Pomysł na wakacje był jak zwykle prosty. Mieliśmy pojechać autem z Męcikału do Czerska, potem regionalnym do Tczewa, tam przesiadka w IC do Warszawy, podjechać autobusem na lotnisko Chopina, przelecieć na Teneryfę, przepłynąć promem na La Palmę, wynająć samochód, przejechać na drugi koniec wyspy, wynająć rowery, strzelić rundkę bikepackingową uwzględniająca Roque de los Muchachos i resztę urlopu spędzić chodząc po La Palmie. Roque wydaje się ciekawe, bo to większy podjazd niż Teide. No i jakiś taki mniej oklepany, bo Teide to już na pamięć wszyscy znają, nawet jeśli tam nie byli. Czarę goryczy przelały jednak wypożyczalnie rowerowe, które na La Palmie w lipcu wydają się działać umiarkowanie jeśli nie chcesz enduro. I wtedy, dwa tygodnie przed wyjazdem, kolega Piotr wrzucił jakieś zdjęcia na Instagrama z Gruzji. Następnego dnia dzwoniliśmy do Piotrka żeby potwierdził czy jest spoko i kupiliśmy bilety.

Ogranizacja.

Jeśli chodzi o organizację, w Gruzji wszystko wydaje się trudne, ale jest bardzo łatwe. Do planowania trasy pieszej najlepiej użyć tego bloga: https://www.caucasus-trekking.com/ a konkretnie, wolno działającej na nim mapki z opisem poszczególnych odcinków (z dojazdami, opisem trudności, logistyką itp) i sobie to połączyć jakoś w całość: https://www.caucasus-trekking.com/maps. Do nawigacji na miejscu używamy na telefonach aplikacji Mapy.cz.

Nic więcej według mnie wiedzieć nie trzeba. Nawet internet (20zł/10GB) sam Ci prawie wskakuje na lotnisku w ręce.

Gruzja: bikepacking vs backpacking

Mieliśmy jechać z rowerami, ale lenistwo i wizja tego, że nie trzeba będzie taszczyć tych bagażów, martwić defektami, unikać pijanych kierowców i zgodnie-z-legendami najgorszych kierowców Europy przeważyła. Czy to dobrze?

Jeśli ktoś mnie zapyta, czy warto jechać do Gruzji z rowerem (pomijam Enduro i MTB) – odpowiadam: NIE JEDŹ. Ale odpowiadam tak tylko dlatego, że nie chcę mieć nikogo na sumieniu, gdy zabije go pędząca 190km/h* marszrutka. Mówię to jako prawdopodobnie jedyny człowiek, które wrócił z szosowych Dolomitów i powiedział meeeh. Tu również myślałem, że na rowerze będziemy omijali wszystkie najlepsze widoki i jeździli drogą ode wsi dode wsi.

* to marszrutkowe kilometry, czyli zastosowałem mnożnik x2,5. W samochodzie, w którym nie ma ani jednego zbędnego elementu blachy lub plastiku, prędkość 70km/h odczuwasz jako 170km/h.

Tu jest moment, w którym możecie spojrzeć na Google Maps i zobaczyć ile jest w Gruzji dróg. Trochę odejmijcie, bo taka Osetia Północna to strefa noł-goł. Zdecydowaną większością widoczną na domyślnym przybliżeniu nie chcecie jechać. Gdyby jednak udało się puścić traskę jakoś bokami, gdzie na pierwszy rzut oka nie ma dróg… Po 700km moje spostrzeżenie jest takie: im gorsza droga, tym lepiej. Normalni kierowcy wydają się spoko (chyba że akurat są na bombie), a kierowcy transportujący ludzi to odpowiednik mazurskich cystern z mlekiem.

Faktycznie, jadąc rowerem ominie się wszystkie najlepsze krajobrazowo miejsca… ale! Będzie się też powolnie przejeżdżało przez te wszystkie wsie, których normalnie by się nie zauważyło. To jednak one według mnie są największą atrakcją Gruzji. Bo powiedzmy sobie szczerze: widoki są absolutnym sztosem i bycie otoczonym przez 5-tysięczniki jest spoko, ale czy jest to lepsze niż Dolomity lub Szwajcaria? Nie wiem. A takich wiosek nie znajdziemy jednak nigdzie w znanym nam, podobnym do naszego, świecie. Nawet w okolicy Męcikału! ;-) Dlatego optymalną formą dla mnie byłoby: 5-6dni jazdy rowerem + 2 dni trekkingu.

Gruzja – bardzo dobry plan.

