Z tym całym Festive 500 to jest tak, że w większości* głów jest już tylko wspomnieniem w stylu “kiedyś to było…”. Choć może raczej powinno się mówić: “kiedyś to byłem…”.

*wcale nie w większości – to moje boomerskie postrzeganie świata

Pomysł na robienie 500km rowerem pomiędzy Wigilią, a Sylwestrem w 2010 wydawał się pewnie dużo bardziej abstrakcyjny niż dziś. Pierwsze wzmianki na swoim blogu, o ukończonym Festive 500 znalazłem w 2014: Święta z Festive 500. Zacząłem go pięknym cytatem: “Oh mother tell your children Not to do what I have done”, więc na pewno było bardzo fajnie. Rok później też ją zrobiłem i na pewno było równie fajnie. I w kolejnym roku również. Aby dać pewien ogląd na sytuację, w takim 2014 wyzwanie ukończyło 29 Polaków. Wynika to pewnie z faktu, że Strava nie było wtedy tak popularna – szczytem technologii był Garmin 500, który podłączaliśmy kabelkiem mini USB do kompa. To i tak nieźle, bo wcześniej woziłem w nogawce małe, czarne pudełko będące rejestratorem GPS.

Faktycznie, 10 lat temu nasza jazda na rowerze wyglądała inaczej. Spoglądając na zdjęcia, gdy jedziemy przełajami z Kacprem przez Słowackie tatry, po lodzie, w ciuchach z Aliexpress, w ciemnościach, z lampkami pozycyjnymi, na myśl przychodzi mi tylko: “Co za głąby. Ale to było fajne. Nigdy więcej”. Były to bowiem czasy, gdy w grudniu był śnieg… a przynajmniej pośniegowe błoto. Gdy hamulce w rowerach służyły do tego, aby przez intensywne naciskanie ich, rozgrzać palce. Cantilevery miały to do siebie, że w dobrych warunkach spowalniały, a w złych warunkach, nie robiły nic, poza stawianiem oporu. Może to i lepiej, bo po co hamować na lodzie? W jeżdżeniu zimą nie pomagał również fakt, że niekoniecznie mieściły nam się opony szersze niż 33mm. Kiedyś to było, teraz to już nie jest. Byłem wtedy pewny, że jeśli nie zmienię hobby to nigdy nie poznam żadnej dziewczyny.

Przegapiłem nieco moment, w którym do wyzwania dołączony został konkurs na najlepszą historię związaną z pokonywaniem tych 500 kilometrów. Żyjemy co prawa w czasach, w których wszystko zostało już zrobione i nie wiem już, co może być ciekawe dla odbiorcy. Pewnie stąd powolna śmierć bloga. Podejrzewam, że nawet przejechanie całości na raz, na monocyklu nie odbiłoby się ogromnym echem. Piszę te słowa 12. stycznia – na dworze jest zamieć śnieżna, a 4 śmiałków w ramach WOŚPu właśnie jedzie rowerami z Helu na Głodówkę…

I tak oto, kilka wojen i pandemii później, nadszedł 2023. Pomyślałem – „tak, tak, to jest ta chwila. Teraz moje ego zajebiście bardzo gila. Sytuacja, w której jestem centrum jak atrakcja turystyczna!. Jak nie teraz, to kiedy? Zrobię w końcu materiał! Tylko te 500 rowerem mi się niezbyt wpisywało w plan. Na rowerze z dużymi kołami nie siedziałem od sierpnia.

Wigilia wypada w niedzielę, więc jest cały dzień na klepanie kilometrów.

Rano (gdzieś koło 10:00) budzi mnie wzrok Racucha. W jego oczach widzę zdanie: “powinieneś już jeździć rowerem, a tymczasem ja nie jestem jeszcze wysikany”:
(to oczywiście nie jest prawdą, przez ostatnie 3 lata ten pies, chyba ani razu nie chciał z własnej woli się obudzić i wyjść)

Tutaj, jakieś 2 godziny później, pośrodku niczego, mina Racucha zmienia się na: “To ja panu życzę powodzenia i dobrej zabawy z tym rowerem“.

