Cze '18 12

Triathlon Karkonoski trochę boli

Nie byłem gotowy do tego startu. Triathlon Karkonoski, zwany Karkonoszmanem, to wydarzenie do którego przygotowywałem się całą zimę oraz wiosnę. Taki przynajmniej był plan, bo przygotowanie ograniczyło się głównie do myślenia o nim, podczas nieustrukturyzowanych aktywności fizycznych. Szybko okazało się, że pływanie na zamkniętym basenie, gdy na dworze piękna pogoda jest nieco bez sensu. Podobnie zresztą jak robienie czegokolwiek, co można byłoby podciągnąć pod trening. Zarówno na Majorkę, jak i Istrię, zabrałem piankę do pływania oraz buty biegowe – nie skorzystałem z nich ani razu. Buty do biegania zabierałem też pełen nadziei na wszystkie wyjazdy od czasu, gdy postanowiłem wystartować w triathlonie. Były ze mną nawet w Vegas i Kalifornii. Tam także pozostały nieruszone. Długo zajęło mi odkrycie, że jeśli mogę spędzić dzień na rowerze eksplorując nowe tereny, to właśnie tak spędzę czas, zamiast dzielić go pomiędzy różne dyscypliny. Ba, mając do wyboru robienie czegokolwiek fajnego i unikalnego w danym miejscu (czyli nawet spacerując po wybrzeżu), w dalszym ciągu wybiorę taką formę aktywności zamiast trenowania. W głębi duszy jestem turystą i kolarskim wycieczkowiczem i nie potrafię sobie wyobrazić siebie na czymkolwiek, co mogłoby choćby zbliżyć się do terminu: wyjazd treningowy. Być w pięknym i nowym miejscu i spędzać czas na basenie lub ograniczać się do 3 godzin na rowerze w imię robienia formy? Nie dziękuję, to nie dla mnie. Triathlon potraktowałem jako przygodę.

 

triathlon karkonoski

 

Na Triathlon Karkonoski udałem się więc z żenująco niskim przebiegiem pływackim (bo o ile zimą pływałem, to przez przeraźliwie ciepłą wiosnę, szkoda mi już było na to czasu) oraz zdecydowanie niższym niż planowany przebiegiem biegowym. Z drugiej strony nie po to jadę na drugi koniec Polski i płacę 500zł wpisowego, aby wypaść słabo! YOLO, może spontaniczne uprawianie aktywności fizycznych też daje jakieś efekty? To był dzień, w którym miałem się tego dowiedzieć, bo mimo że jest czerwiec, nie wystartowałem w tym roku jeszcze w niczym. Może kolarskie ściganie się mi już trochę przejadło?

 

 

Triathlon Karkonoski to 1900 metrów pływania po jeziorze Leśniańskim, 86km (1900 w górę) rowerem z Zamku Czocha do Karpacza i 22km (1150 w górę) z buta na szczyt Śnieżki.

 

Z niewiadomych mi przyczyn uznałem, że Triathlon Karkonoski będzie najlepszym miejscem na debiut. Nie trzeba jechać rowerem czasowym, dystans jest tak długi, że błędy w strefach zmian nie mają żadnego znaczenia, a limit startujących pozwoli przeżyć w wodzie. Do tego oczywiście fakt, że nie biegnie się między masą ludzi, więc ewentualne przejście z biegu do szybkiego chodu nie będzie przypałem. Założyłem, że wolne bieganie w trudnym terenie jest w dalszym ciągu dużo prostsze niż szybkie bieganie w łatwym. Z perspektywy czasu, mimo wielu głosów zwątpienia, wydaje mi się, że był to świetny wybór – brawo ja.

 

 

Logistyka

 

Lubię bieganie, bo jest sportem znacznie prostszym niż rower. Raz w życiu biegliśmy coś poza Warszawą (w Lizbonie) i fakt, że wystarczyło spakować buty, koszulkę i spodenki był wspaniały. Tak samo jak z popołudniowym wyjściem po pracy – sprzętu nie smarujesz, nie pompujesz, nie serwisujesz, auta Cię prawdopodobnie nie zabiją, a zapiaszczone zakręty nie są groźne. W triathlonie jest dokładnie odwrotnie. Uświadamiam sobie to dzień przed startem, kiedy to próbujemy odpowiednio spakować sprzęt oraz zaplanować bufety. Bo niestety, w Triathlonie Karkonoskim organizator zapewnia niewiele, więc każdy musi mieć obowiązkową pomoc przywiezioną ze sobą. Strona internetowa przypomina nieco kaszubskie lasy po przejściu zeszłorocznej nawałnicy, więc ciężko o znalezienie tam jakiejkolwiek informacji, która mogłaby nam w tym pomóc. Jedziemy więc w ciemno licząc na to, że wszystko zostanie wyjaśnione na dwugodzinnej (1 dla zawodnika i 1 dla wsparcia) odprawie. Cóż, imprezy kameralne rządzą się swoimi prawami – nie lubię tak, ale postanowiłem się jakiś czas temu nie stresować swoim hobby, więc traktuję to na luzaku. Co ma być to będzie.

