Słynny eksperyment psychologiczny prowadzony przez Timothy’ego Wilsona i Dana Gilberta wykazał, że ludzie wolą doświadczyć bólu niż samotności z własnymi myślami: uczestnicy w pustym pokoju bez telefonów woleli sami siebie razić prądem z nudów.

To dobrze wizualizuje proces myślowy, który towarzyszył mi przy biurku, gdy planowałem pojechać na wycieczkę do Kiszyniowa, ale odezwał się Piotrek z propozycją wizyty w polskich górach. Z Piotrkiem idę na rower raz na kilka lat… i to chyba wystarczy. Czasem jest bowiem bardzo zimno i daleko (Norwegia), czasem bardzo ciepło i daleko (Maroko). Tym razem miało być normalnie, tylko że z MTB. A co ciekawe, na zwykłym MTB byłem w górach raz. Raz, na tyle lat jazdy i tyle lat ścigania się góralami. Było to prawie 10 lat temu na Bike Maratonie w Jeleniej Górze, gdy przemekzawada.com pożyczył mi swój drogi rower. Przeczytałem sobie ten wpis i po raz kolejny przypomniałem sobie, że pewne wnioski nie zmieniają się przez lata. Na przykład:

"W MTB boli mnie fakt, że rower trzeba serwisować. Szczególnie w Warszawie jest to bolesne, bo wycieczka do serwisu to pół dnia i pół portfela."

"Cóż, z perspektywy czasu takie imprezy zawsze wydają się fajne. Jeśli zapytalibyście mnie gdzieś pomiędzy 40, a 70 kilometrem, moja odpowiedź brzmiałaby: NIGDY WIĘCEJ."

"Pod prysznicem spędzam w pełnym stroju z 15 minut próbując zmyć z siebie błoto i hańbę. Nawet butów do wanny nie ściągam. "

"Ściana deszczu delikatnie schładza ciało, nawierzchnia staję się śliska, a lecące we wszystkie strony błoto, raz po raz przekrzywia mi soczewki w oczach. Piękne życie, piękny weekend, doskonały wybór. Jestem z siebie dumny."

"Trasa jest trudna. Zjazdy składają się często z kamieni, którymi nie dość, że nie umiem przejechać, to nawet przeprowadzić roweru."

"Zaczyna się kalkulowanie – biorę swoją aktualną prędkość, dzielę sobie przez to pozostały dystans i wychodzi mi, że nie zdążę w poniedziałek do pracy."

I nasze 3 doby jazdy były tym razem dokładnie takie same. Jestem prawie pewny, że pierwsze kilkadziesiąt kilometrów były najgorszymi kilometrami kolarskimi mojego życia. A na pewno były w czołówce.

Z domu wychodzę w deszczu. Odważnie zakładam, że to ostatni deszcz, który na tej wycieczce zobaczę. Piękny był to plan, a meteorolodzy niech sobie wsadzą wiadomo-co, wiadomo-gdzie za te ich prognozy pogody.

Na Śląsk jadę Pendolino – to jedyny pociąg, w którym są jeszcze miejsca na rower. Może gdybym bilet kupił z odpowiednim wyprzedzeniem, zamiast tego samego dnia, byłoby lepiej. Z Piotrkiem umówiony jestem jakoś tak dziwnie, że muszę dojechać do Zawiercia lub Sosnowca. Mój kolega z pracy określiłby to mianem mema „trash vs garbage”. Ale nie byłaby to prawda, wbrew katowickim korzeniom, uważam że Sosnowiec to całkiem spoko miejsce. Za bilet płacę może i stówkę więcej niż Intercity, ale za to na miejscu jestem dobre kilkanaście minut szybciej… no i dostaję małą wodę oraz wafelka. Okazuje się również, że nocleg w Zawierci kosztuje mniej-więcej tyle, co luksusowy hotel na Bali. Nieco korci mnie apartament za 300zł o wdzięcznej nazwie „Kryjówka Męża”, ale ostatecznie wygrywa jednak Sosnowiec.

