Sty '19 02
kategoria: Duże podróże

Maroko – czy jest spoko? Nie wiem.



Maroko –  ciężki temat. Na liście naszych potencjalnych destynacji wakacyjnych znajduje się prawdopodobnie gdzieś pomiędzy Bangladeszem, Pakistanem i Armenią. Fakt, że spędziliśmy tam święta Bożego Narodzenia, jest skutkiem tylko i wyłącznie tego, że kolega napisał nam na Messengerze coś o tanich biletach Wizz Airem. Jako że staliśmy właśnie w kolejce do odprawy na lot do Los Angeles, nie było zbyt wiele czasu na kalkulacje. Kupiliśmy bilety na tygodniowy wyjazd kilka dni po tym, gdy wrócimy z blisko 3-tygodniowej objazdówki po zachodniej części USA. To się nie mogło dobrze skończyć.


Za dwa bilety (sobota-sobota) na bezpośredni loty Warszawa – Agadir z bagażami rejestrowanymi oraz dodatkowymi podręcznymi płacimy jakieś 1600zł. W rejestrowanych lecą oczywiście nasze składane rowery.

 

 


Maroko spisane zostało na straty zanim jeszcze wyruszyliśmy, a nasze oczekiwania ograniczyły się do „byle nie było całkiem źle”. Planowaliśmy się także odbić nieco finansowo po powrocie z Kalifornii, która tania nie była. Jak wyszło? Cóż, wszystko skończyło się zupełnie inaczej niż planowaliśmy i nie jestem pewny, czy bardziej w pozytywny, czy negatywny sposób.

 

 


Akapit dla ludzi, którzy oglądają tylko obrazki.

  1. Maroko jest tanie, ale tylko dla wprawnych turystów. Dla „zwyczajniaków” jest często drożej niż w Polsce.
  2. Marokańskie góry, a w szczególności Atlas to jest absolutny sztos dla graveli i rowerów z oponami większymi niż 28mm. SZTOOOS.
  3. Okolice gór Atlas to takie skrzyżowanie Ligurii, Toskanii i Alp – doskonałe.
  4. Nie wiem, czy jest bezpiecznie. Według mnie – generalnie jest, ale jest też bardzo wiele rejonów, do których bym się nawet nie zbliżył.
  5. Poza dużymi miastami ludzie są nieprawdopodobnie mili, przyjaźni i pomocni.
  6. W dużych miastach też, ale chcą za to pieniądze. Jeśli nie planujesz im dawać pieniędzy, módl się, aby w pobliżu była policja (która na szczęście, w przeciwieństwie do naszego, cywilizowanego kraju sieje poważny postrach).
  7. Nie widziałem, że jeden kraj można jednocześnie tak bardzo lubić i nienawidzić.
  8. Jeśli nie jesteś fanem gotowanych ziemniaczków i marchewki, będziesz głodny.

 


Czy w Maroku nas zabiją?


Byłem kiedyś w Egipcie, obiecałem sobie, że więcej tam nie wrócę. W Turcji też byłem i również uplasowała się na odległym miejscu wśród przyszłych, potencjalnych celów. Maroko jest jednak pierwszym krajem w historii, który sprawdziłem na stronach MSZ. Całkowity brak czasu do przygotowania się zarówno merytorycznego, jak i logistycznego do tego wyjazdu sprawił, że pojechałem na „typowego Jasia”, zrzucając organizację na znajomych. Ministerstwo Spraw Zagranicznych twierdzi, że do Maroka jeździć można, ale trzeba na siebie uważać. To ciekawa odmiana po Stanach, w których wszyscy uważali na mnie… za mnie.

 

 

Cytuję:

„Na pozostałym terytorium kraju, w tym w głównych miastach i kurortach turystycznych, MSZ zaleca zachowanie szczególnej ostrożności ze względu na zagrożenie terrorystyczne. Celem ataków mogą być przede wszystkim budynki rządowe, obiekty kultu religijnego oraz atrakcje turystyczne.

Na terenach pustynnych, szlakach turystycznych i terenach oddalonych od głównych miast istnieje zagrożenie porwaniami o charakterze terrorystycznym oraz innymi formami przemocy. Ich ofiarą mogą paść także turyści i pracownicy humanitarni. Turystom udającym się na wyprawy w tereny niezamieszkałe zaleca się korzystanie z usług licencjonowanych przewodników.”

 

„Ostatni zamach miał miejsce 28 kwietnia 2011 roku w Marrakeszu, zginęło w nim 16 osób”

 

 

Potem zrobiłem szybki przegląd blogów (blogerzy, gardzę Wami i Waszymi poradami! – o tym później) i trafiłem jak zwykle na niezastąpionego Kołem się Toczy, którego wpis z Maroka jest tak dobry, że pomyślałem: „Maciek, jedziesz na wakacje – nie masz po co o tym już pisać”. Jeśli szukacie więc przewodnika, polecam zajrzeć „do konkurencji”. Patrzę na wpis i czuję się, jakbym scrollował sam siebie: tutaj link.

 

 

To jest jakoś tak. Jedziesz przez miejscowość oznaczoną tabliczką z napisem: أردامن. Ostatniego człowieka widziałeś z godzinę temu – pasał sobie kozy. Przed Tobą nic, za Tobą nic. Dokładnie jak te opisane w komunikacie MSZ: terenach oddalonych od głównych miast. Zza zakrętu wyjeżdża stary Mercedes w kombi – składa się głównie z rdzy i kurzu. W środku 6 brodatych kolesi w ichniejszych szlafrokach. Zaczynasz zastanawiać się, ile owiec jesteś warty. Goście otwierają szybę, Ty już poprawiasz sobie grzywkę, aby wypaść dobrze przed kamerami odczytując ich oficjalne oświadczenie, gdzieś w lepiance. Goście zaczynają się do ciebie uśmiechać i machać rękami pozdrawiając wesoło. Czujesz się jak OSTATNI DUPEK.

 



Jeśli chcecie, abym powiedział Wam, czy w Maroko jest bezpiecznie, nie zrobie tego. My podczas naszego pobytu nieprzyjemnych sytuacji mieliśmy niewiele – dokładnie jedną. To jakieś miliard razy mniej, niż miałby Marokańczyk odwiedzający Polskę. Internet z kolei w swoich opiniach dzieli się na dwa obozy: ludzi, który w Maroku byli i uważają, że ludzie są tam przesympatyczni, mili i przyjaźni oraz tych, którzy do tych gwałcicieli, morderców i terrorystów na końcu świata nie pojadą nigdy. Chciałem przytoczyć trochę cytatów z tych opinii, ale pomyślałem, że jednak będę trzymał na blogu pewien poziom. Jeśli chcecie uszkodzić sobie zdrowie psychiczne, zapraszam na dowolny portal w internecie, dowolna wiadomość powiązana z Arabami, sekcja: komentarze. Przypominam tylko, że lekarstwa na raka jeszcze nie wynaleziono. Zapowiadało się ciekawie…

 


Z powodu przemocy ginie w Maroku blisko 2x więcej osób niż w Polsce (na 1000 osób)
…czyli mniej-więcej tyle co w Finlandii albo Grecji (źródło: WHO 2017)

Statystycznie, ludzie żyją tu niecałe dwa lata krócej niż u nas.

 


Z mojego punktu widzenia jest raczej bezpiecznie, ale ręki sobie za to uciąć nie dam. O tym, jak jest naprawdę, przeczytacie poniżej.

