Bieszczady – dwa oblicza końca świata

 

Przeczytałem swój poprzedni wpis na blogu i pierwszą myśla, która mi przyszła do głowy to: „daaamn, ten gość potrzebuje Snickersa”. Zjadłem więc jednego, potem drugiego, trzeciego – poza tym, że poczułem się gruby i przez wyrzut cukru chwilowo szczęśliwy, nie pomogło. Starczyło, że na basenie 5 kolejnych osób wyszło z szatni, nie zamykając za sobą drzwi, potem pojawił się ten gość, co czeka przy brzegu, aż do niego dopłynę i rusza swoim powolnym tempem zaraz przede mną, a na koniec zadzwonił koleś, że jednak rezygnuje z zakupu roweru, który już mu wysłałem za pobraniem. Czara (piękne słowo) goryczy się przelała, rzuciliśmy wszystko, pojechaliśmy w Bieszczady.

 

SKĄD MOGŁEM WIEDZIEĆ, ŻE PODOBNIE ZROBI ZE STO TYSIĘCY LUDZI.

 

Cel: minimalizacja potencjalnych nerwów, więc wrzuciliśmy znajomym nasze składane rowerki do bagażnika i ruszyliśmy w najbardziej bezstresową wycieczkę mojego życia. Przecież Bieszczady to oaza spokoju… przynajmniej takie było założenie.

 

 

Ja kudłaty durnowaty, ni czytaty, ni pisaty.

 

To moja pierwsza wyprawa w Bieszczady. Winę można zrzucać na wiele rzeczy. Na przykład na nieprzyzwoicie sporą odległość – szczególnie czasową, jako że drogi dość przeciętne. Na to, że zawsze znajdywały się jakieś większe góry do odwiedzenia. Na to, że Bieszczady się nieszczególnie kojarzą z rowerem. Prawda jest jednak znacznie prostsza i każdy, kto dorastał w tych samych czasach, co ja – doskonale ją zrozumie. Mówi Wam coś nazwa: Diabeł Piszczałka? To taka trauma z młodości: taka Buka, tylko dla prawdziwych hardcore’ów. Można mówić, że wesoły diabeł zamieszkiwał Góry Piekielne, ale w głębi duszy wszyscy wiemy, że chodziło właśnie o Bieszczady. Lokalizacja została zmieniona tylko dlatego, aby nie zniechęcić turystów. Tego dnia, ponad 30 lat traumy zostało przełamane.

 

Bieszczady to dla mnie synonim końca świata. Synonim spokoju, skraju cywilizacji, odpoczynku i generalnie taki pan Kononowicz. Niewiele jest miejsc w Polsce, do których dojazd autem trwa 6,5 godziny lub przy odrobinie nieszczęścia nawet więcej. To przecież miejsce, do którego pojechał ten gość ,co rzucił wszystko i codziennie zasypywał go śniegiem pług. Nawet prowadzący audycję w radiu, mówiący coś o tym, że to najbardziej oblegany weekend w tym roku w regionie, nie był w stanie zmienić tego wyobrażenia. Fakt, że na bookingu oraz airbnb było 0 (słownie: zero) wolnych noclegów w sensownej odległości od szlaków, a 100% tych znalezionych w zakątkach internetu odpisało, że w weekend nie ma szans na pokój, również nie dał nam do myślenia.

 

Jechaliśmy mieć wywczas w ciszy i spokoju – nic nie było w stanie nas powstrzymać. Byliśmy królami odpoczynku i relaksancji.

 

 

Solina – strzał w twarz z półobrotu

 

 

Nasz pierwszy przystanek to zapora wodna w Solinie – największa w Polsce, 2 miliony ton betonu. Wrażenie nieco gorsze niż opisywana w zeszłym roku zapora Hoovera, ale za to można sobie kupić obraz z kotami albo poduszkę z Robertem.

