Lip '19 12
kategoria: Podróże nieduże

A gdybym był w Rzeszowie, to co byś powiedziała?

Spójrz na mapę Polski i wyobraź sobie, że musisz przygotować listę „Top 10 miejsc, które chciałbyś odwiedzić na wakacje”. Nie wiem jak u Ciebie, ale u mnie Rzeszowa by na niej nie było. Ba, w ogóle nigdy bym nie pomyślał, żeby do Rzeszowa kiedykolwiek pojechać. Bo po co? Chyba tylko po to, aby odebrać coś z OLXa. Rzeszów to dla mnie jest Częstochowa w drodze do Zakopanego – miejsce, w którym można zrobić zapasy w Biedronce i dokupić brakujące części w Decathlonie, jadąc w PRAWDZIWE GÓRY.
Tak, Rzeszów to miasto, które powstało po to, aby minąć je w drodze w Bieszczady. Może i słyszy się gdzieś głosy, że jest fancy i coraz bardziej modne, ale jestem prawie pewny, że takie opinie tworzą rzeszowskie słoiki w Warszawie, aby się z nich nie śmiać. Bo czy jest tam cokolwiek ciekawego dla człowieka, który nie jest zboczeńcem?

…bo przecież ta Częstochowa ostatnio trochę zaskoczyła.

 

Czy aby na pewno tak jest?! Postanowiliśmy wysłać tam 1,5-osobowy skład testerów, aby to sprawdzili.
…tzn wysłałem sam siebie, a potem dołączyła Panda, ale chciałem, aby zdanie brzmiało profesjonalnie.

 

Do Rzeszowa przyjechałem na zaproszenie Michała z bloga 53×11 oraz skarpetek nologo (dla językowych purystów: tak, zaprosiły mnie skarpetki).

Przez większość czasu towarzyszyli mi również koledzy z Luxa, którzy jak widać na zdjęciach, zaopatrują pewnie całe rzeszowskie kolarstwo w ciuchy. A jakby tego było mało, na poszczególne wycieczki dołączali również inni reprezentanci lokalnego kolarstwa, na przykład Rzeszowski Rekin ;-)

Zboczeńców internetowych informuję, że dziewczyny występujące we wpisie możecie stalkować na ich Instagramach: sylwia_panda, eva.ruszala

 


 

Co to jest Rzeszów.

 

Wrzuciłem nieopatrznie jakiś czas temu posta na Instastory, że gdzieś bym pojechał, więc jeśli ktoś coś kręci i może polecić sensowny nocleg, chętnie wpadnę. Odezwał się Michał z bloga 53×11, że ma metę, tam u siebie, w Rzeszowie. Pomyślałem, że super – pojeżdżę dwa dni, znudzę się i będę mógł spokojnie przygotować się do planowanego na za 2 tygodnie tydzień epickiego wyjazdu. Pierwszy krok, lokalizacja Rzeszowa na mapie…

Okazało się, że wyszedł kwas, bo w okolicach Rzeszowa nastukałem ponad tysiąc kilometrów i wróciłem dopiero po kolejnym weekendzie. Zawsze myślałem, że tysiąc to wystarczająca liczba, aby móc się o czymś obiektywnie wypowiedzieć. Dziś sam jestem już dziadkiem nie jestem już pewny niczego.

 

podkarpacie kolarstwo
podkarpacie kolarstwo
podkarpacie kolarstwo
podkarpacie kolarstwo
Rzeszów kolarstwo

 

Do Rzeszowa jedzie się z Warszawy jakieś 4-5 godzin – to 2x dłużej niż w Świętokrzychy i niewiele krócej niż w normalne góry. Poprzeczka zawieszona jest więc wysoko, szczególnie że pokonuje się drogi o istnieniu których człowiek już nieco zapomniał, czyli zwykłe, jednopasmowe krajówki… no i wspaniałą drogę do Radomia, na której masz ochotę wyjść z auta i każdego zastrzelić.

