Rowerowy Szlak Orlich Gniazd – gravelowa trasa marzeń?

 

Nie wiem. jak to się stało, ale to już ponad dwa miesiące od kiedy mieszkają z nami rowery Canyon Grail. Testowe gravele, które z jednej strony bardzo bym chciał mieć, lecz z drugiej mocno ambiwalentne. Skończyłem już nawet o nich wpis… dwa razy, bo pierwszy usunąłem. Teraz również ten drugi muszę usunąć, bo korzystając z ostatnich wspólnych chwil, postanowiliśmy zrobić z nich najbardziej słuszny z słusznych użytków: przejechać Szlak Orlich Gniazd. Każda próba obiektywnej wypowiedzi o rowerze typu gravel, popycha mnie o jeden krok w kierunku schizofrenii, ale ten temat zostawmy na jeden z kolejnych wpisów. Oto przed Państwem legendarna trasa i, nie zawaham się tego powiedzieć, jeden z najbardziej znanych szlaków pieszych i rowerowych w Polsce.

 

 


 

Wstęp pomijający wstęp.

 

O szlaku oraz o ciekawostkach historyczno-kulturowych przeczytać możecie na stu tysiącach innych stron. Jest o czym, gdyż składa się on głównie z zamków, dolin, wapiennych skał i od czasu do czasu jakiejś pustyni.

 

Jako reprezentanci kulturalnych chamów skupiamy się tutaj bardziej na aspekcie jazdy niż aspekcie zwiedzania, ale uwierzcie nam: staraliśmy się zachwycać zamkami… tylko po prostu szybko nam się to znudziło. Zamki skupiają przy sobie duże ilości turystów – dużo bardziej kręci mnie ładna skałka pośrodku wielkiego i pustego pola.

 

W dużym skrócie: jest bardzo ładnie, choć bez miejsc, w których stajesz i mówisz: „o kurde blaszka, ale czad”. Jeśli masz rower trekkingowy i nutkę turysty lub kupiłeś sobie gravela i nie wiesz co dalej, to jest to miejsce obowiązkowe.

 

 


 

Organizacja.

 

Szlak Orlich Gniazd biegnie pomiędzy rynkiem w Częstochowie, a rynkiem w Krakowie. To się bardzo dobrze składa, bo jako mieszkaniec Warszawy z obydwoma tymi miastami połączenia kolejowe mamy bardzo dobre. Zderzenie z PKP zawsze jest dla mnie niezłą przygodą. Ostatnio, gdy próbowaliśmy dojechać do Szczecina na testy, użyliśmy do tego 3-krotnie więcej pociągów niż planowaliśmy. Tutaj nutka ekscytacji pojawia się już na dzień dobry, gdy cena za pierwszy wyklikany przeze mnie pociąg relacji Kraków-Warszawa, kosztuje 150zł za osobę w 2. klasie. WTF!?

 

 

Co to jest długie, śpiewające i srające po krzakach? – Pielgrzymka do Częstochowy.
Co to jest małe, śpiewające i leżące w piasku? – Panda (ale tylko dlatego, że jeździ po nim szybciej niż ja)

 

Nauczony doświadczeniem z systemami informatycznymi PKP, bilety kupujemy osobiście, w kasie. To także przypomina mi zawsze, że cokolwiek nie klikałbym w pracy, pani w okienku PKP ma ciężej, próbując walczyć z błędami na ekranie. Ostatecznie osiągamy jednak sukces i korzystamy z połączeń:

IC Warszawa Wschodnia – Częstochowa:
8:04 – 10:31 (sobota)     ;     54zł + 9zł za rower

TLK Kraków Główny – Warszawa Wschodnia:
19:20 – 22:16 (niedziela)     ;     60zł + 9zł za rower

w sumie: 132zł / osobo-rower

 

W podsiodłówki bierzemy niewiele, bo przecież na dwa dni jazdy, to nawet nie trzeba się przebierać (to znaczy ja nie muszę ;) ). Poza kilogramami sprzętu foto/video w bagażu ląduje więc tylko: pidżama, która może robić również za gorszący strój cywilny lub pływacki; dwie dętki; pompka; multitool; łatki; szczoteczka do zębów, ładowarki i kurtka ultralight.

