Sie '18 09

Moja pierwsza koza: Rower czasowy generuje wydatki

 

Rower czasowy (do triathlonu) mam już dwa miesiące. To chyba wystarczająco długo, abym mógł wypowiadać się jak internetowy specjalista.

 

 

Koza? Szto eto?
Czasowy czy triathlonowy.

 

Dawno mi się nie zdarzyło, abym nakłamał już w samym tytule wpisu. To nie będzie tekst o rowerze czasowym, to tekst o rowerze triathlonowym. Powiedzmy sobie szczerze, większość osób, która chce kupić kozę, myśli właśnie o triathlonie. Bo rower triathlonowy służy do triathlonów (czyli dłuższych dystansów), a typowa czasówka służy do (tu wstaw sobie brzydkie słowo) maksymalnie przez godzinę, a zazwyczaj przez mniej niż pół.

 

 

 

 

Różnica nie jest oczywista i bardzo często do obydwu celów używana jest ta sama baza – na rowerze Canyon Speedmax na przykład ludzie wygrywają zarówno czasówki jak i triathlony. Czym więc różnią się te rowery?

Kolarstwo ma swoje drewniane UCI, a więc w czasówkach obowiązują dodatkowe przepisy. Czubek siodła minimalnie 5cm od środka suportu w linii prostej i słynna zasada 3:1 (max. stosunek długości części do szerokości) sprawiają, że wszelkie magiczne wymysły w stylu CERVÉLO P5X nie mają racji bytu w kolarskich wyścigach. Można więc z dużą dozą pewności założyć, że topowy rower czasowy da radę w TRI, ale rower TRI już w czasówkach nie.

 

 

Poza tym różnice są takie:

– minimalnie inna pozycja: biodra bardziej do przodu, aby biegło się lepiej, nieco mniej agresywna, aby umrzeć dopiero po biegu, a nie od razu po zejściu z roweru

– tribajerki: bidony na kierownicę, za siodło, wbudowane w ramę, schoweczki, półeczki, szafeczki, narzędziowniki. Jeśli przyjdzie apokalipsa, rower triathlonowy pozwoli nam przeżyć minimum tydzień. To taki camper w świecie rowerów.

 

 


 

 

Jak kupić kozę, poradnik cebulaka.

 

Przyznaję: zakup roweru do triathlonu był jednym z najtrudniejszych zakupów jakich dokonałem. Trwał kilka miesięcy (nie żeby mi się jakoś spieszyło), ale z perspektywy czasu tłumaczę to tym, że nie miałem zupełnie pojęcia o co chodzi.

Zaczynając nowy sport jako cebulak, możliwości mam dwie. Kupić nowy sprzęt w Decathlonie lub innym Planet X albo szukać używki. Jak już kiedyś pisałem: Decathlon oficjalnie nie ma roweru czasowego, więc pierwszy problem rozwiązany. Planet X ma i to taki, który mi się bardzo podoba: Exo 3 w malowaniu British Lion to dla mnie sztos, ale trochę szkoda mi dychy. Może kiedyś…

 

 

Jazda czasówką to jakby ktoś przywiązał Ci gumką szosę do drzewa. Ruszanie to mordęga, ale moment, w którym guma strzeli, jest tego wart.

 

 

Decyduję się więc na rozwiązanie rozsądne: używkę. Polowanie na używkę w dobrej cenie to świetna alternatywa dla wypożyczania rzeczy. Głównie z tego powodu, że wychodzi po prostu taniej. Istnieje poważna szansa, że uda się ją sprzedać w cenie zbliżonej do ceny zakupu.

 

 

 

Wymagania były proste: miała być śmieszna, z napędem 11-rzędowym (bo trenażer),w cenie roweru średniej klasy (powiedzmy 5k-7k) i rozmiarze około 58cm (mam 188cm). Ostatni warunek okazał się być niszczący. Praktycznie nikt nie sprzedaje takich dużych rowerów czasowych. Jak się później okazało, był też najbardziej bezsensowny, o czym za chwilę.

 

Czasówka jest spoko, bo rozwiązuje problem posiadania zbyt dużej ilości pieniędzy… nie tylko w momencie zakupu, ale również po nim.

 

Ostatecznie wybór pada na Planet X EXO2, czyli model poprzedni, upatrzonego „budżetowca” z UK. Z 11-rzędową Ultegrą, sporym rozmiarem i beznadziejnymi kołami. Cenowo wyszło własnie jakoś w okolicy 5k. Fakt, że rower kupiłem wracając z Karkonoszmana, na którym to rowerowo porobili mnie ludzie na czasówkach, nie ma tu nic wspólnego ;-) To był szok, okazało się, że czasówka jest szybsza niż szosa nawet w górach (no bo to przecież nie wina nogi).

