Lip '19 04
kategoria: Felieton

Czy drogim rowerem da się jeździć po ścieżce rowerowej*?

Często w internecie czytam różne rzeczy, jak wszyscy. Z biegiem lat nauczyłem się kilku sztuczek, które mam nadzieję, wydłużą mi życie. Zazwyczaj już po tytułowym pytaniu widzę, że nie powinienem rozwijać listy komentarzy, tudzież odpalić filmiku, ale jest to ode mnie silniejsze. Wyobrażam sobie wtedy Maćka, który staje obok mnie i zadaje jedno, bardzo proste pytanie: PO CO TO ROBISZ? Czasami jest już jednak za późno i tak zasiana cząstka głupoty zalęga się w głowie rodząc wiele pytań. W przeciwieństwie do wielu osób, na większość pytań odpowiedzi nie znam i dywagacje zaczynają trwać zbyt długo. No bo na przykład: czy kask powinien być obowiązkowy? Nie wiem. Wtedy znowu Maciek staje obok mnie z innym pytaniem: JAKIE TO MA ZNACZENIE CO JA MYŚLĘ. To pomaga, zazwyczaj nie ma to znaczenia żadnego. Chciałbym, aby wielu ludzi to zrozumiało.

 

Gorzej, jeśli to samo, z początku wydające się bezsensowne stwierdzenie powtarza zbyt wiele osób. Wtedy warto zadać sobie pytanie: czy może to ja jestem w błędzie? Takie stwierdzenia jak poniższe można mnożyć w nieskończoność, wystarczy wejść w dowolny temat o ścieżkach, szkoda jednak Waszego transferu na robienie tego.

 

 

Tak oto narodziło się w mojej głowie pytanie:

 

Czy drogim rowerem da się jeździć po ścieżce rowerowej*?

 

bo podobno nie. Mówią tak zarówno najbardziej zawodowi z zawodowych amatorów, najbardziej kolarscy z kolarzy i najbardziej autorytatywni z autorytatywnych internetowych influencerów kolarskich. Postanowiłem to sprawdzić, ale nie byle jak. Porządnie, niczym niemiecki inżynier sprawdzający kąty ugięcia się główki ramy podczas sprintu… na tyle, na ile potrafię.

 

 


 

Preludium.

 

Mam problem, gdyż zdecydowana większość testów drogich rowerów, w których brałem udział, odbywała się za granicą. Na zachodzie to wiadomo – wszystko lepsze. Nikt po ścieżkach jeździć nie musi, krawężników nie ma, kierowcy omijają z zapasem 13 metrów, a jak już ścieżką trzeba, to jest to asfaltowa autostrada. Tacy Włosi na przykład – tam to jest drogowa klasa i kultura, nie to co u nas! (polecam wpis z Neapolu). Nie pamiętam, aby którykolwiek z rowerów, których używałem, miał problem z jazdą po ścieżkach. Ostatni bardzo drogi sprzęt, którym jeździłem po Warszawie to chyba Factor 02, kilkanaście miesięcy temu. Sam jego frameset to jakieś 21 255,75 zł, czyli niewiele mniej, niż rower, którym jeżdżę na co dzień (gdybym nie był cebulakiem i kupił go w katalogowej cenie).

Niestety, szybko uświadamiam sobie, że mój rower do tego testu się nie nadaje. Nie dość, że cena nie taka, to jeszcze marka – Rose, co to jest? Jakaś prawie marketówka niemiecka – splendor zero. Poza tym, co to za cena. Na codziennej pętli spotykam rowery, których rama jest droższa niż cały mój rower, a ja się będę na jego podstawie wypowiadał o tym „czy drogi rower może cośtam…”. No i nie ma stożków, więc jest wolny, nic więcej dodawać nie muszę.

Tu potrzebny był prawdziwy rower. Taki NAJSZYBSZY NA ŚWIECIE (capslock celowy). Szybko zacząłem poszukiwania w głowie: Merida to Merida, Giant to Giant, Canyon to rower dla tych, co ich na inne nie stać, inne marki to plebs jakiś albo butikowe projekty z Veloartu, a nie NAJSZYBSZE ROWERY. Prawilnych zawodników jest dwóch: Trek i Specialized… świetnie. Padło na tę drugą markę, bo Trek mnie nigdy, nigdzie nie zaprosił, więc jak szanujący się człowiek internetu, twierdził będę, że Spec lepszy (tak jak Xiaomi).