Na pewno byłoby nam też nieco wygodniej psychicznie, gdyby nie filmik, który okrążył internet kilka dni przed naszym wyjazdem, na którym porywacze odcinają na żywca głowę dwóm skandynawskim turystkom. Pech chce, że działo się to w miejscu, w którym zaplanowany mamy trekking. Takie incydenty nie powinny wpływać według mnie na ocenę bezpieczeństwa, ale głowa robi swoje.

… z drugiej strony, dzień później słyszę, że rozpędzone BMW wpadło w godzinach szczytu w przystanek pełen ludzi w centrum Warszawy.

 

Dowcipy w stylu „nie trać głowy” towarzyszą nam już do końca wyjazdu. Nie dałbym sobie odciąć ręki, że są eleganckie, ale pozwalają się trochę rozerwać.

 


Czy w Maroku zaoszczędzę?


 


Maroko, kraj w którym PKB (per capita) jest jakieś 5 razy niższe niż w Polsce (na liście plasuje się pomiędzy Ukrainą, a Belize). Większe o 130 000 km² i zamieszkane przez 4,5mln ludzi mniej. Kraj gdzieś na pustyni, w Afryce, na końcu świata. Mieliśmy żyć jak królowie.
Ceny znajdą się we wpisie, ale powiem tylko, że jeśli jesteście standardowymi turystami (tak jak my), tanio nie jest. Polska jest jednak wspaniała.

 

 

Ceny w Maroku ustalane są często indywidualnie, na podstawie wyglądu.
My za wszystko płacimy bardzo dużo.
To chyba dobrze?

 

 

6km taksówki w Marakeszu – 40zł.
Obiad w miejskiej restauracji (główne danie) – 40 do 60zł.
Tradycyjne danie w losowej ulicznej knajpie na ulicach Marakeszu – około 30zł
Przyzwoity nocleg w wiejskiej agroturystyce ze śniadaniem – 50-100zł za osobę.
Wypożyczenie samochodu z sieciówki – dramatyczne 1500 – 2500zł za tydzień
Benzyna – niecałe 4zł za litr.
Oryginalne ciuchy w sklepach, żarcie w Kerfurach itp – wyraźnie drożej niż u nas.

ale jak się jest spryciarzem (albo szczęściarzem), można też żywić się bardzo dobrą pizzą upolowaną w pizzerii za 4zł lub batonem-wafelkiem za 40gr.

 

Porównanie cen w Marakeszu i Warszawie możecie znaleźć np. tutaj. Wychodzi z niego, że ceny jedzenia są zbliżone.
Na nasze wydatki nie patrzcie, jesteśmy najgorszymi turystami ever i generalnie:

 


To jest wpis o tym, jak wszystko zrobiliśmy bardzo źle. O tym, że Panda tam już nigdy więcej nie wróci, a ja odliczam dni, by zebrać chłopaków, gravele i ruszyć ze śpiworem w góry Atlas.(To się nigdy nie wydarzy!- przyp. Panda)

 

 


Czy w Maroku się najem?


 

Ja na pewno nie… he, he, he.

Mój domowy psychofan ziemniaków – raczej tak.

 

 

Jestem niewyobrażalnie zawiedziony jedzeniem w Maroku. Jako klasyczny ignorant liczyłem na tydzień jedzenia kebabów z baraniny i sto tysięcy potraw z grilla. Na miejscu zastał mnie kuskus na sto tysięcy sposobów oraz tadżin na sposób tysięcy osiem: różnił się głównie proporcjami gotowanego mięsa, ziemniaków i warzyw. Wszystko oczywiście podawane z lokalną bułką.

Jeśli jesteście fanami takich instytucji jak Sanepid, Państwowa Inspekcja Pracy, nadzór budowlany, również będziecie zawiedzeni. Sztućce są raczej opłukiwane niż myte, za nóż do krojenia na ulicy służy często palec, a talerze to przereklamowany wynalazek.

 


Język


 

W Maroku zdecydowanie częściej słyszymy język francuski niż arabski. Nie robi nam to różnicy, bo obydwoma mówimy tak samo dobrze. Dzięki Cudownym Latom po francusku umiem tylko zapytać czy chcesz trochę masła, a po arabsku, że Allah jest wielki. Oba zwrotny tak samo przydatne, chociaż ten pierwszy pewnie trochę bardziej. Jeśli planujecie używać Google Translate to zła wiadomość, nie obsługuje on marokańskiej wersji arabskiego.

Komunikacyjnie problemów jednak nie mamy, bo każdy, kto choć trochę obcuje z turystami, porozumiewa się dobrze po angielsku. Nawet wśród policjantów patrolujących parami, jeden mówi zazwyczaj po francusku, drugi po angielsku.

 


To my, najbardziej uprzedzeni ludzie świata.


 


Lotnisko w Agadirze wita nas bardzo przyjemnie. Pierwszą rzeczą, którą widzimy, jest 3 panów wyposażonych w karabiny, którzy z kamienną twarzą kierują nas do budynku wielkości naszego Tesco i wyglądzie bardziej eleganckiej lepianki. Potem godzinka w kolejkach do panów w kabinkach, którzy zadają te same pytania, na które odpowiadaliśmy chwilę wcześniej w formularzach, ze dwie kontrole i jesteśmy wolni.

Na dzień dobry łapie mnie człowiek z Orange, który proponuje mi internet – blogera wyczuł pewnie z daleka. Za 5 euro dostaję kartę z 2GB i 3 godzinami lokalnych rozmów. SIMa instaluje mi sam (wraz z trojanami, które pewnie ze mną wróciły). To jest doskonały kraj!

 

 

Auto zaklepałem dzień wcześniej w economycarrentals, z którego korzystam zawsze i wszędzie (i go tu linkuję nic z tego nie mając). To prawdopodobnie najdroższe wypożyczenie w historii naszych wyjazdów. Za Fiata Doblo z przebiegiem ponad 75000km płacimy, z pełnym ubezpieczeniem, jakieś 2500zł na tydzień! Gdzieś musiałem się walnąć w ubezpieczeniach, bo miało być 1900 (i tak nieprzyzwoicie dużo) Jego plus jest taki, że gość wydający samochody i zaznaczający na kartce wszelkie miejsca, w których jest pognieciony, zaznacza każdy element (bo każdy jest pognieciony). Prawdopodobnie tylko dachowanie sprawiłoby, że Doblo straci z nami na wartości. W świecie Dacii i skuterów takie Doblo to i tak luksus… tak przynajmniej myśleliśmy. Jedno jest pewne: w tym kraju bez pełnego ubezpieczenia nawet nie wsiadajcie. O ile miejscowy w Was pewnie nie trafi, to zgarnięcie na maskę skutera przejeżdżającego na czerwonym jest całkiem proste.



Zgodnie z tym co pisał Kołem się Toczy, na drodze pozdrawiają nas wszyscy już od pierwszych kilometrów. Klaksonem witają mnie nadzwyczaj często. Gdy zwalniam przed rondem lub skrzyżowaniem, gdy staję by włączyć się do ruchu, zamiast po prostu wjechać na drogę, gdy zatrzymuję się widząc człowieka przechodzącego przez 3-pasmową jezdnię.


O ŻESZ KU… LASKOWY, UMRZEMY TUTAJ


Dobra, powiem wprost: nasze pierwsze słowa po wyjechaniu na ulice brzmiały jakoś tak: O JEZUSIKU NAZAREJSKI I MARYJKO PRZENAJŚWIĘTSZA, UMRZEMY TUTAJ. Oglądaliście Homeland? A może jakiś inny film/serial o Bliskim Wschodzie? Z uprzedzeniami ciężko walczyć. Taki „Homeland” nawet był częściowo kręcony w Maroku (sezon 3 i 6).