Miało być tak (115km / 7250m):

Plan był bardzo dobry. Lecimy z Gdańska do Kutaisi. Lot jakieś 1000zł na osobę w dwie strony, razem z dużym plecakiem. Na lotnisku czeka na nas nasz taksówkarz. Czeka na nas też kilkunastu innych taksówkarzy i kierowców marszrutek, którzy proponują dojazd do każdego miejsca. Nasz jest jednak nasz. Pierwszy nocleg klepnęliśmy w Marina’s guest house w Lentekhi (65zł/os z dwoma wielkimi posiłkami). Marina to człowiek, który wszystko załatwi. Napisałem jej więc, czy może pomóc w transporcie z lotniska, bo to jednak ze 120km. Odpisała więc, że oczywiście: albo kolejnego dnia busik za 30zł/os albo taksówka z lotniska 190zł. Szkoda nam urlopu więc: The taxi will be exactly 17:45. You will sit down and come out.

<<DYGRESJA>>

Szybko okazuje się, że:

W Gruzji każdy zna każdego i każdy załatwi Ci wszystko z każdym. Są dwie zasady:

1. Robić i nie pytać, bo nie ma czasu. To jest perfekcyjnie naoliwiona maszyna chaosu, która działa tylko, gdy wszystko jest tak samo choatyczne.

2. W Gruzji posługujesz się językiem deklaratywnym, nie imperatywnym

Oznacza to, że jak chcesz się gdzieś dostać, to nie szukasz w internecie jak i nie idziesz do taskówkarza z prośbą o kurs na dworzec autobusowy, z którego podobno o podanej godzinie odjeżdża Twój autobus. W Gruzji podchodzisz do dowolnej osoby i mówisz, co chcesz osiągnąć, na przykład: chcę być w Kutaisi dzisiaj. Tu warto dodać, że jeśli nie mówisz po gruzińsku, ludzie będą do Ciebie mówili po Rosyjsku. Jeśli nie rozumiesz, nikomu to nie będzie przeszkadzało. Potem rzucasz się w wir zupełnie nieprzewidywalnych zdarzeń, które z pozoru zupełnie są bez sensu, to jednak wieczorem meldujesz się w Kutaisi. To, że przy okazji kierowca odebrał od pszczelarza miód w plastiku i zostawił go komuś 100km dalej, wymienił całkiem dobre koło w marszrutce, stanął na obiad, aby potem cisnąć gazem do dechy, by przyjechać 3 minuty przed odjazdem innego autobusu, który nie ma rozkładu jazdy lub zatrzymał się pośrodku drogi donikąd, aby odebrać od kierowcy jadącego w przeciwną stronę kule dla inwalidów, nie ma żadnego znaczenia. True story.

<</DYGRESJA>>

U Mariny meldujemy się po 2,5 godziny (przypominam: 120km) jazdy z prawdopodobnie najwolniejszym kierowcą świata. Dzieją się rzeczy niestworzone. Na drogach chodzą hordy krów, które omijane są z chirurgiczną precyzją, hordy świń, budynki jak z filmów, setki pociesznych psów i każdy pozdrawia każdego. Auto ma kierownicę po złej stronie, ale szybko okazuje się, że statystycznie ma tak jedno na trzy.

Na miejscu czeka na nas obiad. To jeden z tych obiadów, o których marzysz po przejechaniu 300km na rowerze. Tak zwany: obiad nieprzejadalny. Wszystko robione na miejsce: od chleba, po sery. Dostajemy tyle tłuszczu i glutenu, że starczy do końca życia. Jeszcze nie wiemy, że każdego kolejnego dnia będziemy dostawali wszędzie to samo. Nawet w restauracjach. Chaczapuri na tysiąc sposobów. W przypływie luksusu czasem pierożek lub kawałek mięsa.

Wieczór spędzamy na awaryjnym poszukiwaniu jak najszybszego lotu powrotnego do domu, gdyż okazuje się, że nasz mały samuraj postanowił zabić swoich tymczasowych opiekunów (nawet jeśli będą twierdzili, że wyglądało to odwrotnie). Sytuację ratuje dopiero 2 dni później Ania z Dobrego Tropu i w ostatniej chwili możemy porzucić myśl o przedwczesnym powrocie. W te dwa dni wszyscy, łącznie z pieskiem, starzejemy się o jakieś 5 lat.

Porcje w Gruzji są amerykańskie, a jedzenie składa się głównie z ichniejszego chleba i wielu odmian sera. Pokaźnych ilości sera.