Wystosowałem do zaprzyjaźnionej firmy Specialized maila, który brzmiał smutno i szczerze, dokładnie tak:

 

 

 

 

W odpowiedzi dostałem info, że dostępny jest tylko Venge Pro w wersji za 31899zł. Słabo, nawet na stronie piszą o nim tak: Osprzęt Venge Pro to optymalne połączenie osiągów, wydajności i ceny. Czuję się jakbym kupił Canyona – niby mam drogi i szybki sprzęt, a ludzie mówią „o, fajny rower, dobra cena”. To jak mieć sportowe BMW w dieslu w cenie mieszkania w stolicy i powtarzać wszystkim, że jest fajne, bo mało pali. Nie o to chodziło, ale to i tak najlepsze co w tej chwili mogę wymyślić. Nie pożyczę przecież Treka za 50k od kolegów, bo jak się okażę, że jednak po ścieżkach jeździć się nie da i go połamię, to będę musiał odkupić, a mi zostanie klejona rama Treka, na której będę jeździł do końca życia. Jakby to powiedział pewien znany, kolarski bloger (cytując): ja jebie. Ten sam bloger, z którym kontakt mi się urwał, gdy poprosiłem go, żeby zrobił sobie zdjęcie na beznadziejnej ścieżce w Jeleniej Górze. Albo szuka jej do teraz albo jednak jeździć się po niej nie dało.

 

 


 

Próba pierwsza.

 

Wyszedłem na dwór i zaczął się problem. Mieszkam chyba w innej Warszawie niż wszyscy. Do legendarnej pętli na Gassy mam kilkanaście kilometrów, a jakieś 95% tej drogi pokonuję po asfaltowej drodze rowerowej. Ba, żeby w ogóle znaleźć trasę z niechlubną kostką, muszę się nieźle natrudzić. Choć tu akurat mogą ujawniać się plusy opon 26c – po co mieć wąskie, nie wiem.
Zrobiłem pierwsze kilkanaście kilometrów kręcąc się po mieście i nie napotkałem problemów z jazdą po ścieżkach. Wiem jednak gdzie leżał mój błąd, tak bardzo amatorski. Zachowałem się jak ludzie w internecie co mówią: ja tak robię, czyli się da. Na przykład: całe życie jeżdżę bez kasku i ubezpieczenia, czyli nie są potrzebne. Zacząłem myśleć…

 

Rower niby jechał, ale jednak czegoś mi brakowało. To coś pomiędzy niezwykłym poczuciem prędkości, ceramiczną płynnością, zaletami Dura Ace’a Di2 nad Ultegrą Di2 i ogólnym splendorem oraz prestiżem. To jak różnica pomiędzy tanim, dobrze dobranym siodełkiem, a drogim, zupełnie niedobranym, ale również posiadanym. Na tym drugim może i mniej wygodnie, ale jednak to na nim jeździsz.
Na podobnym rowerze jeździłem na prezentacji Speca w Insbrucku. Tamten miał jednak napis S-Works, a nie Specialized. Ta sama rama przecież – powiecie. Tak, ale napis inny – odpowiem Wam. Jako doświadczony tester wiedziałem co zrobić. Moja najzdolniejsza dziewczyna świata zamieniła się na chwilę w słynne, chińskie rączki i przerobiła napis rower Specialized na S-Works. Tak, teraz to było to! Rower latał, a ja nie czułem już wstydu.

 

 

W dalszym ciągu nie miałem jednak problemu z jazdą po drodze dla rowerów w mieście. Jechałem powoli, jak coś mi wchodziło na linię ognia, to zwalniałem takim urządzeniem, co nazywa się hamulec. Nie wiem, może jak się nie ma tarczówek to się nie da, ale przecież drogie rowery mają. Za pomocą przerzutek i kadencji byłem w stanie dobrać prędkość do warunków. Coś było dalej nie tak.

 

 


 

Próba druga.

 

Skoro to nie sprzęt to może kolarz? Postanowiłem zmienić siebie ubranie (…no dobra, jednak siebie też – odpływ z wanny zapchany do dzisiaj). Ze spodenkami nie miałem dużego problemu: Rapha Pro Team były zarówno wystarczająco drogie, jak i szybkie – gorzej z koszulką. Pojechałem w Rapha Club Jersey, która może i jest droga, ale przecież dla turystów. To był błąd, choć do teraz nie wiem, czy problemem wjeździe po ścieżkach jest sprzęt drogi, czy szybki… Ten zestaw się nie sprawdził, dalej dało się jeździć przepisowo. Ba, stawałem nawet na czerwonych światłach i przepuszczałem pieszych. Przerażony cofnąłem się do domu i włożyłem najszybszy komplet jaki miałem: strój drużyny Absolute Bike Team (z logo Treka, tak dla przekąsu), to w nim wygrałem przecież kiedyś w pingponga zawody niedzielne, mazowieckie Mistrzostwa Wszechświata.

 

Tu jadę po standardowej, bardzo złej, warszawskiej ścieżce – większość wygląda właśnie tak. W oddali widzę panią, która idzie nielegalnie, więc na pewno umrę, bo jadę 78km/h.

