Męcikał
Polska złota jesień.
Ten wpis zaczyna się w Męcikale. Nie ma to absolutnie żadnego związku z wyjazdem do Lesotho, który jest jego motywem przewodnim, ale nie wiem dlaczego – zestawienie tych dwóch miejsc nieco mnie śmieszy.
Nadmienię więc tylko, że nie ma ładniejszej pory roku niż jesień, a dokładnie październik. Zanim jeszcze zapadnie wieczna ciemność, a psie kupy pochowają się pod parkowymi liśćmi. Złota jesień kończy się w momencie, gdy na wieczornym spacerze łapie Cię kaszel.



Ten krótki wpis to także kolejna próba zrobienia na blogu czegoś w sposób konsekwentny. Publikacji regularnej – co miesięcznej. Głęboko wierzę, że nic z tego nie wyjdzie, ale kto nie próbuje, nie przegrywa. Czy jakoś tak.

Szosa.
Kupiłem ostatnio w Dandy Horse koła szosowe. Okazuje się, że dokładnie ten sam rower po zmianie opon z terenowych 35mm na szosowe 32mm staje się zupełnie innym rowerem. Odkrycie tego zajęło mi ze 4 lata. Szkoda – myślałem, że będzie trzeba kupić sobie szoskę, a niestety traci to zupełnie sens w kontekście tego eksperymentu.
Peletony
Zrobiłem też ostatnio kilka podejść do jazdy w peletonie. Każdym peletonie – szosowym, gravelowym, leśnym, terenowym, nie-wiadomo-jakim. Po kilku „near death experience” zacząłem już w siebie wątpić. Na szczęście wypad ze „starą ekipą” przywrócił mi wiarę w siebie. Jazda w peletonie z obcymi to jednak większy hardkor niż Etiopia i Uganda razem wzięte.

Przejdźmy jednak do meritum wpisu. Ta historia zaczyna się tak na poważniej wiosną, kilka miesięcy wcześniej, gdzieś w okolicach etiopskiego miasteczka Szeszemenie. Mówię wtedy Robertowi, że Afryka jest fajna, ale mam już dość i nie wracamy tam przez najbliższy rok. Potem możemy pomyśleć. Umawiamy się też wtedy na kolejny wyjazd, na początku jesieni – czyli teraz, gdy to czytasz.

Plan idzie pięknie, lato mija, zmieniam pracę, mam zero dni wolnego urlopu do wykorzystania. Przeglądam Instagrama siedząc na… powiedzmy, że ogródku. Wyskakuje mi zdjęcie, wysyłam je dla dowcipu Robertowi i w sumie to już wiemy, co będzie dalej. Gdzieś w głowie tli się nadzieja, że wczesnym październikiem wylądujemy w Kolumbii, ale obaj wiemy, tam w środku, w brzuchu, że to nieprawda. Sytuację ratuje tylko fakt, że loty do Lesotho są niewyobrażalnie drogie. Przez drogie, mam na myśli 8k+ PLN.
„PROBLEM”
Wyobraź sobie, że siedzisz na kanapie i ktoś Ci mówi: „możesz jechać w dowolne miejsce świata na bikepacking”, tak ze 3 razy w roku, z ziomkiem lub ziomkami. Przez dowolne, mam na myśli całkowicie dowolne. Dzięki kilku lepszym, paru gorszym, ale na pewno wielu bardzo fuksiarskim decyzjom, mam taką możliwość. Co gorsze, niewiele jest też krajów, których raczej nie chciałbym odwiedzić. Być może Kongo (choć pewnie bym chciał, ale się boję), Korea Północna (ideologicznie), może RPA (bo boję się nawet bardziej niż Kongo)… Słynny dylemat sklepu z cukierkami.
To piękny dylemat, ale i trudny bardzo. Z każdym kolejnym wyjazdem trudniejszy, bo poprzeczka wieszana jest coraz wyżej. Nie chodzi tu bynajmniej o poprzeczkę rzeczy, która jest w stanie komuś zaimponować (chyba). Chodzi po prostu o lekko niekomfortowe, ale satysfakcjonujące uczucie robienia czegoś innego, nowego. Jest bardzo wiele miejsc, w których jeszcze z rowerem nie byłem, a jednak mam wrażenie, że już byłem. Wycieczka do Japonii jest wspaniała, siedząc przed wygodnym biurkiem jestem ją w stanie zaplanować co do minuty (true story, potwierdzi Sylwia wpadająca na stacje kolejowe na sekundy przed odjazdem Shinkansena). Mało tego, jadąc tam, dokładnie wiem, co chcę zobaczyć i czego oczekiwać. Oczywiście, wielokrotnie piszę, że wszystkie najciekawsze rzeczy widzi się tak naprawdę pomiędzy tym, co chce się zobaczyć – głównie dzięki przemieszczaniu się rowerem. W wyjazdach do miejsc nieco bardziej egzotycznych, cały wyjazd sprowadza się do takich momentów. Wszystko jest niewiadomą.
I tym płynnym akcentem przechodzę do stwierdzenia, że o ile w przypadku wyjazdu na Tajwan, do Stanów, do Japonii, czy choćby Norwegii, plan jestem w stanie ustalić dość skrupulatnie tak… za 3 dni lądujemy w Johannesburgu i to jedyne, co wiem, o nadchodzącym wyjeździe.
Jak to się stało? Niby nie wiem, ale zdjęcie, o którym wspomniałem powyżej na pewno ma z tym coś wspólnego. Podczas jednego z innych posiedzień w… ogrodzie klikałem sobie na pałę po skyscannerze. Okazało się, że pojawiły się doskonałe połączenia do największego miasta… Republiki Południowej Afryki, a z niego do granicy Lesotho jest zaledwie kilkaset kilometrów.

Przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się plan
Samolot startuje 1. listopada rano, a wraca 11. listopada wieczorem. Biorę 5 dni wolnego, jestem 11 dni na wyjeździe. Plan idealny, idziemy w to. Lecę do miejsca należącego do „TOP5 miejsc, które chciałbym w życiu ominąć”. Tu też zaczynają się schody lub też właśnie nie…
Bilety kupujemy nieco ponad miesiąc przed wylotem. Wiecie ile rzeczy zdążyłem zaplanować od tamtego czasu? Zero. No może kliknięcie paru przełęczy na Komoocie i sprawdzenie gdzie są miejsca, w których jest cywilizacja. A może nawet nie tyle „jest” co „można się jej spodziewać”. Zaplanować w takim wyjeździe nie da się bowiem nic, bo na próżno szukać bikepackingowych relacji w internecie. Przynajmniej w takim formacie, który nas interesuje: asfalt/lekki teren, jazda bez namiotu, raptem nieco ponad tydzień. Podobnie było z Etiopią – zdaje się, że normalni ludzie nie jeżdżą na wczasy rowerowe w takie miejsca. Prawie każda relacja to wycinek opisu przecięcia całej Afryki, bądź okrążania świata na rowerze.
Jeśli śledzicie jakichkolwiek rowerowych podróżników to pewnie wiecie, że tygodniowy, bikepackingowy wyjazd ma z taką wyprawą tylko jeden, wspólny mianownik: występuje w nim człowiek i rower. Nie możemy sobie pozwolić na tydzień obsuwy, bo pogoda lub formalności. Nie bierzemy wystarczająco bagażu, aby przenocować na dziko lub wieźć zapas jedzenia na więcej niż jeden dzień komfortowego życia. Plan byłby przydatny, tymczasem, aby sprawdzić stan nawierzchni na drogach, muszę używać zdjęć satelitarnych z Google’a. Bo co ciekawe, Google Street View może i się zdarza, ale zdjęcia ma 10+ letnie, a jak wiemy z Rwandy – budowanie dróg Chińczykom potrafi iść w Afryce zadziwiająco szybko.
Powiem więcej: podczas bikepackingów, w których jedzie się od rana do wieczora, zazwyczaj piątego dnia wszyscy mają już dość i chcą wrócić do domu. Piszę to teraz, tutaj, gdy planuję w głowie wyjazd, a i tak na miejscu, piątego dnia, się zdziwię.


Powyżej ludzik Googla rzucony na główną trasą przecinającą kraj w poprzek. Droga o numerze A3. Może się okazać, że wcale nie trzeba omijać „krajówek”.
Satelita sugeruje, że nawet krajówki o nazwie A1, A2, A3 i A4 potrafią być puszczone terenem, co z grubsza oznacza, że mniejsze drogi (o ile istnieją) mogą wymagać butowania. Na to wskazują też te pojedyncze relacje internetowe.
Nasz plan, na kilka dni przed wyjazdem, nie uwzględnia więc niczego. Nie wiadomo nawet w jaki sposób przedostać się z Johannesburga do granicy z Lesotho. Nasze usilne próby uzyskania wizy na wjazd do Lesotho spełzły na niczym. W Polsce ambasady nie ma, a w Lesotho nie wiedzą nawet, że istnieje. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo cała Europa, nawet Kreciki, mogą tam wjechać bez wizy, a my nie.
Tak więc, odpowiadając na pytanie: jak przygotować się na bikepacking pośrodku Afryki (tym razem dosłownie, tylko że Afryki Południowej) – nie wiem. Ale jako że od czasu, gdy zacząłem pisać ten tekst, minęły dwa kolejne dni (więc zostały 4 do wylotu), a ja dalej nic nie mam, może próba opisania procesu nieco mnie zmowytuje, zapraszam więc od zera do bohatera (mam nadzieję).