Rano śniadanie znowu nieprzejadalne i jako leniwi turyści prosimy o podrzucenie szutrówką na przełęcz Latpari – to jakieś 12km. No bo po co iść szutrówką, jak można jechać. Lepiej zachować siły na coś, po czym jechać się nie da. Nieco dziwi nas kwota 250zł za 12km, więc postanawiamy być tylko trochę luksusowi i prosimy o podwózkę do ~połowy przełęczy. Za 8km, płacimy więc 120zł, ale po godzinie jazdy rozumiemy już dlaczego. Okazuje się, że 4×4 Suzuki Jimny umie jeździć w pionie. No i dobrze, że umie, bo chwila zawahania na tej szutrówce wystarcza, aby przekoziołkować jakiś kilometr w dół. Zakładam, że w cenę transportu wliczone jest prawdopodobieństwo sturlania się.

Podejście jest całkiem ładne, ale na szycie okazuje się, że wcale takie nie było. Po raz pierwszy widzimy ośnieżone góry znacznie wyższe niż 4km. Szał. To co następuje potem, czyli zejście z Latpari do (podobno najwyżej położonej, zamieszkanej na stałe wioski w Europie) Ushguli mogę określi jako jedna z najlepszych pieszych tras jakąś szliśmy. Taka, której nie powstydziłyby się najlepsze, amerykańskie parki narodowe. Przez cały dzień spotykamy łącznie: 1 panią z psem, jedną niemiecką wycieczkę trekkingową, 2 osoby, które wyruszają popołudniu na szlak z naszego miejsca docelowego. Myślę, że do opisu wystarczą tu zdjęcia:

Na Gorvashi Pass (2899 m) Sylwia się przewraca. Nie w ten sposób, że wywrotka powoduje uraz, a niestety w odwrotny – wyskakująca rzepka w kolanie ją wywraca. Tu warto dodać, że w sytuacji gdy jesteś kilka godzin od jakiejkolwiek cywilizacji (i pewnie z 60km od najbliższej apteki/szpitala), szlak jest pusty, a w kraju nie istnieje coś takiego jak GOPR, myśli kolorują się na raczej ciemne kolory. Szczęśliwie, rzepka sama wraca na swoje miejsce i dzielnie, z prędkością mrówki, próbujemy się jakoś dokulać do Ushguli. Schodzenie z kontuzją łatwe nie jest i nie ułatwia go wszędobylski rododendron. Gdyby ktoś chciał powtórzyć trasę, lepiej obrać szlak dookoła, który opisany jest na mapy.cz, dość niespodziewanie, jako: „Better train to Svaneti rigde” – zakładam, że jest lepszy. Pod koniec dnia umiera jeszcze mój aparat. To kara za to, że wziąłem mniejszy zamiast swojego ulubionego (RX100 zamiast D-Lux 7). Od tego momentu, wszystkie zdjęcia robię telefonem.

Podsumowując więc: pierwszy, pełny dzień wakacji spędzamy na:
– zastanawianiu się jak wrócić do kraju i opanować sytuację z pieskiem
– zastanawiamy się co zrobić ze zwichniętą rzepką na przełęczy i (zakładając, że przeżyjemy) jak spędzić najbliższy tydzień
– opłakiwaniu zepsutego aparatu

Polecam.

Ushguli

W internecie piszą, że Ushguli to już masówa, turystyka i komercha. Odpowiadam: wcale nie. Miasteczko jest super, okolica jest super, wszystko jest super. Śpimy w jakimś losowym guesthousie za ~50zł/os z dwoma posiłkami. Nie pamiętam w jakim, ale gdy spojrzy się na Google Maps to widać, że praktycznie każde zabudowanie to guesthouse. Ze względu na kolano postanawiamy zmienić trasę i wybrać łatwiejszy wariant – ruszamy wzdłuż głównej drogi (którą mieliśmy bikepackingować). Po drodze dołącza do nas lokalny piesek, których jest tu nieprzyzwoicie dużo. Szybko okazuje się, że nie jest to dzień, w którym kolano pozwala na dalekie spacery, więc przy ~5. propozycji podwózki przez mijające nas auto decydujemy się na zostanie autostopowiczami. Warto dodać, że każde mijające nas (mniej więcej co 15 minut) oferuje podrzutkę. Prywatne za darmo, busiki pewnie za jakieś drobne pieniądze. Trafiamy na rosyjsko-gruzińską rodzinę, która jest akurat na 3-dniowych wakacjach, więc nie chcą od nas pieniędzy. W południe meldujemy się w Mestii.

Mestia

Mestia to lokalne Zakopane, ale tak w pozytywnym sensie. Są knajpy, hotele, sklepy, wiele szlaków pieszych i tak dalej. Z całej wycieczki najmniej przypadła nam do gustu, ale zdecydowanie najłatwiej jest tu cokolwiek załatwić.