 

 

Wizyta w kraju arabskim pożyteczna jest choćby z tego powodu,
że w kilka minut można zdać sobie sprawę z tego, jak nasze postrzeganie potrafią wykreować media…
oraz jak czuje się człowiek w całkowitym otoczeniu innej kultury

 


Ale w sumie co z tego, że „Homeland „częściowo rozgrywał się także w Pakistanie, czy Afganistanie, które oddalone są od Agadiru o mniej więcej tyle co Chicago lub Seul od Warszawy, skoro dla nas to wszystko wygląda dokładnie tak samo.


Chaos na ulicy, domki, które znam głównie ze scen, w których demokratyczne wojska Ameryki znajdują 6. najbardziej poszukiwanego na świecie terrorystę, a z głośników jakiś Imam śpiewa akurat Allah Akbar, bo jest 14. Zabiją nas tu, potem zgwałcą, wysadzą, znowu zabiją, a na koniec przerobią na kebaba.

 

W wypadkach drogowych zginęło w 2016r. w Maroku 3593 osób,
W Polsce 2993 osoby.



Atmosferę grozy zabijają nieco ludzie jadący osiołkiem po dwupasmowej drodze szybkiego ruchu, grupy jadące na przyczepie ciągniętej przez osiołka, samochody w których jedzie tyle osób, ile w samochodzie normalnie jedzie +50%, bagażniki dachowe mieszczące 300% objętości samochodu będącego pod nimi i generalnie wszyscy ludzie, bo prawie każdy ubrany jest w zimową kurtkę typu puchówka, a na dworze jest grubo ponad 20 stopni.

 


أگادير,
czyli Agadir jak Costa Brava (tylko bardziej)




Celujemy w typowo turystyczne obiekty do spania. Lądujemy w apartamentach w Agadir Marina odgrodzonym od świata szlabanem i wojskowymi z karabinami i palcem trzymanym na spuście: Bianca Beach Family & Resort. Jeśli w okolicy można jakieś miejsce opisać słowami: posh, trendy, jazzy, fancy itp, to jest właśnie to miejsce. Z jednej strony mieszkania widok mamy na miejską plażę i promenadę (coś jak nadmorskie, hiszpańskie miasto), z drugiej, na port dla jachtów otoczony knajpkami (coś jak bardzo małe Lazurowe Wybrzeże). Gdzieś tam obok stoi nawet jakieś czerwone Ferrari. Fajnie, właśnie tak wyobrażałem sobie biedny kraj w Afryce…

 

Bianca Beach Family & Resort (190€/6os/apartament Executive Suite)


Podjeżdża do nas jakiś koleś meleksem, mówi że zabierze nam bagaże, abyśmy nie musili nosić i z nimi znika. Po raz pierwszy uświadamiamy sobie, że jednak jesteśmy trochę patałachami. Tym razem na szczęście faktycznie była to obsługa osiedla.

 



To, co w oczy rzuca się już na dzień dobry, to wyjątkowa życzliwość i przerysowana, karykaturalna opieka. Gość od noszenia bagaży, widząc, że idziemy za nim z kolejnymi walizkami, postanawia pobiec z tymi, które niesie, aby zdążyć do nas wrócić, zanim dojdziemy do schodów. Przecież niepotrzebnie byśmy się zmęczyli. Trochę niezręcznie.

 


My friend! You want something special?




Plaża jest duża (w nocy nawet ze 2x większa) i dominują na niej piłkarze. W grudniu turystów jest niewielu, praktycznie nikt nie plażuje. Od czasu do czasu trafi się jakiś wielbłąd, ale generalnie boiska, piłkarze i gość, który biegnie po piłkę, po tym, gdy została wykopana (bo przecież nie ma siatek). Promenada to klasyk – knajpki, sklepiki, McDonalds, KFC i panowie od „Do you want something special my friend?”, próbujący sprzedać rosnącą w okolicy marihuanę. Przy odrobienie szczęścia, można ją spotkać nawet na spacerze niedaleko od miasta. Jedno jest inne: jeśli myślisz, że w lipcu, w Ustce, na promenadzie jest tłok, to nie wiesz niczego! W weekendowe popołudnie promenada wygląda jak wyprzedaż Crocsów w Lidlu.

 

 


Wpadamy też do restauracji pod domem. Takiej raczej zwykłej, ze stolikami wychodzącymi na plażę, ale jednak zwykłej. Tu po raz pierwszy dostajemy życiem w twarz. Hamburger 40zł, Paella z owocami morza od 70zł za osobę, sok pomarańczowy 12zł, piwo 16zł. Fajno. Wiemy już, że kolejny dzień spędzimy gdzieś indziej.

 

 

Nie zrozumcie mnie błędnie – to nie to, że jest źle. Jak ktoś lubi plażing i knajping to pewnie się w tym wycinku Agaridu odnajdzie (bo reszty miasta odwiedzić póki co się boimy). My nie bardzo. Zaliczamy więc jeszcze lokalną górkę, na szczycie której stoją ruiny Kasby (takiej fortecy) Agadir Oufella, z której obserwujemy zachodzące słońce i wyłaniający się nad miastem księżyc i idziemy spać. Chyba nigdy wcześniej nie widziałem, aby słońce tak szybko znikało za horyzontem, a księżyc tak szybko maszerował w górę nieba. Przemieszczają się conajmniej tak szybko jak obserwowany z daleka kolarz podjeżdżający Pitoniówkę podczas Tatra Road Race. Zahipnotyzowani spędzamy tak dobre pół godziny.

 

 


Paradise Valley, he he he


 



Co robić w Agadirze mając cały dzień wolny? Wyjechać z niego. Wsiadamy więc na składaki i ruszamy do jednego z najbardziej znanych miejsc w okolicy – Paradise Valley. Takiej zielonej oazy gdzieś w górach, w której lokalsi spędzają popołudnia, skacząc ze skał do jeziorek.

Jestem poważnie zawiedzony, bo po kilkunastu minutach odkrywamy, że jazda rowerem jest tu całkiem przyjemna. Nie ma się co dziwić, obok pierdzących skuterów i samochodów marki Dacia (i starych Mercedesów – taksówek) rower jest to tutaj najpopularniejszy środek transportu. Różnica jest jedna – nikt na nim nie jeździ normalnie. Ludzie siedzą bokiem, dwójkami (na ramie, na kierownicy, na bagażniku), trójkami, jadą slalomem, ale nigdy normalnie. Gdy godzimy się z faktem, że każdy każdego mija na styk i odnajdujemy nieźle rozwiniętą sieć ścieżek skutero-rowerowych, jest bardzo dobrze.

Podczas całego pobytu nikt z nas nie miał ani jednej niebezpiecznej sytuacji na rowerze.

O ile czerwone światło bywa tutaj czasem bardziej poradą niż nakazem, to ograniczenie prędkości zdaje się być święte. Nie widzieliśmy człowieka, który jechałby szybko. Znowu przypominamy sobie, że to jednak my mieszkamy na codzień w dżungli. W Maroku nie zaobserwowaliśmy również czegoś takiego, jak przepuszczenie człowieka na pasach. Jak człowiek przez pasy chce przejść to przechodzi, a samochody go na tej drodze omijają. Nie wiem, jak to się dzieje, że to działa, ale działa. Z czasem staje się nawet wygodne.


Jedziemy dwupasmówką wzdłuż morza, a następnie odbijamy wgłąb lądu. Dyskomfort Pandy określiłbym jako skrajnie wysoki, bo jest prawdopodobnie jedyną kobietą w krótkich spodenkach w promieniu co najmniej kilkunastu kilometrów. Wszyscy na nas patrzą, ale generalnie mają nas w pompce. Można się przyzwyczaić, bo nawet jadąc pod domem, wszyscy za składakiem się obracają. Z ubiorem jest tu nieco problematycznie (szczególnie, że wszyscy w tych puchówkach), a my staramy się nie popełnić żadnego poważnego faux pas, ale przez cały pobyt nikt nam na nic uwagi nie zwrócił, nie mieliśmy też żadnej nieprzyjemnej sytuacji z tym związanej, więc może wszystko sobie dopowiedzieliśmy sami.