Nonsensopedia określa to miasto jako „ostatni w miarę ucywilizowany bastion polskości na kresach wschodnich” podobny do planszy 1-1 z Super Mario Bros. Coś w tym jest, bo faktycznie wyjeżdżając z Rzeszowa ma się wrażenie, że zaraz wypadnie się z mapy. Do najważniejszych zalet miasta należą:

 

 

  1. Obecność Decathlonu
  2. Obecność Biedronki czynnej do 23.30!!! (ulica Hetmańska)
  3. Bezpośrednie połączenie pociągowe z Warszawą, które kosztuje +/- tyle samo, co bezpośrednie połączenie lotnicze
  4. Proziaki (czyli taki tani chleb, który można hipstersko przerobić na drogą kanapkę. Lokalna odpowiedź na kebaba)
  5. Braseria Pasieka, czyli pizza
  6. Rzeka, dzięki której miasto wygląda jak Bydgoszcz, a która nazwą udaje Wisłę.
  7. Żwirownia, czyli lokalny Palm Springs – miejska plaża z palmami nad jeziorkiem (palmy może i sztuczne, ale śmiał się nie będę, bo w stolicy też mamy sztuczną)
  8. …no i położenie, na którym skupimy się poniżej

 

 


 

Szok i niedowierzanie.

 

Na liście największych zaskoczeń w historii bloga króluje prawdopodobnie Albania, potem może być Czarnogóra, ewentualnie Azory… i chyba Rzeszów. Ale jak to?!

 

To nie tak, że Rzeszów należy do najpiękniejszych miejsc jakie widziałem. Nie należy. Nie ma tu wielkich gór, lodowców, krystalicznych jezior, błękitnych plaż, a na liście głównych plusów wymieniam przecież długo otwartą biedronkę. Rzeszów w ogóle nie należy do listy miejsc, którą mógłbym polecić „zwykłemu człowiekowi„, bo nie mam pojęcia, co mógłby tam robić. Wpisując TOP 10 atrakcji internet mówi o: rynek, fontanna, ratusz, galeria handlowa Rzeszów, galeria handlowa Millenium Hall i chyba jedyną rzeczą, której przegapienia żałuję to Muzeum Dobranocek.
Nie należy też do miejsc, które poleciłbym jako cel wakacji. Rzeszów jako miasto jest jak wiele innych miast, tylko nieco więcej się w nim aktualnie buduje.

To o co chodzi? Ano o to, że jak często powtarzam, nie należymy do osób, które wpasowują się w nurt „ludzi całkiem normalnych”. Jadąc na zwiedzanie miasta, od razu z niego wyjeżdżamy.

Spójrz na to zdjęcie i przemyśl co widzisz. Być może widzisz tu „no las, nic ciekawego” – wtedy wpisu o tej okolicy czytać już dalej nie musisz, bo raczej Cię nie zainteresuje. Mało tego, wyjdę na dziwaka. Jeśli jednak widzisz tu miejsce, w którym chciałbyś się znaleźć wraz ze swoim rowerem, sprawa wygląda nieco inaczej:

 

bieszczady kolarstwo

 

 

Sza, cicho sza, czas na ciszę

 

To, co mnie tam spotkało, jest zupełnie nieproporcjonalne w stosunku do tego, czego oczekiwałem. Być może wynika to z mojej ignorancji geograficznej i faktu „że wszystko co na polskiej mapie położone jest po prawej na dole, jest albo zatłoczone albo niczego tam nie ma”.

 

Czego się można spodziewać, ukazuje ta profesjonalnie wykonana przeze mnie mapa wraz z zaznaczonymi drogami, które przejechałem. Tak, od niedzieli do niedzieli przejechałem znacznie ponad 1000km, nie starając się jakoś szczególnie „zakolorować wszystkiego”. To daje do myślenia, szczególnie analizując moją całoroczną heatmapę jazd mazowieckich… choć oczywiście Mazowsze to nie tylko okolice Warszawy i chciałbym kiedyś do tego tematu podejść.

 

 

podkarpacie kolarstwo

 

Na 95% tych dróg asfalt określiłbym jako bardzo dobry lub szwajcarski i w ten jakże płynny sposób przechodzimy do sedna wpisu:

 

NIGDY NIE BYŁEM W MIEJSCU, GDZIE JEST TYLE DOBRYCH I PUSTYCH DRÓG. 

 

To miejsce jest chore. Mam wrażenie, że mogłaby tu powstać internetowa pasta zaczynające się od: „Mój stary to fanatyk wylewania asfaltu. Pół województwa zaje*ne asfaltami najgorsze. Średnio raz w miesiącu ktoś wjedzie w teren i trzeba go ciągnikiem wyciągać, bo jest w takim szoku…”. Tutaj mieszka ten gość co lubi asfalty, więc wylewają mu asfalty na asfalty, żeby mógł sobie położyć na nich asfalt. Gdzie nie spojrzysz – asfalt.