 

triathlon karkonoski

triathlon karkonoski

triathlon karkonoski

 

Godzina 5.30 w sobotę. Wszystko jest bardzo proste. Mam przygotowane ubranie cywilne do przemieszczania się, ciepłe ubranie cywilne do zejścia ze Śnieżki, które Panda wniesie tam w plecaczku, worek do pływania z: pianką pływacką, czepkiem, ręcznikiem, okularkami, spray’em, aby nie parowały, ręcznikiem oraz klapki, do tego worek biegowy: skarpetki, buty, żarcie i worek kolarski: strój, pas z numerem, kask, okularki, bidony, buty, skarpetki (nie będę przecież jechał w krótkich-biegowych, bo przypał), licznik z wgraną mapą, telefon, kurtkę ultralight, kamizelkę i rękawki, no i oczywiście worek z jedzeniem: żele z kofeiną, galeretki, które łatwo jeść, małe batoniki, zapasowe bidony, izotonik, wodę i takie tam. Teraz tylko odpowiednio to poustawiać… i co może pójść źle, jeśli w strefie zmian nie chcę spędzić więcej niż kilka minut?

 

 

Pływanie

 

Startujemy o 7 spod zamku Czocha. Pływanie w piance jest super, bo dla takiego amatora jak ja, pianka daje mniej-więcej tyle, co silniczek w rowerze. Wyporność mam taką, że żeby mnie utopić, trzeba byłoby przywiązać mi do kostki mój pierwszy rower MTB i wrzucić na głęboką wodę. Problemem pianki jest to, że za Chiny nie umiem jej zakładać i zdejmować, a każda próba kończy się w Trirencie na zalepianiu dziur. Cóż, wybór modelu dla zaawansowanych nie był dobrym pomysłem. Okazuje się, że tańsze modele są też bardziej wytrzymałe. Największym wyzwaniem w piance i samym pływaniu (poza panicznym strachem przed skurczami w nogach) jest, jakby to ładnie powiedzieć – jajecznica. Pianka układa się na mnie losowo, więc często okazuje się, że krok mam na wysokości pępka – resztę dopowiedzcie sobie w swojej bujnej wyobraźni sami – pływać się tak nie da. Może wpuszczam do nie za mało wody, może za mocno lub za słabo pociągam. Dowiaduję się o tym zazwyczaj niestety dopiero po około 500 metrach. W Jeziorze Leśnieńskim wszystko jednak zagrało, a dyskomfort pojawił się dopiero pod koniec. Kilka szarpnięć w dół ze specjalną uwagą, aby nie szarpnąć za dużo i można płynąć dalej.

 

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

 

Jeśli chodzi o sam start: nigdy w życiu nie pływałem w grupie. Na Karkonoszmanie jest spoko, bo ludzie jest mało – limit 100 robi swoje. Jest tak, jak to sobie wyobrażałem. Co jakiś czas dostaję ręką w głowę, czasem ktoś we mnie wpływa, czasem ja w kogoś, czasem ktoś leży mi na plecach, wali nogą w rękę, ręką w zadek, zadkiem w głowę – generalnie ciężko powiedzieć co się dzieje. Ważne, że się przesuwam. Jakby tego było mało, zbiornik ma kształt szlaczków, które rysowałem w przedszkolu i nawigacja nie jest trywialna. Postanawiam więc płynąć po prostu tak jak wszyscy. Nie mam też wyjścia, bo nie wiem niczego – nawet z której strony omija się statek, który robi za bojkę i co potem… Po 10 minutach płynie się już spoko. Pierwszy raz w życiu płynę też na oddech co 2 ruchy ręką, a nie co 3. Może aby łatwiej było nawigować, może zadyszka większa niż zwykle, może chcę widzieć cały czas gościa, co płynie obok – nie wiem. Nie umiem wytłumaczyć, ale oddech na 3 się nie udaje. Staram się trzymać w drugiej grupie, bo pierwsza jest wyraźnie poza zasięgiem moich możliwości. Pierwsza płynie, my się przesuwamy.