Kilka minut od dworca znajdują się dwa hotele: Art Hotel i Butique Hotel. Google Maps daje znaki, że to dobry wybór, gdyż leżą w połowie drogi pomiędzy lokalami: „Zrozumieć Psa” oraz „Zajebista Pizza Sosnowiec”. Jak się później okazuje, nawet recepcję mają wspólną – różnią się tylko stroną, w którą wychodzi się z windy. Decyduję się na Boutique za 200zł. Cóż, najbardziej butikowe to było chyba śniadanie z parówką, boczkiem i jajówą. Na wejściu wita mnie dwóch, niech podchmielonych jegomości, którzy wyglądają jakby właśnie kończyli zmianę w elektrociepłowni. Dialog klasyczny dla czwartku, godziny 22:00 pomiędzy nimi, a zmokniętym człowiekiem na rowerze, z bagażem pod siodłem:


– Z daleka Pan tym rowerem przyjechał?
– Nie, ze stacji PKP, przez Żabkę po drodze.

Piotrek rysuje trasę na 270km. Po podzieleniu na 3 doby wydaje się to luksusowym, przedłużonym weekendem. Foteczki, atrakcje, górki, widoki, czillówa i w ogóle wstyd na Stravie przed obcymi ludźmi. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy (albo ja nie wiedziałem), że przekroczenie średniej 10km/h NETTO może być wyzwaniem. Trasa z analizą Piotrka (która różni się od oryginalnej, bo byliśmy słabi) wygląda tak i jeśli ktoś rozumie o co tu chodzi to gratuluję:

Piotrek mówi, że to trasa, która wyciąga najlepsze z dwóch Łossodów i Carpatia Divide, a na to nałożona została delikatna nutka własnej twórczości. A może odwrotnie, nie wiem… W każdym razie proszę tego nie jechać. Faktyczna mapa pokonanej przez nas trasy wygląda tak:

Wyruszamy w piątek po pracy. Dzięki wspaniałomyślności mojego pracodawcy, jest to ze 3 godziny wcześniej niż w normalne piątki, takie które nie są latem. Po drodze stajemy w Decathlonie, aby kupić dętki. Wychodzimy obaj z nowymi okularami i nowymi koszulkami. Są takie same, będziemy wyglądać jak bliźniaki, bo i rowery mamy takie same, a kaski czarne. Ale to dobrze – możemy sobie robić nawzajem zdjęcia i obaj mówić że „to ja na nich jestem”. Koszulkę rowerową Rockrider Cargo 500 kupujemy przez aplikację za 55zł, mimo że normalnie kosztuje 130zł. Kto by się nie pokusił. Potrzebujemy do tego oczywiście pomocy kasjerki, bo te nowe technologie nas już przerastają. Decathlona na szczęście chyba też, bo pani, żeby wydać nam ową koszulkę, musi ją spakować w kopertę, wydrukować etykietę, zakleić i pójść zostawić w punkcie odbioru. Okulary fotochromowe Explore 900 też są ze zniżką – bez aplikacji o 1 grosz, z aplikacją o kilkadziesiąt złotych, choć ich już nikt nie musi pakować.

Okulary są super – po raz pierwszy świat przez okulary wygląda gorzej niż na żywo. Dzięki ich niebieskim (lub szarym, jak twierdzi opakowanie) szybkom, temperatura odczuwalna jest tak z 10 stopni niższa niż w rzeczywistości. Pierwszego dnia to źle, drugiego dobrze, a trzeciego bardzo dobrze. Poza tym, przyciemniają się tak, że wjeżdżając do polany do lasu, mógłbym równie dobrze zamknąć oczy.

Samochód zostawiamy na dzikim parkingu, przy starej Zakopiance – obok Circle K. Za oknami jest stabilne 11 stopni i lekka mżawka. Główne opady zapowiadane są na jakieś 2 godziny później, ale dobrze wiemy, że prognoza w górach bywa mylna, więc odważnie zakładamy, że te duże opady to te, które właśnie lecą z nieba. Tak oczywiście nie było. Składamy dwa złote Canyony Lux, kilka ciuchów to toreb i ruszamy niebieskim szlakiem, który zaczyna się jakieś 3 metry od nas. Od razu w górę, od razu stromo, od razu po błocie i piachu.