 

 


Po około 40 minutach wyjeżdżamy za ostatnie miasto i jest dokładnie tak, jak się obawiałem. Asfalt jest dobry, widoki też, bo jedziemy wzdłuż rzeki przecinającej góry, a ruch praktycznie nie istnieje. Od czasu do czasu mijamy niewielką wioskę, w której dzieci do nas krzyczą i machają, a dorośli witają się z uśmiechem.

Jest mi głupio. Wszyscy są dla nas mili i pozdrawiają nas, a ja nie mogę wyprzeć z głowy przekonania, że zaraz nas wysadzą w powietrze. Cóź mam poradzić, skoro cały mój kontakt z taką kulturą oparty jest na mediach, którym zależy na budowaniu hejtu, a co za tym idzie – klikalności. Przypomniał mi się Pakistańczyk, z którym pracowałem kiedyś w Manchesterze, który zupełnie nie mógł zrozumieć, czemu łączony jest z jakimikolwiek ekstremistami. Tak jak ja szukając w Berlinie i w Holandii pracy kilkanaście lat temu nie wiedziałem, czemu na dzień dobry biorą mnie za złodzieja. Stereotypy i agresja gwarantują klikalność.

Boczna droga do Paradise Valley pozwala nam się zapoznać nieco z lokalnym folklorem. Wszystko jest inne od tego, do czego zostaliśmy przyzwyczajeni. Są też rzeczy dla nas dziwne, jak na przykład 3 schowane pod burkami panie, które niosą wielką butlę z gazem, a za nimi kroczy radośnie mężczyzna.









Dojeżdżamy do celu, ale jest nam mało. Mamy trochę czasu zanim dojadą do nas znajomi w samochodzie, który posłuży jako schowek na rowery, więc udajemy się kawałek dalej. To najlepsza rzecz, jaką zrobiliśmy tego dnia. Za górką dostrzegamy coś, co dla nas – kolarzy, wygląda jak fatamorgana. W miejscu, w którym na Google Mapsach jest pole, znajduje się małe Stelvio. Z tym małe nieco przesadziłem, przed nami rozpościera się długa, kręta droga, która prowadzi po serii kilkunastu serpentyn. Nie mamy dodatkowego tygodnia, który spędzilibyśmy pewnie na podjeżdżaniu tego składakiem, ale całe szczęście, że pojawia się zaprzyjaźnione auto, które podrzuca nas na górę. Kiedyś przejmowałbym się, że to przecież nieuczciwe, ale dzisiaj głęboko mi to powiewa. Wjeżdżamy autem na górę, tylko po to, aby zjechać w dół rowerem.

 

Na Stravie nie ma segmentów, a drogi rzadko opisane są w internecie, ale nasze pomiary mówią coś o ponad 800 metrach na 11 kilometrach!

 

Asfalt dość pokaźnie pokryty jest żwirkiem, ale przy naszych prędkościach zupełnie to nie przeszkadza. To zdecydowanie jedna z najbardziej imponujących dróg, jakie w życiu widziałem. Jak się na szczycie okazuje – jest ich tutaj sporo. Z zazdrością patrzymy na okoliczne zbocza, które pocięte są szutrówkami i asfaltami. To jest dzień, w którym odkrywamy, że:

 


Maroko to jest gravelowy raj

 


a kolejne dni tylko nas w tym utwierdzają, bo góry Atlas, do których udamy się później – mówiąc krótko – miażdżą.

Listę kilkudziesięciu najwyższych dróg w Maroku (>2300m) znajdziecie pod tym linkiem.

 


My zjeżdżamy jednak głęboko zszokowani do celu naszej wyprawy i dalszy spacer pokonujemy z buta. Paradise Valley to niezły sztos, he he he…
Kojarzycie taki filmik z cyganem w błocie? To mniej więcej takie klimaty. Brudno, tłoczno, nie wiem czy ładnie. Wchodzimy, patrzymy jak lokalne ziomki sprawdzają kto ma większe cojones ,skacząc z coraz wyższych półek i robimy wycof.

Mam nieodparte wrażenie, że Paradise Valley to jednak atrakcja dla lokalsów, a nie turystów. Jeśli mieszkasz na pustyni to palmy, rzeka, jeziorko, skały i ogólna zieloność, mogą robić na Tobie wrażenie, ale dla mieszkańca naszego deszczowego kraju już raczej niekoniecznie.

 

 

Stajemy po drodze w knajpie na „tadżina”. Knajpa to mocne określenie na szałas i plastikowy stolik przykryty ceratą, która najlepsze lata ma za sobą. Na tadżina cieszmy się tak bardzo (nie wiedząc jeszcze, że praktycznie wszystkie jadłodajnie dają tylko jego albo kuskus), że zapominamy zapytać o cenę. Za talerz z kurczakiem i gotowaną marchewką (może też jakimś innym warzywem) z ziemniaczkami i sok pomarańczowy dla 4 osób dajemy jakieś 150zł. Mówię talerz, bo w ramach oszczędności dostajemy jedno tadżinowe naczynie i 4 widelce. A 150zł płacimy, bo Pan na tyle nas wycenił. Trzeba jednak przyznać, że luksus spory, bo kucharz-kelner-właściciel przetarł nam przed jedzeniem ceratę szmatą. Szmata może i służyła wcześniej do wycierania podłogi, ale liczy się przecież gest. To był moment, w którym odkryliśmy, że w tym kraju cenę ustala się ZAWSZE PRZED jedzeniem. Potem oczywiście o tym znowu zapominamy.

Z panem od tadżinów przeprowadzamy ciekawy dialog:

– O, jesteście z Polski. Macie trochę wódki
– Niestety nie.
– Jak to? Przecież jest niedziela
– No, ale nie mamy
– AAaaa, to w samochodzie macie? Przynieście, ja odkupię!
– Nie każdy Polak jeździ z alkoholem.
– Eeee, jak to?

Ta rozmowa nie znajduje szczęśliwego zakończenia.

 


Wieczorem udajemy się na promenadę, która w niedzielny wieczór jest wypchana ludźmi całkowicie i zjadamy McFlurry, bo to zawsze dobry i pewny wybór. Wszystko to jednak z lekkim niesmakiem, bo gdy tylko odstawisz shake’a (obowiązkowy dodatek do lodów) na stół bez zamiaru dokończenia go, zobaczysz jak dopija go jakieś dziecko. No i ci uprzejmi panowie, którzy za wszelką cenę próbują nam sprzedać bransoletkę, albo chociaż hasz, idąc za nami długimi minutami i zagadując.

 


Tizi n’Test


 

W poniedziałkowy poranek, nie do końca przekonani o słuszności wyboru Maroka, jako miejsca na spędzenie świąt, wyruszamy w Góry Atlas. Mieliśmy jechać rowerami, ale jest za daleko droga jest za nudna. Wysiadamy więc z samochodu ze składakami dopiero, na pojeździe pod przełęcz Tizi n’Test. Jedna z najbardziej znanych przełęczy w okolicy, ale również jedną z wielu dostępnych w sensownej odległości.

 

29 kilometrów podjazdu ze średnią 4,5%


Droga wije się zboczem góry aż do wysokości 2100 metrów. Tak na oko, mija nas jeden samochód co pół godziny i zero kolarzy. Widoki, mimo że skierowane cały czas na tę samą stronę, są bardzo dobre.