I. Bilety
Wszystko zaczyna się zazwyczaj od kupna biletów. Tutaj sytuacja była prosta. Wbiłem w skyscanner 1. listopada (bo dzień wolny) i 11. listopada na powrót (bo również wolny). Szukałem czegokolwiek, co startuje rano, a wraca wieczorem w te dni i nie kosztuje majątku. Johannesburg wpisał się w to doskonale, a przecież jest tak blisko Lesotho. Dwie wiadomości do Roberta i bilety kupione. Za kilkunastogodzinny lot w dwie strony z przesiadką płacimy po 3500zł + rower. Nie wiem ile rower, bo to zawsze zagadka: czasem dużo, czasem zero.
Bardzo podoba mi się data tych wakacji – zapisywana bez kropek, wygląda jak moje oceny z niemieckiego w liceum: 111-1111.
II. Zasady wjazdu i formalności
Okazuje się, że do Lesotho trzeba wizy. Tzn normalne kraje nie potrzebują, ale Polskę ktoś przegapił. W sumie nic dziwnego, skoro nawet nie chce nam się wymyślić polskiej nazwy tego kraju. Okoliczne kraje, co prawda, też takiej nie mają, ale w Botswanie, Namibii, Zimbabwe itp nie występuje nienaturalne nam połączenie „th”.
Ja naprawdę bardzo chciałem tę wizę dostać i naprawdę próbowałem – nie udało mi się. Ambasada w Berlinie ma skrzynkę pocztową – nawet dwie. Jedna jest zapchana i odbija zwrotką, że mail nie doszedł, druga brzmi jak skrzynka tego nigeryjskiego księcia z mojej rodziny, któremu się ostatnio zmarło: lesothoembassyberlin@gmail.com. Seems legit – jak mawiała młodzież, gdy byłem młodzieżą.
Jedziemy więc na pałę i mamy nadzieję, że jakoś to będzie. Na wszelki wypadek nie podaję tu więcej wiadomości. Przygotowałem się jednak do sytuacji dość dobrze oglądając S04E04: „Jak przeżyć w najcięższych więzieniach świata”. To akurat odcinek o Maseru w Lesotho. Dowiedziałem się z niego, że prawie wszyscy siedzą tam za przestępstwa seksualne, więc będziemy wyjątkami. Niezbyt komfortowa sprawa w kraju, w którym wirusem HIV zakażona jest 1 na 4 osoby.
Mam jednak wrażenie, że nie tylko to będzie nas wyróżniało. Z 40 minut odcinka, którego zdecydowanie nie polecam, nauczyłem się, że najważniejsze to na start nie zostać niczyją żoną, a następne 20 lub 70 już jakoś zleci. Gdyby na blogu była zbyt długa cisza, prośba o kontakt z Botschaft des Königreichs von Lesotho w Berlinie. Chciałem napisać tu nieco przydługie imię pani ambasador, ale chyba już ambasador się zmienił, bo na stronie, z której miałem je skopiować, jest już ktoś inny. Żeby było Wam łatwiej dojechać tam taksówką, nawet ulica ma łatwą nazwę: Kurfürstenstraße.
Za najważniejszy dokument uznaję ubezpieczenie podróżne pokrywające koszt wszystkich nieszczęść zdrowotnych (koszty leczenia, ratownictwo i transport, Assistance, OC). Kupuję na Warta Travel, bo tam jest najwygodniejszy formularz (pozwalający np. łatwo zrezygnować z NNW czy bagażu, które do niczego nie są mi potrzebne). Wygodny formularz jest wystarczającym argumentem.
III. Pakowanie.
Pakowanie się jest proste, bierze się prawie zawsze to samo. Coś na ciepło i coś, co można dołożyć do tego stroju, gdy okaże się, że w Afryce też pada śnieg. A jest to możliwe, bo dokładnie dzień po kupnie biletów, na głównych stronach polskich portali wysypało wiadomościami o burzach śnieżnych w RPA i ludziach zamarzających na śmierć w autobusach, które jeżdżą właśnie w kierunku Lesotho. Do tego trochę leków, ładowarek, kabelków, niepotrzebnego szmelcu i okazuje się, że bagaż wygląda prawie dokładnie tak samo, jak w przypadku wyjazdu na Lofoty. Różni się co najwyżej większą ilością Stoperanu. Wyjąkowo wezmę też chyba bidon do szejków i z pół kilo jedzenia w proszku na czarną godzinę (Huel, który lata temu uratował nam życie w Norwegii, gdzieś w okolica 230. kilometra z przewidywanych 140). Standardowy zestaw, którego we wpisie nie mogło zabraknąć, wygląda tak:

Uwaga, nie biorę odpowiedzialności za powyższą listę.
Warto również wgrać sobie mapy i w telefon i w nawigację. W telefonie zestaw offline Google Maps + Mapy.cz.
IV. Cel
Fajnie mieć jakiś główny cel wycieczki i na starcie pogodzić się z faktem, że wcale nie chce się go osiągnąć, a chodzi tylko o wymówkę. Tak jak odwiedzenie psiej wyspy w Japonii, psiej wyspy w Korei albo zobaczenie najrzadszego psa świata w Etiopii. Tym razem cel jest bardziej przyziemny. Jedziemy na piwko do najwyższego pubu w Afryce (na Sani Pass), a potem do kolejnego pubu, które według internetu nie jest najwyższym, mimo że leży wyżej (Afriski Mountain Resort, co sugeruje, że ludzie jeżdżą tam na nartach i latem może być nieczynny). W Afryce tak to jest, że każdy kraj ma swoje najwyższe w Afryce rzeczy. W Etiopii też była najwyższa droga Afryki, która była niżej niż wiele innych.
Gdybym był Maćkiem Coehlo, napisałbym, że chodzi o całkowite odcięcie od rzeczywistości. Wystawienie się na skrajny dyskomfort, który na długie miesiące pozwoli docenić dach i fotel w biurze, jedzenie w lodówce i fakt bycia całkowicie niezauważanym w mieście. Ale nie jestem, więc nie napiszę. Chodzi po prostu o dobrą zabawę.
V. Przeżyć
To jest dość ważny dla mnie punkt, nie będę ukrywał. W zasadzie powinien zawierać się w tym wyżej. Wśród wielu wijących się planów i nadziei, jednak jest kluczowa: chciałbym wyjazd przeżyć. I to nawet w możliwie nienaruszonym stanie – jakkolwiek źle to brzmi w kontekście więzień, o których wspomniałem. Normalnie zrobiłbym sobie listę cywilizowanych miejsc, potencjalnych noclegów, awaryjnych powrotów itp. Tutaj niestety jest to ciężkie, bo Google Maps oraz Booking sugerują, że będziemy jechali bez przystanków na jedzenie i spanie. Mam nadzieję, że to kłamstwo, ale zobaczy się na miejscu. Większość internetowych relacji to niestety ludzie w Camperach 4×4, którzy mogą w nich mieszkać lub ludzie z namiotami. Głęboko wierzę, że dolary mogą zrobić hotel nawet z miejsca, które hotelem nie jest. Internet zgodnie twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak woda w sklepach – bierzemy więc tabletki i filtr do wody.

A mówiąc uczciwiej – tak, to oczywiście problemy, ale nie wierzę, aby asfaltem nie przejeżdżał od czasu do czasu jakiś samochód, który w sytuacji podbramkowej, będzie mógł pomóc. Choć naprawdę chciałbym, aby nie był to samochód jak w Ugandzie.
VI. Atrakcje turystyczne.
Przed wyjazdem przeczesuję zawsze internet, aby znaleźć informacje o tym, co zwykli ludzie/turyści robią w naszych docelowych miejscach. O Lesotho nie znalazłem w zasadzie nic, co mogłoby mnie zainteresować. Poza wspomnianym wyżej barem oraz przełęczy o nazwie God Help Me Pass. I to wspaniałe, wszystko będzie zaskoczeniem i bardzo cieszę się na nic. Najpopularniejsze ciekawostki o Lesotho fakty jak:
VII. Plan wycieczki i trasa.
Tu czuję się nieco zaskoczony. Jest co prawda na bikepacking.com tekst o Lesotho, ale jest to zupełnie nie nasz styl jazdy. Najlepszy plan, który udało mi się zrobić to (wymyślam teraz na bieżąco):
W Johannesburgu lądujemy jakoś koło północy. Rowery dolatują tym samym samolotem, co my (to ważne postanowienie). Idziemy do najbliższego hotelu, który zarezerwuję wcześniej (powinienem właśnie teraz). Rano składamy rowery i zostawiamy walizki na 10 dni w hotelu. Po drodze nikt nas nie zastrzelił, nie porwał i nie okradł. A jeśli okradł, mam nadzieję, że rowery jednak leciały innym samolotem.