Zaledwie kilkanaście minut później jestem już przemoczony na wylot. Każda wolna przestrzeń mojego roweru zapchana jest błotem, a ciuchy wyglądają jakbym spędził ostatnie 9 miesięcy z Forrestem Gumpem w Wietnamie. Oczywiście nie jadę, tylko wpycham rower zdzierając swoje eleganckie buty Raphy o śliskie kamulce. Kawałek dalej będę po nich schodził, bo postanowiłem kiedyś dożyć emerytury. Każdego dnia boję się, że jako pewnie jedyny człowiek w tym kraju, który każdy jeden dzień swojego życia w IT spędził na UOP, nie dożyję emerytury i cała przepadnie. Piotrek ma działalność, więc zjeżdża odważnie. Jedzie tak odważnie, że co chwilę musi na mnie czekać. Czasami nawet daje mi fory i leży chwilę na owych kamieniach. Jestem zbyt wolny, by to zobaczyć. Przypomina mi się dowcip:

Zima, Alpy, stok narciarski.
Facet rusza z góry na pełnej bombie. Podskakuje na muldzie, obraca go, leci, koziołkuje, w tumanie śniegu wali w drzewo.
Narty w jedną stronę, kijki w drugą, zęby wybite, krew z nosa, nogi powyginane jak się da.
Otwiera nieprzytomne oczy, wciąga głęboko górskie powietrze i mówi:
– I ch*j, i tak lepiej niż w pracy

I tak sobie stoję, zmarznięty, mokry, trzymając kilkanaście kilogramów roweru i zastanawiając się, czy nie wolałbym właśnie pić 17. kawy w biurze. Nie mam na to odpowiedzi.

Z tym całym jeżdżeniem rowerem i zjeżdżaniem jest trochę jak w pewnej anegdotce z mojego życia. Wiele lat uczyłem się (metodą prób i błędów) jeździć na nartach w Małym Cichym. Gdy rodzice po raz pierwszy zabrali mnie do Austrii, udałem się od razu na trasę Harakiri w Zillertal. 2 minuty później moje spodnie miały dziurę w kroku, tak wielki pług musiałem robić nartami. Na rowerze im mniej się boisz, im jesteś luźniejszy, im mniej hamujesz – tym lepiej zjeżdżasz. Ja to wszystko robię odwrotnie, więc w okolicy Turbacza, byłby przynajmniej dwa zjazdy (lub raczej spływy), na których stwierdziłem, że umrę. Niby nie zginąłem, bo dalej coś tu piszę, ale w środku, w Maćku, chyba coś umarło. Po tym wyjeździe moje spodnie też wylądowały w śmietniku: przeżyły ze mną praktycznie każdy wyjazd przez ostatni 5 lat, a popruły się podczas podciągania w lesie. Podobnie zresztą, jak i mój licznik – Hammerhead, który już pierwszego wieczora wylądował w śmietniku po tym, gdy padł mu wyświetlacz. Żadnej z tych rzeczy już nie produkują. Śpijcie słodko aniołki [*].

Mijamy po drodze trochę ludzi – wszyscy wyglądają jak chodzące worki na śmieci i mają taki sam uśmiech na twarzy. Nazywa się to chyba „smiles in polish”. Moje zadowolenie określam na mocne 1 na 10. Wszystko lepi się od błota, buty mnie obcierają, czasowo tyle samo trwa prowadzenie roweru w górę i w dół, co jazda. Na każdym podjeździe Piotrek mi odjeżdża. Nie wiem jak to możliwe, nie jestem przecież aż tak słaby. Jako doświadczony kolarz, uzasadnienia tej sytuacji doszukuję się w sprzęcie – przypomina mi się wizyta na stromych podjazdach Lesotho i w głowie kiełkuje mi pewna teoria. Piotrek jedzie z małą podsiodłówką i plecakiem. Jak z Tailfinem, który wypakowany jest głównie na samym końcu (aby mój dropper mógł opuszczać sztycę), a do tego znajduje się dość wysoko. To sprawia, że na dużych nachyleniach dość mocno odciąża mi przednie koło i tracę równowagę. Muszę ten temat przemyśleć na przyszłość. To pierwszy moment w historii, w którym uważam, że Tailfin nie jest najlepszym wynalazkiem bikepackingowym świata.