 

I to niestety jest bardzo trudny dla mnie wpis, dlatego też stworzenie go zajęło mi tak dużo czasu. Inaczej napisałbym: „dwie pętle, ładnie, cicho, pusto, może być, ale nie wrócę”. Tak nie jest.

Do tematu podchodziłem na wiele sposobów, ale żaden z nich nie okazał się satysfakcjonujący. Ciężko bez zbytniego wchodzenia w szczegóły metafizyczne opisać jak przyjemne jest znalezienie się na cichych, pustych i równych drogach pośród lasu, dla człowieka, który na codzień atakowany jest tysiącami trudnych słów z każdej strony openspace’u.

Podejścia były 3…

 

 


 

Wpis o tym, że romantycznie

 

kolarstwo romantyczne

kolarstwo romantyczne

kolarstwo romantyczne
kolarstwo romantyczne
kolarstwo romantyczne
kolarstwo romantyczne

 

Miało być o tym, że w Rzeszowie jest masa szosowych kolarzy. Bo kolarstwo MTB już chyba wymiera przez zamiłowanie do asfaltowania wszystkiego. Tak to jest: jak wójt obieca, że jak jedyna słuszna partia wygra wybory, to wyleje nowy asfalt na drogę, która prowadzi w środek lasu. Jeśli w gminie nie ma już takiej drogi, to wyleje asfalt na już wylany asfalt, dzięki czemu równa droga będzie jeszcze bardziej równą drogą. O tym, że codziennie udawało mi się znaleźć grupę do spokojnej, nazywanej ostatnio romantyczną, jazdy. Romantyczną w 100%, bo gdzie indziej lokalsi za cel jazdy obierają sobie górkę, z której najlepiej widać zachód słońca. Po drodze mijana jest oczywiście premia lotna, którą przegrywa jadący na pierwszym miejscu (bo oznacza to, że zrobił najmniej zdjęć), a na której każdy wygrywa wizytę w sklepie po Radlera. Miejsc na zachody jest sporo, choćby spod wieży „RTV AGD HD XD„.

 

kolarstwo podkarpacie
kolarstwo rzeszów

kolarstwo bieszczady
bieszczady kolarstwo
Rzeszów kolarstwo
podkarpacie kolarstwo
podkarpacie kolarstwo

 

Wspomniałbym o tym, jak pierwszego dnia pobytu dołączam do grupy przywracającej dodatni bilans kaloryczny w najprawilniejszej pizzerii w mieście: Pasieka i nie wierzę w to, co słyszę. Oto lokalsi rozmawiają o tym, gdzie ostatnio odkryli jaką drogę. Dla kolarza mazowieckiego jest to poważnym szokiem, bo takie rozmowy to ja mogę odbywać co najwyżej o Majorce, a i tam trudno jest znaleźć miejsce, którego inni wizytatorzy nie widzieli.

Dopisałbym coś o tym, jakie to śmieszne jeździć z ludźmi, który (relatywnie) dobrze znałeś, ale nigdy wcześniej ich nie widziałeś i jakie to jest dziwne jak np. bardzo zazębiają się wszystkie Wasze opowieści. Ktoś wspomni o Teneryfie, ktoś dorzuci coś o sklepiku w Villaflor, jeszcze inny coś o ławeczce przed nim i okazuje się, że spokojnie możemy rozmawiać, o najdrobniejszych szczegółach miejsc oddalonych o tysiące kilometrów, bo wszyscy je znamy.

Taki wpis byłby spoko, ale przesunąłby się chyba zbyt daleko w tą duchową stronę kolarstwa-blogowego, której staram się unikać.

 

 

 


 

Wpis o tym, że „top 10”

 

Alternatywą było stworzenie listy „top 10 miejsc do odwiedzenia rowerem szosowym w okolicach Rzeszowa” – taki najbardziej klasyczny, najlepiej się klikający. Patrząc na siatkę dróg, wystarczyłoby nanieść takie punkty na mapie, połączyć je dowolną drogą (pomijając główne, czyli w zasadzie tylko: 19) i mamy gotową trasę. Co by na takiej liście było?