A tu znalazłem 100-metrowy odcinek kostki z bruku. Jestem pewny, że koła się rozlecą, a rama połamie.

 

 

Zadek smaruję oczywiście ASSOS Chamois Creme, który oczywiście nie działa. Wiem to, bo smaruję się nim także zawsze, gdy siadam do czytania internetu, a i tak tyłek mnie wtedy boli.

Pożądany efekt również nie został osiągnięty. God damn it!

 

 


 

Próba trzecia

 

Zacząłem eksperymentować z dodatkami.

Przez zintegrowany uchwyt na Garmina nie udało mi się zamontować z przodu najszybszego licznika świata, czyli Wahoo Bolta (w ogóle to cofam swoją recenzję Wahoo, one wcale nie są lepsze od Garminów). Włożyłem w zamian drogi (kiedyś) zegarek Garmina, mam nadzieję, że to się wyrównuje. Jeśli nie to informuję, że do kieszonki włożyłem 100zł w jednym banknocie. Żeby bogactwo się zgadzało, kupię za nie kulkę lodów w najlepszej lodziarni w mieście – niech wiedzą! …gorzej jak pani zapyta, czy nie mogę kartą. Strategicznie dorzuciłem też iPhone’a. W pozostałych kieszonkach lądują własnoręcznie przygotowane Rice Cake’i zgodnie ze wzorem w The Grand Tour Cookbook Hanny Grant.

 

Tu zastanawiam się, czy ścieżka jest TAK BARDZO niebezpieczna, że lepiej jechać obok niej – chodnikiem.

A tu zastanawiam się czy pierwszeństwa ma gość, który wjechał hulajnogą na późnym czerwonym, czy samochód, który nie staje na zielonej strzałce.

 

Z bidonami jest problem. Po domowym przeglądzie stwierdziłem, że może i Lightweight to szpan, ale nie ma innego, bardziej prawilnego wyboru niż legendarne już egzemplarze We Ride Warsaw. Trochę grzyba w środku nie zniechęciło mnie do nich (a nawet lepiej, bo oddawał trochę dawny klimat drużyny), gdyż nie ma na świecie większego splendoru niż mieć taki bidon. Zalewam je oczywiście ręcznie przygotowanym izotonikem z mieszanki soli alpejskiej, świeżo przywiezionych z południa Hiszpanii cytryn oraz ekologicznego miodu z pasieki umiejscowionej na najbardziej oddalonym zakątku Suwalszczyzny jaki istnieje.

Potem były jeszcze buty. Na co dzień jeżdżę w Van Ryselach, bo je dostałem na testach w Hiszpanii, bo są najwygodniejsze. Tu jednak nie ma miejsca na imitacje drogiego sprzętu. Może i nie mają logo i wyglądają dobrze, ale kto ma wiedzieć, ten wie. Na potrzeby testu zamieniłem je na znienawidzone przeze mnie, wiązane Giro. Tylko sznurówki dają odpowiedni prestiż.

 

Tutaj mijam skrzyżowanie, na którym wiem, że umrę jak nie zwolnię. Pokonuję je przy każdym wyjeździe na Gassy.

 

Jeśli chodzi o kask, jeżdżę w Limarze, bo go dostałem, bo to najlżejszy kask świata. Tutaj musiałem na głowę wsadzić Giro Synthe, bo nie dość, że był czarny (czyli szybszy) to jeszcze pasował marką, więc +5 do wyglądu. Do kompletu dorzuciłem Oakley’e tak stare, że niewiele już przez nie widać, ale to nieistotne.

Wybór skarpetek był prosty. Chciałbym tu wspomnieć o jakiejś firmie, która mi wysłała skarki w gratisach, ale nie mogę. Najszybsze skarpetki świata, to skarpetki Ośka Warszawa, w posiadanie których w sporej ilości, wszedłem kiedyś w nielegalny sposób. Więc ich właśnie użyję.

Nic to nie dało.

 

 


 

Próba czwarta – ostateczna.

 

Szybko przypominam sobie, że popełniam standardowy błąd plebsu. Bycie szybkim i bogatym to przecież nie tylko sam sprzęt, ubiór i akcesoria – to cały styl życia. W dniu testu ostatecznego wykonuję serię czynności, które sprawią, że mógłbym zostać głównym bohaterem „Magdy M.”. Jadę rano moim „na co komu taki drogi składak to bez sensu” rowerem do pracy na Powiślu, z komputerem Apple’a, przez most Świętokrzyski. Na śniadanie zjadam płatki jaglane z korporacyjnymi owocami, a na lunch udaję się do wegańskiej knajpy przy BUWie na falafele. Jestem gotowy jak nigdy (i głodny).