Uważam, że jeśli zaczynamy jakiś sport i nie jesteśmy pewni, czy nam się spodoba, najlepiej zacząć od używek.

 

 


 

 

Jaki rozmiar kozy wybrać?

 

Szukanie informacji w internecie o tym, jaki wybrać rozmiar, to dramat jakiś. To trochę jak z szukaniem odpowiedzi na problem, który powinien rozwiązać nam lekarz: jeśli chcecie znaleźć informacje, że ból środkowego palca w lewej nodze to początki cukrzycy albo raka – znajdziecie je. Oszczędzę Wam więc czasu, zaawansowani czasowcy mnie teraz wyśmieją, ale:
Wybierzcie sobie rozmiar o jeden mniejszy niż szosa. Jeśli jest tylko nomenklatura S/M/L to weźcie taki, jaki na swojej stronie poleca producent zgodnie z tabelką, serio.

 

 

 

Bo sam nie wierzę, że to mówię, ale generalnie w czasówkach rozmiar ma znaczenie nieco mniejsze. Zakres regulacji siodła (sztyce z dwiema dziurami albo nawet dwie dziury na sztyce), lemondki i mostka dają taki potencjał ustawień, że w zasadzie jedynym kryterium jest wysokość, na jaką możemy wysunąć siodło. Tu znowu pojawia się przewaga używki, dopiero po kilku jazdach zrozumiemy, o co chodzi w tym rowerze.

I ja wiem, że słuchanie gościa, którego mostek wygląda jak… nie powiem co, jest wątpliwe, ale musicie mi zaufać.

…aha, wybieranie w pełni zintegrowanego kokpitu na dzień dobry, może nie być najlepszym pomysłem. Rozwiązania brzydkie, ale dobrze konfigurowalne są mile widziane na starcie.

 

 


 

 

Jak usiąść na kozie?

 

Na rower po raz pierwszy siadam na trenażerze. Pomyślałem, że to bezpieczniejsze, zarówno dla mnie, jak i dla wszystkich uczestników ruchu.

 

 

Szok I. Pierwsze jazdy na trenażerze to moc niższa o średnio 30% w porównaniu do szosy

 

 

Pozycję ustawiam jako-tako, trochę na czuje, a trochę zgodnie z tym, co widziałem w internecie. Pierwsze pięć minut to jak uderzenie młotkiem w mały palec prawej stopy. Moje wszelkie wyobrażenia o tym, o ile wygodniej będzie mi się teraz oglądało youtube’a przez całą zimę, legło w gruzach. Komfort jest mniej więcej taki, jak gdyby ktoś mi kazał jednocześnie robić deskę (planka) i nogami zakopać dziurę z trupem za mną. Wiercąc się i zmieniając co chwilę chwyt wytrzymuję jakieś 70 minut – to największy błąd tego sezonu. Następnego dnia nie mogę ruszać prawą ręką, przez dwa tygodnie nie wsiadam na rower. Dzisiaj, ponad 2 miesiące później w dalszym ciągu mnie boli i właśnie zapisuję się do fizjo. Powiem tak: Nie wyobrażam sobie rozpoczęcia przygody z czasówką bez bikefittingu.

 

rower czasowy

zdjęcie kradzione z profilu Enea Bydgoszcz Triathlon

 

 

Fitting jest ważniejszy niż szybkie koła, obcisły strój i wszystko inne razem wzięte. Chyba że masz dużego fuksa albo bogate doświadczenie, ja nie mam. Idę jak zwykle do Wojtka z Absolute Bikes, który pozycję ustawia na taką, o której nigdy bym nie pomyślał. Jest jakoś wyżej, dużo bardziej do przodu, ręce jakoś bliżej, mostek tak trzepacko, że wyjście z nim jest porównywalne do pierwszego wyjścia w lajkrze. Różnica jest taka, że czuję się teraz jak rakietka.

 

 


 

 

Z kozami są same problemy.

 

Serio. Nie chodzi mi tu już nawet o problemy finansowe i znalezienie dla siebie odpowiedniego modelu. Prawdziwa jazda zaczyna się potem – dosłownie.

