Bilety do Leeds kupiliśmy na dzień przed lotem, bo okazało się, że są w dobrym terminie i tanio.

Zawsze chciałem jechać do Anglii. To wspaniałe, bardzo popularne kolarsko miejsce, choć wydaje się przez nas nieco ignorowane. Piękny kraj, pełen miłych i eleganckich ludzi oraz doskonałego jedzenia. Potwierdza to każda jedna rozmowa zarówno w Warszawie:

– gdzie jedziecie na weekend?
– do Anglii.
– do Anglii? (zauważalne zdziwienie)

Jak również każda jedna rozmowa na tam na miejscu:


– mieszkacie tutaj czy w Polsce?
– w Polsce. Tutaj przyjechaliśmy na długi weekend.
– do Anglii?
(zauważalne zdziwienie)

Bo tak, posługując się przydatnymi stereotypami, można uznać, że lotami do Leeds, Manchesteru, czy Birmingham, latają głównie malarze i tynkarze. Potwierdza to tablica odlotów w Leeds – samoloty latają do Polski i w ciepłe kraje.

Ten wpis jest nie lada wyzwanie, bo ile można napisać o jeździe przez pola z owcami

i to w taki sposób, aby kogoś zachęcić

Dzięki temu, loty są tanie. Za nasz – w najbardziej prestiżowym terminie, bo w czwartkowy poranek, rozpoczynający długi weekend, z powrotem w niedzielne popołudnie, zapłaciliśmy mniej niż 500zł. Choć na miejscu okazało się, że cena lotu nie ma żadnego znaczenia w ogólnym rozrachunku.

Rzeczy, które warto wiedzieć.

  • Nigdzie, nigdy nie było tak drogo:
    • Makaron z czymś w restauracji po drodze: 90zł
    • Najtańszy sensowny (nie hostel) nocleg: min. 500zł-600zł/doba. A i tak można klaskać uszami, że udało się znaleźć coś wolnego.
    • Gałka lodów z przyczepy mijanej po drodze: 20zł
    • Hamburger po drodze: 90zł. Pewnie dlatego ludzie żywią się fish&chips za 9GBP oraz kanapkami
    • Fish&chips może i kosztuje 9GBP, ale do tego keczup kosztuje 2GBP, sól 0.5GBP, ocet 1GBP itd.
  • Nigdzie, nigdy nie było tak ciężko
    • Może trochę przesadzam, ale pogoda+ukształtowanie terenu sprawiają, że jest ciężko. Takie świętokrzyskie, ale rozciągnięte w pionie i w poziomie
    • Lokalsi nie opanowali chyba jeszcze sztuki wyprzedzania. Potrafią się wiele minut kulać za kolarzem jadącym 5km/h. Człowiek ma ochotę zejść z roweru i zapytać “WTF?!”.
    • Z drugiej strony, gdyby lokalsi wyprzedzali jak w Polsce, nasza podróż skończyłaby się na pierwszym zakręcie. Drogi szerokie na dwa metry + ogromna liczba zakrętów + żywopłoty/kamienne mury na poboczach sprawiają, że auto z naprzeciwka pojawia się jakieś 2 sekundy przed minięciem się.
  • W Anglii nie mówią po angielsku (international) tylko po angielsku (british). To taki sam angielski, jakiego uczymy się w szkole, ale z dużym ziemniakiem trzymanym w ustach.
  • Ludzie są zaskakująco przyjaźni i uśmiechnięci
  • Jedzenie jest bardzo dobre: składa się z tłuszczu lub cukru i dodatków.

Najwyższy poziom planowania.