 

 

Po drodze mijamy kawiarnie oznaczone tabliczką 2000m i 2100m – sprytne zagranie. Człowiek myśli, że jest na szczycie – staje, a później się okazuje, że podjazd wcale się nie skończył. Część z nich swoje najlepsze lata ma już za sobą i zostały z nich pustostany.


Na szczycie czeka na nas niewielki lokal z jedzeniem. Za 40zł na osobę dostajemy sałatkę, pokaźnego omleta jajeczno-paprykowego oraz ciastka domowej roboty (podobno). Rozmawiamy chwilę z właścicielem, który jest żywo zainteresowany tym, skąd się tu wzięliśmy i dokąd zmierzamy, potem jeszcze z jakimiś jego kolegami i ruszamy dalej.

To chyba jeden z najdłuższych zjazdów w moim życiu. Strava mówi coś o 60 kilometrach ciągłego tracenia wysokości. Jedziemy znowu przełomem rzeki, takim kanionem. Coś jak Kolorado, ale nieco mniejsze. Asfalt nieco szorstki, ale wystarczający. Aby poczuć się jak w domu, od czasu do czasu omijamy jakiś krater w drodze, na którym skutecznie stracić można zęby. Zaśnieżone szczyty w oddali dodają jeszcze uroku.

 

 

Przejeżdżamy przez wioski składające się z lepianek i wraków samochodów. Co do części z nich mamy wątpliwości, czy w ogóle są zamieszkałe, ale od czasu do czasu pojawia się pranie lub człowiek idący gdzieś przed siebie. Dzieciaki (przynajmniej te, które nie leżą ze śmiechu na ulicy, widząc być może pierwszy raz w życiu ludzi na Bromptonach) do nas krzyczą i pozdrawiają. Sielanka taka bym powiedział. Gdy trafiamy na przerwę w szkole (a o to nietrudno):

 

Karuzela śmiechu nie przestaje się napędzać. Momentami boję się, że któreś dziecko, zwijając się na ziemi wybuchnie ze śmiechu… oh wait.

 

 


Przed zmrokiem oczywiście nie zdążamy. Jest wigilia, my gdzieś pośrodku Gór Atlas jedziemy składakami w całkowitej ciemności, przełamywanej tylko strumieniem światła z przedniej lampki. Znowu mamy to dziwne uczucie, że robimy coś dziwnego. Nie ma to większego znaczenia, przygoda doskonała.

 

† Tu następuje także najsmutniejszy moment od dawna – przez piasek, który od dłuższego czasu wdawał się coraz głębiej do mojego aparatu – urządzenie umiera. Podejrzewam, że 4. raz w ciągu 13 miesięcy nie uda się go uratować, więc niech spoczywa w spokoju, a ja rozpoczynam poszukiwania następcy dla najlepszego kompakta, jakiego w życiu miałem: Leiki D-Lux 109 †

Oto ostatnie zdjęcie zrobione tym aparatem. Prośba o minutę przerwy w czytaniu ku jego pamięci.

 

 

 Ouirgane Ecolodge (50€/2os/dobę ze śniadaniami)


Do Ouirgane Ecolodge, w którym spędzimy kolejne 3 dni docieramy pół godziny przed kolacją. Na wigilijnym stole oczywiście tadżin, następnego dnia będzie kuskus, potem znowu tadżin. Na śniadania omlet, placek, chleb i dżemy. Każdy dzień taki sam, ale głodnym ludziom to nie przeszkadza, dopóki masa jedzenia się zgadza.

 

 

Za nocleg w Ouirgane Ecolodge ze śniadaniami płacimy po 50 euro za dobę od pary – to świetnie wydane pieniądze. Mieszkamy w kompleksie 2 domków, ogródka z warzywami i ziołami, basenu, maleńkiej farmy i budki, która służy za jadalnię. Wszystko oczywiście otoczone pięknymi górami i ogarnięte do tego stopnia, że pani sprzątająca składa nam codziennie w kostkę ubrania porozrzucane po pokoju. Gdybym potrafił siedzieć i nic nie robić, siedziałbym właśnie tam.

 


Wycieczka patologów


 



We wtorek uderzamy do Imlil. To główna baza wypadowa w okolicy – tak rozpoczyna się trasa na najwyższą górę w Afryce północnej: Dżabal Tubkal. Dojeżdżamy autem tak daleko, jak tylko się da, a potem jeszcze trochę dalej – szutrową, bardzo krętą drogą, szeroką na około półtora samochodu. Nie wiem, co by się stało, gdyby z przodu coś jechało, ale podejrzewam, że barierek nie ma właśnie po to, aby można było autem trochę wystawać nad przepaść. Mijanki w ogóle są tu bardzo śmieszne, bo tak, jak u nas oba auta trochę zjeżdżają, tak tutaj zjeżdża zazwyczaj tylko jedno, a drugie jedzie środkiem, niewzruszone. Jako turysta, to ja zawsze jestem tym lądującym na poboczu. Chyba że gość na przeciwko zdąży zauważyć, że jestem europejskim turystą, wtedy prawdopodobnie to on uprzejmie zjedzie.

Pierwsze schody napotykamy po około 10 metrach od zaparkowania. Przed nami stoją lokalsi. Czytałem o tym gdzieś – stoją i mówią, że bez przewodnika nie da się iść w góry, a to nie prawda. Problem tylko taki, że tym razem to chyba jednak prawda, bo stoją z policją. Jak się później okazuje, wszyscy faktycznie przemieszczają się po szlaku z obstawą lokalnego przewodnika. To pokłosie ostatnich wydarzeń – dziewcząt, które dla tej okolicy straciły głowę. Ich śmierć upamiętniona jest flagami Danii i Norwegii wywieszonymi w ostatniej kawiarni przed szlakiem. Za przewodnika płacimy około 80zł i spędza z nami cały dzień. Jest prawdopodobnie najbardziej cierpliwym człowiekiem jakiego widziałem w życiu i załatwia nam po drodze darmową herbatę. Jego rolą jest po prostu być z nami aż do momentu, gdy znajdziemy się znowu przy aucie i czasem rzucić jakąś ciekawostką.

 

Gość mówi, że to nie pieniądze dla niego, a dla policji – wierzę mu. Wspomina także, że gdybyśmy byli biedni, szedłby z nami za darmo. Ale nie jesteśmy (a przynajmniej nie wyglądamy tak, mimo Doblo, którym przyjechaliśmy), więc nie idzie za darmo. Wspomina też, że nazywa się Robin Hood.

Tak, Robin Hood wyprowadza 8 (+2 dzieci) bogatych turystów w nieznane im góry otoczone biedą. To brzmi bezpiecznie.

 

 

Problem w tym, że na szlaku dominują ciekawostki z niefortunnej wycieczki tamtych dziewcząt. Pokazuje nam więc gdzie znajdował się obóz terrorystów, pokazuje nam domki, w których dziewczyny zostały zabite i tak dalej. Wolelibyśmy, aby zrobił to ZANIM zaczniemy sobie robić śmieszne selfiki w słowiańskim przykucu. Wyszło trochę jak słynne, młodzieżowe wycieczki do Auschwitz. 