Rano ruszamy taksówką/busem ze złożonymi rowerami w 5 godzinną podróż do Lesotho. Nie wiem do jakiej granicy. Transport znajdę na facebookowej grupie: Catch A Ride (Lesotho le SA). Ludzie określają tam, czy jadą z paszportem, czy bez, więc może i dla dwóch bezwizowych Muzungu znajdzie się jakiś pomysł. Czuję, że owszem i będzie to najdalsza granica, jaka istnieje. To jednak nie problem, bo nasza trasa wiedzie prawie dookoła kraju.

To znaczy, tak naprawdę, ona w ogóle nie istnieje, ale o tym za chwilę. W środku, w Maćku, czuję, że nie będzie to też 5 godzin, a pewnie z 10. To też nie problem, bo nie ma alternatywnego planu. Jeśli nas nie wpuszczą to… nie wiem co. Może odbijemy do najbliższej wypożyczalni samochodów i pojedziemy jeździć między słoniami w Bostwanie albo wydać miliard dolarów w Zimbabwe. W planie idealnym, wysiadamy za granicą i ruszamy w kolarską drogę.

Mapka jest prosta, bo wyznaczone trasy pokrywają większość siatki sensownych dróg (niewymagających długotrwałego spacerowania) w Lesotho. Spacerowanie nie jest nam na rękę, bo spodziewana temperatura to od od -5°C do 35°C, a do tego albo lampa słoneczna, albo śnieżyca. W żadnym wariancie przemieszczanie się po wysokich górach bez sklepów i cywilizacji nie brzmi dobrze.
Trasa niebieskie wydaje się być „po prostu OK”. Połowa to góry, połowa to płaskie. Można uznać ją za awaryjną.
Trasa zielona urywa się na wielogodzinnym butowaniu lub całodniowej podróży jeepem przez przełęcz, a potem łączy z czerwoną. Do zrobienia, gdybyśmy mieli pewność, że taki jeep będzie na miejscu lub że lokalne samoloty latają. No i że pogoda pozwoli przełęcz przekroczyć.
Trasa czerwona jest optymalna i ma w sobie awaryjny skrót, który obcina ją o połowę. Kończy się na słynnym Sani Pass, czyli najwyższej przełęczy Afryki Południowej i drogi zaliczanej na popularnych portalach do „drogi, które musisz przejechać przed śmiercią”. Stamtąd można (mam nadzieję) albo wrócić jakimś transportem do miasta, albo rowerami, drugą stroną gór… albo dalej na południe, przez Góry Smocze do Pietermaritzburga lub nawet Durbanu w RPA. Stamtąd na pewno jest powrót do Johannesburga.
Nie wiem nawet w którą stronę, ale przygotowałem sobie profesjonalną mapkę. Oparta jest na zdjęciach z Googla, punktach z Komoota, opinii o poszczególnych przełęczach z afrykańskiego forum 4×4, czy doskonałej aplikacji dla camperowców z aktualnymi komentarzami dotyczących miejsc, na przykład Matebeng Pass. W tym przypadku na przykład wynika, że droga, która wygląda na główną przebitkę w kraju to kilka godzin butowania… więc dla nas odpada. Butowania jeśli oczywiście nie sypnęło śniegiem, bo wiele dróg jest powyżej 3000m n.p.m.
Nie umiem dobrze zaplanować nigdy ile da się jechać jednego dnia. To widać po 2-3 dniach na miejscu. Nie wiem więc ile zrobimy, ale będziemy jeździć drogami z mapy, spać i jeść w miejscach, które znajdziemy przypadkiem i w sobotę pod wieczór dojechać do jednego z głównych miast Lesotho, aby dać sobie dobę na zorganizowanie powrotu i złożenie rowerów. Jeśli nasze walizki będą oczywiście czekały w hotelu.
Życzcie więc powodzenia, bo do wylotu 3 dni i teraz wiecie dokładnie tyle, co ja.