 

Jedziemy z Krzysztofem. Krzysztof to pasjonat pomników papieskich. Myślę, że była to najpiękniejsza trasa w jego życiu i tylu fotek nie przywiózł nigdy.

 

 

Noclegu nie rezerwujemy, bo nie wiadomo ile kilometrów dziennie da się przejechać gravelem. To był delikatny błąd.

 

Jura Krakowsko-Częstochowska to rejon mocno oblegany turystycznie, szczególnie w sezonie letnim. Są tu spacerowiczne, zwykli turyści, rowerzyści, wspinacze, wyjazdy firmowe i zorganizowane wycieczki – to wszystko praktycznie wypełnia dostępną infrastrukturę. Jest bardzo prawdopodobne, że bez rezerwacji nie wsiądziemy z rowerem do pociągu, ani też nie znajdziemy noclegu w inny sposób, niż pukając do drzwi losowych agroturystyk, których jak wiadomo – wszędzie jest dużo, ale nie w momencie, gdy się ich potrzebuje.

 

Wyjątkowo sugeruję więc rezerwować z góry, bo inaczej skończycie jak my.

 


 

Nocleg

 

Szybkim rzutem oka sprawdziłem jakiś czas temu, że na trasie noclegów jest niemało, więc nie powinno być problemów z szukaniem w stylu ad hoc. Nie sprawdziłem natomiast jak szybko owe noclegi znikają z listy dostępnych na Bookingu i gdy zaczęliśmy zbliżać się do połowy drogi, która szczęśliwie wypadała w Olkuszu, nastąpiło niemałe zdziwienie. Olkusz niby sporo, bo przecież jest Biedronka i McDonalds, ale wśród noclegów w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, Booking pokazywał dwa: hostel z dzielonym 8-osobowym pokojem i hostel robotniczy. Padło oczywiście na ten drugi: Hostel Kigo.

 

Cena? 30zł za osobę, my strategicznie wykupujemy jednak cały, 4-osobowy pokój. Co dobre mogę o nim powiedzieć? Było tanio i żyjemy.

 

Z nieco mniejszych plusów – pościel, „meble” i generalne warunki przypominają obozy w podstawówce, tylko wtedy człowiek nie znał jeszcze życia i nie bał się zjadać cukierka, który na podłodze leżał dłużej niż 3 sekundy. W związku z rozładowanym telefonem nie jestem w stanie udowodnić pani na recepcji, że nocleg jest opłacony, więc ta uświadamia mnie na szybko, że jeśli się okaże to nieprawdę „to pana będą ścigali”. Brzmi to wiarygodnie w ustach osoby otoczonej napisami w językach wschodnich, wśród których znajduję jedynie „pasztet” oraz „zupka chińska 1zł”. Nocleg jest taki se, ale z drugiej strony – dokładnie taki, jaki powinien być w tej cenie. Jako że nie wziąłem ręczniczka, zużyć muszę do tego wychodzone skarpetki. W takich chwilach myślę o Michale, który właśnie pokonuje w śnieżycy kolejne setki kilometrów w Stanach, nocując w placówkach pocztowych i od razu doceniam jakie mam tu luksusy.