Omijamy Turbacz, bo widoczność jest zerowa. Omijamy też Lubań, z tego samego powodu – mimo że przejeżdżamy praktycznie obok nich. Jazdę kończymy w miejscowości Tylmanowa, bo tylko tam udaje się znaleźć nocleg – jedyny, sensowny na Bookingu. Dzwoniąc do losowych miejsc znalezionych na Google Maps odkrywamy, że w piątkowy wieczór wszystko jest już zajęte.

Śpimy w Rivent Sport. To coś pomiędzy hotelem robotniczym w Zawierciu, ośrodkiem wypoczynkowym w Koczale i studenckim akademiku. Nie przeszkadza nam to. Składamy się w 80% z błota, 15% potu, 5% człowieka właściwego i 0% godności. Obiekt jest wyraźnie nastawiony na kajakarzy ćwiczących na sąsiednim torze na Dunajcu, ale co ważne: Żabka jest blisko, a nasz pokój jest położony dokładnie nad pizzerią. Na kolację idziemy więc na bosaka, lecz w przemoczonych i ubłoconych spodniach. Za dwie pizze (dwuosobowe, więc idealne dla jednego człowieka w takim stanie) płacimy 117zł. Resztę wieczoru spędzamy wypłukać błoto i piach ze wszystkich szczelin – zarówno w ubrań, jak i sprzętu oraz ciała. Jestem gotowy pożegnać również mój aparat: drożejący już Ricoh GR II, gdyż wydaje odgłosy przypominające gryzienie piasku. Jestem w szoku – przeżywa tę przygodę i po kilkunastu zdjęciach wszystkie ruchome elementy znowu się ruszają. I to w tych osiach, w których powinny! Przypomnę tylko, że aparat ten ma ponad 10 lat i nie jest znany ze swojej wytrzymałości. Byłoby mi bardzo przykro gdyby umarł, bo chyba już drożeje.

Zasypiamy szybko dobijając się jeszcze zdobyczami z Żabki. Zasypiam równie szybko, co zostaję obudzony o 1 w nocy przez lokatorów sąsiedniego pokoju. Jestem pewny, że lokatorka pokoju wpadła w spiralę śmiechu i nie może przestać. Chichra się dobre pół godziny, aż w końcu słyszę pukanie do jej drzwi. Myślę: „w końcu, mieszkaniec trzeciego pokoju na tym korytarzu idzie jej spuścić wpier*. Słyszę dialog:


– dobry wieczór, jest środek nocy. Czy możecie być ciszej?
– (chwila namysłu) NO NIE MA SZANS, ALE MOŻE PAN DOŁĄCZYĆ.


Kolejne pół godziny śmiechy są jeszcze głośniejsze, potem w końcu zasypiam.

Tego dnia bardzo poważnie rozważam sprzedaż MTB i zapomnienie raz na zawsze, że taki sport w ogóle istnieje.

Rano brud sam odpada „jak po wielkiej bitwie kurz”. Zaczynamy więc dzień od sprzątania po sobie. Zasadniczą zaletą Bookingu nad AirBnB jest to, że obiekt nie może nas ocenić. Staramy się jednak zachować przyzwoitość. Wyruszamy w trasę koło 9 i szybko odkrywam, że wraz z brudem odpadł pewnie wosk z mojego łańcucha. Napęd wydaje więc odgłos przypominający piłowanie piły, za pomocą drugiej piły. Jako że nie należymy do osób przesadnie lubiących przystanki, nasmaruję go dopiero w schronisku na Przehybie. To raptem 25km – powiecie, nie tak źle przecież – powiecie. Owszem, tylko dostanie się do schroniska zajmuje nam PONAD CZTERY GODZINY, a jedyna przerwa po drodze to wejście na wieżę widokową na Koziarzu (942m n.p.m.).