Miejsce, w którym nie można robić zdjęć, latać dronem, ani zwiedzać turbin (chyba, że jesteś wycieczką szkolną) – klasyk w przypadku obiektów ważnych strategicznie. To pierwsze miejsce, w którym dostaliśmy z liścia. Trochę jak na Krupówkach. Ładnie, ale ilość stoisk z łoscypakami i taką samą tandetą jak wszędzie (tylko z napisem Bieszczady) trochę zniechęca… nas, bo patrząc po tłoku, innym się podoba. To taka trochę większa, choć niekoniecznie ładniejsza przez te okoliczności, wersja zapory w Wiśle. Uciekamy prędzej niż zdążyliśmy się dobrze rozejrzeć, nie próbując nawet znaleźć miejsca, by zajeść długą podróż.

 

 

Ustrzyki Dolne – kopnięcie w kostkę

 

Wjazd do Ustrzyk Dolnych w jesienny wieczór, przypomina wjazd do miejscowości, która łączy wszystkie charakterystyczne cechy Otwocka, Londynu i Zakopanego. Bo niby widzisz, te billboardy o „zimowej stolicy Bieszczad”, ale widzisz je tak nie do końca, bo zasłania je dym z kominów i z ogródkowych ognisk, w których unicestwiane są jesienne liście. Tworzy to taki specyficzny klimat, coś jak Londyn w latach 50′. Wśród feerii kolorowych, jesiennych barw pogrążonych w szarości, przebijają się jeszcze wszędobylskie twarze z plakatów wyborczych. Twarze te towarzyszyły nam będę przez cały pobyt – niezależnie od tego, jak bardzo na końcu świata będziemy.

 

 

Jeśli coś w tym wpisie jest istotnego, to informacja, że Ustrzyki Dolne nic wspólnego z Ustrzykami Górnymi nie mają, a to te górne są właśnie dobrą bazą wypadową dla turystyki pieszej. W ogóle, do górskiej turystyki pieszej praktycznie każde miejsce będzie lepsze niż Ustrzyki Dolne. Jak się później okaże, z perspektywy rowerowej wybór nie był tak bardzo zły… szkoda tylko, że naszym priorytetem było tym razem chodzenie.
Największym plusem Ustrzyk Dolnych jest Biedronka, w której dostać można tanie, ukraińskie cukierki i fajki. No i nasz nocleg oczywiście, ale o tym dalej.

 

 

Na obiedzie lądujemy w Niedźwiadku – legendarnej podobno knajpce z oceną na Krytyce Kulinarnej – 5 świnek. zamawiamy klasycznego kotleta z marchewką zamiast kapusty, barszczyk i placek po Bieszczadzku z zestawem sałatek. Dostajemy placek z marchewką, kotlet z kapustą i dwie zupy. Jest OK, choć więcej tam już nie wrócimy. Kolejnego dnia wybór padnie na pizzę Z Pieca Rodem – dużą, dobrą, z sosem czosnkowym, który czuję do dzisiaj. To takie ciekawe miejsce łączące obsługę baru mlecznego z pizzerią.

Nic więcej o Ustrzykach Dolnych napisać nie umiem. Szczególnie nic dobrego.

 

 

 

Zapytaj beczkę

 

Nasz nocleg w Ustrzykach Dolnych okazuje się tak naprawdę noclegiem w Brzegach Dolnych. Brzegi Dolne mają z Górnymi dokładnie tyle samo wspólnego co Ustrzyki Dolne z Górnymi. Są zupełnie gdzie indziej i zamiast łatwego wypadu na szlaki oferują coś innego – co? Nie wiem.

Poza oczywiście naszym noclegiem, który prawdopodobnie jest najlepszym noclegiem, jaki mieliśmy w życiu, gdyż mieszkamy w… beczce (link do beczek). Beczka jest beczką, mieszczą się tam dwie ławeczki służące za stoły/półki/krzesła i każdy inny mebel,  duże dwu-osobowe łóżka, pod którym mieszczą się dwa Bromptony i w zasadzie tyle. To jest idealne rozwiązanie, bo możesz głową być w sypialni, ręką w kuchni, a nogą w przedpokoju albo nawet na dworze. Beczki są genialne, a dzięki niewielkiemu rozmiarowi możemy w nich, niewielkim kaloryferkiem, zmieniać temperaturę z Syberii na Afrykę w przeciągu kilku minut.