Tak poza tym, jest bardzo przyjemnie. Taki trochę Nepal – nie byłem, ale ludzie którzy byli, mówią, że tak. Po drodze jakieś domki, miejsce do składania ofiary z owieczek, stragan z czapkami, kawiarenka, kibelek, meczecik z zakazem wstępu dla niewiernych i tak dalej. Szlak na szczyt to 5 godzin do schroniska, a potem kolejne 3h – nie udaje nam się w tej dobie zmieścić 16 godzin ze słońcem, więc dochodzimy tylko do maleńkiej wioski z kaplicą (nie wiem, czy u Muzułmanów to się tak nazywa) i sprzedawcami ręcznie robionych czapek oraz strzelamy sobie fotki na jakimś punkcie widokowym. Myślę, że pokonanie tego szlaku w pełnej okazałości wyląduje na mojej liście rzeczy do zrobienia w bliższej lub dalszej przyszłości. W internecie mówią, że jest to jeden z najłatwiejszych 4-tysięczników (4167m)

 


Sztos szos


 


Środa to znowu dzień roweru. Świadomi własnych ograniczeń (narzuconych oczywiście składakami) porzucamy pomysł ataku na góry i budujemy trasę nieco bardziej realną – tak na pół dnia. Jak zwykle wychodzimy zaraz po śniadaniu, a wracamy przy zachodzącym słońcu. Nie spodziewaliśmy się tego, co nas zastało. Na 110km wpada 2000 przewyższeń.

Powiem tak: jest bardzo, bardzo dobrze. Ale tak bardzo bardzo. Nie wiem, czy kiedykolwiek podczas 100 kilometrowej jazdy krajobraz zmieniał nam się tak wiele razy.

 

 

Może niekoniecznie na super-lekką szosę, ale myślę, że przy oponach 28mm można już próbować, bo asfalty są niezłe, poza momentami, gdzie trochę przerywa je szuter lub leży na nich żwirek – oczywiście w najmniej spodziewanych momentach.

Trasa wygląda jakoś tak, że ruszamy standardowo zboczem jakiejś górki, dzięki czemu otrzymujemy doskonały widok na całą dolinę (oraz jezioro, które mijaliśmy rowerami w nocy, więc oglądanie go pozostało nam tylko na Google Maps). Potem przesmyk pomiędzy górami, potem jakieś wioski rodem z końca świata, miejscowość Amizmiz (którą ktoś w internecie określił jako jedna z najładniejszych w Maroko – chciałbym go poznać), pola i pagórka rodem z Toskanii, na których spotkać można kozy, owce i wielbłądy, potem nieco zaskakujące 20 kilometrów podjazdu, podczas których wspinamy się z 650 na 1350m, płaskowyż z widokiem na ośnieżone szczyty i zjazd do domu.

O samej tej trasie można byłoby spokojnie zrobić cały wpis, bo widzieliśmy na niej tak wiele różnych rzeczy i spotkało nas tak wiele przygód, że pisania jest na kilka tysięcy słów. Muszę się niestety czasowo ścieśniać, bo dużymi krokami nadchodzą kolejne wakacje ;-)

 

Idzie wędrowiec przez pustynię, nagle widzi oazę, a w niej studnię. Uradowany 
krzyczy: „Woda!”. Ze studni wychodzi Arab i pyta: „Gdzie?”.

 

Podczas jazdy na przykład stajemy w sklepie. Okazuje się, że sklepów jest tu całkiem sporo, tylko po prostu ich nie zauważaliśmy. Należy wypatrywać zaparkowanych przed nimi osiołków, bo sam spożywczo-chemiczny jest wielkości przeciętnej łazienki w klasycznym, polskim M3. W prawie każdym znajdziemy jakieś dziecko kupujące akurat coś słodkiego za kilkadziesiąt groszy. Ma to swój urok, ale naszym lokalnym sklepikom z ciasteczkami wypiekanymi gdzieś niedaleko do pięt nie dorastają.

 


Najwolniejszy Arab świata.


 

W miasteczku Amizmiz przejeżdżamy przez kontrolę policyjną. Zdarzają się od czasu do czasu, ale zatrzymują tylko lokalsów, więc rozpędzeni do dobrych 20km/h mijamy ją bez mrugnięcia okiem. Ze dwie minuty później dojeżdża do nas (autostopem) policjant, który dokonywał tam kontroli. Pech chce, że to niestety ten, który mówi po francusku, a nie po angielsku. Pyta nas kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. To pytanie zadaję sobie sam od lat, jemu chyba jednak chodzi o odpowiedź dosłowną. Robi zdjęcia naszych dowodów, pyta gdzie mieszkamy, którędy planujemy tam wrócić, czy wszystko OK i nie ma problemów i dzwoni do jakiegoś kolegi. Daje nam też swój numer telefonu, gdybyśmy mieli jakiekolwiek problemy, bierze numer od nas i puszcza dalej.

 

 

Niewiele później pojawia się za nami skuter. Jedzie trochę dziwnie, bo na górkach nas wyprzedza, potem staje i przepuszcza, potem znowu wyprzedza – myślimy, że może chłodzi silnik albo po prostu podziwia widoki. Po godzinie zmienia go inny skuter. Ten jedzie za nami dobrą godzinę lub dwie. Teraz już nie ma wątpliwości – gość na śledzi. Gdy kulasz się składakiem pod górkę ze średnią 11km/h naprawdę łatwo zauważyć, że ktoś jedzie za Tobą.

 

Aby zobrazować to lepiej, ostatni podjazd na trasie ma blisko 20km – pokonujemy go w dokładnie 2 godziny. Po drodze oczywiście stajemy na fotki, na siku, przystajemy posłuchać nawołujących się meczetów, zjeżdżamy gdzieś w bok zrobić sobie zdjęcie – ktoś na skuterze cały czas jest w obrębie wzroku. Z jednej strony trochę nas to stresuje, z drugiej – nie ma to przecież sensu. Bardziej na pustkowiu już nie będziemy (jak się później okazuje – oczywiście, że będziemy). Po drodze znika od nas Kasia, którą znajomi zgarniają samochodem (i wysadzą ją dopiero w domu, he he he), a Piotrek postanawia walczyć z KOMem i jest z kilometr przed nami (czyli pewnie z 15 minut ;). Czeka na nas z jakimiś dzieciakami na końcu podjazdu, łączymy znowu siły, ale skuter nie znika… Myślę sobie, że jak nas porwą i zabiją to jeszcze pół biedy, ale jak nas porwą i ktoś nas wykupi to do końca życia będę w domu słyszał: „a nie mówiłam”.

 


 

Ogon próbujemy zgubić na zjeździe – 7 kilometrów pokonujemy z zawrotną średnią 35km/h. To się prawie udaje, bo lokalsi z górek jeżdżą zawsze z wyłączonym silnikiem. Ekologiczni są tacy – to fajne, bo tak, jak normalnie słyszysz za zakrętem, że coś z przodu jedzie i nie ścinasz, tak tutaj wszyscy są bezgłośni. Zjeżdżamy tak do samego Asni, które jest największą miejscowością w okolicy i dojeżdżamy do patrolu policyjnego – planujemy się przy nim zatrzymać i zapytać o co chodzi. Patrole znajdują się przy wszystkich większych miastach lub obiektach turystycznych.

 

Nasz plan się nie udaje, bo przy patrolu zatrzymuje się człowiek na skuterze. Później do nas podjeżdża, uśmiecha się, macha i znika. Ostatnie kilka kilometrów pokonujemy w konsternacji, która znika dopiero późnym wieczorem.

 

Koło 22 budzi nas pukanie właściciela obiektu. Mówi, że przyjechała policja i potrzebuje naszych paszportów. Daję mu dowody, ale to nie starcza, potrzebuje paszportów. Myślę sobie, że pewnie obsikaliśmy jakieś święte miejsce i już nie wyjedziemy stąd nigdy. Robi paszportom zdjęcia i wraca za chwilę. Okazuje się, że policja przyjechała upewnić się, że wróciliśmy cali i zdrowi do domu i że wszystko jest OK. Trochę miło, trochę strasznie. Może po prostu nie zgadzał im się brak jednej osoby w eskortowanej grupie.