 

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

 

W drodze powrotnej zapominam nieco jak wygląda jezioro i z niewiadomych mi przyczyn obieram nieco inną trasę niż osoby obok mnie. Nie miałem siły przekalkulować jaka jest szansa, że to ja jestem w błędzie, a nie wszyscy inni – Garmin mówi, że wychodzi mi więc nieco ponad 2000m zamiast 1800m, ale analizując Stravę widzę, że wszyscy mają podobnie. Mówi też, że pokonują ją w 32 minuty, a więc 1:34 na 100 metrów. Z wyniku jestem zadowolony. Dało się szybciej, ale nie wiem, jak odbiłoby to się na reszcie dnia. Różnice czasowe w pływaniu są dla mnie pomijalne w perspektywie 6 lub 7 godzin wyścigu.

 

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

 

 

Pływanie kończę oficjalnie z czasem 32:31, zwycięzca miał 29:43, a najszybszy 27:58. Wynik daje mi po pływaniu 16. miejsce.

 

 

T1, czyli z pianki na rower

 

W pływaniu najpiękniejsze jest wychodzenie z wody. To mniej więcej tak, jakby ktoś zakręcił Was 70 razy na karuzeli w pobliskim placu zabaw, a potem kazał przebiec się po kamieniach, wskoczyć na murek, pobiec krzywymi schodami w górę, a potem ułożyć puzzle. Gdyby nie uprzejmy pan w lajkrze i marynarce, który pomagał wychodzić, myślę, że byłaby tam spektakularna gleba. Ludzie krzyczą, w głowie się miętoli, trasa do roweru wiedzie po korzeniach i schodach, nie wiesz co się dzieje, a przecież po drodze trzeba znaleźć klapki (bałem się syfu w skarpetce), ściągnąć zegarek i rozpocząć mozolny proces zdejmowania pianki. O ile 10 minut, które potrzebuję, aby ją ubrać może być uzasadnione, to czas potrzebny na jej zdjęcie już nie bardzo. Ja siedzę, Panda szarpie za nogawkę, coś się gdzieś roluje, a koleś, który wychodził ze mną z wody, biegnie już w SPDach do roweru, podczas gdy ja nawet nie myślę jeszcze o ubieraniu skarpetek.

 

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

 

Potem jeszcze kask, okularki, buty, chwytam rower z wieszaka, zapinam pas z numerem startowym, który to okazał się potem największym błędem tego dnia i biegnę do wyjścia. Wsiadam nieco później niż inni, bo widziałem w internecie za dużo filmików o triathlonistach próbujących ruszyć pod górkę. Wiem, że moi zaprzyjaźnieni fotografowie tylko na to czekają…

 

W T1 spędzam 3:37, to prawie minutę dłużej niż zwycięzca i dwie minuty dłużej niż najszybsi.

 

 

 

Rower, czyli: „ale ich ogolę”

Jestem spryciarzem, pod pianką miałem założony strój startowy – oczywiście jednoczęściowy, bo plan zakładał, że będę w nim również biegł. Wszyscy tak robią. Czy pianka przecieka? Cóż, zaraz po zanurzeniu się trzeba wpuścić do niego trochę wody, bo inaczej dzieją się dziwne rzeczy. Na rower ruszam więc w stroju, w którym wyglądam jak na Mortirolo 2 lata temu, gdy ubrałem zimowy strój na start w jakichś 25 stopniach – jestem całkowicie mokry. 60km/h w jednej warstwie całkowicie mokrego stroju o 8 rano? Nasze babcie nie byłby dumne. Plus jest taki, że zupełnie o tym nie myślę, bo głowa zajęta jest innymi rzeczami, a zanim mi się o tym przypomina, jest już suchy.

 

Pierwszy wieczór spędzamy na potajemnym śmianiu się z osób, które przyjechały na wyścig po górach na czasówkach. Liczymy o ile ich prześcignę. Ostatecznie (według naszych obserwacji) w TOP10 9 osób ma czasówki, jedna rower aero z lemondką, a moja strata do czołówki to przepaść.