Okazuje się, że jak już odebrałeś swoją nową czasówkę to nie da się jej wsadzić na dach, bo paski do kół są za krótkie żeby objąć wysokie koła, a rama zbyt masywna, aby chwycić chwytakiem. Potem odkrywasz, że bagażnik Twojego największego kombi na rynku jednak wcale nie jest taki duży…

 

Jazda czasówką po mieście to pomyłka, ale nie tak duża jak myślałem. Górny chwyt nie jest taki zły.

 

Nawet najbardziej prozaiczne rzeczy, jak przyczepienie lampki, są tutaj wyzwaniem. Bo jak ją przyczepić, jak przekrój każdej z rur jest co najmniej tak duży, jak rura odpływowa z kibla?

 

Chcesz napompować koło? Kup sobie przedłużkę wentyla.
Opona jest minimalnie krzywa (pozdrawiam Continentale) – będzie tarło o ramę.
Chcesz wyciągnąć koło – wyjmij zacisk, bo przecież jest poziomy hak.
Chcesz wejść do windy? Czekaj na towarową.
Chcesz wyjechać z miasta? Będziesz wyglądał jak głupek.
Chcesz cokolwiek dokupić? Zapłać 4x tyle co w szosie.
Chcesz iść z kolegami na przejażdżkę? Będziesz na permanentnej zmianie.
Chcesz przenieść rower do innego pokoju? Będziesz zawracał „na trzy”.
Chcesz zamontować Garmina? Szukaj nowego uchwytu.
Chcesz włożyć okularki? Szukaj zintegrowanej szybki do kasku, bo w aktualnych będziesz patrzył ponad nimi.
Chcesz się napić? Kup uchwyty na bidony za siodło i cierp przez braki w aero albo wydaj pół pensji na bidon mocowany do lemondki.
Chcesz pojeździć, a na dworze wieje bardziej niż zwykle? Ubierz grubego pampersa.
Chcesz pooglądać widoki i porobić fotki w czasie jazdy? Będziesz musiał iść jeszcze raz, z innym rowerem.

 

Ta lista się nie kończy. Rower czasowy to jest jakieś utrapienie.

 

Myślałem, że dodatki do szosy są drogie, dopóki nie kupiłem czasówki.

 

Nie chcę tu wchodzić zbytnio w szczegóły dodatków do roweru, na to przyjdzie czas. Przytoczę tylko przykład: bidon przyczepiany do lemondki: PROFILE DESIGN FC25 System (bo miejsce na ramie mam na jeden) kosztuje lekko ze 400zł. Jest beznadziejny, chlapie z niego na wszystkie strony, a złożony jest jakby drukował go ktoś rozpoczynający zabawę z drukarką 3d. Takie gadżety się z czasem mnożą.

 

 


 

 

Pierwsza jazda rowerem czasowym

 

Wsiadłem na swój nowy rower, przejechałem 20 metrów, zsiadłem. Sprawdziłem czy koła są napompowane, czy wszystko jest dokręcone, czy nic nie jest krzywe. Wsiadłem znowu, efekt ten sam. Czasówka jedzie zupełnie inaczej. To był dzień, w którym przestałem śmiać się z gości wypinających nogę podczas zawracania.

 

 

Skręcanie jest przereklamowane.

 

 

Jazda rowerem czasowym przypomina trochę jazdę Twoim starym, ciężkim rowerem, w którym dodatkowo przewiesiłeś sobie plecak przez kierownicę. Z moich obliczeń wynika, że potrzeba minimum kilku jazd, aby przyzwyczaić się do tego badziewia. Początkowo jest to jak prowadzenie TIRa – każde przyspieszenie to mordęga, a każdy podjazd staje się 3x bardziej stromy. Powrót do szosy sprawia, że znowu chce się sprawdzić, czy wszystko jest dobrze z rowerem, bo majta nią jak szatan.

 

rower czasowy

 

 

Przyspieszanie, skręcanie, przemieszczanie się w ruchu miejskim – nie umiem sobie wyobrazić, aby którakolwiek z tych czynności była przyjemna. Mało tego, jeśli zaczynasz swoją przygodę i jeździsz wolno, mam bardzo złą wiadomość: wolna jazda czasówką wygląda wyjątkowo źle. Wygląda się jak ten gość, co jeździ do pracy na rowerze z półmetrową lemondką ustawioną pionowo, flagą z tyłu, 6 sakwami i chorągiewką wystawioną na pół metra w lewo. Przed wyjściem z domu polecam więc polać się wodą i kopnąć małym palcem we framugę. To zagwarantuje wygląd, jakby wracało się z bardzo ciężkiego treningu już na starcie. Wtedy można jechać wolno.