 

 

A znajdujemy je zupełnie przypadkiem, gdzieś pomiędzy wyborem hoteliku położonego nad sklepem Żabka, a hotelu przypominającego radosne lata 80′, Panda wrzuciła w Google „Bieszczady dowcipy” i beczki znalazły nas same.

 

Boję się pić.

 

Podstawowym problemem atrakcją jest oczywiście brak łazienki. Do kibelka jest 70 metrów spaceru. Z wywczasu wracam odwodniony – boję się pić. Znasz takie uczucie, gdy w środku nocy poczujesz, że musisz pilnie siknąć? Walczysz ze sobą, kalkulujesz ile jeszcze snu zostało i liczysz, czy to ma szansę się udać. A jeśli przyśni Ci się akurat pisuar? Trochę strach. Tu motywacja do wytrwania jest zwielokrotniona przez nocne przymrozki i strach, że w drodze powrotnej zamarznę lub w najlepszym wypadku zjedzą mnie psy, gdy zgubię drogę w ciemnościach. Nauczyliśmy się przełamywać własne słabości. Gwarantuję Wam, że jeszcze nikt, nigdy w historii ludzkości, nie trzymał nic tak długo, jak ja. Każda z nocy wydłużała się do tygodni walki z samym sobą. Trener byłby dumny.

 

 

Spójrz, tak wyglądałyby noce, gdyby nie my

 

Najważniejsza atrakcja tego wyjazdu rozpoczyna się już pierwszego wieczora: to pokaz Gwiezdne Bieszczady. Mówiąc w skrócie, ktoś zauważył, że Bieszczady są nieco mniej ucywilizowane niż okolica i utworzył tutaj Park Gwiezdnego Nieba. Oznacza to, że jest tutaj ciemniej niż gdziekolwiek indziej. Latarnie świecą w dół, góry zasłaniają jeżdżące auta, a smog nad większymi miejscowościami nie pozwala światłu przebić się do góry.

 

 

Pokaz tym razem odbywa się na Przełęczy Wyżnej (link do Altimetru) – to zdecydowanie miejsce, które chcesz odwiedzić swoją szosą, tylko raczej w dniu, w którym tłok będzie nieco mniejszy. Doskonałe widoki przyciągają tutaj chmarę ludzi. Po drodze mijamy znaną miejscowość Lutowiska. Znaną głównie z tego, że jest parking, na którym można przystanąć na minutę, strzelić sobie fotkę z panoramą gór i jechać dalej. Stajemy, strzelamy fotkę i uciekamy od ludu w samochodach.

 

Tego dnia na niebie nie ma ani jednej chmurki i muszę to powiedzieć: „O CIE JASNY *UJ” (a w zasadzie ciemny). Ostatni raz coś takiego widziałem w zeszłym roku, w Dolinie Śmierci. Na niebie są gwiazdy.

 

 

Kolejne dwie godziny spędzamy na leżakach, patrząc jak prowadzący pokazuje nam promieniem świetlnym, rodem z Gwiezdnych Wojen, kolejne gwiazdozbiory, konstelacje, planety i formacje, których nazw już zapomniałem, na przemian z patrzeniem na nie przez teleskopy. Przyznaję, obserwacje teleskopem lub lornetką nie jarają mnie wcale, ale są ciekawym przeżyciem. Jeśli mieszkasz w mieście, w którym na niebie więcej widocznych obiektów się porusza niż stoi w miejscu, wizyta na pokazie jest według mnie obowiązkowa. Jedna tylko uwaga: jeśli prowadzący pisze w SMSie, aby się ciepło ubrać, należy się CIEPŁO ubrać. Nawet jeśli wyruszasz na pokaz rowerem w krótkim rękawku.

 

 

To był też dzień, w którym po raz pierwszy dowiedzieliśmy się, że transport publiczny w Bieszczadach w praktyce nie istnieje.

 

 

Tarnica – uderzenie w szczepionkę

 

Bieszczady jesienią na pewno są piękne.

 

 

Ale gdybym Wam powiedział, że szlaki w Bieszczadach wyglądają tak, to co byście powiedzieli?