Odstęp jednego dnia od decyzji do wylotu nie daje specjalnych możliwości organizacyjnych. Ograniczam się więc do narysowania “jakiejś” trasy na Komoocie i tyle. Rysowanie trasy w UK różni się nieco od planowania trasy np w Etiopii. Mam wrażenie, że na Komoocie każdy, najmniejszy kamień jest opisany i skomentowany przez kilkanaście osób. Dzięki temu jedziemy na przykład przez The only street in the UK called “Football”. Plan jest prosty: wylądujemy na lotnisku w Leeds i jakoś to będzie. Chcielibyśmy zobaczyć przynajmniej dwa miejsca, z wielkiej, lokalnej trójki: Peak District, Yorkshire Dales, Lake District.

W porcie lotniczym Leeds/Bradford, który nie jest ani w Leeds ani w Bradford i do którego nie jeżdżą pociągi meldujemy się jakoś koło 8 rano. Wita nas ulewa i temperatura 10 stopni, czyli wygląda to dokładnie tak, jak wyobrażałem sobie Anglię. Przypomina mi się mój były szef z Manchesteru, który mówił, że jak świeci słońce to ludzie biorą urlop. Złożenie rowerów idzie nam wyjątkowo sprawnie i koło 9 jesteśmy już gotowi na przygodę. Udajemy się więc na spacer do najbliższego hotelu prowadząc dwa rowery i dwie walizki. Wybór jest łatwy, bo najbliższy hotel jest jeden, a potem długo nic. Formalnie, według Bookingu to nawet tego najbliższego nie ma, ale jak się później okazało, noclegów szuka się tu na Googlach a nie na Bookingu.

Prowadzenie dwóch rowerów i dwóch walizek nie jest ani przyjemne, ani komfortowe. Równie dobrze można byłoby zaryzykować składanie roweru dopiero pod hotelem, który zgodzi się przetrzymać nasz bagaż, ale dzięki tej nielogicznej decyzji udaje nam się przeczekać deszcz pod dachem. Dogadanie się w hotelu jest proste. Ja tłumaczę pani, że chcielibyśmy zostawić walizki, iść na rower i odebrać je za trzy dni, a ona nam tłumaczy, że się nie da. Drugie podejście też skuteczne, tłumaczę to samo, ale z zastrzeżeniem, że chętnie zarezerwujemy pokój na ostatnią noc pobytu – tak też się nie da. Po kilku telefonach do managerki obiektu udaje się wszystko załatwić i na wszystko się zgadza. Słyszę jak tłumaczy swojej szefowej, że wynajęliśmy pokój, zostawimy walizki, pójdziemy na rower i za kilka godzin po nie wrócimy. Startujemy od nowa, tym razem staram się zamienić swój język w ziemniaka i opowiedzieć to jeszcze raz. Tym razem się udaje, nasze walizki dostają pokój dla niepełnosprawnych na 3 dni, a my 4. do nich dołączymy płacąc tylko za ten ostatni dzień. Co się wydarzyło: nie wiem, ale nie wnikam. Za noc płacimy £100.99 – wtedy wydaje się to dużo, teraz wiem, że to super cena. Walizki zostawione, można jechać – jest jakoś koło 9 rano, bo i czas po drodze zdążył się nieco przesunąć. Cały dzień przed nami.

Czwartek – Yorkshire

Distance: 110.50 km, Elev Gain: 1,793 m, Elapsed Time: 10:05:24

Pogoda nam dopisuje przez całe 3 dni: nie mokniemy, a temperatura jest taka, że w krótkim rękawku za zimno, a w długim za ciepło. Jak słońce przebija się przez chmury jest upał, jak się chowa, jest jesień. Pierwszego dnia towarzyszy nam też niemiłosierny wiatr, który w połączeniu z profilem trasy składającym się na zmianę z podjazdów/zjazdów 10-20% potrafi nieźle przeciorać.