 

 

Możliwości są dwie: albo w dalszym ciągu szukają osób związanych z ostatnimi wydarzeniami, ale bardzo zależy im, aby pokazać, że starają się zapewnić bezpieczeństwo. Podczas naszego pobytu na górskim odludziu wielu ludzi pyta nas czy wszystko jest dobrze. Mam nadzieję, że nie odebrałem błędnie naszego swojskiego pytania z Pragi: „masz jakiś problem koleś?”

Rano wyruszamy w dalszą drogę, do Marakeszu. Żałuję strasznie, bo chętnie spędziłbym w Ecolodge’u jeszcze kilka dni – zarówno chodzonych, jak i jeżdżonych oraz po prostu siedzących.

 


 


مراكش,
czyli o tym, że Marakesz boli


 

W Marakeszu rezerwujemy klasyczny riad – to taki odpowiednik naszej kamienicy. Ze 4 poziomy, w środku 2 patia, na dachu dwa duże tarasy, 5 sypialni, 6 łazienek, trochę salonów, obrazy, zdobienia – trochę jak w fancy galerii sztuki. Problem jest tylko taki, że adres z Airbnb nie wskazuje na nasz nocleg, a na sam środek miasta, o czym przekonujemy się w bolesny sposób. Centrum miasta to Medina, taki tysiąc letni odpowiednik naszego starego miasta. Kręte i niesamowicie wąskie uliczki układające się w labirynt otoczony murem. Wjazd samochodem w to miejsce nie był prawdopodobnie najmądrzejszą rzeczą jaką zrobiliśmy w życiu, ale jak nawigacja każe, to jedziemy bez pytania.

 

 

Dar Nassima (110€ ze śniadaniami/10 os)

 

Maroko odwiedza rocznie ponad 10 milionów turystów,
2 miliony z nich przyjechało do Marakeszu
….suckers!

 

Plus jest taki, że w Marakeszu wszyscy miejscowi są niesamowicie mili. Każdy próbuje nam pomóc nawet, gdy tego nie chcemy. Zatrzymuje nas grupka młodych miejscowych – tłumaczą nam, że jazda nie ma sensu i możemy tutaj zaparkować. Pomagają nam znaleźć miejsce parkingowe, próbują wziąć odpowiednik 100zł, ale mamy tylko 40zł, więc płacimy za możliwość zaparkowania na 2 dni. Pozbywamy się też ostatniej gotówki jaką mamy pod ręką. Miejscowi odprowadzają nas dokładnie w to miejscu, które zaznaczone mamy na mapie. Naszego noclegu tam nie ma. Pytają o nazwę i pomagają nam w zlokalizowaniu poprawnej lokalizacji. Chodzą, pytają, dzwonią – ogólne zmieszanie. Dołącza do nas policjant w przebraniu – lokalsi natychmiast odchodzą. W Maroku istnieje twór jakby stworzony dla nas: policja turystyczna.

Wspólnie dochodzimy do wniosku, że to na pewno nie tutaj i postanawiamy wrócić do samochodu. Gości od parkingu oczywiście już dawno nie ma.

 

 

Marakesz: Raj dla zakochanych

Nastrojowe zakątki jak z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, orientalne ogrody idealne na spacer we dwoje i aromatyczne potrawy pełne afrodyzjaków. To Marrakesz – czerwone miasto.

serwis polki.pl

 

Zdobywamy od właściciela naszego riadu poprawny adres i ruszamy w dalszą drogę. Powiem tak: jazda samochodem po Medinie to jest prawdopodobnie największy hardcore z możliwych. To już nawet nie chodzi o to, że trzeba się przeciskać pomiędzy ludźmi, skuterami i osiołkami ciągnącymi stragany – większym problemem jest znalezienie wyjazdu. Google Mapsy tu nie pomagają. Siatka ulic jest na tyle rozbudowana, a zasięg GPS na tyle słaby, że nasza kropka na mapie przemieszcza się skokowo. To i tak nie ma znaczenia, bo duża część ulic jest nieprzejezdna ze względu na swoją szerokość, a próba nawrócenia kończy się fiaskiem.

 


Dzień, w którym nas prawie porwali


 

Pamiętacie jak mówiłem, że wszyscy są super pomocni? No to są. Znowu trafiamy na grupkę młodzieży, która tłumaczy nam, że dalej nie pojedziemy, bo jest za wąsko. Chcą nam pomóc w znalezieniu parkingu. Im bardziej tego nie chcemy, tym bardziej oni starają się pomóc. Zawracamy i chcąc-nie chcąc musimy jechać za jednym z nich, który prowadzi nas biegiem. Doprowadza nas do parkingu, na którym stanąć nie chcemy. Zostawiamy go, ale kawałek dalej znowu znajdujemy się w miejscu, w którym jechać się nie da, a nas otaczają ci sami pomocni ludzie. Każą nam zapłacić za swoją nieocenioną pomoc.

Pewnie byśmy zapłacili dla świętego spokoju jak ostatnie leszcze, gdyby nie to, że ostatnie pieniądze oddaliśmy parkingowym. Otaczają samochód i atmosfera staje się nieco ciężka. Bo mili są faktycznie wszyscy zawsze, ale tylko gdy się za to zapłaci.

 

Od tego momentu następuje lawina niepowodzeń – wszystko co robimy pogrąża sytuację jeszcze bardziej. Czujemy się jak w Kac Vegas.

 

Po około 20 minutach dyskusji, w której lokalsi próbują nas nastraszyć i wyciągnąć pieniądze, a my chcemy im zapłacić, ale nie mamy czym, następuje impas. W sumie nie dziwię im się, że nam nie wierzą, bo jak 4 turystów z Europy może nie mieć przy sobie nawet 5 euro.

 

W portfelu znajduję 20zł, nie chcą oczywiście takich pieniędzy (na co komu złotówki), ale zgadzają się eskortować nas do kantoru. Jedziemy za skuterem. Wychodzę z samochodu i idę z nimi, ale po drodze okazuje się, że 5euro zmieniło się w 20. Wracam szybkim krokiem do auta i próbujemy natychmiastowej ucieczki, ale to oczywiście udaje się tylko w filmach. Natychmiastowo pojawia się przed nami skuter, który tarasuje drogę i wracamy do impasu. Dzwonię po Piotrka, który jedzie drugim samochodem, aby podrzucił jakąś kasę. Gdy ziomale to widzą, stwierdzają, że Piotrek na pewno przyjdzie z policją, więc uprzejmie znikają i pokazują, żebyśmy jechali. Niestety nie wszyscy. Jeden z nich zostaje. Czekamy więc, bo kolejna nieudana próba ucieczki to byłoby już zbyt wiele.

 

Piotrek przychodzi z właścicielem naszego lokalu, który z naszym osobistym porywaczem chwile rozmawia, ale nie przynosi to żadnego skutku. Pewnie coś by nam wyjaśnił, gdyby mówił po angielsku. Przekazujemy odpowiednik 30zł i sytuacja się kończy… prawie.

 

Nie byłbym sobą, gdybym na odchodne nie strzelił gościowi zdjęcia z Piotrkiem (po lewej). Gość wpada w złość i przerażenie. Jest przekonany, że to zdjęcie dla policji. Policji się tutaj boją. Gość próbuje oddać pieniądze i krzyczy, żebyśmy odjeżdżali, ale jako niezbyt rozsądni turyści mówimy, że tych pieniędzy nie chcemy.