 

klasyk podkarpacki

 

Przewrotnie zacznę od:

 

Browar Rzemieślniczy ZZ Wojkówka

Punktem obowiązkowym jest tutaj piwo Mango (oczywiście nie w trakcie roweru, bo nie można). Osoby, które poinformują mnie, że piwo smakowe to nie piwo chciałbym uprzedzić, że całkowicie mnie ich opinia nie interesuje… no i 6zł za pół litra. Jako dodatek popatrzeć można na takie różne rzeczy związane z piwowarstwem, na których znam się tak jak na rowerach – czyli niezbyt. Z moich obserwacji wynika, że do piwa lub w trakcie jazdy porządni kolarze biorą „zestaw dla najmłodszych”. Piwa są też inne, zarówno smakowe, jak i takie z fancy nazwami jak Wojkówka Summer, ale nie znam się, to się nie wypowiem.

Trzymając się jedzenia dorzucę: pizze w Pasiece, proziaki w Prozie, naleśniki i pierogi na Bezmiechowej oraz pierogi kresowe (z kaszą) lub cokolwiek innego w karczmie „Pod Semaforem„.

 

<<tu wstawiłbym zdjęcie, ale się wstydzę>>

 

Ruiny Zamku Kamieniec

 

To jest ten zamek z „Zemsty” Aleksandra Fredry. Jako że zamki interesują mnie mniej-więcej tak, jak rowery MTB, zdjęcia nie ma. To znaczy robione było, ale nic nie wyszło – taki zamek. Jeśli jesteście zawiedzeni, odsyłam do wpisu o Szlaku Orlich Gniazd, tam takich konstrukcji było wystarczająco dużo.

 

<<tu wstawiłbym zdjęcie, gdyby zamki kogokolwiek interesowały>>

 

Wujskie

 

Jeśli myślisz o „przedmieściach” Bieszczad w kontekście szosowym i Twoim pierwszym skojarzeniem nie są Wujskie (mapa), to nie wiem, co jest z Tobą nie tak!

Wujskie to blisko 6km podjazd ze średnią w okolicach 4,2%, ale nie to jest w nich ważne – esencja to 4,2km o średniej 5,5% pokręcone jak w Alpach. Aby dostać się na szczyt – przełęcz Przysłup pokonać należy 9 agrafek.

 

serpentyny wujskie

 

Niby wszystko super, asfalt doskonały, serpentyny są, widoki z góry bardzo porządne, ale jednak w imitacji Alp droga poszła nieco za daleko i główne z niej wspomnienia to pisk opon samochodów i motocykli jeżdżących góra-dół. Droga nagumowana jest tutaj tak bardzo, że gdybym ćwiczył tam codziennie podjazdy, moje opony by rosły, zamiast maleć.

Rekompensatą jest za to zjazd w stronę Tyrawy Wołoskiej. Zdjęć oczywiście nie ma, bo na takim zjeździe byłoby to prawdopodobnie ostatnie ujęcie na tym blogu (4,6km – 6%). Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na KOMa – mimo 5 wąskich serpentyn zjazdowych, średnia prędkość znacznie ponad 60km/h przez 4,5 minuty. Ładne jest to, że zjeżdża się w ścianę lasu przed sobą. Taki leśny fiord na skalę tutejszych możliwości… he he.

 

serpentyny wujskie

 

 

Izdebki

 

Co ciekawe, to nie Wujskie są jednak najlepszymi serpentynami w okolicy (w Polsce?). Dużo lepsze i paradoksalnie zupełnie bezsensowne na pierwszy rzut oka, są Izdebki (mapa). Podjazd pod Izdebki (a w zasadzie obok miejscowości Izdebki, bo sam podjazd prowadzi trochę znikąd nigdzie) to około 2km i niecałe 5%, część z 7 serpentynami ma natomiast zawrotne 1,5km z podobnym nachyleniem. Dodając do tego możliwość jazdy po zewnętrznej części drogi, robi się mocno płasko… choć pewnie inaczej mówiłbym, pokonując ten fragment podczas Klasyku Podkarpackiego.

Przechodząc jednak do clou: podjazd jest umiejscowiony gdzieś na końcu znanej nam cywilizacji, a co za tym idzie – zdecydowanie bardziej pusty. Widokowo, ze strony szosowca, również jest zdecydowanie ciekawszy, bo mimo iż nie towarzyszy nam w oddali znana z Wujskich bieszczadzka panorama, to brak drzew pomiędzy drogami sprawia, że widać ją całą. Bo wiecie, pomiędzy zdjęciami z drona, a widokiem na żywo różnica jest jednak duża.