Nie wiem gdzie śpimy, ale jak zwykle znalezienie miejsca nie jest żadnym problemem. Za nocleg płacimy chyba ze 30zł. Tego samego dnia uderzamy też na:

Lodowiec Chalaadi

Dobra, przyznam szczerze, że nie wiem dlaczego ludzie oglądają lodowce. Jak prawdziwi, europejscy turyści podjeżdżamy taksówką, złapaną po drodze, jak najdalej się da, bo dojście nie jest zbyt imponujące. Od mostku, przy którym jest parking robi się całkiem ładnie, ale czy warto? Nie wiem. Szybko okazuje się, że trasa pokonana pierwszego dnia podnosi poprzeczkę tak wysoko, że ciężko będzie się nawet do niej zbliżyć. Widzimy lodowiec – trochę „meh”, widzimy dolinkę – trochę „wow” i wracamy taksówką do Mestii. Następnego dnia uderzamy na lokalne Morskie Oko, czyli:

Korduli Lakes

Korduli Lakes to klasyk, a ich wadą oraz zaletą jest to, że da się na nie dostać jeepem, co jest zdecydowanie najpopularniejszą formą patrząc na stosunek mijających nasz samochodów do pieszych. Dla nas to plus o tyle, że możemy iść z buta, ale mamy backup, na wypadek nieszczęścia z kolanem. Idziemy trochę skrótami, a trochę szutrówką, ale warto tu dodać, że ani ruch nie jest jakiś specjalny, ani droga nie jest specjalnie nuda. Jest nawet bardzo, bardzo dobra – taka alpejska serwisówka do bocznych stoków.

Jeziora leżą w okolicy 2750m.n.p.m. i mimo że na szczycie jest kilka jeepków i kilkanaście osób, są naprawę niezłe. To znaczy same jeziora to bardziej kałuże zasrane przez krówki i koniki, ale same widoki dookoła są naprawdę mocne. Szczególnie, gdy doda się te wszystkie zwierzątka. Próbuję dojść trochę dalej, na Korduli Ridge, ale w okolicach 3200m.n.p.m. albo szlak jest zasypany, albo tak po prostu wygląda i przekracza moje poczucie komfortu. Szkoda, bo brakuje niewiele, a Google Street View sugeruje, że warto. Tego dnia nocujemy na dziko, niedaleko jezior. Jedynym, potencjalnym problemem, który mogę w tym widzieć to krowy.

Rano rozpoczynamy wędrówkę dalej, przez Guli Pass (2847 m) do malutkiej miejscowości Becho, w której zastanowimy się co dalej z wakacjami. Nic z tego się nie udaje, bo szlak jest zasypany kamieniami na tyle, że chodzenie z dużym plecakiem, wątłym kolanem i moim lękiem wysokości nie wydaje się rozsądne. Zawracamy do Mestii licząc na jakiś transport po drodze, ale niczego nie znajdujemy. Jako że na najbliższe dni zapowiadane są opady wychodzące poza skalę postanawiamy zostać 100% turystami. Na głównym placu dostrzegamy marszrutkę, która właśnie odjeżdża (z 1 osobą) do Zugdidi, więc do niej wsiadamy. Zaskoczeni pytaniem kierowcy gdzie chcemy się udać docelowo, odpowiadamy, że Batumi. Wizja plażingu jest ciekawa.

Do Batumi

Po drodze dzieje się wiele niewyjaśnialnych rzeczy, nad którymi nawet nie próbuję się pochylić. Kierowca zatrzymuje się w dziwnych miejscach, robi dziwne rzeczy, zabieram dziwnych ludzi, jak gdyby właśnie wykonywał 5 równoległych misji w GTA. Ostatnie 15km pokonuje z prędkością około 300km/h* pomiędzy krowami, tylko po to, aby wysadzić nas w Zugdidi na jakimś placu i poinformować, że za moment podjedzie do nas bus do Batumi. Pakujemy się do busa, ruszamy, robimy pętlę po mieście i 10 minut później jesteśmy w tym samym miejscu, na tym samym placu. Po co, dlaczego? Tych pytań się nie zdaje. Zgodnie z planem siedzimy, aż ktoś nam powie, że musimy przestać siedzieć. Jeśli istnieje jakaś zasada w Gruzji, której się trzymam, jest to:

Nie myśleć, nie kombinować, siedzieć – czekać, a jak pytają to mówić.



*dla tej konkrentej marszrutki mnożnik jest dużo wyższy, bo składa się ona z 4 opon, blachy i silnika.