 

 

Niedziela to wizyta na prawdopodobnie najpopularniejszej górce w okolicy. Obok Wetliny to pewnie też najpopularniejszy szlak – jako ludzie bez doświadczenia w chodzeniu, postanawiamy go więc trochę wydłużyć. Cóż podkusiło nas na wybór jednej z najcieplejszych i najładniejszych niedziel, w najpiękniejszą porę roku na przyjazd w te strony? Nie wiem do teraz.

 

Ustrzyki Górne -> Tarnica -> Halicz -> Rozsypaniec -> Wołosate (link do Stravy)

 

I znowu biją nas po twarzy. Stajemy na nieco dzikim, ale za to płatnym i niestrzeżonym parkingu za 17zł i ruszamy w stronę szlaku. Szlak rozpoczyna się …parkingiem za 15zł oraz budką, w której kupić trzeba bilety. To jedna z tych budek w stylu „nie mam wydać i co mi pan zrobi”. Czekamy chwilę, aż w budce uzbiera się gotówka, aby zaokrąglić chociaż do 5zł i ruszamy w las.

Co by nie mówić, jest ładnie. Jak mogłoby być inaczej, skoro na niebie nie ma ani jednej chmury, a las epatuje każdym odcieniem żółci, miedzi i czerwieni. Niestrudzenie pniemy się w górę. Las się kończy, a oczom ich ukazał się las… ludzi. Z każdym krokiem jest coraz gorzej.

 

 

Niezłe widoki i przyjemne obcowanie z naturą gdzieś na skraju cywilizacji uprzyjemniają nam kolesie z fajką, kolesie z browcem, ludzie sapiący, klnący, opowiadający jak „jakiś ciapaty ostatnio wy*ujał jego sąsiadkę”, narzekający, że jest tak bardzo pod górę, tak bardzo w bok, tak bardzo po schodach, że tłok taki i w ogóle przydałby się sklep. W okolicach Tarnicy tłok osiąga kulminację i ludzi jest tyle, że więcej się już nie zmieści. Uciekamy stamtąd szybciej niż to możliwe.

 

 

Dalej jest już tylko lepiej. Tarnica to chyba takie Morskie Oko – dojść najkrótszą drogą, selfik i najkrótszą udać się do knajpy. W dalszym ciągu nie ma momentu, abyśmy nie widzieli kogoś w odległości kilkudziesięciu metrów, ale na nasze, amatorskie oko, są to już normalni, mili turyści.
Oglądaliście taki skecz Monty Pythona o rybkach, które się witają w akwarium. Jest podobnie – jak na gassach w sezonie – słychać tylko: cześć, cześć, cześć.

 


 

Widoki są bardzo przyjemne, szlak prowadzi ciągle góra-dół i tylko ostatnie ~7km jest nieco nużące, bo prowadzi po prawie płaską, szutrową drogą, przez las, aż do miejscowości Wołosate. Brzuch pusty, na nogach pokonane koło 25km i nieco ponad tysiąc metrów w pionie. Dojeżdżamy busem do Ustrzyk Górnych gdzie jemy smażony serek i rozpoczynamy poszukiwania transportu do domu.

 

 

Transport, którego nie było.
Rower, który sensu nie ma.

 

I tu, proszę Państwa, okazuje się, że jest problem. Transport w okolicy istnieje, ale pod warunkiem, że mieszkasz w Ustrzykach Górnych, Wetlinie albo Brzegach Górnych. Poza tym, nie ma niczego. Chodzimy, pytamy, nikt nic nie wie, a na słowa: Ustrzyki Dolne pojawia się tylko uśmiech. Trafiamy na regge-człowieka w dredach, którego bus przypomina skrzyżowanie busa od ekipy Scooby-Doo i narkotykowego kopulodromu. Mówi, że podwiezie nas za stówkę – zgadzamy się. Odpowiada, że żartował i myślał, że odstraszy nas cena. Lokalne busy chcą minimum 160zł za 43km, ale mam wrażenie, że to również jest dowcip i wcale by nas nie podrzucili. Ponosimy porażkę – znajomi kawałek nas podrzucają i pozostałe 30km postanawiamy pokonać Bromptomami z bagażnika.