 


 

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd

 

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd ma oficjalnie 186km, podgląd i opis znajdziecie tutaj: https://www.orlegniazda.pl/Trasy/Pokaz/12398

 

Jest tam też napisane, że przewidywany czas przejazdu to 11 godzin, ale raczej bym się tym nie sugerował ;-)
Z pewną dozą odwagi założyć można, że 186km to mniej więcej tyle, ile przejechać jest w stanie przeciętny człowiek na trekkingu posiadający bardzo dużą dozę samozaparcia. Dla nas jest to trochę mało, nawet biorąc pod uwagę mocno turystyczny tryb jazdy, więc szlak nieco wydłużamy zbaczając od czasu do czasu na wersję pieszą oraz odwiedzając Ojcowski Park Narodowy. Na Waszym miejscu nie sugerowałbym się zbytnio tą trasą, bo podejrzewam, że kilka ważnych miejsc ominęliśmy, a kilka można było pokonać dużo efektywniej lub efektowniej. Sam Ojców wart jest jednak nadłożenie kilometrów. Odwiedziny sprawiają co prawda, że trasa wypad staje się mocno wymagająca, mimo że liczby o tym nie świadczą:

 

Ostatecznie wychodzą nam 263km oraz ~3100m w pionie rozłożone po połowie na dwa dni.

 

rowerowy szlak orlich gniazd

Trochę pod, tam gdzie miejscowość Paczółtowice, odbiliśmy na wschód rezygnując z kilku kilometrów oficjalnej trasy, a dodając Ojców

 

Oficjalny szlak można ściągnać >> TUTAJ <<

 

 

Trasa oznaczona jest bardzo dobrze i przy odrobinie skupienia, można przejechać praktycznie z rynku w Częstochowie do rynku w Krakowie, bazując jedynie na czerwonym szlaku. Ma to oczywiście taką wadę, że gdy na moment się zamyślimy i przegapimy skrzyżowanie, to kaplica. Miejsc, w których zawróciły nas nawigacje były może ze 2 lub 3, zaryzykuję jednak stwierdzenie, że do przejazdu trasy, żadne komputerki potrzebne nie są.

 

Jeśli chodzi o nawierzchnię, jest to klasyczny gravel: trochę idealnych asfaltów (takich naprawdę idealnych), trochę szutrów, trochę leśnych ścieżek, czasem gdzieś odrobina piachu, korzeni i szyszek. Całość do zrobienia bez problemu na oponach od 33mm wzwyż.

Jakakolwiek próba ulepszenia trasy i przeskoczenia na część pieszą kończy się walką z piachem – bez szerokiej opony nie polecam.

Gorzej natomiast, że jak już wspomniałem, większość asfaltów, które mijamy jest nieprzyzwoicie dobra i nieprzyzwoicie pusta. To klasyczne, unijne remonty dróg, gdzieś pośrodku niczego. Nie pozostaje nam nic innego, jak wrócić tam z szosami.

 


 

Co zobaczyć na trasie

 

Lista atrakcji na trasie jest ogromna. Od takich całkiem poważnych jak zamki, po takie, które cieszą nas dużo bardziej, jak na przykład poszukiwanie rzeczy, które może i nie wyglądają imponująco, ale nazywają się tak: Jaskinia na Dupce, Plac Zabaw Laski, Leśny Hasiok, czy Jaskinia Pojednania Hanysów i Goroli.

Zamków i ruin jest na tyle dużo, że po pewnym czasie przestajemy na nie zwracać uwagę, ale moim cichym faworytem są te w Olsztynie (oczywista oczywistość) oraz w Mirowie.

Jeśli chodzi o krajobrazy to bez wątpienia króluje tutaj Park Krajobrazowy Dolinek Krakowskich, choć trzeba przyznać, że cała trasa trzyma dość wysoki poziom. Nie jest to raczej poziom „o wow, ale sztos!”, ale jest po prostu dobrze. Kilka dolinek, kilka rezerwatów, lasy gęste i ciemne, jak i puste pola po horyzont – dla każdego coś dobrego.

 

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd przejezdny jest gravelem (opona 33mm-40mm) w 99,9% do 100% w zależności od osoby, która liczy. Na szlak pieszy szkoda zdrowia.

 

Obrazy mówią więcej niż tysiąc słów (napisał gość, który broni się przed youtubem, jak tylko może), więc zapraszam do spojrzenia, czego można się na trasie spodziewać. Zdjęć z drona jest mało, bo po drodze uświadomiłem sobie, że przecież jedziemy głównie rezerwatami przyrody i parkami krajobrazowymi i pomimo że używanie go nie jest tam zabronione, wydaje mi się to jakieś złe.