O ile bowiem pierwsze 4 kilometry są asfaltem, a kolejne kilka naprzemiennie bardzo stromym terenem oraz imponującymi widokowo drogami betonowymi oraz szlakami, potem robi się dość ciężko. Człowiek, który wytyczył żółty szlak rowerowy, musiał bardzo nie lubić swojej rodziny lub znajomych. Podejrzewam, że wytyczył go, zabrał ich na wycieczkę, z której wrócił sam, a w sądzie bronił się słowami „to przecież był szlak rowerowy”. Ja nim głównie idę. Moje pięty wyglądają już jak u sióstr Kopciuszka od braci Grimm, gdy odcinały je sobie nożem. Moje buty bowiem nie wyschły, a też nie próbowałem w nich nigdy tak długo iść w górę (a czasem i w dół). Plus jest taki, że przód butów przeciera mi się tak szybko, że niedługo zamienią się w klapki, co powinno nieco ułatwić życie.

Anyway, o ile przez pierwsze kilka kilometrów jest bardzo ładnie i przyjemnie, potem znowu mam ochotę rzucić ten sport i zamówić sobie helikopter do domu. Bo nie wiem jak inaczej miałbym się z tego miejsca wydostać. Od Przyhyby, wszystko się jednak zmienia – na stałe. Pojawią się ludzie – spacerowicze, rowerzyści, psy, dzieci i w ogóle cywilizacja. Już do samego końca wycieczki wszystko będzie wspaniałe. Butuję może raz, za wieżą widokową na Radziejowej, w okolicy Małego Rogacza. Głównie dlatego, że szlak składa się z dużych i luźnych kamieni oraz sporej liczby osób na szlaku. W oddali ukazują się Tatry i wszystko już jest wspaniałe.

Gdzieś po drodze pytamy jeszcze kilku losowych ludzi, którym szlakiem lepiej jechać – mając w pamięci to, co widzieliśmy na żółtym. Ludziom ciężko jest jednak uczciwie ocenić, czy coś jest trudne do przejechania, czy nie. Szczególnie, że jesteśmy prawie jedynymi rowerzystami na nieelektrycznych rowerach w promieniu wielu kilometrów. I wcale się nie dziwię, przyszłość to elektryki i zupełnie nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby tu jeździć sprzętem „klasycznym”. To mordęga, a nie przyjemne hobby. Ostatecznie ufamy parze, która stwierdziła „mijaliśmy człowieka na rowerze, mówił cały czas, że przeje*ane„. Zgodnie uznaliśmy, że skoro był w stanie mówić, nie mogło być tak źle. I faktycznie, nie było.

Zjeżdżamy sobie do Piwnicznej, jedziemy kawałek główną drogą wzdłuż rzeki Poprad. Pierwszy raz w życiu widzę kąpiący się w rzece pociąg towarowy, raptem tydzień wcześniej wykoleił się i wpadł do wody. Potem przez Wierchomlę kierujemy się do Muszyny, gdzie czeka na nas nocleg. To wielki Hotel Activa – 510zł za dwie osoby ze śniadaniami i kolacją. Choć ciężko nazwać kolacją, kolację w stylu bufetu, na którym do wyboru są gołąbki i pierogi, kropka. Choć wiadomo, że lepsze niż butowanie w SPDach do Muszyny, a co gorsze, jazda tam rowerem. Choć tak naprawdę chodzi nam o możliwość niepodejmowania żadnego wyboru. Wybór lokalu na kolację nas przeraża – nie po to jesteśmy na wakacjach, aby podejmować jakieś decyzje.