 

Bo przystanki może i są, ale wyglądają trochę jak ze uniwersum postapokaliptycznego. Są też na nich rozkłady jazdy. Autobusy jeżdżą koło 8, koło 12 i koło 16… zazwyczaj tylko od lipca do sierpnia albo w dni szkolne. Są też jakieś prywatne, ale kiedy, co i jak – tego nikt nie wie.

 

 

Jeżdżenie w weekend głównymi (tutaj nawet drogi boczne są główne) to jest jakaś straszna patologia. Ruch jak w centrum Warszawy, omijanie na centymetry i generalnie śmierć na drodze i zero przyjemności. Gdy zapada zmrok postanawiamy poszukać autostopu – po raz pierwszy w życiu. Bo to nie jest zmrok jaki znamy, to jest ciemność absolutna. Jak nas coś trafi to najpierw przepadniemy w otchłani, a potem zamarzniemy.

 

Jesienią, w Bieszczadach jest tak: ciepło i jasno, ciepło i jasno, pstryk, ciemność i zmarzlina. Pstryk trwa jakieś 10-15 minut.

 

Już pierwszy człowiek na stacji benzynowej oferuje nam pomoc. Tłumaczy nam, że autostop to tutaj zupełnie normalny i prawilny środek transportu. Wrzucamy więc Bromki do jego bagażnika i jedziemy słuchając o tym, że trzeba odwiedzić Wetlinę, zjeść w Chacie Wędrowca, spróbować ukraińskich cukierków z Biedry i odwiedzić Lwów (i żyć tam jak królowie) – nic z tego nie zrobimy. Żeby dodać patologii, miły Pan eskortuje znajomego, który jedzie w aucie za nim, ale akurat skończyły mu się światła i w absolutnej ciemności przemieszcza się tylko na drogowych. Bieszczady.

 

Nikt tu nie-ma-ludzi

 

Kolejny dzień rozpoczynamy nieco zbici z tropu. Bieszczady okazały się czymś zupełnie odmiennym od naszego wyobrażenia. Postanawiamy porzucić obowiązkową wizytę na Połoninie Wetlińskiej i zdobycie Smereka (Smerka?) na rzecz czegoś znacznie… dziwniejszego?

 

Postanawiamy zaliczyć 4 punkty losową trasą … na składakach.

 

Ser, który rządzi wszystkimi serami

 

1. Pomysł podrzuciła nam znowu Krytyka Kulinarna wpisem o 5 najlepszych serowarach, o tym tutaj. Odwiedziliśmy więc Czar PGRu, czyli według nich, najlepszy z najlepszych. O historii tego miejsca, o tym ile miły pan Nikos Molonopulos ma krów, kóz i owiec przeczytacie w linkowanym wpisie. Ze swojej strony powiem tylko tyle: miejsce obowiązkowe.

 

<dygresja_szosowa>

Z Ustrzyk Dolnych prowadzi tam doskonała droga (w sensie przeżyciowym, niekoniecznie widokowym lub nawierzchniowym). W końcu mijamy zakątki, w których nie ma samochodów, domki w Ameryce mogłyby robić za wielkie atrakcje turystyczne, a górki po bokach są takie w sam raz. Podoba mi się tu jakieś 15 razy bardziej niż w Bieszczadach Właściwych. Postanawiam, że wrócimy do Parku Krajobrazowego Gór Słonnych przy pierwszej możliwej okazji, bo tereny pomiędzy Rzeszowem, Przemyślem, a Sanokiem to może być niezły dzban sztos.

</dygresja>

 

 

 

Wracając do Czaru PGRu – miejsce łatwo przegapić. 17 kotów (których imiona dzielą się na kicia i kitek w zależności od płci)strzeże posesji, do której wchodzimy przez otwarte drzwi… i wygląda to jak kuchnio-jadalnia w sporym domu. Przy wejściu leżą różne sery i dopiero po chwili czekania wpadamy na to, aby zadzwonić dzwonkiem. Wychodzi Nikos, daje próbki, które mogłyby robić za samowystarczalne porcje i bierzemy wszystkiego po trochu. Kilogram dowolnego sera to 45zł. Każdy z nich robiony był podobno w dniu, w którym się tam stawiamy. Nie znam się na serach, ale podświadoma myśl, że są doskonałe, sprawia że takie właśnie są. To tak jak z rowerami, jak wsiadasz na rower, o którym wszyscy mówią, że jest dobry, ciężko się nie zgodzić.

