Sie '19 19
kategoria: Podróże nieduże

Świętokrzyska śmietanka

Miejmy to za sobą i uzgodnijmy jeden, najważniejszy fakt już w pierwszym zdaniu: Góry Świętokrzyskie mają tyle wspólnego z górami, co świnka morska ze świnką. Równie dobrze moglibyśmy mówić na przykład o Górach Kaszubskich – przynajmniej z perspektywy kolarza szosowego.

Największym wzniesieniem w okolicy jest Święty Krzyż, a podjazd do niego to 4,6km ze średnią 5,3%… cóż, na bezrybiu nawet ryba coś tam.

 

Świętokrzyskie creme de la creme.

 

 

Jakiś czas temu powstała taka strona – https://swietokrzyskiecycling.cc/. W głębi duszy marzy mi się, aby każdy region miał taką. Proste info, kilka tras, mapki, oznaczenia trudności, długości i przewyższenia – niczego więcej nie trzeba. Zwróciła ona uwagę, że słynne Świętokrzyskie to być może nie jest jedna i ta sama pętla klepana za każdym razem.

Bo dla osób niewtajemniczonych, Świętokrzyskie polega na tym: wstajesz w sobotę rano, korzystając z porannego braku korków ciśniesz (oczywiście zgodnie z prawem) z rowerem w bagażniku krajową siódemką do Bodzentyna, tam kręcisz 120 kilometrową pętlę z 1500m przewyższeń i na kolację meldujesz się w domu.

 

 

Miałem nawet na tym blogu taki wpis: ŚWIĘTOKRZYSTKIE – KRAINA DŻIZASIKÓW, MARYJEK I BETONOWYCH TUPOLEWÓW.

Tym razem, mam alternatywę, w której przygotowaniu pomógł Kacper (to znaczy on ją wytyczył, a ja odebrałem mailem). Jest lepsza, kropka.

 

pobierz plik ze śladem (.gpx)

 

Druga najważniejsza informacja tego wpisu po fakcie, że góry nie są górami to fakt, że ten creme de la creme Świętokrzyskiego to na pewno nie jest najlepsza pętla, jaką da się w województwie wytyczyć, a podejrzewam, że nie jest nawet najlepszą pętlą w okolicy. To, czego za to jestem pewny, to że jest to esencja całej okolicy, zapewniająca dość zróżnicowane doznania i jeśli mamy jeden dzień, to to jest akurat to, co chcemy przejechać. Jest tu wysoka górka, są lasy, jest zapora, jest miejsce zatłoczone turystami oraz takie nieco przez wszystkich zapomniane.

 

 

Niecałe 170km i  jakieś 2100-2400 metrów w pionie to akurat tyle, aby wypełnić jeden dzień – biorąc pod uwagę 2 godziny dojazdu z Warszawy, 2 godziny powrotu i pewnie z 7-8 godzin jazdy, w zależności od ilości postojów. Gdybym chciał w Warszawie naklepać 2000 metrów w pionie, to w głowie widzę takie alternatywy jak: 100 x Agrykola, 84 x Lipkowska pod Górę Kalwarię (i za każdym razem kawka na szczycie?!), 77 x tama w Dębe.

Wniosek? Jeśli mieszkasz w Warszawie i masz cały dzień wolnego, to pozostają Ci 3 opcje: wycieczka do Warki lub innego Sandomierza, objazd Kampinosu, wyjazd w Góry Świętokrzyskie. Patrząc na te opcje, mimo że Kampinos piękny, a szarlotka w Warce smaczna – to ostatnia opcja wydaje się mieć najwięcej sensu.

 

Jak przejechać trasę?

 

 

Bardzo prosto. Samochód zaparkować można pod sklepem, na przeciwko domu weselnego we Wzdole Rzędowym, następnie podążać za śladem z tego wpisu, przystanąć na lody w Nowej Słupii, dojechać do auta, udać się do John’a Burg’a w Kielcach na hamburgera (w dużym zestawie jest nielimitowany bar sałatkowy, a w nim ziemniaki…były przed wizytą Pandy), wrócić z nadmiarem kalorii do domu. Jak się jest śmieszkiem, to można sobie po drodze siknąć w miejscowości Złota Woda, a potem w miejscowości Kałków… zrobić coś innego.