Wierchomla jest zawsze najlepsza. To taka czillerska polana z widokiem. Podjazd się dłuży, ale nieco mnie ekscytuje, bo na Wierchomli bylem wielokrotnie, ale wydaje mi się, że po raz pierwszy wjeżdżam taką drogą przez las – poważne odkrycie, niech no tylko powiem chłopakom od PGRa. Dopiero wieczorem odkrywam, że to ta sama droga, którą jeździłem zawsze na objeździe trasy PGR, tylko po prostu pokonywana odwrotnie. Sprawdza się odwieczne powiedzenie, że trasa pokonywana w przeciwną stronę to nowa trasa.

Śniadanie wynagradza niezbyt udaną kolację. Przez niezbyt udaną mam na myśli jej urozmaicenie, bo biorąc pod uwagę koszt 55zł i naszą wewnętrzną cebulę, jestem pewny, że obiekt i tak jest stratny na liczbie wydanych pierogów i gołąbków. Przy garażu rowerowym udaje nam się również zdobyć dostęp do węża z wodą, dzięki czemu roweru stają się kilogram lżejsze. Na niebie nie ma praktycznie chmur, słońce dopieka od wczoraj, a deszczu nie widzieliśmy od kilkudziesięciu godzin, więc jesteśmy pewni, że rowerów już nie pobrudzimy. Nie będzie pewnie zaskoczeniem, gdy powiem, że tego dnia, wieczorem, wydaję 10zł na myjni samoobsługowej żeby odgruzować buty i rower. Chwilę wcześniej będę stał na poboczy i patykiem wydłubywał błoto z napędu, butów i części ciała przeróżnych.

Sam dzień jest doskonały i gdy nie brak formy ciążący z tyłu Tailfin, byłby w 100% przejezdny. Zaczynamy asfaltem, potem trochę szutrów premium, potem znowu asfalt, potem łąki, szutry, nawet jakieś single się trafiają po drodze. Cały czas trzymamy się polsko-słowackiej granicy. Różnica pomiędzy dwoma krajami jest drastyczna. U nas domki i cywilizacja, a tam – niczym w środku Bieszczad, niekończące się pola. Trasę można byłoby nazwać „50 widoków na Tatry”, bo regularnie pojawiają nam się na horyzoncie.

Kawałek za miejscowością Kremna, tam gdzie łąka łączy się z lasem docieramy do skrzyżowania zablokowanego czerwono-białą taśmą z informacją, że dalej odbywa się „walka airsoftowa” i nie da się przejechać. Airsoft to takie pistolety na kulki. Przed znakiem stoimy dobrych kilka minut, bo jak wspomniałem już wcześniej, żadnemu z nas nie chce się podejmować trudnych decyzji w wakacje. Dobrze wiemy, że i tak pojedziemy dalej, ale żaden z nas nie chce wziąć odpowiedzialności za decyzję na siebie. Ostatecznie i tak przekraczamy taśmę, pewnie znudzeni oczekiwaniem i rozmywając decyzję w powietrzu. A może zrzucając na „nas z przeszłości”, gdy uruchamialiśmy tracka. Faktycznie, mijamy kilku uzbrojonych Słowaków w moro, a potem cały pseudo-wojskowy obóz z namiotami. Wyglądają, jakby szykowali się do szturmu na Polskę, ale nie robimy na nich szczególnego wrażenia.

Kawałek dalej skręcamy na single CYKLOSTOPY. Ciężko mi określić, czy jest to miejsce nie na mojego Canyona, czy nie na Maćka siedzącego na tym rowerze, ale single w dużej mierze składają się z korzeni. To chyba jakieś miejsce dla fanatyków lasu. Kilka (lub kilkanaście, jestem zagubiony w czasoprzestrzeni przez skupienie) minut później, przedzieramy się przez las, aby wrócić na drogę.

