaby tak: biegnę, biegnę, podbieg, dalej biegnę, na chwilę łapie mnie kolką, gubię gdzieś Jacka w tłumie, potem biegnę, zaczynam się męczyć, podbieg, jestem zmęczony, przyspieszam na metę. Co jakiś czas pierdzi mi na ręce Tomtom Runner, który ustawiony zupełnie na oko na zakres 3:40-3:54 nie bardzo zdał egzamin. Pogubił się całkowicie, ale staram się trzymać 3:49-3:50. To o dwie sekundy wolniej niż bym chciał. Na mecie melduję się z czasem 38:24 – to blisko pół minuty dłużej niż plan “max” i pół krócej niż “min”. Dziwne, przecież tempo się prawie zgadzało. Strava pokazuje mi czas 38:04 z 10km. Może biegłem slalomem i nadłożyłem dystansu, może te pierwsze metry, gdy szedłem w tłumie dołożyły te 20 sekund. Ale co zrobić, tak czy siak, nigdy nie jestem zadowolony z wyniku. Chciałem być w pierwszej stówce w swojej kategorii, byłem 105. Na mecie jestem zdecydowanie mniej zmęczony niż w poprzednich latach, ale że tętno mierzyło mi się z brzucha, jest niezbyt miarodajne. Nie wiem, czy mogłem dużo szybciej. Pewnie gdyby za tydzień była powtórka, taki punkt wyjścia sporo by pomógł.



DCIM100GOPROG0039963.


Bieganie jest też trochę śmieszne. Biegniesz tym tempem 3:50, wiesz, że powinno być 2 sekundy mniej, ale jakoś się nie udaje. 2 sekundy na kilometr, brzmi jak nic. Jak w tym dowcipie, że w autobusie zawsze zmieści się przynajmniej jeszcze jeden student. Im szybciej się biega, tym trudniej urwać tę jedną, jedyną, a co dopiero dwie. Dwie z 230 co kilometr. To niecały procent. To jak podniesienie FTP z 300 do 303.



DCIM100GOPROG0049985.


W życiu biegowym miałem kilka założeń – chciałem złamać 1:30 w półmaratonie, udało się to w zeszłym roku w Lizbonie, mimo bardzo niekorzystnych warunków trasowo-pogodowych. Chciałem złamać 40 minut, aktualnie mogę to robić w zasadzie na dowolnym treningu. Pozostają mi już tylko 3 godziny w maratonie. W tej chwili nie wyobraża sobie biec przez 3 godziny tak, aby nie uszkodzić sobie czegoś permanentnie. Lekko współczuję już sobie w przyszłym roku – 37:30 powinno już zagwarantować pierwszą setkę M30.


img_5446