Ale to wszystko nie szkodzi, jest tak zielono, że zieleniej być już nie może. To jest poziom zieloności, który osiągały chyba tylko portugalskie wyspy. Jest też największa liczba owiec, jaką w życiu widziałem. Liczba wsi, a w zasadzie domostw, które mijamy po drodze jest całkowicie nieadekwatna do powierzchni pól które mijamy. Te z kolei poprzecinane są murami z ułożonych na sobie kamieni, które swoim rozmachem (łączną długością) konkurować mogą chyba z Murem Chińskim. Dodatkowo, każde jedno zabudowanie wygląda jak makieta do serialu Peaky Blinders, co w sumie nie powinno dziwić, bo do Birmingham jest jakieś 150km w linii prostej. A jakby to dodatkowo było mało, to jeszcze każdy jeden dom tłumaczy skąd wzięło się określenie “angielski ogród” (czyli w porównaniu do wymuskanego-francuskiego, dziki). Łapiecie o co mi chodzi – jest tak ładnie, że nawet wichura w ryj i nieprzyzwoite ceny nie są w stanie zabrać mi uśmiechu z twarzy.

 

 

Tego dnia robię ze 300 zdjęć. Średnio na jedno zdjęcie przypada około 12 owiec, więc stosując zaawansowaną matematykę wychodzi mi, że uwieczniłem 3600 owiec. Jeśli wieczorem będę liczył w tempie jedna owca na sekundę, mam całą godzinę żeby zasnąć. Wtedy nie wydaje się to problemem, ale teraz, w momencie, gdy piszę te słowa i jednocześnie przeglądam zdjęcia, mam przed sobą siódmą kawę. A warto dodać, że uwieczniałem pewnie jedno na dwadzieścia stad. Jeśli w ogóle można mówić o stadach w tym nieprzerwanym paśmie owiec. Chyba tylko za pomocą wspomnianych wcześniej kamiennych płotów da się to jakoś uporządkować.

Delikatnie licząc, tego dnia mamy na trasie około trzynastu tysięcy (może trochę przesadzam) małych, lecz stromych podjazdów i jeden duży. Najgorzej, że wygląda na duży tylko w momencie, gdy się po nim jedzie. Fizyka tu działa generalnie jakoś inaczej – człowiek rozpędza się z górki i nagle, bez dotykania hamulców jego prędkość spada o 40km/h, a rower się zatrzymuje.

Podjazd nazywa się Settle Nipple i ma 4% na ponad 5km, co jest oczywiście nieprawdą, bo ja wiem jak wyglądają 4% i to na pewno nie są one.

Tak samo zresztą jak następujący po nim zjazd, który ma na najbardziej stromym kilometrze ma ponad 11%, a w rzeczywistości ma wszystkie możliwe procenty.

Fajne w tym wpisie jest to, że jak ktoś tylko scrolluje i ogląda zdjęcia bez czytania tekstu, pewnie nawet nie zauważy, że jest to górka, którą męczyliśmy 40-minutowym podjazdem.

Każda męczarnia zostaje w życiu jednak wynagrodzona, bo życie jest sprawiedliwe, prawda? Cóż, gdybyśmy byli ekstremistycznymi wyznawcami Allaha, za tę niesprawiedliwą walkę czekałyby na nas 72 nagie hurysy. Ale nie jesteśmy, więc czeka na nas stary, nagi mężczyzna i jego kawiarnia. Fair enough, jaka walka, taka nagroda. Postanawiamy więc “jeszcze kawałeczek wytrzymać i zjeść coś w kolejnym mieście”. Kolejnego miasta oczywiście w najbliższej przyszłości nie będzie. Ye Fake This Shit.

Dopiero 20km później (czyli w normalnym świecie “kawałek dalej”, a tutaj “3 dni jazdy dalej”) stajemy na pizzę. Pizza może i nie jest najbardziej brytyjskim daniem, więc dobieramy do tego frytki z serem. Od tego dnia, mogę śmiało mówić, że UK ma najgorsze frytki świata i mam jeszcze ze 3 dni żeby się w tym przekonaniu utwierdzać. To w zasadzie nie frytki a frytko-ziemniaki. Ich frytki mają się do naszych frytek, tak jak ich pieczywo do naszego.