O ile Wujskie to „warto pojechać raz, żeby przekonać się, że nie warto” to przez Izdebki swoja pętle chętnie bym parokrotnie powtórzył.

 

serpentyny izdebki

serpentyny izdebki
serpentyny izdebki
serpentyny izdebki

 

 

Tropienie Węża i inne Ardeny

 

Na mapie z zaznaczonymi rejonami umieściłem coś, co Michał nazywał lokalnymi Ardenami. Miały być to szosowe ścianki. Przyznaję, nie tak to sobie wyobrażałem…

Myśląc o Podkarpaciu i ścianach, w głowie miałem coś podobnego do połączenia słów góry oraz Agrykola. Czyli owszem ścianki, ale takie pionowe „jak na tutejsze warunki”. No nie, tak nie było. Fakt, może nie były to podjazdy znane z Tatr, na których człowiek traci nadzieję, ale w dalszym ciągu komputerki potrafią przez zauważalny fragment pokazać zdecydowanie powyżej 15%.

 

 

Najbardziej znane to pewnie „Tropienie węża„, czyli 400 metrów ze średnią 11%, 1100 metrów ze średnią 9% lub 2750 metrów ze średnią 5%. Ale to nie średnia jest trudna, a fakt, że momentami naprawdę łatwo się już gubi przyczepność. Takich miejsc jest tu wiele i choć liczby na to nie wskazują, należy pamiętać, że na większości z nich znajduje się element wypłaszczenia:

Splendorowy segment – 1.56km / 7%
Siedliskaberg – 1.23km / 6%
Lubienia od Babicy – 1.24km / 10%
Mur de Gbiska – 0.2km / 17%
Ściana prawdy – 900m / 9%
Rowerowa Jazda pod Górę – 2,9km / 10%
Żarnowa mountain pass – 2,71km / 8%
Zadworze Climb 0 2,29km / 7%
Sołonka od Baryczki climb – 2,32km / 7,5%
Połomia climb – 2,15km / 8%
Michałek – Blizne DH – 2,9km / -7%
Zamek – 1,42 / 8%

i może wystarczy, bo trochę się rozpędziłem, a wydaje mi się, że można tak długo, bardzo długo.

 

Na co to komu? Komu to potrzebne? Dlaczego?

 

tropienie weza

 

 

Bezmiechowa

Nie ma Bieszczad bez szybowiska w Bezmiechowej i każdy kto czytał nasz wpis o Bieszczadach na składakach powinien o tym wiedzieć. Nie chodzi tu nawet o te ścianki w stylu 300 metrów z 15%, a o to, co czeka na górze, jako nagroda: pierożki, naleśniczki i prawdopodobnie jeden z najlepszych widoków w promieniu wielu, wielu kilometrów. W skali górek osiągalnych szosą, konkurować w kraju może jedynie z Łapszanką. Dodajmy do tego, że wjeżdża się drogą prowadzącą praktycznie nigdzie, dzięki czemu ruch jest znikomy i mamy przepis na sukces. Można sobie umrzeć w pięknym miejscu. Zdjęcie niepozowane:

 

szybkowisko bezmiechowa

bezmiechowa podjazd

bezmiechowa podjazd
bezmiechowa podjazd
bezmiechowa podjazd

 

Koniec świata

Za Dynowem zaczyna się magia, choć nie jestem pewny jak ją opisać. Spójrzcie sobie na przykład na taką traskę na Stravie i zdjęcia. Nie dość, że znowu są świetne drogi, na których samochodów praktycznie nie ma, to jeszcze rozpoczyna się coś na wzór Borów Tucholskich… chyba, sprawdźmy:

rzeczka (San): jest
góry, lasy, pola, doły: są
kajaki: są
cisza i spokój: jest
jeziora: nie ma
ludzie: prawie nie ma
asfalty: są bardzo

 

kolarstwo podkarpacie
kolarstwo rzeszow
na koncu swiata

 

Nad Sanem przedostać się możemy głównie za pomocą niewielkich, jednoosobowych na szerokość wiszących mostów lub za pomocą promów – to pewnie wyjaśnia brak samochodów. A dlaczego koniec świata? Cóż… spróbujcie podejrzeć okolicę na Google Street View – to se ne da ;-)

 

 

koniec swiata

 

Szybko niestety okazałoby się, że z jednej strony bardzo ciężko zrobić listę top 10, a z drugiej, nie jestem pewny, czy byłoby to uczciwe. Przez fakt, że jeździć mogłem jedynie przed 8 i po 16 (praca), większość tras pokonywałem o słynnej „golden hour”, czyli w momencie, gdy wszystko jest pomarańczowo-złote… i tu muszę przerwać, bo inaczej znowu wrócę do koncepcji numer 1, czyli wpisu romantycznego.