Ze spaceru wracamy jakoś koło południa. Zanim udaje nam się zjeść śniadanie, odtajać, obejrzeć coś na Netflixie i poscrollować chwilę Instagram, robi się 14. Dokonuję w głowie kalkulacji – zanim się ubiorę, wyjdę, wyjadę na drogę, po której da się jeździć, będzie 30 minut do zmroku. Tu chciałbym poinformować jak wygląda duża część Męcikału po ciemku. Za latarnie robią kocie oczy:

Dzień zapowiada się doskonale. Według tutejszych legend, końcówka tęczy wcale nie wskazuje garnuszka złota, a miejsce narodzenie Jezuska. Problemem jest to, że tęcza tego dnia ma dwa końce. Zanim więc weryfikujemy tę nieprawdziwą teorię, robi się znowu południe. Nic to, postanawiam wyjść…

Problem jest tylko taki, że wieje niemiłosiernie. Wieje na tyle, że w okolicy zrywa linie wysokiego napięcia i okoliczne miejscowości zostają bez prądu. Brak prądu w naszym domku oznacza również brak ogrzewania, brak ciepłej wody, brak światła i parę innych, nieprzewidzianych problemów. Na przykład taki, że przy rozpalonym kominku z płaszczem wodnym, woda w instalacji zaczyna się gotować (ponieważ nie krąży). Wizja powrotu do domku bez możliwości umycia i ogrzania się nie jest pozytywna. Mam za mało followersów, aby morsować. Światłość wraca, gdy na dworze już ciemno.

To jest ten dzień! To jest ta chwila! Promienie słońca ogrzewają nasze twarze, podgrzewają pieska, jeziora są niebieskie, drzewa zielone. Jest wspaniale i doskonale, jak na zdjęciach, które mogłyby prezentować Kaszubską Raphę 500 w magazynie Rouleur. Bogaci Brytyjczycy to przeczytają i zapragną odwiedzić Męcikał. Miasto się rozrośnie, postawią nam paczkomat, a może nawet sklep otwarty wieczorem!

Szkoda tylko, że to wszystko nieprawda, bo nawet jak świeci tu słońce to i tak pada deszcz. Zapytasz jak to możliwe? Nie wiem. Zmienność pogody jest tu jakaś szybsza. W ciągu godziny możne przejść kilka ulew, a pomiędzy nimi pojawi się prawie bezchmurne niebo. Jeżdżenie w ulewie nie jest przyjemne, więc ten dzień okazuje się jednak nie-tym dniem.

Jedyną atrakcją, która nam pozostaje jest Netflix i wieczorny spacer z naszym tropiącym psem, który w dalszym ciągu nam nie wierzy, że codziennie mijamy dziesiątki kotów.

Nie wiem jak to się stało, ale środę mam wolną. To dobrze, więcej dni na pokonywanie kilometrów. Problem tylko taki, że dzień wcześniej nasłuchałem się jakiegoś audiobooka o zwierzątkach i nie do końca świadomy tego, co robię – wychodzę rano z aparatem w okolicę. Okolica przez ostatnie kilka lat jeszcze nieszczególnie odrosła po wichurach, dzięki czemu wyjątkowo łatwo wypatrzyć zwierzynę z daleka.