Nie zmienia to jednak faktu, że dalej jest niewyobrażalnie ładnie. Połączenie widoków, ukształtowania terenów, dróg, stosunku liczbowego ludzi do zwierząt Sylwia podsumowuje jednym zdaniem.

To są chyba jakieś jaja

Sylwia o Yorkshire

Śpimy w Kendall. To średniej wielkości miasteczko jak na tutejsze warunki. Jest jednak sieciówka hotelowa oraz Lidl – niczego więcej nie potrzeba. Nocleg zaklepuję przez stronę hotelu znalezionego na Googlach, bo na Bookingu go oczywiście nie ma. Za noc w Travelodge Kendal Town Centre płacimy £77.99. Panie z recepcji, rodem z brytyjskiej komedii o młodzieży bez przyszłości, same sugerują, abyśmy do pokoju udali się z rowerami. Nie jest to trywialne, bo malutki z zewnątrz hotel, umieszony w jednej z kamienic okazuje się przybytkiem, który na jednym piętrze potrafi pomieścić ponad 50 pokoi. Aby się dostać do naszego pokonujemy korytarz z 7 zakrętami o kącie prostym.

Jesteśmy umordowani – ciężko powiedzieć, czy wiatrem, czy terenem, czy faktem, że dzień zaczęliśmy jakoś po 3 w nocy (lub rano, jak niektórzy uważają).

Piątek – Lake District

Distance: 105.87 km, Elev Gain: 1,940 m, Elapsed Time: 9:25:09

Dzień potwierdza, że podjazd podjazdowi nierówny. Niby profil taki sam, trasa być może nawet cięższa, a dzień jednak łatwiejszy, choć dalej ciężki – co widać po liczbach. Przypominam też, że kilometr bikepackingowy nie jest równy kilometrowi normalnej jazdy. Przypominają mi się złote słowa, że planowanie trasy przy biurku jest jak robienie zakupów na głodnego. Trasa zaczyna się mocno, a potem jest już tylko mocniej. Wjeżdżamy bowiem w Lake District – wraz z sąsiednimi parkami narodowymi jest to chyba odpowiednik naszego Zakopanego. Jak świeci słońce to Anglicy biorą wolne i jadą tam spacerować lub siedzieć nad wodą. Przynajmniej ci, którzy nie polecieli na Majorkę lub Teneryfę.

Rozpoczynamy oczywiście z samego hotelu nieco ponad kilometrowym podjazdem o nachyleniu powyżej 5%, co może nie brzmi źle, gdyby nie fakt, że po drodze jest kawałek zjazdu. Nie szkodzi, widoki warte są wszystkiego, mimo że jest podobnie do tego, co oglądaliśmy cały poprzedni dzień. Może wiosek nieco więcej, ale dalej takich po kilka zabudowań. Nie zmienia się też to, że robienie zdjęć jest ciężkie, bo świat wygląda jak przepuszczony przez Photoshopa. Zrobienie zdjęcia iPhonem i wyświetlenie go na ekranie wypala oczy. Odbijamy gdzieś też gdzieś w bok na punkt widokowy. Dodatkowym problemem jest to, że każdego dnia mijamy niezliczoną liczbę różnych warunków pogodowych, więc zdjęcia zrobione w odstępie godziny wyglądają jak zrobione w innej porze roku: inne kolory, inne światło, wszystko inne.

Dużą frajdę sprawia mi analizowanie nazw dziesiątek lub setek segmentów na Stravie, który pokonujemy po drodze. Tak, zarówno Strava, jak i Komoot potwierdzają, że to mekka kolarstwa. Są więc po drodze na przykład:


zakręty: “I like my S-bends like I like my women…”
podjazdy po 10% przez 1km: “late for the ferry are we?”
trasy spacerowo/rowerowe przy jeziorze: “The Tourists Who Can’t Hear Bells Half Mile”
wysokie podjazdy: “Up as far as you can in the snow”
podjazdy do śmiesznie nazwanych pubów: “Climb to the Queen’s Head”
jazda przez miejscowości ze śmiesznymi nazwami: “Celleron … The Processor”
podjazdy pokazujące się za podjazdami: “Really didn’t need that”
lokalny zabytki: “Take me to church”
i odcinki, który nazwa mówi wszystko: “That big horrible hill!”

a to tylko wycinek jednej trasy, z jednego dnia. Jakby tego było mało, po drodze mijamy też poza standardowymi tutaj polami do golfa, pole do golfa, w którym za piłeczkę służy piłka do piłki nożnej, a za kijek – noga.