 

 


 

Wpis o tym, że TOP5 tras

 

 

Taki wpis byłby dla wszystkich najwygodniejszy, również dla mnie. Podlinkowałbym tutaj 8 swoich tras z informacją dlaczego są super. Mój wewnętrzny, uczciwy Maciek nie może tego jednak zrobić. Mimo ponad 1000km mam niewdzięczne uczucie, że przejechałem maksymalnie połowę tego co powinienem, aby móc uczciwie się wypowiedzieć. Na pewno polecić mogę szczerze wspomnianą powyżej pętle za Dynów oraz esencję przedmieść bieszczadzkich, czyli coś takiego.

 

 

Nie odważę się jednak tutaj napisać: to jest pętla, którą polecam i ona jest najlepsza. Na konkretne pętle poczekać musicie aż Michał z 53×11 (współczuję w Ardenach) skończy swój wpis.

 

Wpis o trasach jest skończony, znajdziecie go tutaj: 

 

>> TRASY ROWEROWE W OKOLICACH RZESZOWA PRZEWODNIK DLA KOLARZA PRZYJEZDNEGO <<

 

 

 

Wyjazd z Rzeszowa trwa zazwyczaj 10 do 20 minut, ale uczciwie stwierdzam, że mając możliwość, lepiej ulokować się kawałek niżej, na przykład w Tyczynie – szczególnie, że tak wąskich ścieżek rowerowych jak w Rzeszowie, nie widziałem nigdy. Projektowane były pewnie jako jednokierunkowe, ale użytkownicy zmienili ich koncepcję. Zaoszczędzi to niewielki kawałek czasu…. chyba że tak jak ja, lubisz mieć pod ręką Lilda, Biedronkę i McDonaldsa.

 

 


 

Wpis o tym, że jest jak jest.

 

Gdybym miał podsumować jednym zwrotem, jak jest na południe od Rzeszowa (bo na północ jeżdżą tylko ci, co lubią płaskie), określiłbym to jako:

kolarstwo bardzo przyjemne.

 

 

Potwierdza to ten lokalny patriotyzm, który znam z innych regionów. Tak jak w Karkonoszach zginąć można za stwierdzenie, że Tatry ładniejsze, w Tatrach, że w Karkonoszach ładniej, a na Kaszubach, że gdziekolwiek indziej jest lepiej, tak i tutaj panuje to uwielbienie dla lokalnych pętli, którego tak bardzo zazdroszczę. Tutaj jednak trudniej je uzasadnić osobie, która nigdy tych rejonów nie odwiedziła.

Czy jest to najlepsze miejsce w Polsce do jazdy? Nie wiem. Widoki w Tatrach, czy nawet Karkonoszach są dużo mocniejsze.

 

 

Nie spotkałem się za to w naszym kraju z innym miejscem, w którym byłoby tak wiele, tak dobrych i tak pustych dróg. Myślę, że trasy oparte na założeniu „pojadę i sprawdzę nową drogę” można tu klepać tygodniami, a gdy się skończy, to lista i tak będzie już nieaktualna, bo w międzyczasie powstaną nowe lub te stare, jeszcze dobre, zostaną wyremontowane ponownie. Do tego dodajcie sobie to dobre towarzystwo, zachody słońca, przyjemne górki i przepis na sukces gotowy. Choć z drugiej strony, nie wiem….

Czy gdy ktoś mnie zapyta, o to jak spędzić weekend i nie jechać autem dalej niż 4-5 godzin, nie mam pewności, co bym mu polecił. Rzeszów i jego okolice są świetne, ale nie dla każdego. Nie zrobicie tu łatwo zdjęć, które w internecie wszystkim wszystko urwą. To miejsce dla koneserów ;-)

 



 

Ale jeśli bardziej od zdjęcia z bólem na Ścianie Gliczarów, czy Przełęczy Karkonoskiej albo bardziej od miażdżącego widoku Łapszanki, cenicie sobie ciszę, spokój i przyjemną jazdę, a gdzieś w głębi, tam za pępkiem, tkwi w Was mały odkrywca-eksplorator, polecam w 100%.

 

o autorze:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X