 

 

Polecam.

 

 

Piwo moje paliwo – powiedział milion osób w drodze na Tarnicę

 

2. Kawałek dalej, w Uhercach Mineralnych (co za nazwa?!) wpadamy na browar Ursa Maior. Należę do osób, które najbardziej lubią piwo ze Spritem, a im więcej Sprite’a, a mniej piwa tym lepiej. Moim ulubionym drinkiem jest Virgin Cuba Libre (czyli rum z colą i limonką, bez rumu). Podejrzewam, że nie daje mi to żadnego prawa do wypowiadania się w kontekście piw. Mogę sobie tylko wyobrazić, że są ludzie, którym to miejsce się spodoba. Jest kawiarnia, w której normalne desery są nienormalne przez dodanie piwa (np. Beeramisiu), jest sklepik małego alkoholika z piwnymi krówkami, czekoladą piwną itp, jest możliwość zwiedzenia obiektu. My mamy pecha, bo akurat podjeżdża autobus z emerytowanymi Niemcami, więc musimy ich odpędzać od Bromptonów. Zakładam, że gdybyśmy w tym właśnie miejscu i w tym czasie mieli budkę z Bromptonami, sprzedalibyśmy po jednym każdemu.

Polecam fanom piwa.

 

 

Jestem pociągiem

 

3. Zastanawiałeś się kiedyś, jak czuje się Parowóz Tomek (ten z bajki Tomek i przyjaciele)? Pewnie nie, kogo obchodzą uczucia lokomotywy.

 

 

Gdybyś jednak się kiedyś zastanawiał lub po prostu chciał zrobić coś dziwnego, to we wspomnianych Uhercach znajdują się… drezyny rowerowe. Wybieramy dwugodzinną przejażdżkę o godzinie 11.30 – koszt takiej imprezy to 109zł za drezynę (dwie osoby mogą pedałować, dwie siedzieć) – dużo. Jak nietrudno się domyślić, jedzie się przed siebie (nieco pod górkę), a potem wraca. Po drodze są ze dwa „przystanki na fajkę” i niewiele poza tym. Uczucia mam mieszane. Jazda drezyną po torach to trochę jak wyścig MTB na rowerze bez przerzutek, z 9. sektora, po singlu, na którym nie da się wyprzedzać. Może byłoby to fajne, gdybyśmy do drezyn nie przyjechali na rowerach po drodze, która idzie wzdłuż tych torów.

 

 

Chyba nie polecam. Można, ale raz w życiu, po to, aby wiedzieć, że już nigdy więcej nie warto.

 

 

Najlepsza górka w Polsce.

 

 

4. Bezmiechowa Górna – Długość podjazdu 3.3 km o średnim nachyleniu 7.3%. Przewyższenie: 242m. Maksymalne nachylenie na 1km: 10.1%. Maksymalne nachylenie na 100m: 18.3%. (dane z altimetr.pl)

 

 

Bezmiechowa Górna to, mówiąc po młodzieżowemu jakiś sztos, dzban, przegaregat i w ogóle Król Maciuś I wszystkich górek, ale zacznijmy od początku. O górze wspomniał nam kolega – że nigdy na niej nie był, a podobno fajna. Google Street View nie kojarzy w ogóle dróg w tych okolicach, a jakiś anonimowy człowiek w internecie napisał, że to najlepszy widok w Bieszczadach. Napisał też, że na szczyt prowadzi jakiś szlak rowerowy z Olszanicy.

 

 

Patrzę na Google, szlaku nie widzę, ale jest jakaś droga co się urywa i jakaś główna. Zapomniałem, że główna w Bieszczadach może odpowiadać 7. kategorii mazowieckiej i dopiero powrót nam o tym przypomniał. Ale nie żałuję niczego! Szczególnie tego, że nasza droga się niespodziewanie urwała i musieliśmy najpierw butować pod podjazd rodem z Azorów, a potem przez pola i lasy. Je regrette rien jak śpiewała Edith!