 


 

Zamek w Olsztynie jest pewnie jednym z najbardziej oklepanych, ale też niestety pewnie jednym z ładniejszych – szczególnie biorąc pod uwagę okolicę, w której jest położony:

 

rowerowy szlak orlich gniazd
rowerowy szlak orlich gniazd
rowerowy szlak orlich gniazd
rowerowy szlak orlich gniazd
rowerowy szlak orlich gniazd

 

Gdzieś między Olsztynem, a zamkiem w Mirowie odkrywamy, że próby przeskoczenia na szlak pieszy nie są dobrym pomysłem… szczególnie jeśli nie jest się psychofanem piasku. O tym, że takim psychofanem nie jesteśmy utwierdza nas wizyta na Pustyni Siedleckiej, która wygląda jak nieco większy placek piasku w Kampinosie. Nie udaje nam się również znaleźć miejsca o nazwie Jaskinia na Dupce, które powinno znajdować się obok – szkoda, chęć zameldowania się tam na fejsie była spora. Dalej robimy krótką przy Bramie Twardowskiego (całkiem fajna skała), gdzie atakuje nas tysiąc pięćset komarów. W Ostrężniku nie udaje nam się znaleźć ruin zamku, choć jak się później, w internecie, okazuje – widzieliśmy je, tylko nie wiedzieliśmy że stosunek ruin do zamku jest tak bardzo przesunięty w stronę ruin.

Gdyby nie nasz skrót na szlak pieszy, powiedziałbym, że drogi doskonałe.

 

Generalnie, podczas całego wypadu, stosunek dróg utwardzonych do nieutwardzonych myślę, że wynosił okolice 50/50 (przynajmniej czasowo)

 

rowerowy szlak orlich gniazd
rowerowy szlak orlich gniazd
rowerowy szlak orlich gniazd

 

Zamek w Mirowie jest bardzo spoko. Powiedziałbym nawet, że chyba najlepszy. Takie trochę ruiny, a trochę zamek – szkoda tylko tych rusztowań rozstawionych dookoła i znaków, aby się nie zbliżać.

 

 

Zamek w Bobolicach jest parę kilometrów dalej i nie robi już takiego wrażenia – może dlatego, że jest zbyt nowy. Co ciekawe, na zdjęciach w internecie wygląda na jeden z najlepszych, ale może po prostu zaczynają nam się już zamki nudzić, a może to przez ilość turystów i autobusów. Bardzo w ogóle szanuję pomysł budowania dwóch zamków w odległości 1,5km od siebie.

 

 

Wyobraź sobie, że jedziesz przez las. Taki las-las, że przez ostatnie 20 minut miął Cię na drodze tylko lokalny PKS (który czujesz do tej pory) i słyszysz nagle śpiew kobiet. Patrzysz w prawo, a tam, pod wiaduktem, kilkanaście pan przebranych w ludowe stroje wykonuje utwór, którego w tej chwili nie pamiętam (i trochę mnie to męczy). Gdyby była to 10. godzina jazdy i byłbym sam, musiałbym pewnie zejść z roweru i iść spać lub zapisać się od razu do lekarza. Dorabiamy sobie teorię, że jest tam po prostu dobra akustyka i że to normalne, takie testy na środowisku preprodukcyjnym.

Edit, moje dziewczyna, która nie zapomina nikomu, niczego jednak zapamiętała piosenkę. Patrząc na tekst, poziom niepokoju wzrasta dziesięciokrotnie:

 

W kieleckim lesie, tam pod sosnami, Gdzie rozkwitły kaliny, Tam młody żołnierz w grobie spoczywa, Z dala od swojej rodziny. Mogiła jego mchem się pokryła, A nad nią krzyż jest brzozowy, Na wiosnę kwitną białe konwalie, A wokół bór jest sosnowy. Na starej sośnie jeden z kolegów Taki mu napis zostawił: Śpijże, kolego, w tym ciemnym grobie, Jeden z faszystów cię zabił.

