Sty '20 16
kategoria: Felieton

Mistrzostwa Polskie w Kolarstwie Przełajowym, Szczekociny 2020

 

Pojechaliśmy do Szczekocin na Mistrzostwa Polski w Kolarstwie Przełajowym. Co roku mówimy sobie, że szkoda dnia z życia na taki wyjazd. Co roku też, w styczniu, stoimy 4. godzinę na zimnie i zastanawiamy się „co poszło nie tak, że znowu tu jesteśmy?”. Byliśmy kiedyś na Mistrzostwach Świata w Valkenburgu, byliśmy na Mistrzostwach Belgii w Kruibeke, byliśmy dwukrotnie na Mistrzostwach Polski i jesteśmy stałymi bywalcami na Syrenka CX. Jak na ludzi, których zawodowe kolarstwo zupełnie nie interesuje, oglądamy go dość sporo. A może po prostu jeździmy na frytki, kiełbaskę i pączki…?

 

 

Swoją drogą, zanim następnym razem napiszesz w internecie komentarz z oburzeniem, że piłkarze zarabiają dużo albo że kolarstwo jest całkowicie pomijane, zastanów się gdzie byłeś i co robiłeś tego dnia.

 

Co mi się nie podobało?

 

Moja postawa fotograficzna

Odkryłem, że w każdej dziedzinie życia jest tak samo jak z rowerami. Na wyjazd pożyczyłem dzięki uprzejmości firmy Leica „najlepszy kompakt świata”, czyli Leica Q2. Okazało się, że jest jak z drogimi rowerami: po pierwszy swoim, objechanym sprzętem amator pojedzie szybciej niż topowym, ale pożyczonym, a po drugie rzeczy dla amatorów są dla amatorów lepsze niż rzeczy dla profesjonalistów, w rękach amatorów. Zdjęcia są więc jakie są ;-)

 

 

 

Że miejsce tak bardzo promuje komunikację rowerową

Oto miejsce oddalone o 220 kilometrów ode mnie, do którego, Według Google Maps łatwiej dojechać rowerem niż komunikacją. To minus mały, bo i tak większość osób przyjedzie samochodem.

 

 

Że znaleziono miejsce bez bazy noclegowej

Wyczyn niemały. Większość z tych noclegów, które widać poniżej na Bookingu była niedostępna.

Mam wrażenie, że Mistrzostwa Polski organizowane są w najbardziej ukrytych miejscach mapy naszego kraju, jak to tylko możliwe. Z drugiej strony, te dwa lata temu były w najbardziej eksponowanym miejscu, bo rywalizację dało się oglądać z ekspresówki Częstochowa – Katowice.

 

 

Że rozbite na dwa dni.

Nie wiem, czy coś się da z tym zrobić, ale chciałbym, aby przynajmniej Mastersi jechali tego samego dnia, co Elita. Dwa razy do Szczekocin jechać mi się nie chce, a naprawdę chciałbym zobaczyć rywalizację wielu swoich znajomych. Co za tym idzie:

 

Że nie mam komu kibicować.

Bo nie ma Małysza. Brakuje nam barwnych postaci, które śledzi się w internecie. Takich, które nie wrzucają ciągle zdjęć podpisanych: „patrz, znowu jestem w ciepłych krajach, a Ty nie”, które nie wciskają na każde zdjęcie produktów firm, z którymi współpracują,  które nie wrzucają swojej głowy na podwórku z informacją, że życie sportowca jest tak ciężkie i wymaga olbrzymiej systematyczności, a Ty czytasz to siedząc 7. godzinę, 4. dzień z rzędu przed monitorem. Brakuje osób, które znasz z internetu i czytasz z ciekawością śledząc ich życie sportowo-prywatne od tej ciekawej strony, nie od strony omleta ze szpinakiem i kawy na plaży w miejscowości Moraira. Trochę takich jak Bartek Mikler, którego wpisy mogą się podobać lub nie, ale są kolorowe. Możesz wtedy kibicować, aby wygrał, bo go lubisz, albo kibicować, aby przegrał, bo go nie lubisz. Wiecie, tak „na Halejaka” (od 15. sekundy), on będzie stał i płakał, a Ty będziesz patrzył i się śmiał.