Udaję się znowu na jedyną prawilną pętlę – Gassy. Jadę bulwarami wzdłuż Wisły. Po powrocie kluczę ulicami tak fancy, że bardziej fancy nie jest nic: Świętokrzyską, Marszałkowską, Tamką i tak dalej. Naprawdę ciężko mi przyczepić się do infrastruktury w mieście. Przecież nawet, gdyby istniał fragment wyjątkowo zły, mógłbym pojechać alternatywą… nie znajduję takiego niestety. Na chwilę zaglądam nawet do Wilanowa, ale szybko przypominam sobie, że iPhone w kieszonce to wersja 5 – jak do mnie zadzwoni i ktoś to zauważy, to mnie przecież zadźgają za psucie wizerunku. Uciekam czym prędzej…. ścieżkami, więc powoli.

 

Tu omijam na moim BARDZO DROGIM I SZYBKIM ROWERZE mazowiecką świątynię kolarstwa. Dzięki S-Worksowi mogę w końcu spojrzeć w jej stronę bez wyrzutów sumienia. Ciekawe jak dojeżdżają tu bardzo szybcy kolarze, skoro dojazd jest z kostki?

 

Nic z tego.

Jestem zawiedziony bardzo. Okazuje się, że rowerem bardzo drogim i bardzo szybkim, da się jeździć również wolno. Dokładnie tak samo jak wszyscy obok, wtedy niebezpieczne ścieżki stają się tak samo bezpieczne jak ulice. Wyjazd na „pętlę treningową” zajmuje mi w takim przypadku ~26 minut zamiast ~21. Ciężko mi znaleźć te słynne 7-metrowe smycze z psem na końcu, tych starszych, zagubionych ludzi, dwuletnie dzieci puszczone samopas, ludzi szukających środka ciężkości, odbijając się od krawężników na Veturillach.

 

Co zrobiłem nie tak? 

 

Przyznam szczerze: spodziewałem się nieco takiego wniosku. Tysiące kilometrów jazdy na składaku po mieście zwróciły moją uwagę na jeden, bardzo ważny aspekt: być może, jeśli jedziesz rowerem szosowym po drodze dla rowerów i masz wrażenie, że WSZYSCY dookoła chcą Cię zabić, to prawdopodobnie właśnie Ty jesteś tym zagrożeniem? Być może, gdy podczas jazdy składaczkiem tempem tym samym co wszyscy, widzisz szosowca omijającego wszystkich jak Hamilton startujący po defekcie z ostatniego miejsca na wyścigu, uświadomisz sobie, że to właśnie on jest zagrożeniem?

 

 


 

Wnioski.

 

Tak, drogim i szybkim rowerem szosowym da się jeździć powoli. Jeśli ktoś nie umie to może trzeba odpalić takie szkolenia: „jak jeździć rowerem szosowym po mieście”?

Tak, jadąc szybko po drodze dla rowerów, jest niebezpiecznie, ale patrz punkt poprzedni: każdym rowerem da się jechać wolno

Nie, nie musisz jechać szybko. Sieć tras rowerowych w Polsce nie jest tak rozwinięta, aby przerywać Ci trening na wiele godzin. Kilka do kilkunastu minut wolnej jazdy nie pozbawi Cię możliwości osiągnięcia lepszego miejsca w niezwykle ważnych dla całego świata zawodach.

Nie, porządne koła nie łamią się od wjechania z niską prędkością na krawężnik, a ramy się od tego nie łamią.

Nie, na porządnych kołach z oponami minimum 25c (jeśli masz węższe, przemyśl życie), kostka Bauma naprawdę nie jest taka zła (edit: przez chwilę – jeśli czyta to ktoś projektujący ścieżki to informuję, że generalnie jest sześćset razy gorsza niż asfalt). Poza tym, o co chodzi z tym, że wiosną wszyscy jarają się brukami, zimą wszyscy są przełajowcami, a latem okazuje się, że każda nierówność najpierw zabija kolarza, a potem łamie jego rower?

 

 

* i nie ścieżce tylko drodze dla rowerów ;-)

** i tak, ja też niestety czasem łamię prawo. Na przykład codziennie rano, jadąc składakiem z prędkością biegacza po chodniku, bo po ulicy się boję. Jest mi z tym źle, ale w tym wypadku nic nie zależy ode mnie. Ścieżką, aby było stosunkowo bezpiecznie, wystarczy jechać wolniej.

***i tak, istnieją ścieżki, które nigdy nie powinny zostać dopuszczone do użytku – podawanie jednak jednostkowego przykładu dla uzasadnienia całej teorii skłania do refleksji nad systemem edukacji.

****i mam nieodparte wrażenie, że osoby wspominające zbyt często o kosmicznej cenie swojego roweru, mimo wszystko nie kupiły go w cenie, o której ciągle powtarzają, a która, jak wszyscy wiemy, jest tylko katalogowa. Idę się znowu posmarować ASSOS Chamois Creme….

 

o autorze:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X