 

Problem ze strojem jest również taki, że praktycznie nie ma on kieszonek. Są dwie, minimalistyczne z tyłu. W jednej ląduje pół telefonu (a pół wystaje), druga przeznaczona będzie na śmieci. Całość żarcia (czyli ze 3 galaretki i 3 batoniki lądują w pasie z numerem). Wydaje się to rozsądne, bo łatwo je wyjąć i nie powinny przeszkadzać. Wielki błąd.

 

triathlon karkonoski

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

 

Jeśli śmieszą Was wywrotki triathlonistów już na samym początku wyścigu, spieszę z pomocą i wyjaśnieniem. Rower po pływaniu to zupełnie inny rower niż zwykły. W głowie się dalej trochę kotłuje, błędnik się jeszcze nie odnalazł, a mózg zajęty jest analizą strefy zmian i tego, czy nic istotnego nie zostało pominięte. To wszystko sprawia, że chwila nieuwagi skutkować może wizytą w krzakach. Nigdy w życiu nie zrobiłem treningu zakładkowego, skąd mogłem to wiedzieć? Skąd już na drugim kilometrze trasy jest u mnie zadyszka i tętno jakbym jechał na progu? To pytania, na które odpowiedzieć mogę dopiero dzisiaj, dzień później o 5 rano, gdy w spokoju analizuję co działo się tej dziwnej, czerwcowej soboty.

 

Zwycięzca przejeżdża trasę ze średnią mocą 260W łapiąc po drodze trochę pucharków i parę koronek na zjazdach i podjazdach

 

Potem jest już zgodnie z planem. Przez pierwsze kilometry wyprzedzam sporo osób, aby za Świeradowem pozostać całkowicie samotnym – z przodu i z tyłu nikogo po horyzont. Sytuacja nie zmienia się przez wiele kilometrów. Na początku tak zwane hopki, czyli rolling hills, potem niekończący się podjazd do Zakrętu Śmierci. Na szczycie bufet, na którym wyrzucam bidon i zgarniam nowe galaretki. Wypijam około litra na godzinę, co w połączeniu z faktem, że wcześniej wypiłem pół jeziora budzi nieco strachu w kontekście biegania. Szczególnie, gdy doda do tego się fakt, że postanawiam jeść tylko galaretki oraz jeden żel, bo batonów nie umiem pogryźć. Jazda na solo to jednak inna jazda niż w peletonie – tu nie odpoczniesz. Bez pomiaru mocy jedzie się samotnie w wyścigu ciężko – w życiu zrobiłem to raz na czasówce pod Tąpadła. Nie wiedziałem wtedy jak jechać, więc pojechałem mocniej niż mogłem i przypadkiem wygrałem.

 

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

 

Bufet to nieco dużo powiedziane, była to strefa bufetowa, na której mój support mógł mi coś przekazać, po tym jak wcześniej posprzątał wszystko ze strefy zmian i magicznie przetransportował się na miejsce, aby być na nim przede mną. Na rowerze organizator zapewnił tylko strzałki oraz ludzi kierujących-kierunkowskazy na wybranych skrzyżowaniach. Większość triathlonistów używa zegarków zamiast komputerka z trackiem. Uświadamiam to sobie, gdy na odprawie omawiany ze zdjęciem jest każdy z zakrętów.

 

triathlon karkonoski

 

Za Zakrętem Śmierci zjazd i podjazd pod Michałowice. Tempo mi nieco siada i nie jestem pewny co zrobić. Jadę mocno, ale na tyle, aby zostało mi w nogach coś na bieganie, więc zostawiam bezpieczny zapas. W dalszym ciągu na horyzoncie nikogo. Znowu zjazd do bufetu, do którego przetransportowało się moje wsparcie, znowu chwytam jakieś jedzenie i bidon i rozpoczynam smutną wspinaczkę pod Przesiękę. Z tego co mówią ludzie, jadę cały czas na 8. pozycji. To zgodnie z planem, który zakładał ukończenie roweru w dyszce, a potem regularne tracenie pozycji.

Na podjeździe mija mnie dwóch gości na czasówkach. Jadą jeden za drugim – drafting co prawda jest zabroniony, ale na podjeździe nie ma to chyba znaczenia, a i zostawić kogoś ciężko. Zostawiają mnie z tyłu, boję się trzymać im koło, bo bieganie mogłoby się dla mnie źle skończyć. Znikają z przodu, jestem 10 – jeden z nich skończył podobno na pudle. Do końca roweru nie widzę już nikogo. Pozostaje mi tylko minięcie charakterystycznego zbiornika w Sosnówce i niekończący się podjazd do Karpacza, który muszę przyznać, trochę mnie ujechał. Rower planowałem na 3 godziny – w drugiej strefie zmian melduję się po 2:58:27. Średnia 29,1km/h nie jest imponująca, a pozostawia pewien zapas sił, który okaże się trochę zbędny, a może trochę nie – ciężko powiedzieć, bo bieganie jest zupełnie inne niż planowałem.