 

 

Przez długi czas byłem antyfanem Marka K, bo martwił mnie fakt, że wygrywa MP, a potem nie jedzie na MŚ, przez co znowu nie mam komu tam kibicować. Potem zmądrzałem i zapytałem sam siebie: „dlaczego ktoś miałby sam płacić za możliwość reprezentowania kraju” i okazało się, że w sumie jest mi niestety wszystko jedno kto wygra w elicie. Tyle lat w głupim błędzie. Został mi tylko niezawodny Adam Żuber (i jego wielki autobus) do dopingowania.

 

A poza tym rozjazd formy sportowej jest mniej więcej taki, jak na Syrenka CX i przez większość czasu ogląda się to jak Formułę 1.

 

Że trasa mi nie imponowała.

Trasa z punktu widzenia zawodników była podobno fajna, z punktu widzenia kibica – dyskusyjna. Powiedzmy sobie szczerze i boleśnie – kibice chcą oglądać bezpośrednią walkę i walkę z trasą (czyt: nieszczęścia ;) ). Zabrakło mi ciężkiej górki, jakiegoś trudnego podbiegu i trochę bezpośredniej walki, i nie mam tu na myśli prostej startowej oraz zwężenia trasy do szerokości jednego zawodnika kawałek dalej. Szkoda też, że nie było więcej pofałdowań terenu, takich które działają jak platformy widokowe – stoisz w jednym miejscu, widzisz dużą część trasy.

 

 

Pogoda mi nie imponowała

Gdzie błoto, gdzie syf, gdzie lód, śnieg i w ogóle coś śmiesznego?!

 

Że jest tak dużo Mistrzów Polski.

Ja wiem, takie jest kolarstwo. Mamy mistrzów na płaskim, na górkach, na czas, na tysiąc konkurencji na torze i w przełajach mamy mistrzów w: Master V, Masters IV B,  Masters IV A,  Kobiety Masters Open, Masters III A, Masters III B, Masters II A, Masters II B, Masters I, Juniorka Młodsza, Junior Młodszy, Junior, Juniorka, Elita Kobiet, U23 kobiet, Elita mężczyzn, U23 mężczyzn

 

 

Że ta frekwencja w elicie jakaś dziwna:

W wyścigu elity jedzie 35 osób, z czego 20 jedzie nie w elicie, a w U-23

 

Że moja dziewczyna od niedzieli siedzi w internecie i ogląda posiedzenia PZKOLu

Mówi, że ją śmieszy i jak będzie duża to zostanie działaczem. Odkryła trochę klasyki, ale mam wrażenie, że ogląda to z miną jak my, wiele lat temu, gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy jak gość w Jackass wymiotuje na patelnie, robi z tego jajecznicę i zjada. Wiecie: taka skrzywiona twarz mówiąca: „NIE”… i odpalająca kolejny odcinek.

 

 

Co mi się podobało?

 

Podobało mi się, że byli ludzie.

Podobno 600 startujących (choć duża część w sobotę). Szok. Stwierdzenie, że przełaje wychodzą z szafy byłoby tu na wyrost, ale nie wiedziałem nawet (znowu), że w Polsce tyle rowerów przełajowych mamy! Według mnie jest to sport, który sprawia radość tylko gdy się umie go uprawiać, więc szacun.

 

 

 

Że był grill, DJ, jakieś losowanie, leżały gazetki SZOSA i tak dalej.

Oczywiście, DJ grał w namiocie, do którego ludzie nie przychodzili, na grillu nie mieli wege, a losowanie nagród (poza główną) było W CZASIE WYŚCIGU ELITY KOBIET, ale czuję się jak warszawki przygłup, mówiąc „hej, pojechałem na przełaje do Szczekocin i nie mieli tam wegetariańskiego mięska na grillu”.

DJ Kwejk Kejwka to super gość, zabrał mnie w niezbadane odmęty youtube’a. Trafiłem na kilka jego hitów granych podczas studniówek – nie wiedziałem nawet, że ma takie znane utwory! Potem postanowiłem iść po kawę i niczego więcej tego poranka już nie robić.

 

 

 

Że po wielu latach odkryłem, iż Azalia Brzóza Królewska to nie jest imię i nazwisko zawodniczki

Do wniosku takiego skłoniła mnie dekoracja, na której Azalia co roku jest coraz młodsza.