Docieramy na Przełęcz Rozdziela – to granica z Polską. Ze zdumienie odkrywam, że miejsce mam zagwiazdkowane na Google Maps. Nie mam pojęcia kiedy to zrobiłem i dlaczego. Pewnie zobaczyłem na jakimś zdjęciu, że jest ładnie – i faktycznie, jest całkiem nieźle. W magiczny też sposób, od razu po przekroczeniu granicy pojawiają się ludzie. Wielu spacerowiczów, których będziemy od tego momentu mijać do wieczora – w większym lub mniejszym natężeniu. Tu też rozpoczyna się „to już na pewno ostatni podjazd”. Z tego co pamiętam, tego dnia było z 10 „to już ostatnich podjazdów”. Ten nie jest szczególnie łatwy, bo po pierwsze – nawierzchnia pozwala po nim jechać, więc głupio butować; po drugie – ma kilometr długości i 16% średniego nachylenia.

W połowie podjazdu widzę, jak Piotrek mija 3 osoby. Młodego ziomka i dwie dziewczyny. Siedzą na podjeździe bez wiary i nadziei na jakąkolwiek przyszłość. Wyglądają jakby odkryli, że aby mieć zdjęcie z góry, należy butami wejść do góry. Słyszę dialog:


– To elektyczny?
– nie, normalny
– ja pierdo*e. Nie. To jest ku*wa niemożliwe. Nie.

Od tego dnia Piotrek już zawsze, wszędzie chodził z głową dumnie podniesioną.

Dalej jest już dużo ludzi, świetne widoki i zdumienie na mojej twarzy, że w okolicy byłem tak wiele razy, a nigdy nie pomyślałem, aby wejść na górkę, którą właśnie jedziemy. W oddali pojawiają się znowu Tatry, 3 korony oraz co najważniejsze – nasze polskie Davos, czyli Szczawnica. Szczawnica z góry wygląda jakby Pan Bóg znalazł ładne w miejsce w górach i powiedział „ej, ludzie, weźcie tam nasrajcie”. Od wjazdu to tej siedziby zła dzieli nas tylko stok narciarski – Palenicę, a następnie zjad rowerową trasą zjazdową. Powiem dyplomatycznie, że dzięki moim ponadprzeciętnym umiejętnością zjazdowym w stylu enduro, nie bawiłem się najlepiej. Bardzo się za to cieszę, że żyję.

W Szczawnicy jest Żabka i jakieś sto tysięcy ludzi. Większość z nich próbuje zaparkować, stoi w korku lub pełna wewnętrznego zła kłóci się o coś, korzystając ze swoim wakacji. Bo ktoś na kogoś nie poczekał, bo ktoś jeszcze chciał na piwko, bo ktoś komuś czegoś nie kupił. Nasz dysonans pomiędzy tym widokiem, a wspaniałym przełomem Dunajca jest mocny. Choć i Dunajec wygląda, jakby zaraz miały się na nim utworzyć korki z tratw.

Aby schłodzić głowę, w okolicach kempingu przy Czerwonym Klasztorze Piotrek wchodzi do wody. Jest upał i widzę jak pełen nadzieje kieruje się w stronę potoku, aby odkryć, że woda jest zdecydowanie zimniejsza, niż wyglądało to z perspektywy siodełka. Nie może jednak już zmienić swojej decyzji i zawrócić. Nie zawracamy. Nigdy. Schłodzenie nic nie daje, bo zaledwie 3 minuty później mamy już awanturę z panią w SUVie, która postanawia nas staranować na czołówkę, wyprzedzając rowerzystów jadących w przeciwnym kierunku. Nie będzie przecież traciła wakacji na jazdę za rowerem po drodze, która służy do jazdy samochodem. Okolica budzi we mnie wiele frustracji, więc kończę ten akapit. Szczególnie że kierujemy się Velo Dunajcem do Nidzicy, a to sielanka.