 

Oficjalny wynik 2:59:48 jest o blisko 20 minut dłuższy niż czas zwycięzcy i plasuje mnie na 8. pozycji wśród rowerów.

 

 

T2, czyli z roweru w buty biegowe

 

Druga strefa zmian, na której znowu już czeka Panda z Piotrkiem idzie sprawnie, bo jedyne co mam do zrobienia to zostawić rower, wymienić żele w pasie, przebrać buty i skarpetki. Ze skarpetkami jest pewne zamieszanie, bo spakowałem dwie lewe i trochę czasu mi zajmuję ogarnięcie tego, czemu po zamianie ich stronami, w dalszym ciągu wkładam lewą na prawą nogę. Kolejna zamiana też nie pomaga. W międzyczasie Panda ściąga mi kask i okularki. Ruszam, wyrzucam żel z pasa, bo okazuje się, że te kilkadziesiąt gram przekracza już dopuszczalną przeze mnie granicę i biegnę dalej. Przede mną najbardziej nieodkryta część wyścigu. Nigdy nie biegłem po górach, nie wiem jak to się robi. Jestem psychicznie przygotowany na zniszczenie przez mijających mnie z tyłu ludzi.

 

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

 

Wizyta w T2 trwa 2:16, zwycięzca robi ją w minutę, najszybsi w niewiele ponad pół. JAK?!

 

 

Bieganie, czyli gdybym wiedział to, co wiem

 

Bieg po rowerze to jakiś dramat. Pierwszy kilometr jest delikatnie pod górę, robię go w 5:04 i zaczyna się problem. O ile zadyszka jest efektem spodziewanym to masakryczny ból pleców nie pozwala biec. Jakby mnie ktoś całą noc kijem po plerach okładał. To wina pasa – kupiłem go w Decathlonie zaraz przed startem i nigdy w życiu nie użyłem. Okazuje się, że 3 godziny na rowerze z nieco obciążonym pasem na wysokości bioder zmasakrowało mi mięśnie przy kręgosłupie. Może gdyby nie pakować w niego tych żeli… Przyznam szczerze, że gdybym wiedział to wcześniej, wolałbym sobie te galaretki przykleić na ramę wystawiając się na bycie internetowym pośmiewiskiem. Niech się ludzie przed ekranami w domach śmieją, trudno. Drugi kilometr jest nieco bardziej pod górę i robię go w 5:46 przy tętnie, które w Skaryszaku osiągam biegając w okolicach 4:20. Trzeci jest płaski i zajmuje to dramatyczne 6:24 – tempem spowodowanym tym, że trochę biegnę, a trochę idę. Z tyłu pojawia się pierwszy gość. Biegnie ze swoim wsparciem. To jedna z tych rzeczy, o których nie wiedziałem. Strona internetowa jakoś zapomniała jasno wspomnieć, że wsparcie z plecaczkiem można mieć przez całą biegową trasę. Moje czekało będzie dopiero na szczycie Śnieżki, aby sprowadzić mnie w dół. Wtedy jeszcze wydawało mi się to śmieszne. Mimo że idę, nie zbliżają się jakoś szczególnie. Zaczyna się zbieg, to mnie ratuje – mijają mnie co prawda dość szybko, ale byłem na to gotowy – spadam na 11 miejsce i czekam na kolejnych.

 

triathlon karkonoski

 

W dół biegnie mi się dobrze. 4 Kolejne kilometry robię poniżej 4:30 i dzięki nieco innej specyfice biegu plecy nieco odpoczywają, a ich mięśnie zaczynają rozumieć, że nie ma sensu walczyć, bo nic to nie zmieni. Po drodze mijam szlaban, który trzeba pokonać okrakiem. Wiem już chyba co czuł Azja Tuhajbejowicz, gdy nabijano go na pal. Ten skurcz przypomina mi, że jestem trochę na graniczy. Ból nieco się poddaje i powoli odpuszcza. Nie na długo, gdy rozpoczyna się znowu lekko w górę znowu bieg przeplatam marszem zegarek pokazuje okolice 6min/kilometr. To tyle, co kiedyś, gdy zaczynałem biegać.