Nie decydujemy się wjechać w najbardziej popularne podjazdy Lake District. Te, których pokonanie wymaga mocnych samochodów lub dobrych podeszew*, czyli np. Hardknott Pass przekraczający podobno 30%. Powody są dwa. Pierwszy: nieoficjalny – po prostu nam się nie chce przepychać z bagażami. Drugi: jest ładna pogoda, okolice weekendu, ruch na głównych (jak na lokalne możliwości) drogach jest niezerowy. Oznacza to, że my będziemy się kulać 3km/h, a za nami będzie sznurek samochodów po horyzont. To nie brzmi jak wakacje. Żeby jednak zaznać smaku Lake District przejeżdżamy przez coś, co nazywa się “The stunning Lyth Valley”, potem mijamy największe w okolicy jezioro i kierujemy się na Kirkstone Pass – choć może niekoniecznie tą stroną, która powinniśmy. Bo zamiast podjazdem “The Struggle”, to główną drogą, na której ruch może i nie specjalnie dokuczliwy, ale mimo wszystko jest. The Struggle znany jest z tego, że biegł po nim z rowerem pan Bradley Wiggins podczas Tour of Britain.

*Tak, też się dziwie, że pisze się podeszew, a nie podeszw, ale mi pokreśliło i sprawdziłem w słowniku.

Podjazd super super, widoki oczywiście też – w naszej wersji ma blisko 10km ze średnią lekko poniżej 4% (oczywiście z drobnym zjazdem po drodze). Najśmieszniejsze jest w nim to, że pod szczytem czuję się przynajmniej jakbym był w rumuńskich Karpatach na 2000m, a jestem 4x niżej.

Jeśli podjazd był dobry, to nie wiem co powiedzieć o zjeździe poza tym, że zajął niewspółmiernie mało czasu w stosunku do podjeżdżania. Odważę się powiedzieć nawet, że gdyby ktoś mnie w to miejsce przeniósł miesiąc temu, powiedziałbym, że jestem obok ugandyjskich wulkanów.

Reszta dnia, nie wyróżnia się już niczym szczególnym. Jakieś jeziorka, jakieś pochowane zamki, pagórki, krówki, ze dwie turystyczne miejscowości. Wiadomo – bardzo ładnie, ale oboje mamy poczucie, że jedziemy przez taką okolicę już 7 dni i 7 nocy non stop.

Po drodze zatrzymujemy się w Appleby-in-Westmorland na klasyczne fish&chips. Podziwiam lokalsów, że traktują to jako normalne, codzienne jedzenie i faktycznie – kolejka po rybę z frytkami w pudełku jest cały czas. Zakakujemy też sami siebie, bo zamiast spędzić noc w Zamku Appleby (oczywiście w byłym pokoju służby, bo na tyle nas stać), decydujemy się przeturlać jeszcze 20km do Kirby Stephen i przenocować w pokoju z łazienką u starszej pani: Jolly Farmers Guest House. Za pokój ze śniadaniem płacimy £134.85. Tak, prawie 700zł i jest to jeden z najtańszych noclegów w szerokiej okolicy. Bo noclegów może i jest sporo, ale wolnych już niekoniecznie.