 

Wszystko zmienia się, gdy człowiek nauczy się już jeździć (to znaczy pokonywać zakręty bez schodzenia z roweru). Wtedy jest czas na zainwestowanie w koła. Moja koza w ogłoszeniu wystawiona była ze śmigłem oraz dyskiem, ale jestem cebulakiem i kupiłem ją w wersji najtańszej, jeżdżącej. Wiecie jak zmienił się wygląd? Mniej więcej tak, jak Titanica przed i po zatonięciu. Logicznym było więc zainwestowanie w koła. To przecież jeden z najważniejszych czynników estetycznych oraz największy zysk aerodynamiki.

 

 


 

 

Wiater we szprychach

 

Jest na świecie wiele rzeczy, które budzą odrazę, smutek, żal, zniesmaczenie i inne, podobne odczucia. Niekwestionowany prym wiedzie tutaj rower czasowy na kołach z niskim profilem. Jako cebulak, swoją kozę kupiłem z jakimiś najtańszymi kołami Shimano. Pewne było, ża taki stan rzeczy nie może się utrzymać. Oczy w domu łzawiły za każdym razem, gdy go mijaliśmy.

Wybór padł na RON Wheels. Widziałem, że chyba wszyscy blogerzy triathlonowi ich używali w którymś momencie swojej kariery, więc czemu miałbym być inny. Wszyscy chwalili. Żeby się nie zabić zdecydowałem się na 67mm i 85mm. Dzisiaj żałuję, że nie wybrałem dysku na tył. Wziąłem więc koła na testy z dużą pewnością, że już ich nie oddam. Jestem tak leniwy, że nie chce mi się odsyłać rzeczy po testach i wolę je kupić. Szczególnie jeśli je popsuję ;-)

 

rower czasowy

 

 

Koła psuję zanim robię pierwszy kilometr. Założenie opony jest tutaj wyzwaniem nawet dla znanego strongmena Mariusza P. Koła stworzone są chyba głównie z myślą o tubelessach – szanuję, ale jeśli będę musiał zmienić dętkę w trasie – zapłaczę. Karbonowa nakładka pęka mi po mniej-więcej 3 minutach machania łyżką przy zakładaniu opony. To jednak w niczym nie przeszkadza, nawet pasuje mi do odchodzącej z obręczy naklejki. Zakładam, że tak ma być, przecież to dodatkowy problem, a z tego co rozumiem, o to w tym chodzi.

 

Pierwsza jazda z lemondką i bardzo wysokim stożku (wszystko za 50mm jest już dla mnie bardzo wysokie) to większa trauma niż pokazanie się w mieście na czasówce. Znowu sprawdzam, czy nie mam kapcia. Znowu sprawdzam, czy wszystko dobrze zapięte. Jest trochę jak skrzyżowanie jazdy ze spuszczonym powietrzem i jazdy w torze tramwajowym. Tajemnicza siła trzyma Twoją kierownicę prosto i kontruje każdy Twój ruch. Tego dnia wiatr wieje bardziej niż zwykle, na lemondce po raz pierwszy kładę się po około 20 kilometrach jazdy. Trochę wstyd.

 

Z lemondką jest tak, jak z jeżdżeniem rowerem – im szybciej, tym jest łatwiej. Mówi się, że sensowna minimalna prędkość to około 25km/h. Jest też tak samo jak ze zjadami – im pewniej jedziesz, tym mniejsza szansa, że zginiesz w zakręcie.

 

Pozycja na kozie sprawia, że czujesz się jak ta drewniana kłoda, którą wyważano kiedyś wrota do zamków.

 

Po dorzuceniu prawie kilogramowego bidona na lemondkę (który oczywiście kosztuje tyle co kilka bardzo-bardzo drogich bidonów na szosę) wcale nie robi się łatwiej. Ale nie ma to już w sumie znaczenia. Tak, czy siak – jest ciężko.

 

 


 

 

Wszystko nicość

 

Te wszystkie wady, problemy, utrudnienia – to nie ma znaczenia. Dzień, w którym wychodzisz na rower czasowy, który jesteś już w stanie nieco opanować. Dzień, w którym akurat nie wieje. Dzień, w którym akurat masz nogę. Dzień, który zmienia wszystko w końcu nadchodzi.