 

 

To było TO miejsce. Miejsce, którego szukałem w tych górach. Bez ludzi, bez samochodów, bez asfaltu, z doskonałym widokiem i aby móc w końcu się zrelaksować, ktoś postawił małą zjeżdżalnię i dwie huśtawki. Kurde, poczuć się można jak na słynnej huśtawce w San Francisco (chciałem zobaczyć jak się ta słynna huśtawka w SF nazywa, ale po wpisaniu w wyszukiwarkę San Francisco huśtawka, pierwszy wynik to wpis na hopcycling ;) ). Nie mam oczywiście czasu, żeby usiąść i się relaksować, bo przygody wzywają, ale robię sobie w głowie screenshota i ustawiam tu swoje przyjemne miejsce. Będę tu wracał myślami na spotkaniach w pracy – znowu mój udział w nich sprowadzał się będzie do „przepraszam, nie słuchałem, możesz powtórzyć?”.

 

Nie.

 

To, co widzimy potem, określić można jednym, kolarskim słowem: NIE.

 

 

To jest NIE, które wypowiadasz z dziesięcioma różnymi emocjami: zachwytem, niedowierzaniem, przerażeniem, zmęczeniem, ekscytacją, szczęściem i tak dalej. Oto przed nami rozpozciera się idealnie równa droga, która zdaje się ciągnąć pionowo w górę. Dalej są jeszcze serpentyny, patelnie, las, panorama i na szczycie Akademicki Ośrodek Szybowcowy Politechniki Rzeszowskiej, z którego co chwilę rusza szybowiec, a potem samochód wciąga go spowrotem. Jakie to jest dobre!

 





 

Nie wiem, czy wpływ na to, że góra wydaje się całkiem trudna ma fakt, iż podjeżdżamy ją składakami – he he he. Nie ma to znaczenia – podjazd jest piękny, a szczyt jeszcze lepszy. Polana przepołowiona ścieżką z kostki, po której samochód wyciąga szybowce.

 

Bezmiechowa Górna jest dla mnie jak połączenie Góry Żar i Łapszanki. Może i krótka, ale genialna!

 

Bieszczady – Nie wiem

 

Nie wiem, co powiedzieć o Bieszczadach. Nawet gdyby tłoku nie było, po prostu nie wiem. Czy z własnej, nieprzymuszonej woli tam kiedykolwiek wrócę? Wątpię, może zimą. Bieszczady są prawdopodobnie najbardziej oddalonym od Warszawy miejscem w kraju. Mają do wyboru alternatywy jak Tatry i Karkonosze, z dużą dozą prawdopodobieństwa, wybiorę właśnie je. Bliżej, wszystko łatwiejsze, a i widoki bardziej imponujące. Co innego jeśli chodzi o tereny nieco na północ od Bieszczad – tam wrócimy na pewno!

Pewnie wpis brzmiałby zupełnie inaczej, gdybyśmy nie trafili w najbardziej oblegany weekend roku…

 

 

Po powrocie do domu przeczytałem na fejsie historię koleżanki, która zrywała nielegalnie rozwieszone plakaty wyborcze w mieście. Goście, co je rozwieszali, nagrali to i wezwali policję. Ona dostała 150zł mandatu za nielegalne niszczenie materiałów wyborczych, oni mają sprawę w sądzie w sprawie nielegalnego rozwieszania (zgadnijcie kto będzie świadkiem). No i jak się nie denerwować? Cały wyjazd w piach… chociaż to i tak bez znaczenia patrząc na aktualne zanieczyszczenie powietrza.

 

A na główne pytanie, które nasuwa się po tym wpisie: „Jak się żyje ze składakami zamiast szos?” odpowiem już za ~2 tygodnie, gdy sprawdzimy, jak spisują się przy podróżach samolotem :-)

 

 

PS A od Gwiezdnych Bieszczad dostaliśmy bardzo ładne zdjęcie na tle Drogi Mlecznej -> klik <-

 

 

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X