Żeby nie było za tanio, w pokoju wisi obraz owiec i ja już wiem… Sylwia spędza wieczór stalkując autorkę obrazu i, jak nietrudno się domyślić, zamawia numerowaną kopię z wysyłką do Warszawy. Autorka sama wraca do niej mailowo z pytaniem “dlaczego” oraz “jak to się stało?”.

Sobota – Yorkshire Dales i nie Pennis

Distance: 108.23 km, Elev Gain: 1,776 m, Elapsed Time: 9:08:50

Dzień zaczynam zawodem. Okazuj się, że górki, wzdłuż których jedziemy to wcale nie North Pennies, a North Pennines. Jedno “n” więcej, a ile radości mniej.

Na szczęście widoki to rekompensują. Zdawałoby się, że nic nas już nie zaskoczy, skoro dalej są tylko pagórki i owce, ale jest takie 10/10 w skali spokoju i przyjemności z jazdy. Inaczej byśmy pewnie mówili, gdyby bidony nie zostały zalane w Sparze przy noclegu, bo uzupełniałbym je chyba z rzeczki omijając owcze klocki.

Kluczowy moment dnia to Fleet Moss w okolicach 30. kilometra. Ponad 6km ze średnią przekraczającą 5,5% i ułożony tak, że najpierw jest ciężko, a potem wypłaszczenie, z którego widać całe końcowe 2km ze średnią 10%, które potem wcale nie okazują się końcowe. Widocznie, gdy Bóg tworzył to miejsce, pomyślał sobie “a jeszcze tu im jebnę, zdziwią się”.

Zjeżdża się za to bardzo przyjemnie, bo początek to rozgrzanie hamulców do czerwoności, a dalej już się człowiek powolnie toczy bez pedałowania wśród owiec, rzeczki i pojedynczych domków. Nawet jakieś lody po drodze się trafiają (20zł/gałka!).

Potem jest już klasyczne: “no już prawie jesteśmy, jeszcze tylko kilka godzin”. Chciałbym powiedzieć, że łatwe i przyjemne, ale tak nie jest. Mimo że momentami jedziemy dość ruchliwą drogą, dalej zdarzają się na niej fragmenty powszechnie uważane za bardzo strome.

Wycieczkę kończymy w “restauracji” The Wetherby Whaler w miejscowości Guiseley, które jest obok lotniska Leeds Bradford Airport w przeciwieństwie do miejscowości Leeds oraz Bradford. To polecone mi 3 dni wcześniej miejsce przez starszego pana w golfie, który z niewiadomych przyczyn poinformował mnie o kultowości tego miejsca podczas początkowych zakupów w Aldiku. Faktycznie, Google Maps mówi, że to lokalna sieciówka z rybą&frytkami z oceną 4,4/5 przy prawie 2000 ocen. Ciężko mi ocenić jedzenie po trzech dniach na rowerze, bo prawdopodobnie nawet błoto z solą byłoby niezłe, ale nie przestaje mnie zadziwiać, że to najpopularniejsze danie w okolicy. Frytki jemy oczywiście niesłone, bo szkoda nam 5zł na sól (chyba Tobie – dop. Sylwia). I tak by im nie pomogła.

W hotelu Travelodge Leeds Bradford Airport (który nie jest ani w Leeds ani w Bradford, ale za to w odległości spacerowej od lotniska) walizki czekają na nas w swoim dedykowanym, “accessible” pokoju. Można w spokoju leżeć i patrzeć w sufit do rana. Niedzielę poświęcamy na naprawdę błędów sobotniego wieczora. Tyle lat, a ja dalej nie umiem wycelować w “ile jedzenia kupić w Lidlu, aby wszystko zjeść”. Aby zobrazować, z czym muszę się zmierzyć – mam na przykład kanapkę “All day breakfast” (jak z Żabki, tylko 3x droższą), składającą się z 3 kanapek: bekon i jajko, kiełbasa i jajko, bekon i kiełbasa i jajko.

Ten wpis nie ma podsumowania, bo ile można pisać o owcach i pagórkach. Podsumuję tylko tak: polecam.