Problemem jest tylko owa zwierzyna – pokazuje się ona zawsze dokładnie wtedy, kiedy nie powinna. Gdy jedziemy autem, gdy idziemy z psem na spacer, ba – patrząc po śladach, spaceruje nawet wzdłuż naszego ogrodzenia. Nietrudno się więc domyślić, że z wielogodzinnych spacerów wracam zazwyczaj co najwyżej ze zdjęciem dzięcioła lub sikorki. Tego dnia wracam więc tylko z ujęciem włochatych dupek. Mam jednak teorię, że gdybym oponował sztukę robienia takich zdjęć i wystawił je na domenie wlochatedupki.pl, zyskałbym chwałę i splendor. Może kiedyś… 

Nie denerwuje mnie to jakoś szczególnie na szczęście. W chodzeniu i robieniu zdjęć zwierzętom najlepsze jest chodzenie, szukanie i słuchanie. Przecież każde występujące tu zwierze, zostało sfotografowane już około miliona razy, a i to na pewno dużo lepiej niż ja mogę to zrobić. Jedyne co więc przynoszę poza sarenkami to dzięcioł (których jest masa i tylko jego umiem, oprócz sikorek, nazwać):

Oraz jeden z dziesiątek kluczy ptaków (wyglądających jak gęsi), który mnie mija. Jest to niepokojące, bo zawsze myślałem, że takie klucze latają jesienią. Oznacza to, że albo ja żyję w błędzie albo one – dla własnego spokoju postanawiam, że to ja jestem nieukiem.

Resztę dnia spędzamy przed komputerami. W przypadku Sylwii jest to nawet nie tylko “reszta dnia”, ale też cały czas poprzedzający ową resztę. Na szczęście czuwa nad nią cały czas Jezusek skaczący na bańkę. W moim przypadku siedzenie również jest trochę na wyrost, ponieważ bardziej cierpię niż siedzę – okazuje się, że moje informatyczne ramiona nie są przyzwyczajone do wielogodzinnego dźwigania ciężarów (jakim jest kilogramowy aparat fotograficzny).
Tu chciałbym napomnieć, że podróże kształcą i elektryczne koce odkryte w Korei, są najlepszym wynalazkiem świata. Kropka.

Czwartek do dzień żałoby, nie wypada robić nic poza pracą. To dzień, w którym Michael Jordan przegrał swój ostatni mecz i poległ. I to jeszcze w stroju, w którym pokonywał przybyszów z daleka w Kosmicznym Meczu. Podejrzewam, że uchował się dobre 20 lat, temu potworowi nie dał rady. Nie on pierwszy i nie ostatni niestety…

Michael pochowany zostaje w ogrodzie z należytymi mu honorami. W przeciwieństwie do należytych mu członków i kawałków, które prawdopodobnie będą musiały zostać “dochowane”, gdy tylko je znajdziemy. Tego dnia rozpoczynamy dokładną obserwację ekskrementów pojawiających się za Racuchem.

Wieczorem udajemy się jeszcze do najbliższego miasta z paczkomatem – Brus, aby sprawdzić czy wybrano nowego papieża Jordana. Tak, wybrano ich wielu.

W piątek cały dzień się pracuje, więc ze względów opisany wyżej, nie bardzo da się iść pojeździć. Nie szkodzi, zostaną jeszcze przecież dwa dni. Można byłoby oczywiście wstać nieco wcześniej, jechać nieco szybciej, być lepszą wersją siebie, ale kto był w Męcikale, ten wie, że nie jest to wykonalne. Największym wyczynem jest tam bowiem obudzić się tak, aby zdążyć do pracy na 9:00, nawet jeśli ma się do niej 25 sekund, ze zmianą spodni po drodze. Kolejnym, nieco mniejszym, choć równie dużym, jest nie zasnąć zaraz po włączeniu kompa, a jeśli już się zaśnie, to obudzić się przed 12:00. True story – nie mogę powiedzieć, którego z naszych gości.

Aby więc dzień nie został uznany za stracony dla ludzkości, oddajemy się pradawnej sztuce majsterkowania w komórce. Brzmi nieco jak biotechnologia, ale jednak przez komórkę, mam na myśli pomieszczenie.