 

 

 

Dalej jest Zamek Bąkowiec w Morsku, który odwiedzamy tylko dlatego, że ma śmieszną nazwę, ale nic poza tym. Chyba zamki się przejadły. Dużo bardziej śmieszy nas, że leży on przy stoku narciarskim, który trzeba było bokiem podjechać – śmiechu co nie miara ;-) Nie robimy nawet zdjęć.

 

W przeciwieństwie do Skały Okiennik, która wyłania nam się gdzieś przy drodze i której nie możemy pominąć. Pomysł, aby wejść do tej dziury na szczycie szybko mija, gdy widzimy wspinaczy, którzy ćwiczą na jednej z jej ścian. W ogóle, wspinaczy tego dnia widzimy bardzo wielu i wszystkim bardzo zazdroszczę zarówno umiejętności jak i odwagi.

 

 

Całkiem przyjemną i wyremontowaną drogą kierujemy się do Ogrodzieńca. Mijamy Dom z logo Versace (nie wiem co to, ale oznaczone na mapach przez jakiegoś śmieszka) i coś, co nazywa się: Bzów Skała Rzędowa. Niby skała jak wiele w okolicy ale dzięki otaczającym je polom wygląda bardzo fajnie:

 

 

Ogrodzieniec to Gubałówka, kropka. Jeśli lubisz cukrową watę, plastikowe zabawki, dmuchane atrakcje, hałas i rzeczy niestworzone – nie będziesz zawiedziony. O samym zamku wiele nie powiem, bo nie zwróciłem uwagi. Wiem tylko, że na tyłach są ładne ścianki ze wspinaczami oraz niezły widok na okolicę. Poza tym:

 

Czytacie wpis gościa, który nie wszedł na żaden zamek, bo wejściówki są płatne.

 

więc ja bym sobie nie ufał.

 

 

Potem są już głównie lasy – bardziej i mniej gęste. Czasem jedziemy świetnym asfaltem, a czasem terenową ścieżką. Odbijamy też na Czubatkę, czyli punkt widokowy na Pustynię Błędowską, która okazuje się lekkim zawodem. Przyznam szczerze, że z opowieści wyobrażałem ją sobie w nieco innej skali.

 

 

Kolacja na rynku w Olkuszu, gdzie w restauracji Batorówka udajemy, że jesteśmy w górach, zakupy w Bierdonce i nasz hardcore’owy nocleg.

 

 

Niedziela to znowu pola, lasy oraz asfalty, których tym razem jest sporo więcej, ale głównie przez naszą inwencję. Opuszczamy kilka kilometrów czerwonego szlaku i udajemy się dalej na wschód w stronę Ojcowskiego Parku Narodowego. Asfaltowe drogi przypominają nam nieco tatrzańskie miasteczka – są momenty, w których dałbym sobie sztycę uciąć, że jestem np. w Zębie. Bywa też stromo… bardzo. Mały ruch i dobre nawierzchnie przypominają, że chętnie wrócimy tu kiedyś na szosach. 

 

 

Ojcowski Park Narodowy wita nas w nietypowym stylu. Trafiamy na jakiś zlot tuningowanych samochodów… i to w ten najgorszy sposób: duża felga i głośny wydech. Golfy szurające po drodze, drogówka i pościg policyjnych tajniaków idealnie wpisują się w krajobraz parku narodowego. A tak poza tym, jest bardzo przyjemnie – rodzinnie tak.

 

 

Górki i asfalty niosą nas do Dolinki Będkowskiej – takiego naszego, swojskiego Yosemite (wpis o Yosemite bez roweru, wpis o Yosemite z rowerem, ale bez jeżdżenia). Jest camping, jest dolina, są wspinacze na skałach i nawet wodospad o wiele mówiącej nazwie Szum oraz znajdująca się za nim skałka o jeszcze więcej mówiącej nazwie: Dupa Słonia.