Batumi

Do Batumi docieramy wieczorem, ulewa czeka aż rozsiądziemy się w knajpie. W internecie piszą, że to kaukaski odpowiednik Las Vegas. Jako że Vegas, obok Hongkongu jest jednym z naszych ulubionych miast na świecie, trochę się jaramy, a trochę wątpimy. Z perspektywy czasu przepraszam Batumi za to powątpiewanie – jest super i faktycznie, do Vegas zbliża się dość szybko.

Batumi to miasto tak złe, że aż doskonałe. Nie polecę go z czystym sumieniem nikomu, ale my tam wrócimy na 100% – szczególnie biorąc pod uwagę żenująco tanie loty z Warszawy i fakt, że możesz lecieć w kąpielówkach, bo lotnisko jest bezpośrednio przy nadmorskiej promenadzie. Serio, idąc promenadą doszliśmy do początku (końca?) pasa startowego. To takie miasto, że jeśli zajmujesz się fotografią uliczną, możesz spędzić w nim tydzień bez nudy.

To miasto łączące wielkie, nowoczesne hotele z sypiącą się, imponującą architekturą przeszłości oraz blokami wyglądającymi jak samowolka budowlana. Miasto, w którym nic do siebie nie pasuje, ale jednocześnie robi to tak dobrze, że zupełnie mi to nie przeszkadza. Można chodzić i szukać smaczków całymi dniami.

Śpimy na 42. piętrze kompleksu Orbi City (Orbi Twin Towers). Widok z okien naszego apartamentu „with sea view” jest super:

Jeśli trzeba wiedzieć jedną rzecz o Batumi, byłby to fakt, że większość hoteli na bookingu to wcale nie hotele, a tak zwane „condo hotel”. Działa to tak, że wchodzisz na booking, rezerwujesz nocleg w budynku, co to wygląda jak hotel, idziesz na recepcję, a tam się okazuje, że budynek to 150 mini-hoteli. Że różni ludzie mają tam swoje małe inwestycji po kilka pokoi i z nimi się rozliczasz, a z recepcji bierzesz tylko klucze (po tym, jak recepcja się do niego dodzwoni). To sprawia, że możesz sobie klepnąć na bookingu nocleg „na zaraz” i okazuje się, że albo nikt nie odbierze telefonu z recepcji albo budynek recepcji nie ma i musisz ścigać gospodarza na Whattsapie – jak na Airbnb. My w ten sposób tracimy pierwszą rezerwację.

Koniec końców, Batumi jest super.

Kutaisi

Rano jedziemy do Kutaisi. Wychodzimy przed hotel, mówimy taksówkarzowi, że chcemy być w Kutaisi, bo następnego dnia mamy lot. Typ wiezie nas na jakiś placyk, na którym przejmują nas panowie kaszkiecikach, jak wyrwani z lokalnego odpowiednika Peaky Blinders, a potem to już standardowa historia: kierowca staje w jakiś serwisie, żeby wymienić koło, wysadza nas pod jakimś wiejskim sklepikiem, gdzie przechwytuje nas inny kierowca (szybko! nie ma czasu na pytania!) i 30zł oraz 150km później meldujemy się w Kutaisi.

Oto lista rzeczy, które według mnie warto zobaczyć w Kutaisi:



Nasze największe wspomnienie to Chaczapuri, które w 90% składało się z 3 rodzajów sera, a w 10% z właściwego chaczapuri. Wieczór spędzamy umierając. Szkoda mi klawiatury, aby o tym mieście napisać coś więcej.
Śpimy w Hotel White Bridge, który nie ma specjalnych plusów, poza tym że w cenę 37zł/os wliczony jest transfer taksówką na oddalone o 25km lotnisko.

Czy warto?

Od soboty do soboty wydajemy łącznie niecałe 2000zł, ale warto tu dodać, że ani przez chwilę nie zastanawiamy się nad kosztami podczas tego wyjazdu. Nocleg w Batumi to 350zł za dwie noce i da się to oblecieć zachowując godność co najmniej 2-3x taniej. Jesteśmy rozrzutni do tego stopnia, że w restauracjach bierzemy napoje zamiast sączyć potajemnie z bukłaka w plecaku.

Warto bardzo. Ludzie są mili, widoki świetne, wakacje ciekawe. Pewnie nie jest tak dobrze i luksusowo jak w takiej Cortinie d’Ampezzo, ale pytanie co wolisz. Ja mógłbym siedzieć w oknie guesthouse’u w takim Ushguli, czy nawet Mestii i obserwować co się dzieje za oknem przez cały dzień. To jednak trochę inny świat niż nasz… jeszcze.