Przy zamku odbijamy na górkę, która wygląda na taką z potencjałem widokowym. I faktycznie, znowu widzimy z góry Tatry i jeziora: Sromowieckie i Czorsztyńskie. Problem jest tylko taki, że kawałek później nasz luksusowy szuter zmienia się w bagno. Przy każdej kolejnej przeprawie mówimy sobie „to na pewno ostatnia kałuża”. Żadna z nich nie jest ostatni i mój rower znowu waży dwa kilogramy więcej, a buty oblepione są błotem do kostek. Uciekamy do asfaltu przy Łapsze niżne i kierujemy się przez Dursztyn do Nowego Targu. Olewamy też Grandeusa, z którego zawsze imponuje mi widok. Widzieliśmy bowiem Tatry już tyle razy, że nam się to znudziło. Asfaltami znanymi mi dobrze z wyścigów docieramy do miasta, gdzie, ku naszemu zaskoczeniu, liczba noclegów jest znacznie mniejsza, niż się spodziewaliśmy.

Nocujemy w Waksmundzie – w Białym Jeleniu znalezionym na Bookingu. Znajduje się przy pizzerii (które o tej porze już dawna nie ma, bo pewnie była food truckiem, który odjechał), myjką samoobsługową i Żabką – położenie idealne. Docieramy do obiektu, który okazuje się prywatną kwaterą – zamknięte. Dzwonię do typa – mówi, że będzie za godzinę. Kolację jemy więc w Żabce. Czekając aż pani odgrzeje nam pizzę mamy okazję poznać tradycyjną kulturę lokalną, w której ktoś komuś grozi siekierą, a ktoś odpowiada, że zaraz przyjadą jego ziomki. Chwilę później pojawia się ochrona na sygnale. Doskonała atrakcja.

Na kolejny dzień zostanie nam ze 30km w tym jeden, duży terenowy podjazd. W okolice Turbacza, których nie wspominam zbyt dobrze. Będziemy się spieszyć, bo od południa zapowiadane są deszcze.

Jak już wspominałem, bardzo cieszę się, że żyję w XXI wieku. Wieku w którym rakiety nie dość, że latają w kosmos to jeszcze same wracają na miejscu startu. Mamy kosmiczne technologie, więc wiem, że w południe będzie wielki deszcz, a my wtedy będziemy już bezpiecznie siedzieć w samochodzie. Fakt, że rano budzą nas lecące z nieba masowo krople nieco więc mnie zastanawia. Modyfikujemy trasę – ubłocenie rowerów przez spakowaniem ich do samochodu nie jest najlepszym pomysłem. Postanawiamy trzymać się asfaltu. Gdy tylko podejmujemy tę decyzję, odkrywa się niebieskie niebo. Pewnie Pan Bóg jest dumny z naszego rozsądku. I dobrze, nasza trasa do Klikuszowej jest wyjątkowo widokowa, bo i widoczność na całe pasmo górskie jest wyjątkowo dobra. Jestem zachwycony drogą, którą znaleźliśmy. Dopiero potem odkrywam, że jechałem nią już wielokrotnie. Nie wiem, może przez zawrotną prędkość osiąganą na asfalcie jadąc MTB mam więcej czasu na rozglądanie się. A może to tak pozycja, w której siedzę jak na fotelu zamiast skulony trzymać koło osoby przed sobą…

Do samochodu docieramy chwilę przed rozpoczęciem się olbrzymiej nawałnicy. Jestem zniesmaczony, bowiem podobało mi się, a dobrze pamiętam, że niewiele wcześniej mówiłem sobie, że nigdy więcej. I jest tak za każdym jedzonym drażem, jak widać po tym blogu. I tylko buty, które nie mają już praktycznie czubków będą przypominały mi o tym, co działo się naprawdę.

Wpis dedykuję swoim nieprodukowanym już granatowym spodniom: Rapha Men’s Explore Overshorts. Przetrwały one bikepackingi po kilkunastu krajach na 4 kontynentach, a poległy z kretesem podczas podciągania ich na szlaku obok przełęczy Przesła. No i licznika Hammerhead Karoo, wersji pierwszej, zwanej też na ustawkach „telewizorem kineskopowym”, której również od wielu lat się nie produkuje.