 

 

Ostatnie 40 kilometrów zostaje nieco zapomniane, bo cały dzień przemieszczamy się w upalnym słońcu. Odwodnienie sprawia, że nieco odechciewa nam się dodatkowych atrakcji w związku z czym, odpuszczamy na przykład zdobycie Zamku Tenczyn jakieś 200 metrów od niego. 

Czekamy już tylko, aby zanurzyć się w Zalewie Zakrzówek pod Krakowem.

 

 

Zapominamy niestety, że jest upalne, niedzielne, czerwcowe popołudnie i Kraków jest tak wypchany ludźmi, że można zapomnieć o robieniu czegokolwiek, a już na pewno o znalezieniu kawałka miejsca na rozłożenie się z rowerami przy zalewie. Okrążamy zbiornik i uciekamy szukać lodów do centrum miasta.

 

 

Za namową anonimowym opinii ludzi z internetu lądujemy w pizzerii Międzymiastowa, gdzie doczekanie się na jedzenie zajmuje nam dokładnie tyle czasu, aby prosto z niej udać się na dworzec. Na pocieszenie Panda zjada tam pizzę z burakiem i serem (na zimno), która jest według niej jedną z najlepszych, jakie jadła. Oczekiwanie uprzyjemnia nam obserwowanie pijanych obcokrajowców.

 

 


 

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd – czy to fajne?

 

W internecie znajdziemy wiele informacji o tym, że szlak jest kiepski, bo nie da się go przejechać np. z przyczepką dziecięcą. Faktycznie, zdarzają się momenty, w których trzeba polubić się z korzeniami, szyszkami i piaskiem, ale dokładnie taka jest specyfika naszych lasów, a asfaltowanie lub szutrowanie na glac wszystkiego, nie zawsze jest najlepszą opcją. Nie bez powodu jednak szlak na oficjalnej stronie internetowej przypisany ma poziom trudności: średni. Z własnego doświadczenia napisać mogę, że o ile faktycznie trzymamy się szlaku, to jest on w 99% (choć oczywiście zależy od pogody) przejezdny rowerem przełajowym. Jeśli szukasz czegoś prostego, zapraszam na wyspę Uznam.

 

Na Szlaku Orlich Gniazd brakowało mi jednego. Spójnej identyfikacji graficznej oraz rozbudowanego systemu tablic informacyjnych. Takich tablic, które rozstawione co kilkanaście kilometrów, w ciekawy sposób informowałyby, co będziemy mijali, co właśnie widzimy i rzuciły jakąś ciekawostką.

 

Coś bym napisał o dziedzictwie kulturowym, o historii, zamkach, przyrodzie i w ogóle, że warto i wypada, ale byłoby to zbyt oczywiste. Ta trasa jest po prostu bardzo ładna i dzięki mądremu poprowadzeniu, bezstresowa – zarówno pod kątem nawigacyjnym, jak i samochodowym. Oczywiście, jadąc po popularnym szlaku wśród rodzin z dziećmi i turystów na trekkingach, poczuć się można przez chwilę jak 30-latek na dziecięcej karuzeli w wesołym miasteczku (jesteś na niej tylko ze względu na dziecko, prawda?). Czy to jednak źle? Czy wszyscy musimy być prosami, harpaganami i zwycięzcami? Czasem można zostać prostym przegrywem na drogim rowerze i spędzić cały dzień na próbie pokonania 130km, czerpiąc z tego dużą radość ;-)

Do domu wracam z jakimś takim nieprzyjemnym uczuciem, że okolice Krakowa są o wiele lepsze niż okolice Warszawy… na szczęście już za 4 miesiące jesień i ludzie zaczną grzać ;-)

 

W drodze powrotnej PKP zaskakuje nas po raz kolejny. Nasz wagon zatrzymuje się nieco niespodziewanie poza peronem, co sprawia, że aby wysiąść z pociągu, musimy się nieco po nim przespacerować.

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X