 

triathlon karkonoski

 

Rozpoczyna się fragment, który miał być najcięższy na trasie (nie wiem czemu tak myślałem) – Odrodzenie i Przełęcz Karkonoska. Kolarze wiedzą. Tym razem butuję po niej bez roweru, to nawet śmieszne. Stwierdzam, że bieg nie ma sensu i spokojnie sobie idę korzystając ze swoich długich nóg. Przez spokojnie na myśli mam – najszybciej jak to możliwe, ale jednak idę. Do mety pozostaje jakieś 13 kilometrów, to już wyobrażalny dla mnie dystans. Goście, którzy mnie wyprzedzili znikają z przodu, pojawia się jednak ktoś inny. Niesamowite, ale biegnie, a ja idę, a mimo to – doganiam go. To jest ten śmieszny moment w sportach, kiedy myślisz, że biegniesz, ale jednak stoisz w miejscu. Znowu przypominają mi się wszystkie najcięższe podjazdy. Nasz wyścig przypomina nieco wyprzedzanie się Tirów na A4. Przesuwamy się zalani potem, dookoła nas krążą muchy, a droga ciągnie się po horyzont.

 

triathlon karkonoski

 

Manewr rozpoczynam jakieś 100 metrów za nim i trwa to wiele, naprawdę wiele minut. Czasem minimalnie podbiegam, aby nie robić mu przykrości, że doganiam go idąc szybkim krokiem. Wygląda jak trup i jest tego świadomy – to klasyczna bomba, ściana i wszystko w jednym. Zostawiam go na pewną śmierć. Czołgam się (mentalnie) dalej najgorszym fragmentem Karkonoskiej, wyprzedzając spacerujących turystów. Wyprzedzam ich na tyle wolno, że możemy zamienić parę zdań. Jedno jest pewne – skwar jest straszny i naprawdę brakuje mi picia, wiem jednak, że na szczycie czeka na mnie bufet organizatora, a potem to już będzie łatwo. Zazdroszczę ludziom, którzy wiedzieli i którzy mieli ze sobą wsparcie z plecaczkiem. Na trasie TAK BARDZO brakuje mi śmietnika, do którego mógłbym wyrzucić pustą tubkę po żelu (żel w stylu YOLO, bo przecież nie miałem go czym popić). Tego dnia każdy gram waży o wiele więcej niż zwykle.

 

triathlon karkonoski

 

Dalej wcale nie było łatwo. Dochodzę do bufetu, pani z oddali pyta mnie czy woda czy izotonik. Jestem trochę w szoku, bo nie wiem, o co chodzi – byłem pewny, że na miejscu chwycę napełniony kubeczek, wypiję, zgniotę go zużywając resztę swoich sił i wyrzucę. Tak nie jest – dokładnie takie samo zdziwienie jak moje wyraża mina pani na bufecie, gdy słyszy, że nie mam bidonu. Rozpoczyna się paniczne poszukiwanie kubków w siatkach, a sekundy lecą. W tyle pojawia się doganiający mnie człowiek – jakiś nowy. W międzyczasie uświadamiam sobie sensacyjną informację – w dalszym ciągu jestem w pierwszej 10. Garmin pokazuje 29°C.

 

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

 

Sytuacja zmienia się za bufetem, gdy okazuje się, że dalej jest pod górę. Jak to mówią: może i źle, ale przynajmniej stabilnie. Gość za mną krzyczy, że źle idę ratując mi skórę – strzałki co prawda nie ma, ale to co mówi ma sens, więc schodzę z asfaltu na kamienne schody i ruszam w górę. Wyprzedza mnie bez problemu, ale nie mam mu tego za złe. Gdyby nie on, szukałbym drogi pod Odrodzeniem. Kto kiedykolwiek był na szlaku pomiędzy nim, a Śląskim Domem wie, że nie jest to najprzyjemniejsza droga świata. Początkowe bardzo krzywe schody zamieniają się w szlak zbudowany z dużych kamieni przypominających kineskopy. Nie wyobrażam sobie jak można po nich biec.