Jedyną atrakcją jest popołudniowy spacer, aby skontrolować stan Brdy. Jako człowiek, oczytany w literaturze opisującej przyrodę, mogę jasno stwierdzić: Brda jest w tym samym miejscu co zwykle. Uświadamiam sobie też, że jesteśmy tu już tydzień, a podczas 3 spacerów dziennie nie minęliśmy ani jednego człowieka. Ani jednego.

Być może i wyszedłbym tego dnia na rower, problem jest tylko taki, że jak się okazało – nie zabrałem go ze sobą do Męcikału.

Przedpołudnie poświęcamy instalacji domku dla ptaszków. Co do samego Festive 500 i uzyskania oczekiwanego wyniku, niech moje starania podsumuje poniższa historia o jamniczku:

Andrzej miał grubego i starego jamnika. Pewnego dnia ten jamnik przychodzi do niego i mówi:

– Słuchaj Andrzej, weź mnie wystaw na wyścigi chartów.

Zdziwiony patrzy na jamnika…

– No stary, weź mnie wystaw, wygram.

Gościu myśli: kurde, zwariowałem, jamnik do mnie gada…

– No weź mi zaufaj, mówię ci, wygram na bank. No uwierz we mnie.

W końcu po paru chwilach Andrzej doszedł do wniosku, że skoro jamnik do niego gada, to musi być wyjątkowy, więc postawił na niego wszystkie oszczędności i dom w hipotekę.

Przyszedł dzień wyścigu.

Charty popędziły do przodu, zostawiając skundlonego jamnika w tyle.

Kiedy charty dobiegły do mety, jamnik po przeczłapaniu kilku metrów rozpłaszczył się zasapany na ziemi.

Facet wkurzony na maksa, podbiega do swojego jamnika i pyta:

– Jamnik! Co się do chu… jasnego stało?!

– Nie wiem, Andrzej… Naprawdę nie wiem…

Resztę dnia spędzamy więc na obserwowaniu przez lornetkę ptaszków. I na tym wpis powinien się zakończyć. Tu powinienem dostać nagrodę, za najmniejszy, możliwy dystans do przejechania rowerem w czasie Festive 500. Obawiam się, że nie wystarczy to jednak, aby wygrać cokolwiek.

Przyznam bowiem, że chciałem zrobić psikusa (śmiesznego pewnie tylko dla mnie) i przejechać 500 metrów. Dlatego też wszędzie powyżej piszę o 500 bez jednostki. Wiecie co? Nie udało się nawet to…

Dzieje się jednak coś niespodziewanego. W Nowy Rok budzę się z poczuciem, że coś bym pojeździł.

Miniony rok, prawdopodobnie rekordowy pod kątem przejechanych kilometrów sprawił, że zatęskniłem za jazdą. Tak niskiego wyniki kilometrów nie miałem na nastu latu. Wsiadam więc na składaka i ruszam w okolicę, a kto śledzi czasem Instagrama, ten wiem, że okolica potrafi być imponująca. Po wyjeździe ze wsi (czyli jakąś minutę później) docieram do pierwszej górki nad jeziorkiem:

Kilkaset metrów później spotykam Sylwię z Racuchem – udziela im się chęć jazdy

W tym miejscu chciałbym przypomnieć, że składaki to najlepsze rowery świata i pewnego, pięknego dnia stworzę w Męcikale Składak Camp. W tygodniu będziemy jeździli do najbliższego sklepu, a weekendy na całodniowe wycieczki do najbliższej Biedronki.

Bawimy się tak dobrze, że z lasu przybiega do nas jakiś inny piesek. Do szczęścia brakuje tylko drugiego składaczka*. Mam więc zajęcie na wieczorne posiedzenie z OLX.

*choć według niektórych, drugiego pieska

W tenże oto dziwny sposób, odkrywamy oboje, że stęskniliśmy się za normalną jazdą rowerem, a to dobrze wróży na nowy sezon. Może nawet sezon MTB…?