 

Moglibyśmy pewnie odjechać zatrzymując kasę, ale mimo wszystko chcemy mieć tutaj neutralne relacje z lokalnymi podczas 2-dniowego pobytu. Pokazuję, że zdjęcie usuwam, zwracam zwrócony haracz i znikamy.

 

Zrobiliśmy wszystko źle. Nie należy tu dyskutować, nie należy w jakikolwiek sposób pokazywać, że przyjmuje się pomoc, nie należy ruszać się bez drobnej gotówki i nie należy robić też wielu innych rzeczy, które zrobiliśmy.

 




 

Od tego momentu unikamy jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi w Marakeszu. Niezależnie od tego, czy chcą nam szczerze pomóc, czy tylko po to, aby poprosić później o pieniądze – i słusznie. To jedno z tych miast, w których pilnować trzeba się cały czas. Nawet w Carrefourze (w którym ceny przypominają Kerfura francuskiego + koszt dostawy do Afryki), człowiek który natychmiast zaczyna na kasie pakować nasze zakupy w siatkę (w koszulce Carrefour, aby nie było wątpliwości), nie chce wypuścić nas ze sklepu bez uiszczenia opłaty za pomoc w pakowaniu. Po drodze oczywiście jest też taksówkarz, który koniecznie chce nas podwieźć do domu i gość z osiołkiem, który chce pomóc w noszeniu siatek.

Nie lubię miejsc, w których cały czas należy być skupionym, a każdemu zależy na wyciągnięciu od Ciebie pieniędzy. Nawet temu dziecku, które podrzuca Ci pod nogi chusteczki, ty je z przyzwyczajenia podnosisz i okazuje się, że właśnie je kupiłeś.

 

 

Cudowna Medina.

Marrakesz to niesamowite miasto, a powiedziawszy prawdę, to Medina jest najpiękniejsza, ta stara ! Mury okalające powstały nie z cegieł a z kamieni , piasku, gliny itp. i stoją po dziś dzień ! Uliczki kręte i wąskie, gdzieniegdzie są tak wąskie, że tylko człowiek może tamtędy przejść, czyż to nie jest piękne? Otóż tak, to jest piękne !!! A jakimi kolorami wszystko to jest pomalowane, ja jestem w zachwycie !!!
Sklepik przy sklepiku, towar – jaki tylko chcesz. Wspaniałe i kolorowe przyprawy pięknie wyeksponowane, aż chce się je kupować a najpierw smakować ! Najpiękniejsze stoiska są z wyrobami ceramicznymi, metalowymi, tekstylia i oczywiście – biżuteria! Nie mogłam przejść obojętnie obok biżuterii i kupiłam coś niecoś dla siebie . Od znajomych dostałam latarenkę z metalu i kolorowego szkła, piękna, a jak zapaliłam w niej świeczkę stała się cudowna. Nie napisałam o zapachach, czuć je wszędzie, są aromaty, zapachy naturalne, tj. ryby, mięso, warzywa itp. oraz nieprzyjemne. Na zakupy proszę chodzić ze znajomymi lub z przewodnikiem marokańskim, samo targowanie to przyjemność, oni czyli sprzedający to lubią. Wrócę tu jeszcze !!!!

serce_13 w serwisie tripadvisor.com

 

Serce_13 ja Cię znajdę tak jak każdego blogera, który pisał o pięknie Mediny! Ja wierzę, że to się może podobać. Odbieram to trochę tak, jak gdybym zobaczył recenzję pensjonatu w stylu: „Nieco chłodno – rano musiałem skuwać lód z twarzy. Na kolację upolowałem sobie kota tępym widelcem, a z braku wody popiłem własnym moczem. Zdecydowanie polecam, Bear Grills”.

 

Dobrze, że nasza chata znajdująca się w centrum tego chaosu, była bardzo fajna i względnie tania:

 

 

Początkowo na Marakesz nawet się cieszyłem. Pomyślałem, że będę jak te blogerki co chodzą ciasnymi uliczkami i robią sobie zdjęcia reportażowe lokalnego kolorytu. Tylko w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że jestem jak europejski turysta (więc bogaty), spacerujący wśród ekstremalnej biedy i chaosu, tylko po to, aby na nie popatrzeć i porobić sobie zdjęcia. Trochę niefajne. Nie dziwię się lokalsom, bo skoro ja przyjechałem patrzeć na biedę, to czemu oni nie mają na mnie patrzeć jak na pieniądze.

 

 

To oczywiście moje zdanie – Instagram pod hashtagiem #Marrakesh pełen jest zachwyconych dziewcząt kupujących lokalne wyroby lub pozujących z Bediunem i małpką trzymaną cały dzień na krótkim łańcuchu.

Nie znajdujemy nic, co mogłoby zostać określone mianem „odwiedzić koniecznie. Na samo miasto warto według mnie poświęcić ze 3 popołudniowe godziny, ale bardziej w kontekście „zobaczyć jak jest źle”.

W ramach strajku część popołudnia spędzamy w galerii handlowej, w której ciuchy są droższe niż u nas, a kawę wypijamy w Starbucksie. Denerwujące poczucie, że każdy będzie próbował nas jakoś oskubać nie ustępuje przez co całe nasze pozytywne postrzeganie Maroka jest nieco zniszczone.

 



 

Miasto ma swój specyficzny klimat. Uliczki zapchane turystami i handlarzami, pomiędzy którymi przemykają hałasujące skutery. Smród przypominający nieco Rybnik, ale czuć, że smog jest świeży – prosto z rur pojazdów, które najlepsze czasy ma setki tysięcy kilometrów temu. Schowane na patiach ogrody, do których cały ten zgiełk nie dociera (płatne po kilkadziesiąt złotych) też ciężko docenić człowiekowi z kraju, w którym jeszcze niedawno, każdy miał swój ogródek. Nawet fakt, że taki ogród zrobiony jest z instalacji hydraulicznej liczącej tysiąc lat, która transportuje wodę z oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów gór, nie budzi we mnie takiego podziwi, na jaki zasługuje.

Potwierdza się tylko nasze przekonanie, że nie jesteśmy turystami miejskimi.

 




 


Maroko zamiast Kanarów? Dlaczego?!


 

Jest sto tysięcy powodów, dla których zamiast Maroka, powinno się jechać na taką Gran Canarię, czy Teneryfę, ale odwrotnie? Przez kilka dni ciężko było mi znaleźć sensowne wyjaśnienie dla takiego pomysłu.

 

Wydaje mi się, że najlepszym będzie: Jeśli po przeczytaniu tego wpisu, jesteś pewny, że chcesz odwiedzić Maroko – jedź. Jeśli masz wątpliwości, trzymaj się sprawdzonych kierunków. Dla mnie górskie tereny wiejskie były świetną odskocznią od tego, co widuję normalnie, miasta z kolei były ogromną pomyłką. Zapytany dzisiaj wiem, że wolałbym wrócić do Maroka z gravelem, niż tłuc po raz kolejny, z dziesiątkami innych kolarzy Pico de las Nieves lub Teide. Ale to jestem ja, ja jestem dziwny. Panda do Maroka już pewnie nigdy nie wróci.  Kobiety ten kraj postrzegają inaczej. Ja pewnie też czułbym się pewniej, jadąc tam bez niej.

 


Na koniec chciałbym tylko dodać, że tekst, w momencie gdy go pisałem miał wydźwięk zdecydowanie pozytywny. Ciężko wypowiadać się o całym kraju, gdy widziało się dwa miasta i pasmo górskie, ale wiem, że w góry Atlas wrócę z rowerem wyposażonym w opony 32mm. Problem w tym, że po przygodach w Marakeszu opinia Pandy jest zupełnie odmienna, a jako korektor, to ona ma tutaj ostatnie słowo.

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X