 

Że przez cały tydzień po powrocie do domu mam co czytać w internecie

Na co poszły wielkie pieniądze przeznaczone na organizację, dlaczego nikt nie dyskwalifikował falstartów, dlaczego trasa była nielegalnie wąska, dlaczego cośtam cośtam z boksem serwisowym, dlaczego niektórych dyskwalifikowali na modyfikację numerków, coś o alkoholu ale nikt nie wie co i tak dalej…

 

Że była transmisja w internecie

Byli komentatorzy, były nawet ujęcia z drona, więc na bogato. Bardzo dobrze. Szkoda tylko, że zapomniano chyba o niej wcześniej wspomnieć ;-) Transmisję można sobie powtórzyć tutaj.

 

Że to dalej trochę przaśne.

Bo Szczekociny, te busy z milionem naklejek lokalnych firm stojące obok ogromnego autobusu MAZOWSZE SERCE POLSKI CYCLING TEAM, z którego startował jeden zawodnik, że ci ludzie z brzuszkiem i wąsem, trochę za dużych strojów i w ogóle momentami powrót do przeszłości zderzający się z masterskim profesjonalizmem.

 

 

 

 

Że to fajne ściganie było.

I to jest najważniejsze. Wątpię, aby przełaje były kiedyś popularnym u nas sportem, jeśli nie urodzi się wybitny talent, ale to nie szkodzi. Impreza była generalnie dobra i mogła się podobać. Zarówno startującym, jak i kibicom. Taka trochę Syrenka CX połączona z festiwalem ziemniaka na większej wsi.

 

 

Bardzo piękna impreza, piękna organizacja, dziękuję bardzo wszystkim organizatorom, działaczom, samorządowcom, związkowcom za tę doskonałą imprezę i że znaleźli czas dla tych młodych sportowców, tyle serca nasze znakomitości włożyły i pozwolili iść w ślady wielkich polskich, światowych kolarzy!

…przepraszam, udzieliło mi się

 

 

 

I jest OK, plan minimum wykonany. Ludzie byli, ściganie było. Syrenka CX pokazuje, że do dobrej zabawy wystarczą ludzie, trochę taśmy zabezpieczającej i w miarę inteligentna trasa. Dużo nie trzeba. Fajna impreza.

 

 

I jest tylko tych kilka szczegółów, takich szczególików, które nieco zastanawiają, a o których nikt nie pisze (głośno), bo to byłby poziom Super Expressu…

 

 

O ludziach z ekip technicznych, którzy nawaleni w 3 zadki o mało nie zderzają się z zawodnikami na trasie (ale nie przeszkadza im to, bo świadomość jest gdzie indziej).

 

O sytuacjach, w których taki opiekun łapie w objęcia finiszującego zawodnika. Obopólna korzyść – jeden otrzymuje podziękowanie, drugi stabilizację.

 

O tym, że przechodząc obok niektórych autobusów, gdy człowiek nieświadomie zaciągnie się powietrzem, to boi się potem wsiąść za kółko.

 

O tym poklepywaniu się każdego z każdym i stu tysiącach wymienianych ciągle pozytywnych epitetów. Gdy każdy dziękuje każdemu, gdy każdy chwali każdego. To nie pozostawia wątpliwości, kto na tej imprezie liczy się naprawdę i dla kogo jest ona organizowana. Uważam, że zawodnicy powinni być wdzięczni wspaniałomyślnym samorządowcom i związkowcom, że ci dali im szansę brać udziału w takiej wspaniałej imprezie.

 

Nie kryje się z tym nawet spiker, który wielokrotnie opowiada o bankiecie dnia poprzedniego, który był „karnawałowy, mocno karnawałowy”, a mimo tego zmęczenia wszyscy dzisiaj stawili się znowu na wyścigu. WTFFFF?!

 

Esencją spikera jest moment, w którym wywołuje na scenę kolejne osoby (do podziękowań) i wśród nich prosi również panią Agatę Lang per „prosimy panią Agatkę”.

 

…i takie różne, inne nic nie znaczące pierdoły

 

 

 

 

Ale może to moje czepialstwo po prostu i piszę to tylko po to, aby mieć się do czego przyczepić. Bo to są przecież szczegóły. Działacze i samorządowcy przecież na to zasłużyli, a ja im po prostu zazdroszczę dobrej zabawy.

 

 

 

*oczywiście to nie jest tak, że u nas jest jakoś więcej alkoholu niż w takiej Belgii, jest tyle samo, tylko ludzi dużo mniej.

**i to oczywiście jest słaby dowcip, duża część kibiców w takiej Belgii czy Niderlandach jest w połowie wyścigu absolutnie pijana i też robi przypał.

 

o autorze:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X