Nie wiesz, czy pędzisz, czy to efekt jak w sportowym samochodzie, który siedzi na glebie, a przez to wszystko jest „bardziej”, ale gdy w domu widzisz, że bez zbędnego ciśnienia średnia z kilkudziesięciu kilometrów to okolice 40km/h, możesz już wiedzieć. Prędkość, szum kół, nowa pozycja – to sprawia, że czujesz się jak pocisk. Odkrywasz kolarstwo na nowo (na jakiś czas).

 

 


 

 

Co się liczy w życiu na ulicy?

 

Rower czasowy/triathlonowy wybiera się nieco inaczej. Nieco inaczej rozkłada się też początkowe koszty.

 

rower czasowy

 

 

fot. Panda

 

Najważniejsza jest POZYCJA na nim. Na kolejnych miejscach plasują się pozycja oraz pozycja. Według mnie dobry fitting (lub sporo szczęścia przy własnym dopasowywaniu się) daje dużo więcej niż dobry sprzęt. Potem jest napęd. Ale nie jego klasa, a stan utrzymania. Bo dużo lepiej jechać na Tiagrze w idealnym stanie i pięknie nasmarowanej, niż Ultegrze, która rzęzi. Dalej są koła – im wyższe, tym szybsze, chyba że wieje – wtedy im wyższe, tym większa szansa na śmierć. Z tyłu dysk, z przodu od 50mm wzwyż w zależności od wiary w swoją koordynację ruchową – ja jej nie mam i 60mm to już dla mnie poważne wyzwanie. Potem już są różnego rodzaju magiczne dodatki (bidony, uchwyty itp) oraz reszta roweru.

 

 


 

 

Czy kozy są szybsze?

 

Tak, są. To jest moment, którym wybaczasz swojemu rowerowi wszelkie ułomności. Człowiek – bolid, prędkość uzależnia.

 

 

Kozy są szybsze, bo siedzi się bardziej z przodu, więc do mety jest bliżej

 

 

Zgodnie z moimi obliczeniami (wyciągniętymi z… palca) bazującymi na bardzo poważnych zmiennych, które powstały głęboko w mojej… głowie, rower czasowy jest szybszy o jakieś 10%. Im szybciej jedziemy, tym więcej nam daje. Analogicznie w drugą stronę, im jedziemy wolniej – tym więcej nam odbiera. Można spokojnie założyć, że na trasach ze wzniesieniami do 5% (jeśli oczywiście jest noga), czasówka daje wyraźne zyski. Im bardziej płasko i mniej zmian prędkości, tym oczywiście zyski są większe.

 

rower czasowy

zdjęcie ukradzione z profilu: Enea Bydgoszcz Triathlon

 

Poza tym, w przypadku roweru triathlonowego, zasadnicza zaleta jest jeszcze jedna. Po jeździe nim da się biec innymi nogami. Serio, można iść w trupa na rowerze, a do biegu przechodzi się innymi nogami. W przypadku szosy, po pierwszym kilometrze biegu zazwyczaj składają mnie plecy i mam ochotę zapłakać w pozycji embrionalnej, chowając się w okolicznych krzakach.

 

 

Szok II. Czasówka jest szybsza nawet w górach.

 

 

Tym rowerem, nawet jeśli jedziesz wolno ale bardzo się starasz, masz wrażenie, że jedziesz szybko. Na swoim pierwszym wyścigu, podczas Enea Bydgoszcz Triathlon przejechałem 90km w czasie 2:14. Daje to średnią pod 40km/h. Czy szosą, na której wyjeżdżone mam spore tysiące kilometrów pojechałbym szybciej niż rowerem, na którym siedziałem 5. raz w życiu? Nie ma szans. Szczególnie biorąc pod uwagę 8 nawrotek na trasie oraz mój beznadziejny styl schodzenia z roweru, który również liczy się do czasu jazdy.

 

 


 

 

Rower czasowy – czy warto i czemu nie?

 

Jeden Rabin powie, że tak, inny że nie – jak zwykle.

Ja powiem Wam, że nie warto. Nie idźcie tą drogą. Mówię tak jednak tylko dlatego, że rower czasowy uważam za najbardziej niebezpieczny wynalazek kolarski na naszych drogach. Może to przez słabą zwrotność, może przez odległość do klamek hamulcowych, może przez ludzi, którzy nimi jeżdżą. Jak widzę na ścieżce rowerowej czasówkę, zjeżdżam na chodnik. Dla mnie, mieszkańca Mazowsza, jest to odkrycie roku – jakby mi ktoś Gassy na nowa zbudował. Ciekawy jestem tylko, jak długo potrwa ta faza ekscytacji…

 

 

zdjęcie okładkowe: Piotr O.

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


X