 


 

Idę w pełnym skupieniu starających się nie połamać kostek. Spora przepaść po lewej z roztaczającą się piękną panoramą z widokiem na jeziora jest równie fajne, co straszne. Turlałbym się pewnie z 10 minut. Chciałbym zrobić zdjęcie, ale boję się, że wyciągnięcie telefonu z tylnej kieszonki zaburzy moją, nieco nadszarpniętą już biegiem czasu (dowcip słowny), równowagę. Dla tych ciekawych jak wyglądają kineskopy i przepaść, polecam to zdjęcie sferyczne z GSV:

Idę więc, podbiegając bardzo krótkimi momentami, w których pojawia się taka możliwość i staram się trzymać poniżej 6 minut na kilometr. Muszę przyznać, że tak nieco niespodziewana sytuacja sprawiła, że w okolicach 17 kilometra byłem naprawdę świeży i modliłem się o jakiś fragment, na którym świeżość tę mógłbym wykorzystać. Jakąkolwiek nawierzchnię, na której przyspieszenie nie skutkowałoby ryzykiem skręcenia nogi. Dla mnie była to więc głównie trasa chodzona, a nie biegowa – dokładnie na to liczyłem zapisując się na to wydarzenie.

 

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

 

W końcówce zrobiło się źle. Jest sobotnie południe, główny szlak turystyczny Karkonoszy, ładna pogoda (choć w oddali zaczyna grzmieć z czarnych chmur) – łatwo wyobrazić sobie jak wygląda szlak. Próba biegu przypomina próbę przedarcia się do tramwaju na Wierzbnie o 8.40 rano. Szlak dzieli się na przyzwoite pobocze i kamienny, nieco krzywy bruk. Nietrudno sobie wyobrazić, gdzie znajduje się większość ludzi. Cóż, mają dokładnie takie samo prawo co ja być na tym poboczu. Są więc tacy, którzy schodzą na bok, gdy mnie widzę i coś tam dopingują, ale są i tacy, z którymi wpadłbym na czołówkę. Mogą, nie mam im tego za złe, choć ja, widząc biegnącego kolesia z numerem startowym, na którego twarzy wyraźnie widać ponad 5 godzin spędzonych w ciężkich warunkach, usunąłbym mu się z drogi. To chyba kwestia manier lub zrozumienia. Biegnę więc uprzejmie zużywając resztki sił na uprzejmą kombinację: uwaga, przepraszam, środkiem, lewą, dziękuję, powtarzaną do znudzenia. Potem to już i tak nie ma sensu, bo są na całej szerokości drogi.

 

triathlon karkonoski

 

Dwa dramaty na raz. Przede mną wyłania się Śnieżka, za mną biegacz. Na Śnieżce już byłem, ale wejście na nią zapamiętałem zupełnie inaczej. Teraz jest jakaś taka duża i stroma. Patrzę na zegarek: teoretycznie jestem prawie na mecie. Rozpoczynam podejście, trasa jest obrzydliwie ciężka i pomagać sobie muszę poręczami z łańcuchów. Różnica pomiędzy podciągnąć się na łańcuchu, a zawisnąć na nim jeszcze nigdy nie była tak płynna. Jest też nieprzyzwoity tłok. Taki prawdziwy tłok, że chciałoby się wyprzedzić spacerowicza z dzieckiem, ale nie ma miejsca. Słyszę głosy – tym razem prawdziwe, a nie takie jak na Karkonoskiej, gdy odkryłem, że są to tylko głosy w mojej głowie (lub brzuchu). Ludzie mówią jakie to głupie i dziwne co robimy. Nieliczne wyjątki mają minę z lekkim podziwem. Winię za to wszystko organizatora – wiem, że jakiekolwiek oznaczenia informacyjne, o tym, że tego dnia odbywa się tu bieg i będzie szedł akurat tym wejściem (a są dwa: łatwiejsze i to którym idziemy: dużo trudniejsze) wiele by nie zmieniło, ale widać byłoby, że starał się cokolwiek zrobić. Mi jest niezręcznie ciągle przepraszać ludzi, a oni nie wiedzą co się dzieje. Bo kiedy wspinasz się schodami w górę, a nagle za Tobą pojawia się dyszący człowiek przypominający zombie, ciężko szybko zorientować się o co chodzi.