Jeśli jest się mniej ambitnym lub lodowy przystanek (tudzież ten w Kałkowie) zajęły więcej czasu, niż się spodziewaliśmy, trasę można łatwo wykastrować o wjazd na Święty Krzyż – na mapie wygląda on jak taka niepotrzebna wypustka. Z jednej strony tracimy wtedy największy podjazd trasy, lecz z drugiej…

 

 

 

Cóż, wizyta w Świętokrzychach i ominięcie Świętego Krzyża jest jak… sam nie wiem. Jak pojechanie Ośki wspak (taka słynna, warszawska pętla – krążą słuchy, że ludzie próbowali pojechać ją pod prąd i już nigdy nie wracali). Jak dojechanie do Góry Kalwarii i nie przystanięcie w Górze Kawiarnii na kawę. Jak wymiana dętki i niedokręcenie zaworka Presty. Jak wizyta na Majorce i ominięcie Sa Colobry albo na Teneryfie i ominięcie Teide.

Różnica jest taka, że nic się nie traci, bo poza samym podjazdem na szczycie za wiele nie ma. Ani widok jakiś specjalny, ludzi pełno, jarmark jakiś pod kościołem… Nie jest to też taki podjazd, aby można było się nim gdziekolwiek pochwalić.

Co za to zyskujemy? Otóż możemy na przykład zagrać w grę „za ile minut ktoś mi wypomni na Stravie, że nie wjechałem„. Polecam, to nawet śmieszne. Tak jak przy pierwszym ominięciu krzyża, trochę mnie to mierzwiło, tak przy wizycie z Pandą nawet ona odkryła, że to śmieszne, widząc taki komentarz u siebie.

 

Opis przyrody

 

Przyznam szczerze, że im bardziej oddalamy się od samego Świętokrzyskiego Parku Narodowego, tym robi się jakoś lepiej – szczególnie w wakacje. To jednak dość popularny turystycznie kierunek, szczególnie dla osób nieco bardziej leniwych i wycieczek szkolnych (trasy spacerowe są generalnie łatwe), więc mimo że boczne drogi, którymi prowadzi pętla są wyjątkowo puste, to prędzej czy później zawitamy w miejsce, które przypomina klasyczne wakacjowisko.

 

 

Południowa część trasy to już odmienny stan świadomości. Starsza pani otoczona przez gęsi i krowy, wdrapuje się w samym staniku, do miłego pana z brzuchem zasłaniającym mu pół ciągnika, na którym siedzi w samych gaciach. Za nimi, na przyczepie siedzi gromadka dzieci. Obrazy jak z filmów o wschodniej Europie i to jest doskonałe. Jeśli lubisz ciszę, zwierzątka i wiejskie klimaty, poczujesz się jak w domu.

 

No i oczywiście Kałków z lamami, kozłami, betonowym Tupolewem, dziwnymi budowlami itd.

 

 

Gdzieś po drodze zastępy ludzi zbierających w polu truskawki… i w zasadzie niewiele więcej o samej trasie można napisać. Przyznam, że do wpisu o tej pętli i jej okolicach przygotowywałem się dość długo. Miałem ambitny plan, aby posiedzieć z tydzień w Bodzentynie, pojeździć, porobić zdjęcia, zakolorować mapę jak w Rzeszowie. Tylko że to się nigdy nie udało. Gdy tylko pojawiał się czas, aby udać się w Świętokrzyskie, to wystarczyła chwila, aby zorientować się, że ten czas można wykorzystać lepiej – jechać gdzieś indziej. I tu dochodzimy powoli do smutnego sedna tego wpisu.

 

 

Bo prawie zawsze, po przejechaniu jakieś trasy, ktoś zapyta:

 

Czy warto?

 

I co ja mam odpowiedzieć?

Zawsze myślałem, że warto, bardzo. Nawet wpis popełniłem, że super i tak dalej. Pewnego dnia kolega z Rzeszowa zapytał mnie, czy faktycznie warto i wtedy zrozumiałem, że przecież na blogu wypowiadam się cały czas z perspektywy człowieka, mieszkającego w centrum Warszawy, a czytają to (podobno) ludzie z całej Polski.

 

 

Ja napiszę, że fajnie, a gość pojedzie z Bieszczad specjalnie do Bodzentyna… i potem będzie mnie szukał. Odpowiedź brzmi więc:

Oczywiście. Nie warto. To zależy.

Bo jak ktoś zapyta, czy warto Norwegię to mu powiem, żeby rzucił wszystko i jechał. Albo tak mniej ambitnie – Jesieniki, tak samo – rzucaj wszystko i jedź. Rzeszów? Jasne, może nie dla każdego, ale warto. Ale świętokrzyska pętla? No coż.

 

GENERALNIE NIE WARTO.

ale…

Dla każdego kto mieszka poza Mazowszem taka wycieczka dużo do życia nie wniesie. Patrząc na mapę Polski, dość szybko dochodzę do wniosków, że z praktycznie każdego regionu naszego kraju da się w danym czasie dostać w miejsce, które według mnie będzie ciekawsze. Ta pętla warta jest specjalnego polecenia, tylko jeśli jesteś klasycznym mieszkańcem Mazowsza i planujesz wyjazd na jeden dzień lub ewentualnie weekend.

 

 

…i to w zasadzie tyle co mam do powiedzenia o Świętokrzyskich, dalej to już prywata. Wiecie jak jest – naczelny płaci mi od wiersza (a dokładniej to od długości tekstu, więc pisze głupoty i wklejam dużo zdjęć). Mógłbym próbować coś tu jeszcze wyprodukować o widokach, polach truskawkowych, pagórkach i robić opisy przyrody, tylko że nie umiem. Zostawiam to zdjęciom.

 

 

 

Hotel Ameliówka

bo mało narzekania w tym wpisie.

 

Rzeczywistość – pokój o podwyższonym standardzie
Oczekiwania – pokój standardowy

 

Nie byłbym sobą, gdybym na coś nie ponarzekał. W Świętokrzyskie postanowiliśmy przyjechać na cały weekend. Dojazd w piątkowy wieczór i powrót na koniec dnia w niedzielę wydłuża niestety jazdę o 30%, ale w dalszym ciągu jest to przyzwoite 150-180 minut (o ile oczywiście ktoś nas nie zabije na dwupasmówce między Radomiem, a Warszawą). Przyjazd na cały weekend niesie ze sobą takie zalety, że nie trzeba się spieszyć. Rano można wstać o ludzkiej porze, a wieczorem nie jedzie się zmęczonym. Znalezienie sensownego noclegu gdziekolwiek w Polsce, na ostatnią chwilę w wakacje, to jest jakiś dramat. Szybko odkrywamy, że agroturystyki są zapchane i skazani jesteśmy na hotele. Tu ciekawostka, o której sami nie wiedzieliśmy: nie licząc Zgorzelca, w którym nocujemy kierując się samochodem do Włoch, nigdy nie spaliśmy w Polsce w hotelu (tzn. nigdy sami za to nie zapłaciliśmy). Wybór pada na hotel Ameliówka – dlaczego? Bo prowadzą do niego serpentyny (no i jest promocja na Bookingu).

 

W ramach szaleństwa wybieramy też pokój o podwyższonym standardzie z widokiem na góry. Porównanie naszego oraz takiego zwykłego widzicie na zdjęciach powyżej. Close enough…

 

Poza nieco innym wystrojem, metrażem i klasą dostajemy też w gratisie wiele innych atrakcji. Dyskotekę parę ścian dalej i hałasy pijanych anglików do 23. Widok na lampy parkingowe, co w połączeniu z jasnymi zasłonami sprawia, że jest jak w Molde (dzień w nocy). Z Instagrama szybko się dowiadujemy, że to wszystko normalne w okolicznych hotelach. Potem pani z recepcji mi tłumaczy, że góry byśmy widzieli, gdybyśmy mieszkali wyżej, a nie na 1. piętrze… ale nie będziemy, bo są kolonie. Proste.

Znowu jestem nieasertywny.

 

Wieczorem postanawiam przy okazji też nagrać serpentyny z nieba. Jakoś mojej uwadze umknęło, że w nocy czujniki w dronie się wyłączają, dzięki temu w pewnym momencie słyszę odgłos koszonej trawy na wysokości około 30 metrów i spadającą z nieba czerowono-zieloną gwiazdkę. Od tego czasu wiem, że nie wszystkie części są potrzebne, aby dron latał.

Poza tym w sobotę wieczorem zaczyna tak lać, że prawie nie da się jechać.

W niedzielę jestem na tyle chory, że wracamy wcześniej i cały tydzień, łącznie z długim weekendem spędzam w łóżku :-)…tak więc zapytajcie mnie jeszcze raz, czy warto?

 

 

Jeśli mieszkanie w okolicach Warszawy i nie wiecie co zrobić z jednym, pełnym dniem – jedźcie w Świętokrzyskie. Jeśli czasu macie więcej, rozważcie coś dalszego – w końcu do takich, weźmy na to, Karkonoszy, jest może i ze dwa razy dalej (czasowo), ale w dalszym ciągu zdążycie dojechać tam o sensownej porze, jeśli wyjedziecie w piątek po pracy.

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X