 

triathlon karkonoski

 

Dopada mnie człowiek, którego widziałem z tyłu. Puszczam go bokiem, bo nie wiem, jak inaczej mógłby mnie w tym tłoku ominąć. Żegnam się z 11. miejscem – szkoda, dwie jedyneczki ładnie wyglądały i mógłbym narzekać jak blisko pierwszej dychy byłem. Pojawia się Panda, Piotrek i parę znajomych twarzy, którzy niecierpliwie czekają, aby zobaczyć ten charakterystyczny grymas bólu na twarzy. Kibicują, krzyczą, rozsuwają ludzi przeprowadzając nas niczym Mojżesz. Walką o 11. miejsce zniszczyliśmy sobie ten dzień – z tyłu po horyzont nie było przecież nikogo. Mogliśmy wejść powolnie, z gracją, ale nie – ambicje wzięły górę, jak zwykle. To była prawdopodobnie najtrudniejsza rywalizacja w dotychczasowej „karierze”. Ktoś w internecie skomentował to, że bez sensu – walczy się o pudło, a dalsze miejsca nie mają znaczenia. Może mnie pocałować z takimi stwierdzeniami głęboko w zadek.

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

triathlon karkonoski

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

triathlon karkonoski

Ktoś podaje mi Colę Zero, w której jest jeden łyk. Bezsensownie ją biorę, wypijam i wkładam puszkę do kieszeni z tyłu. Gość przede mną osuwa się na łańcuchy na jednym z zakrętów i wygląda jakby właśnie mdlał wisząc na nich. Trochę jest mi go szkoda, a trochę wykorzystuję sytuację i go wyprzedzam. Spacerowiczka z przodu wpada na niego oburzona, że tarasuje jej drogę i rzuca niezbyt motywujący (ani nawet niezbyt uprzejmy) tekst. Idę w pozycji niewolnika egipskiego niosącego na plecach 100 kilogramów. Nie mam pojęcia ile przede mną, bo nie mam siły spojrzeć w górą, nie wiem też jak dużą mam przewagę nad człowiekiem za mną. Okazuje się wystarczająca. Resztę sił zużywam na to, aby przekraczając metę podnieść ręce i wyglądać na totalnego świeżaka do zdjęcia. To był najtrudniejszy kilometr w życiu, trwał prawie 15 minut.

 

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

 

Na mecie znowu dostaję Colę Zero i medal, który powieszony na szyi, mało mnie nie ściąga do poziomu gruntu. Jest świetny… i zrobiony z kamienia. Czuję się tak, że najchętniej przywiązałbym go sobie do kostki i skoczył znowu do jeziora.

 

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski

triathlon karkonoski

triathlon karkonoski
triathlon karkonoski
 

Bieganie zajmuje mi masakryczne 2:33:48, a zwycięzcy 1:56. Pełne wyniki dostępne są tutaj.

 

Potem już tylko zejść ze Śnieżki, poczekać dwie godziny w schronisku (które przez burzę na dworze i niesamowity tłok zmęczonych ludzi w środku zmienia się w grotę solną) na dekorację, dojść do wyciągu i potem jeszcze 3km do auta.

11. miejsce brałbym w ciemno, ale nie byłbym sobą, gdyby nie w mojej głowie nie pozostała tylko jedna myśl: tak niewiele do pierwszej 10 i tak niewiele do złamania 6 godzin… Cieszę się jednak, że udało mi się ukończyć, bo przez poważną burzę sporo osób zakończyło rywalizację w schronisku pod Śnieżką.

 

triathlon karkonoski

 

PS Tekst piszę o 5.30 w niedzielę, czyli kolejnego dnia. Co ciekawe – jestem zdecydowanie mniej zmęczony niż po większości wyścigów kolarskich, w których jedzie się tak, jak jadą inni, a nie tak, jak się chce. Mam również nieodparte wrażenie, żeby gdybym taką spacerową postawę prezentował w wyścigu szosowym, byłbym gdzieś w okolicach połowy stawki… Ale może mi się po prostu wydaje i faktycznie poszło mi w moim triathlonowym debiucie całkiem przyzwoicie.

Triathlon Karkonoski to debiut, który zapamiętam do końca życia – to pewne.

 

triathlon karkonoski

 

O samym triathlonie, ludziach, procesach decyzyjnych i zakupowych napiszę pewnie kiedyś osobny wpis… ale to dopiero jak będę się na tym znał. Póki co, udowodniłem sobie, że przy odrobinie samozaparcia nie potrzeba rygorystycznych planów treningowych, wyrzeczeń i niepotrzebnych stresów, aby osiągać przyzwoite wyniki. Problem w tym, że aby w klasyfikacji przeskoczyć wyżej, musiałbym już pewnie wdrożyć te wszystkie smutne rzeczy, a nie wiem, czy mi się chce. Życie jest jedno.

 

Wszystkie zdjęcia we wpisie (poza 360) to zasługa dzielnego Piotr Olkowski, który specjalnie po to udał się z nami na tę wycieczkę.

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X